czwartek, 31 sierpnia 2017

Rozmyślania na temat Lovercrafta

Inspiracją do napisania tej notki był wywiad udzielony przez niejaką N. K. Jemisin: https://www.tor.com/2017/08/18/nk-jemisin-lovecraft-trilogy/
Jak się okazuje, jest to pisarka. Pierwszy raz o nie usłyszałem przy okazji tego wywiadu, ale OK, to nie świadczy, że jest zła pisarką, w końcu, jak wielu dobrych zagranicznych pisarzy nie znam? Co ważne, jest czarnoskóra. W tym momencie jakiś lewak mógłby podnieść krzyk "I CO Z TEGO, CZEMU PODKREŚLASZ, ŻE JEST CZARNA, JAKBY BYŁA BIAŁA, TO BYŚ NIE ZWRÓCIŁ NA TO UWAGI!!!". Mógłby, ale nie podniesie, bo ku mojemu ubolewaniu lewaki nie chcą się ze mną kłócić, więc napisałem to za nich. Żeby było jasne - zdecydowanie bardziej cenię czarnoskórą kobietę o katolickich poglądach politycznych (choć akurat Jemisin raczej nie grozi zaliczenie do tej grupy), niż białego jak śnieg lewaka pochodzącego w prostej linii od Piasta Kołodzieja (no ale nie uważam, że największym problemem na świecie i zbrodnią przeciwko jest to, że we "Wiedźminie" nie ma Murzynów, więc jestem rasistą). Dlaczego podkreślam jej kolor skóry? No bo najwyraźniej dla niej samej jest to kwestia niesamowicie istotna.
Otóż, Jemisin napisała opowiadanie, które zamierza rozwinąć w cykl powieści. Tyczy się ono mieszkańców Nowego Jorku (no bo czyż otwartych na świat i różne kultury, światłych, postępowych, wrażliwych amerykańskich lewaków istnieje coś poza Nowym Jorkiem?), którzy tworzą coś w rodzaju awatara "ducha Nowego Jorku" (nie zdziwiłbym się, gdyby ów awatar był czarną transeksualną lesbijką oraz islamską ateistką), który walczy z czymś, co Jemisin określa jako "basically Cthulhu". Osoba przeprowadzająca wywiad zapytała, czy to znaczy, że Jemisin jest fanką Lovercrafta - i otrzymała taką odpowiedź:
"Oh, hell no.

This is deliberately a chance for me to kind of mess with the Lovecraft legacy. He was a notorious racist and horrible human being. So this is a chance for me to have the “chattering” hordes—that’s what he called the horrifying brown people of New York that terrified him. This is a chance for me to basically have them kick the ass of his creation. So I’m looking forward to having some fun with that."
 Żeby było jasne - Jemisin ma rację. Lovercraft był rasistą. Zdecydowanie. Takim prawdziwym, nie osobą, która uważa, że białą postać w filmie mógłby zagrać biały aktor (na tej samej zasadzie, na jakiej karła nie powinien grać dryblas). Aczkolwiek nie uważam, żeby był paskudnym człowiekiem. Raczej - godnym litości. Był smutnym, nieszczęśliwym, pełnym fobii, znerwicowanym człowiekiem, który sam o sobie mówił, że "życie nigdy mnie tak nie interesowało, jak ucieczka przed nim". Wątpię, żeby widząc Murzyna złapał za kij, żeby go obić. Raczej zastygłby, oczekując na to, że ten Murzyn obije jego i wyobrażając sobie, z jaką moralną wyższością będzie przyjmował ciosy. Bo owszem, Lovercraft wierzył, że kolorowi reprezentują zło i chaos - ale wierzył również, że zło i chaos muszą zatriumfować, taki jest porządek natury i w sumie nie da się nic z tym zrobić.
Tyle, że mam wrażenie, że poza tym ogólnikiem, że Lovercraft był rasistą, Jemisin nie za bardzo kojarzy, o co chodzi w jego twórczości. Jeśli chce brać odwet na Lovercrafcie, nie powinna przeciwstawiać pozytywne ukazanych "hord brązowych ludzi" jako antagonistów Cthulhu. U Lovercrafta Cthulhu jest (między innymi) właśnie ucieleśniem zła i chaosu, jakie przypisuje "brązowym ludziom". W najsłynniejszym i najbardziej ikonicznym opowiadaniu Samotnika, czyli "Zewie Cthulhu" (jakkolwiek osobiście nie uważam go za najlepszy tekst, choć ładnie wprowadza w "uniwersum") jest to bardzo jasno pokazane. Cthulhu jest czczony przez  różnego rodzaju "barbarzyńców" na całym świecie, różne plemiona oraz zakonspirowanych w "normalnych" społeczeństwach dzikusów , którzy marzą o tym, że pewnego dnia ich pan powstanie i obali ten śmieszny cywilizowany ład, a wtedy oni będą mogli "śpiewać, tańczyć i zabijać" na jego gruzach. Oczywiście, tylko się łudzą, bo generalnie w świecie Lovercrafta nie ma bardziej żałosnej istoty rozumnej niż człowiek i w planach Wielkich Przedwiecznych raczej nie ma dla nich miejsca, nawet w charakterze sług - może ewentualnie w charakterze pożywienia, ale raczej w roli insektów, które należy zgnieść, w sumie bez większego wysiłku. Co w kontekście rasowym, może symbolizować, że kolorowi niczego nie potrafią stworzyć i dążą nie tylko do zagłady cywilizacji białego człowieka, ale ostatecznie i do autodestrukcji. Co nie zmienia faktu, że tworzenie z Chtulhu symbolu poglądów Lovercrafta i traktowanie opowieści, w której "brązowi ludzie" skopią mu tyłek, oznacza zwyczajny brak zrozumienia. Cthulhu symbolizuje to, czego Lovercraft się boi, w tym dominację "brązowych ludzi". Jeśli Jemisin chciałaby na poważnie podjąć z nim dyskusję, powinna ukazać to raczej w ten sposób, że gdy Cthulhu, symbolizujący multi-kulti, tolerancję, swobodę obyczajową itd itp wreszcie wstaje ze swojego snu i wspólne z "brązowymi ludźmi" obala opresyjny, biały, patriarchalny (oraz oczywiście, "heteronormatywny") system, to w jego miejsce zaprowadza lewacką utopię. 

Natknąłem się na inna wypowiedź, również napisaną przez czarnoskórą osobę. Punktem wyjścia był - przyznaję, paskudny - wiersz Lovercrafta On the Creation of Niggers. W rozważaniach padło takie stwierdzenie:
"This is something people of color, women, minorities must deal with more than most when striving to be the greatest that they can be in the arts: The fact that many of The Elders we honor and need to learn from hate or hated us"
Jest to problem, który mają nie tylko kolorowi, kobiety i mniejszości, ale również my, katolicy (choć oczywiście nasze problemy lewaków nie obchodzą - i dzięki Bogu, już wolę, żeby traktowali nas jako wrogów, niż jako biedne owieczki, które muszą uszczęśliwiać na siłę). I dotyczy nie tylko szacownych "starszych", ale współczesnych twórców. Jako katolik i fan fantastyki, czytając, oglądając i grając, czuję się bez przerwy opluwany. Sapkowski to jeden z moich ulubionych pisarzy, ale jak wygłasza łopatologiczne proaborcyjne wykłady w "Chrzcie Ognia", czy opluwa samą ideę chrześcijaństwa w "Trylogii Husyckiej"... (choć antykatolicyzm bym mu prędzej wybaczył niż to, że łyka wiccańskie brednie). Podobnie z Kingiem - może chrześcijaństwa tak nie opluwa (czuć u niego sceptycyzm wobec "zinstytucjonalizowanej religii", ale jest też wiele motywów ukazujących chrześcijanstwo, czy wiarę w ogóle, w raczej pozytywnym świetle), ale widać wyraźnie sympatie w stosunku do płodobójców. Jak oglądam "Grę o Tron", to niesmaczy mnie to ciągłe dosrywanie religii, doczepiane wyjątkowo na siłę (książki są zdecydowanie bardziej wyważone). I co? I jajco. Nie, w przeciwieństwie do lewaków nie uważam, że autorzy nie mają prawa wyrządzać mi przykrosści, bo "empatia" czy inna bzdura. To, że przez nich czuję się niekomfortowo, nie znaczy, że mam prawo domagać się od nich, by przestali ujawniać swoje poglądy. Co najwyżej, mogę ich nie czytać/nie oglądać.
Rzecz w tym - wracając do tematu - że do cenionych przeze mnie, antyreligijnych autorów, należy równiez Lovercraft. Przy czym, słowo "antyreligijny" nie pasuje tu do końca, bo sugeruje jakieś aktywne przeciwstawianie się religii. A jakikolwiek aktywizm w wydaniu Lovercrafta jest nie pomyślenia. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że światem rządzi chaos i zło (przy czym jest to zło jedynie z ludzkiego, nieistotnego punktu widzenia - można powiedzieć, że to zło, które faktycznie jest jedynie "brakiem dobra" - tyle, że ten brak dobra występuje w calutkim wszechświecie z tego prostego powodu, że sama koncepcja dobra jest bzdurna i czegoś takiego nie ma). I owszem, istnieje jakiś określony ład społeczny, który Lovercraft sobie ceni - ale jednocześnie jest przekonany, że ten ład to mrzonka, coś skazanego z góry na zagładę, co nie może się ostać wobec nieprzyjaznego wszechświata, co z punktu widzenia tego wszechświata w ogóle nie ma sensu. Mrówki też sobie cenią porządnie zorganizowane mrowisko, ale co z tego, gdy ktoś dla zabawy albo przez nieuwagę je rozdepcze? I religia w pewnym stopniu wpisuje się w ten ład, choć nie jest jego najważniejszym elementem. Ostatecznie, Lovercraft uważał się za brytyjskiego dżentelmena (choć z USA), a takie podejście stanowi odbicie podejścia brytyjskich elit owego czasu. Dżentelmen generalnie powinien być protestantem, czy też w jakiś stopniu utożsamiać się z protestanckimi wartościami i tradycjami, ale nadmierne zaangażowanie w kwestii religii trochę nie uchodzi. I Lovercrafta to chrześcijaństwo "kulturowe" się pojawia gdzieś tam, w tle i rzadko, ale raczej w pozytywnym kontekście. Na przykład opisując piękne miasto będące symbolem cywilizacji, wspomni o strzelistych wieżach czy tez pięknych kopułach kościołów, albo pisząc o tłumie porządnych obywateli Nowej Anglii atakujących złowrogich kultystów doda, że zagrzewał ich pastor. Gwoli sprawiedliwości, co najmniej tak samo często pojawiają się u niego nawiązania do religii helleńskiej, znowuż, jako symbolu pewnego ładu kulturowego. Wydaje się, że Lovercraft nie jest przeciwny religii na poziomie moralnym, nie uważa jej za coś złego. Paradoksalnie, wręcz przeciwnie - własnie dlatego, że religia przekazuje pozytywne wartości, jest mrzonką. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że wszechświat jest zimny i wrogi (niekoniecznie w sposób aktywny i świadomy - raczej w takim sensie, w jakim wrogi jest pożar czy powódź), nie rządzi nim żadna miłosierna siła (a jeśli istnieją jakieś wyższe siły, to są one tak niepojęte i tak odbiegają od ludzkiego pojmowania dobra i zła, że w najlepszym przypadku człowiek nie odniesie żadnych korzyści z ich istnienia, a w najgorszym przypadku stanowią dla niego śmiertelne niebezpieczeństwo), ludzka moralność to wymysł, a sami ludzie to tylko kawałki mięsa, a religia wynika z niezrozumienia tych przerażających prawd i prób antropomorfizowania nieludzkich, nieczułych sił i naiwnej wiary w to, że można jakoś uzyskać ich opiekę. Stąd też chrześcijanstwo jest mrzonką, bo próbuje dawać ludziom nadzieję, że jest inaczej. Jest jedno opowiadanie Lovercrafta, które niektórzy uważają za otwarcie antychrześcijańskie - "Koszmar w Dunwich". Tak, nie spoilerując za bardzo - kosmiczna, wszechobecna, przedwieczna, wielowymairowa, niepojęta potęg w niepojęty sposób zapładnia ludzką kobietę, której potomstwo ma przemienić oblicze Ziemi, oczyścić ją, odnowić i przygotować na to, by stała się siedliskiem wybranych. Brzmi znajomo? Z tym, że boskie potomstwo ma oczyścić świat z ludzkości jako takiej, a wybranymi mają być przerażającymi słudzy papy przybyli z kosmicznych otchłani. I to też moim zdaniem wpisuje się w to, co napisałem wyżej. Lovercraft nie tyle chce powiedzieć "Bóg jest zły i Jezus jest zły!", tylko raczej "To smutne, ale nie wierzę, żeby istniał dobry Bóg. A jeśli jakaś ponadludzka potęga zwróci uwagę na nasz padół i zechce go ulepszyć przy pomocy syna-posłańca, to moim zdaniem wyglądałoby to raczej tak". 
I powiem tak... W pewnym sensie, moja duchowość współgra z tym, co pisał Lovercraft. W pewnym sensie, ortodoksyjna katolicka duchowość z tym współgra. Oczywiście, wierzymy w istnienie dobrego Boga. Postawa Lovercrafta jest trochę nielogiczna. Kojarzy mi się z tymi "nie do końca ateistami", którzy mówią "A może nawet istnieje jakiś Bóg... ale jeśli tak, to na pewno nie jest taki, jak twierdzi Kościół!". A dlaczego nie? Lovercraft zakłada, że jeśli istnieją wyższe siły, to są one niepojęte z ludzkiego punktu widzenia, jednocześnie twierdzi, że to absurdalne, żeby istniał miłosierny Bóg. Ale zaraz - co z tego, że z punktu widzenia ludzkiej logiki istnienie miłosiernego jest absurdalne, skoro bóstwo z definicji nie ma żadnego związku z ową prymitywną logiką, wymyka się jej. To jest niekonsekwencja. Tacy ateiści - i Lovercraft też pozostaje w tym duchu - często używają argumentu "Bo jeśli istnieje Bóg, to ludzie znaczą dla niego tyle, co dla człowieka mrówka!". No i co z tego? Większość ludzi olewa mrówki, o ile nie włażą im do domu i nie wyżerają jedzenia - wówczas tępią je bez litości. Zdarzają się też tacy, którzy czerpią radość z dręczenia mrówek (u Lovercrafta ich odpowiednikiem jest Nyarlathotep). Ale są też tacy, którzy budują wokół mrowisk drewniane ogrodzenia i stawiają tabliczkę, żeby nikt go nie niszczył.
Ponadto - Lovercraft odrzuca koncepcję Boga, która nie jest koncepcją katolicką. Owszem, popularna duchowość antropomorfizuje Boga, a także aniołów. Ale Bóg Biblii to nie jest poczciwy miły dziadek spełniający życzenia. To przerażająca, bezcielesna, niepojęta siła, potężniejszą, niż cały wszechświat razem wzięty, która owszem, czasem (rzadko) objawia się jako "ktoś podobny do starca" (a czasem jako słup ognia, albo jako "zasiadający na tronie, podobny do jaspisu albo krwawnika" - co to w ogóle znaczy?), a gdyby objawił się w swojej prawdziwej postaci nawet swojemu najwierniejszemu słudze, sam widok wypaliłby mu mózg. Podobnie z aniołami. No dobra, głowy nie dam, może w jakimś zakamarku Biblii pojawia się ich opis jako ludzi ze skrzydłami, ale na ogół są opisywane jako układy stworzone z wirujących kół, istoty utkane z czystego ognia, groteskowe stwory pokryte oczami, albo wielogłowe monstra większe od gwiazdozbiorów (Szatan to w końcu też anioł). No, antropomorfizm pełną gębą. Ale kwestie wizualne to rzecz drugorzędna. Lovercraft twierdzi, że ludzka moralność z punktu widzenia wszechświata to absurd i nie ma co oczekiwać, że jakaś przerastająca człowieka siła będzie ją realizować dla naszej przyjemności. Popatrzcie, to dokładnie tak samo, jak Biblia. Bez przerwy tam powtarzają "Myśli moje nie są myślami waszymi", "Ani oko ludzkie nie widziało, ani ucho ludzkie nie słyszało, ani umysł ludzki nie jest w stanie pojąć", "Teraz widzimy jak przez ciemne zwierciadło", "Jeszcze się nie objawiło, czym będziemy". Ludzie słyszą "Bóg jest miłosierny", a potem mówią "Ej, ja jest taki miłosierny, to czemu wybił pierworodnych Egipcjan i czemu pozwolił, żeby moje dziecko umarło? Pieprzenie, wcale nie jest miłosierny, albo w ogóle Go nie ma!". No i pytanie - dlaczego wszechwiedząca, wszechomocna, pozostająca poza czasem i przestrzenią istota miałaby się kierować definicją miłosierdzia ukutą przez jakieś śmieszne prymitywne stworki? Czy Ty konsultujesz swoje decyzje z psem lub kotem albo budujesz swój system moralny na podstawie ich odczuć? Bóg nie jest miłosierny, nie jest sprawiedliwy wedle śmiesznych, ludzkich kategorii. Bóg jest ponad wymysły ludzkich moralistów i filozofów. Oczywiście, używamy ich, z braku lepszych określeń, bo tego, jaki naprawdę jest Bóg, nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć, ani pojąć. W szczególności, Bóg nie spełnia ludzkich zachcianek. Jezus mówił ludziom rzeczy w stylu "Nie myślcie sobie, że przyniosłem pokój - nie, ja przynoszę miecz. Jeśli pójdziecie za mną, wszyscy Was znienawidzą, będziecie prześladowani i wielu z Was zginie". Więc skąd to zdziwko "Ojej, jestem dobrym chrześcijaninem, a inni co mają wywalone na Boga mają w życiu łatwiej, coś tu nie gra"? Kiedy lewacy krytykują chrześcijaństwo, mówiąc, że to zasady przez nie głoszone są nieludzkie, absurdalne, okrutne - mają rację. I takie właśnie mają być. Chrześcijaństwo nie ma być pasem transmisyjnym głoszącym "ogólnoludzkie wartości" i poprawiającym samopoczucie ludzi. Ma być głosem nieludzkiej, niepojętej, przerażającej istoty nie z tego świata - czy raczej, jego uproszczoną wersją, nagiętą do naszych prymitywnych móżdżków. Z punktu widzenia "ogólnoludzkich, uniwersalnych wartości opartych na empatii", Biblia jest księgą o wiele bardziej bluźnierczą, niż Necronomicon.
Zatem, w "lovercraftowskim" układzie, prawdziwi chrześcijanie, którzy troszczą się wypełnianie woli Boga, a nie tworzenie sobie bożka, któremu w usta włożą swoje własne koncepcja na temat dobra i sprawiedliwości, bynajmniej nie są po stronie tego naiwnego, ludzkiego, cywilizowanego, skazanego na zagładę ładu. To my jesteśmy tymi kultystami, którzy wznoszą pradawne hymny i składają krwawe ofiary (z krwi i ciała naszego Boga, nie inaczej) i czekają z utęsknieniem, aż świat spłonie w ogniu i utonie we krwi, a potem powróci nasz Pan, który umarł, lecz żyje, a wówczas sama śmierć umrze, rzeczywistość zostanie wymazana, a my, jeśli będziemy wiernie służyć naszemu Panu, który jest Wielkim Przedwiecznym, który jest Bogiem Zewnętrznym, który jest Starszym Bogiem, (no dobra, Wielką Kozą z Lasów nie jest... Ale Barankiem już tak!) zostaniemy zamienieni w nieumarłe potworności i dołączymy do bezkształtnych śpiewaków głoszących Jego chwałę, zaś nasze prymitywne umysły zostaną zmiażdżone i przekształcone, tak, ze będziemy trwać w wiecznej ekstazie poza czasem i przestrzenią.






1 komentarz:

  1. Bardzo fajnie mi się czytało :) Jak zwykle super wpis. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń