poniedziałek, 25 marca 2019

Przemyślenia po "Kapitan Marvel"

Obejrzałem „Kapitan Marvel”. Film był umiarkowanie udany, ale nie porywający. Chyba najbardziej bawiły mnie interakcje Carol Danvers z Nickem Fury'm oraz Fury'ego z kotem (powiedzmy, że z kotem). W drugiej kolejności – Skrulle, choć wydaje mi się, że ich potencjał nie do końca został wykorzystany, widzowie mogli się spodziewać jakichś intryg ze zmienianiem tożsamości, psychozy w stylu „nie wiadomo, kto jest kim i komu ufać” - tego prawie nie ma i prawdę mówiąc miejsca na to nie było, biorąc pod uwagę raczej lekki ton filmu („Winter Soldier” to nie jest) i plot twist związany z rolą Skrulli – czy takie rozwiązanie jest zadowalające, każdy musi sam zadecydować. Czego zabrakło? Kapitan Marvel, jak na nową gwiazdę, która ma poprowadzić uniwersum po Endgame była trochę za mało wyrazista. Nie mówię, że całkiem bezbarwna, ale jednak mnie nie zachwyciła, a granie kartą „była dyskryminowana, ale się nie dała!!!”, może zadowala SJW, ale mnie niekoniecznie. Walki też były nieporywające – zarówno te „ludzkie” jak i kosmiczne/lotnicze. Jeśli ktoś nie jest fanem Marvela i chce obejrzeć po prostu dobry film SF (bez nacisku na „S”)... to niekoniecznie polecam, ale obejrzeć się da. Jeśli ktoś fanem jest, wiadomo, że z miejsca „Kapitan Marvel” trochę zyskuje – ale czy koniecznie trzeba trzeba go obejrzeć przed „Endgame”? Warto po to, by wiedzieć kim jest Kapitan Marvel, zwłaszcza skoro ma ona odegrać tak dużą rolę... Film jest mocno powiązany zresztą MCU, ale raczej nawiązuje do elementów, które już się pojawiły, niż wprowadza jakieś znaczące nowości. Choć jakieś szersze nawiązania w Edngame MOGĄ się pojawić – w końcu na pewno pojawią się tam wątki kosmiczne, więc jakiś wątek z Kree lub Skrullami (np. jako sojusznikami w walce z Thanosem) może się pojawić, choć niekoniecznie. Aha, no dobra, film wyjaśnia jedną tajemnicę – komu Fury zaufał i przez kogo stracił oko (vide „Zimowy żołnierz”) - osobiście nie uważam wyjaśnienia za satysfakcjonujące.

Tyle wrażeń ogólnych, czas na spoilery i luźne rozważania.


Wyłapałem takie potencjalne niekonsekwencje/nieścisłości (część z nich od razu wyjaśniłem):
    • Teserakt – był na pokładzie samolotu razem z Kapitanem Ameryką, do tej pory jego pierwsze pojawienie się po zatonięciu było w pierwszych Avengersach, kiedy TARCZA nad nim eksperymentowała. Ponieważ pierwsi Avengersi dziali się niedługo po zakończeniu pierwszego Kapitana Ameryki, zakładałem, że tarczownicy wyłowili Kapa razem z kostką. Teraz okazuje się, że Teserakt został wydobyty na długo przed Kapem. Wiki twierdzi, że Howard Stark wydobył kostkę w 1945, szukając Kapitana, jako źródło podany jest „Captain America: The First Avenger”. No ja tego nie pamiętam, ale skoro tak piszą, pewnie tak było.
    • Do Fury'ego niby wszyscy mówią „Fury”, nie inaczej, w tym nie „Nick”. A przecież Maria Hill w „Infinity War” zwraca się do niego właśnie per „Nick” - to na pewno. Internet podpowiada, że Czarna Wdowa także. Oczywiście, możliwe, że przez kilka lat coś się odmieniło.
    • Dlaczego Yonn-Rog, Korath i Marr-Vel wyglądają jak ludzie (poza oczami)? Założyłem w pierwszej chwili, że są mieszańcami, niekoniecznie z homo sapiens (w końcu wiadomo, że w MCU jest sporo nieludzkich gatunków wyglądających jak ludzie – Xandarianie czy Asgardczycy). Ale doczytałem, że jest to wśród Kree norma, po prostu tak u nich wygląda różnorodność rasowa (co samo w sobie było ponoć wynikiem pomyłki – w komiksach na początku wyglądali jak ludzie, ale w którymś komiksie pokolorowano ich na niebiesko, więc ustalono, że niektórzy są niebiescy, a niektórzy biali/różowi – jak widać, teraz również i czarni),
    • W pierwszych Strażnikach Galaktyki pokój z Xandarem zawiera „Kree emperor”, który nawet na chwilę pojawia się na ekranie, w rozmowie z Novą Prime. Jak to się ma do Najwyższego Intelektu? Czy „cesarzem” określają Intelekt obcokrajowcy, a morda Kree na ekranie to była po prostu jego wizualizacja (Nova Prime nie podłączała się kabelkami do wirtualnej rzeczywistości, więc nie było tego cyrku z przybieraniem postaci, którą szanuje rozmówca). Czy może cesarz jest dygnitarzem podległym Intelektowi? Czy w międzyczasie na Hali doszło do przewrotu i elektronicznego/ą dyktatora/kę zastąpił cielesny monarcha (co mogłoby mieć sens – w Strażnikach Kree, którzy w Kapitan Marvel są zaprezentowani jako zaciekli eksterminatorzy zawierają pokój z wrogami, a Ronan się pluje, że to niesłuszne jest i że on będzie przestrzegał starych praw – co może sugerować, że doszło do jakichś zmian. Może Kree po raz kolejny zostali upokorzeni przez Danvers, może oberwali od kogoś innego – np. Thanosa – doszli do wniosku, ze Intelekt się nie sprawdza, odłączyli babę/dziada od zasilania i posadzili na tronie jednego spośród nich – albo jako prawdziwego przywódcę, albo marionetkę).

Natomiast co na pewno nie jest błędem? Otóż niektórzy widzowie stwierdzili, że w Carol nie mogła latać na bojowych odrzutowcach, bo w tym okresie kobiety nie tylko nie mogły uczestniczyć w akcjach bojowych, ale w ogóle pilotować takich samolotów. Śmieszne. Podobnie jak narzekania, że Czarna Wdowa jest za młoda, żeby móc zaliczyć służbę w KGB. TO JEST INNY ŚWIAT. W nim II WŚ była toczona z użyciem genetycznie zmodyfikowanych superżołnierzy i laserów zasilanych kamieniem z kosmosu. Istnieją tam fikcyjne organizacje, takie jak SSR, TARCZA, Hydra, fikcyjne korporacje jak Stark Industries czy Roxxon, fikcyjni politycy jak prezydent Ellis czy sekretarz Ross, fikcyjne kraje jak Sokovia czy Wakanda... Ale kurczowo upieramy się przy trzymaniu chronologii z naszej Ziemi. Ale niektórzy kurczowo chcą się upierać przy realnej chronologii w jakichś trzeciorzędnych szczegółach. Typowa obsesja „zgodności historycznej”.

Twórcy chcieli mieć wyraźny plot twist. Takim twistem mogłoby być to, że Kree są źli... Tyle, że żaden zagorzały fan MCU (już nie mówiąc o czytelnikach komiksów) nie nabrał się, że smerfy są „noble warrior heroes”. Więc zamiast tego Skrulle okazują się być dobre. W sumie nawet spoko – od chwili gdy Talos wszystko wyjaśnił, czekałem w napięciu, co się stanie, bo założyłem, że okaże się, że jednak i Kree i Skrulle to zło (jak w komiksach), tylko Talos wkręca Vers, tak samo jak wcześniej smerfy i kiedy doprowadzi go do Teseraktu wykrzyknie „BUHAHAHA głupia babo, teraz będę rządził galaktyką!”. Niemalże miałem pewność, że tak będzie, gdy zaczął „nawoływać” swoich – założyłem, że to posiłki, które w tajemnicy za nim podążały, żeby w odpowiedniej chwili wkroczyć i spacyfikować Carol. Nawet gdy zaczął się miziać z żoną i córką myślałem, że jednak okaże się być trochę zły – choć już raczej na zasadzie „Dobrze, a teraz użyjemy Teseraktu, żeby odpłacić Kree pięknym za nadobne, za nasze krzywdy” i jednak Carol będzie musiała go powstrzymać. A jednak nie. Nie było źle, jakiś suspens był... Ale jednak, czy trochę nie zmarnowano Skrulli? Jak wspomniałem wyżej, są genialnym materiałem do paranoicznych scenariuszy o inflitracji, mogliby wprowadzić powiew nowego gatunku do MCU – jak „Zimowy Żołnierz” był po trosze thrillerem szpiegowskim, tak film ze Skrullami mógłby być horrorem (no dobra, pseudohorrorem w wersji light) w typie „Thing” Carpentera. Rozumiem, że TEN film miał być o czymś innym, ale myślę o przyszłości... No i jednak zaskakuje mnie JAK BARDZO nie próbowano grać takimi wątkami. Skrulle prawie nie próbują wykorzystywać tej opcji w walce – dobra, jeden próbuje oszukać snajperkę, nie udaje się, wszyscy się ujawniają i rezygnują ze swojego największego atutu – ok do tej pory Kree mogą się spodziewać, że stojący przed nimi towarzysz to Skrull, ale co z tego? Nawet chwila zawahania może wystarczyć. A dalej na Ziemi łżeCoulson i łżeKeller w zasadzie od razu się ujawniają (ten drugi tylko przed widzem, ale jednak). W przyszłości droga nie jest całkiem zamknięta, ktoś z Marvela – Feige albo jakiś jego wasal, nie pamiętam – zaczął przebąkiwać, że u Skrulli są różne frakcje i w jak w każdym ludzie są źli i dobrze. Więc się zobaczy. Aha, w sumie fajnie, że zaprzeczono kliszy i Talos przeżył, choć zgodnie z zasadami hollywoodzkiej dramaturgii nie miał prawa – zaliczył strzała w ostatniej chwili, gdy drzwi się za nim zamykały i jeszcze chyba uśmiechał się do swojej uratowanej rodziny, w takiej sytuacji jedyne co normalnie by mu pozostało, to wygłosić ostatnie słowa. A tu nie.


Jak wspomniałem wyżej, nie do końca podoba mi się rozwiązanie kwestii oka Fury'ego. Trochę przykro, że pozbawił go kotek, którym się zachwycał i do którego się przymilał przez pół filmu. Znaczy, miało trochę sensu, no bo rozumiem, że to nie kotek, tylko kosmiczna poczwara, zresztą nawet w przypadku prawdziwych kotów nadmierne czułości do głupi pomysł... ale jednak trochę przykro.

Być może trochę zabrakło jakiejś większej traumy związanej z ujawnieniem machinacji Kree. W sumie Carol było przykro, że niesłusznie tępiła Skrulli i tyle. Ale brak było jakiegoś mocniejszego pokazania poczucia zdrady czy też rozterek związanych, że od teraz walczy z osobami, które przez ostatnie sześć lat postrzegała jako dobroczyńców/towarzyszy broni/ziomków. Wydaje mi się, że trochę trudno się tak z marszu przestawić... Właściwie to rozwiązano to dwuzdaniową konwersacją z Minn-ervą (a co z pozostałymi, którzy niekoniecznie wiedzieli, co dokładnie zaszło?).


Pisałem wcześniej, że Carol jest trochę mało wyraźna. Ale jednak nie jest całkiem pozbawiona charakteru. Nie wiem, czy twórcy chcieli pójść w tę stronę, biorąc pod uwagę całe to feministyczne zadęcie, ale odbierałem ją jako postać trochę... hmm... dzieciną? Młodzieńczą? Dziewczęcą? Złożyło się to na kilka czynników:
  • te ciągłe flashbacki, w których dosłownie jest małą dziewczynką,
  • w innych flashbackach zachowuje się jak nastolatka, śpiewa głośno w barze, gra na automatach (znaczy, nie żebym osobiście miał coś przeciwko graniu na automatach, ale jednak „majnstrimowo” nie są one postrzegane jako rozrywka dla dorosłych),
  • to, że cały czas błąka się jak dziecko we mgle, nie wie o co chodzi, Kree ją oszukują, na Ziemi nie wie jak się zachować itd. Pod koniec filmu trochę się to zmienia, ale nawet wtedy jej pokaz mocy można potraktować jako młodzieńczy bunt,
  • jej relacja z „porucznikiem Nygusem”,
  • na początku filmu przychodzi do swojego „mentora”, bo miała zły sen, potem w czasie akcji wyrywa się do przodu, by móc się wykazać. Generalnie, przez kilka pierwszych minut jej relacja z Yonn-Rogiem wygląda trochę jakby była jego młodszą, narwaną ale sympatyczną i utalentowaną młodszą siostrą, którą kocha, nawet jeśli jest trochę zniesmaczony jej wybrykami (wiem, nie o to chodzi, ale jednak takie było pierwsze wrażenie),
  • Fury w pewnej chwili mówi, że jego wygląda jak czyjaś zbuntowana bratanica, czy jakoś tak,
  • jej relacja z „porucznikiem Nygusem”,
  • ma blond włosy, które u postaci kobiecej (u męskiej trochę też) często kojarzą się „niewinnością” (no chyba, że mamy do czynienia z inną kliszą tj. „królową lodu” a ekstremalnym przypadku „suczą z SS”, ale tu to nie wchodzi w grę) i taką krągłą twarz, która też chwilami kojarzy mi się „dziecinnie”,
  • kompletny brak fanserwisu, czy choćby cienia relacji romantycznych/erotycznych (no chyba, żeby dopatrywać się ich z Marią Rimbeau, ale wolę tego nie robić) – co ciekawe, brak love interest u postaci kobiecej jest postrzegany właśnie jako przejaw feminizmu i budowania „siły” tej postaci... co niespecjalnie ma sens, biorąc pod uwagę, że jak do tej pory właściwie każdy z Avengersów miał jakiś wątek romantyczny, więc gdyby Carol robiła do kogoś maślane oczy, to nie byłby to żaden seksizm i pokazywanie, że kobieta musi być emocjonalna, wrażliwa, romantyczna i kochliwa, tylko zwyczajne dopasowanie jej do kolegów. Inna sprawa, że lewicowcy często krytykują z zasady wątki romantyczne, jako takie, również u mężczyzn – chyba dlatego, że one (na szczęście) w 99,99999% „hetero” (tj. normalne, choć niestety rzadko wiążą się z sakramentem małżeństwa), co nie pasuje do ich smęcenia o „reprezentacji” i trochę przeszkadza w pisaniu entego slasz fanfika z gejowskimi orgiami – oczywiście istnieje też uzasadniona krytyka takich wątków, wykorzystująca argumenty takie jak „po co to, przecież jest niepotrzebny i zabiera czas na ważne wątki” albo „ten wątek wziął się znikąd, strasznie wymuszony”,
  • nie ma większych rozterek moralnych, robi, co uważa za słuszne pod wpływem impulsu, jeśli pojawiają się jakie dwuznaczności, to dlatego, że ją oszukano.

No i właśnie dlatego postrzegałem Carol jako postać „dziecinną”. Nie w sensie, ze infantylną i głupią, tylko bardziej niewinną idealistkę zderzającą się z rzeczywistością. Co sprawiło, ze ta postać zyskała u mnie trochę punktów i nieco odsunęła się od bycia Mary Sue. No właśnie. Problem w tym, że nie lubię przegiętych postaci. Cicho, lewaki – nie przegiętych postaci kobiecych, po prostu przegiętych postaci. Nie przepadam za Supermanem, a Kapitan Marvel w tej chwili jest właśnie Supermenem MCU. Z takimi osobnikami tylko same problemy – najpierw kreuje się ich na wszechmocnych, a potem trzeba się z tego wycofywać, bo wszechmoc z fabularnego punktu widzenia jest nieciekawa, ciekawe są konflikty i przezwyciężanie trudności. Dlatego takiego Supermana trzeba albo osłabiać – po to wymyślono kryptonit – albo wręcz „chować”, żeby nie rozwiązywał wszystkich problemów od ręki i kradł innym show (jak Lidze Sprawiedliwości, gdzie przez większość akcji był martwy, a jak pod koniec przestał być, to oznaczało, że jest po zabawie). I pewnie tak samo będzie z Carol. W ramach feministycznego przesłania pokazano, że jest już właściwie na samym szczycie – gołymi rękoma rozwala krążowniki, nikt jej nie podskoczy i nikomu „nie musi nic udowadniać”. No a przecież jeśli Endgame – i przyszłe filmy z jej udziałem – mają mieć sobie choć odrobinę napięcia, będzie musiała spaść z tego piedestału. OK, niech sobie pokona Thanosa, ale żeby walka była ciekawa, wprzódy Szalony Tytan będzie musiał jej nabić parę siniaków i chociaż zarysować kombinezon. Ba, dobrze by było, gdyby choć przez chwilę nad nią triumfował i ją upokorzył. Żeby wygrana protagonisty była coś warta, musi być związana z choć odrobiną trudu i bólu. Protagonistek też to dotyczy. A niektórzy mają problemy ze zrozumieniem tego – vide ból tyłka z tego powodu, że w X-Men: Apokalipsa główny złol przydusił Mistique. Bo chcemy silnych, walczących postaci kobiecych. Ale nie chcemy oglądać przemocy wobec kobiet. Ha. Poza tym, cholernie przykro będzie jeśli taka nuworyszka pojawi się w ostatniej chwili i będzie rozstawiać po kątach postaci, które zdążyliśmy poznać i polubić. Mam nadzieję, że nie czekają nas kolejne takie dyskusje:
  • Nie podoba mi się, jak poprowadziliście Kapitan Marvel.
  • Oooo, szowinista się odezwał, dupa boli & male tears, że pokazują silną, niezależną kobietę? Łojojoj, chcesz, żeby ci współczuć, biedaczku.
  • Nic takiego nie powiedziałem. Chodzi o to, że źle ją poprowadzili, zrobili z niej Mary Sue. Gdyby była facetem, też by mi się to nie podobało.
  • Nieprawda, my lepiej wiemy, co myślisz, seksisto. Ić stont <<tu wstaw jakiegoś mema i kilka nic nie wnoszących popisów ironii i sarkazmu>> Mylisz się i nie powiem dlaczego, bo nie jestem tu, żeby cię edukować. Dlaczego tak bardzo nienawidzisz kobiet? A w ogóle to nie jest film dla ciebie, ty biały heretoseksualny cissamcze, więc się nie odzywaj!


Kwestia relacji Carol z Marią Rambeau. Oczywiście, wprost nie pokazano niczego zdrożnego, zgodnie z kanonem są „best friends” i koniec. Ale ewidentnie to było mrugnięcie okiem do LGBT. Mieszkają razem, razem spędzają święta, razem wychowują dziecko, po zaginięciu Carol to Maria dostaje jej rzeczy, w dodatku Carol jest z jakiegoś powodu skłócona ze swoimi rodzicami... No i nie ma najmniejszej wzmianki o ojcu Moniki (w komiksach mąż Marii jest strażakiem). Oczywiście, wszystko to da się racjonalnie wyjaśnić, osoba płci żeńskiej, z którą byłem na seansie była zaskoczona, że doszukuję się dewiacji, twierdząc, że to normalna relacja samotnej matki z bezdzietną koleżanką... W każdym razie – Chińskie władze to ateiści/poganie prześladujący chrześcijan, ale w jednym aspekcie robią dobrą robotę – nie dopuszczają na nadzorowany przez siebie chiński rynek (który jest coraz bardziej znaczący dla Hollywoodu) propagowania zboczeństwa i dzięki temu producenci blockbusterów muszą się trochę krygować.

niedziela, 24 marca 2019

Kilka pytań odnośnie aborcji

Z okazji Dnia Świętości Życia, kilka pytań:

  1. Dlaczego proaborcjonistów tak strasznie bulwersują plakaty pokazujące skutki aborcji? Przecież według nich to tylko zwykły zabieg, a abortowane dziecko to zlepek komórek. Więc przechodząc obok powinni tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć „Ale po co ten krzyk? Na tych zdjęciach nie ma niczego szokującego”.
  2. Dlaczego jeśli publiczne pieniądze pójdą na cokolwiek związanego z religią, to jest to straszna rzecz i wykluczenie obywateli, bo przecież nie każdy jest wierzący i państwo należy do wszystkich i „ja nie chcę finansować waszych zabobonów”, ale jednocześnie aborcja powinna być finansowana z podatków opłacanych przez katolików, którzy uważają ją za zbrodnię?
  3. Dlaczego lewacy tak dbają o empatię, polityczną poprawność i ciągle aktualizuje listę zakazanych słów, które mogą sprawić, że komuś zrobi się przykro... Ale jednocześnie lewacy bez ogródek mówią, że adopcja zamiast aborcji to nie jest rozwiązanie, albo że usuwanie chorych płodów jest dla ich dobra, bo lepiej się nie narodzić, niż być niechcianym/chorym i cierpiącym – jak się czuje osoba wychowana w domu dziecka albo posiadająca wady genetyczne, gdy słyszy, że lepiej byłoby, gdyby się nie narodziła?
  4. Dlaczego od dawna lewacy powtarzali (i dalej powtarzają) „katolom zależy tylko, żeby się dziecko urodziło, a po porodzie kopią matkę i dziecko w dupę i mają je gdzieś”, a jednocześnie nienawidzą programu 500+ oraz pogardzają matkami wielodzietnymi ?
  5. Dlaczego feministki protestujące przeciwko ocenianiu kobiet przez pryzmat ich wyglądu nie protestują, kiedy ktoś twierdzi, że działaczki przeciwaborcyjne to brzydkie baby, którym i tak ciąża nie grozi (zresztą wbrew faktom – przecież choćby taka Kaja Godek jest matką).
  6. Dlaczego w mediach nieplanowe poronienie jest traktowane jako tragedia i utrata dziecka, matki głaszczące się po brzuchu i mówiące do swojego dziecka są słodkie, ale kiedy dochodzi do aborcji to tylko zwykły zabieg, usunięcie zlepku komórek, a każdy, kto próbuje humanizować ten zlepek jest ukazany jako idiota i oszołom?
  7. Dlaczego lewacy uważają, że tylko kobieta ma prawo podjąć decyzję o aborcji, bo „jej ciało, jej sprawa”, a jednocześnie chcą odgórnie zakazać terapii konwersyjnych, zamiast pozostawić każdemu homoseksualiście decyzję o przystąpieniu lub nie? Nawet jeśli lewacy uważają takie terapie za szkodliwe, to... „ich (homoseksualistów) ciało, ich sprawa”, prawda?

niedziela, 24 lutego 2019

Biblia a niewolnictwo

Jestem otwarty na dyskusję, ale proszę, żeby krytyczny komentarz był poprzedzony przeczytaniem całego tekstu i odnosił się do zawartych w nim argumentów, a nie sprowadzał się do "Uga buga, ciemnota i zabobon, to jest głupie, bo katolstwo jest głupie". A jeśli chcesz napisać "Nawet mi się nie chciało tego czytać", to spokojnie możesz sobie to darować. Grubo ponad pięć miliardów ludzi tego tekstu nie przeczytało i jakoś nie mają potrzeby się tym chwalić.



Jednym z ulubionych zaklęć ateistów spod znaku "Ja znam Biblię lepiej, niż katolicy, bo widziałem jakiś wyrwany z kontekstu cytat użyty w memie na Kwejku" jest "Biblia jest zła, bo dopuszcza niewolnictwo". Oczywiście, z mojego punktu widzenia zarzut jest absurdalny - bo tylko Bóg może być źródłem moralności (na pewno nie "empatia", "przyrodzona godność człowieka" czy inne lewackie fetysze) i wierzę, że Biblia jest wyrazem woli Boga, więc gdyby Biblia dopuszczała niewolnictwo, to znaczyłoby to, że niewolnictwo jest OK, a nie, że Biblia zła.
Spotkałem się jednak z dotkliwszym zarzutem, który może wspomagać propagowanie heretyckiego, niehomofobicznego pseudochrześcijaństwa - "Biblia naucza, że homoseksualizm to grzech, ale Biblia naucza też, że niewolnictwo jest dozwolone - a jednak Kościół zmienił w tej drugiej kwestii stanowisko i mówi, że niewolnictwo jest niedopuszczalne, to dlaczego nie mógłby zmienić nauczania również w kwestii homoseksualizmu?". Gdyby faktycznie Kościół Katolicki potępiał niewolnictwo wbrew Biblii, nie oznaczałoby to, że odejście od Biblii jest dopuszczalne (także w kwestii praktyk homoseksualnych), tylko że KK dopuścił się herezji.
Tym niemniej, niewolnictwo o jakim mowa w Biblii ciężko uznać za "niewolnictwo" w rozumieniu współczesnym.
Społeczeństwo ludzkie jest zhierarchizowane, opiera się na wzajemnych zależnościach i podległości. I to jest dobre i to jest słuszne - i nie dostrzega tego tylko skrajny lewak-anarchista, który wierzy, że jego z sufitu wzięta ideologia może zaprzeczyć rzeczywistości. Pracownik podlega zwierzchnikowi, żołnierz oficerowi, dziecko rodzicowi, mieszkaniec kraju - jego władzy. Czy to oznacza, że każdy stosunek podległości jest równoznaczny z niewolnictwem? I znowuż - "tak" odpowie jedynie anarchista. Dlaczego opisane relacje nie są równoznaczne z niewolnictwem? Dlatego, że chociaż wyraźnie można w nich wyróżnić władającego i władanego, to w każdym z tych przypadków władza władającego nie jest absolutna, a władany ma pewne określone prawa, których władający nie może naruszyć - co więcej, jeśli władający przekroczy swoje kompetencje, władany ma prawo się temu przeciwstawić, a prawo stoi po jego stronie. Jak ujmuje to Wikipedia niewolnictwo to zjawisko społeczne, którego istotą jest stosunek zależności, polegający na tym, iż pewna grupa ludzi (niewolnicy) stanowi przedmiot własności innych osób, grup ludzi (rodzina, plemię itd.) lub instytucji (państwo, świątynia itp.), mogących nimi swobodnie rozporządzać. "Swobodnie rozporządzać". Jeśli zakres rozporządzenia przez "pana" nie jest swobodny, nie mamy do czynienia z niewolnictwem. Jeśli uznamy inaczej, to musielibyśmy uznać, że każda komórka społeczna opiera się na niewolnictwie, a bez niewolnictwa nie ma cywilizacji.

Dlatego do czynienia z niewolnictwem sensu stricto mieliśmy na przykład w starożytnym Rzymie. Rzymskie prawo stało zdecydowanie na stanowisku, że niewolnik jest wyłącznie rzeczą, przedmiotem własności rozumianej jako "nieograniczone władztwo". Był uznawany za "narzędzie mówiące" w odróżnieniu od "narzędzi milczących" (czyli np. młotka czy łopaty). Pan mógł zrobić z niewolnikiem co tylko chciał - mógł go okaleczyć, zabić, zgwałcić, zjeść, obedrzeć ze skóry, cokolwiek. Rzymska literatura z lubością dawała różne skrajne przykłady mające pokazywać, jak bardzo niewolnik jest śmieciem. Na przykład takie zagadnienie prawne - "Czy jeśli pan porzuci chorego niewolnika na śmierć, a niewolnik cudem wyzdrowieje, niewolnik może odejść, czy dalej pozostaje własnością?". Odpowiedź - oczywiście, że dalej pozostaje własnością, to, że pan go nie leczył nie ma żadnego znaczenia, przecież pan nie jest niewolnikowi ABSOLUTNIE nic winien i NIC nie usprawiedliwia nieposłuszeństwa niewolnika. Człowiek wolny mógł odpowiadać za zabójstwo/okaleczenie niewolnika wyłącznie gdy dotyczyło to cudzego niewolnika - przy czym absolutnie nie było traktowane to jako zbrodnia, taki sprawca odpowiadał po prostu na podstawie przepisu nakazującego zapłacenie odszkodowania za zniszczenie/uszkodzenie cudzej rzeczy (i oczywiście poszkodowanym był pan cudzego niewolnika, nie niewolnik). Uprzedmiotowienie niewolnika sięgało tak daleko, że niewolnik nie miał praw nie tylko w stosunku do swego pana - nie miał praw w ogóle. Nawet czysto prywatnych. Nie mógł np. zawrzeć małżeństwa - również z niewolnicą. Nie mógł być z nikim spokrewniony - rzeczy nie mają krewnych. Jeśli niewolnica urodziła dziecko, nie była jego matką (co ciekawe, paradoksalnie, niewolnica mogła urodzić człowieka wolnego - jeśli przez część okresu ciąży była wolna, to i dziecko było wolne - ale z punktu widzenia prawa nie było jej potomkiem). Akurat tę ostatnią kwestię zmieniono, bo ktoś wpadł na pomysł, że niewolnica mogłaby urodzić syna, potem oboje mogliby zostać wyzwoleni i zawrzeć małżeństwo jako ludzie wolni (bo przecież nie są spokrewnieni), a kazirodztwo jest obrazą  bogów.

Jest jasne, że takiego niewolnictwa chrześcijaństwo nie dopuszcza.

Tymczasem, jak wyglądało niewolnictwo, o którym mowa w Biblii? Najpierw przyjrzyjmy się Staremu Testamentowi. Jakkolwiek, zgodnie z Biblią, Prawo Mojżeszowe chrześcijan nie dotyczy, to jednak faktem jest, że stanowiło ono prawo, które z woli Bożej miało dotyczyć starożytnych Izraelitów na czas Starego Przymierza.
- Pan, który zabił swojego niewolnika podlegał karze. W tym przypadku niektórzy krytycznie odnoszą się do zastrzeżenia, że pan nie podlegał karze, jeśli niewolnik umarł po upływie dwóch dni od pobicia. Tu nie chodziło o jakieś rytualne przesądy, tylko o ustalenie odpowiedzialności - w czasach, gdy sekcje zwłok nie istniały, ciężko było jednocześnie określić, co stanowiło bezpośrednią przyczynę śmierci człowieka, stąd przyjmowano, że jeśli niewolnik umarł w ciągu dwóch dni od pobicia, domniemuje się, że to pobicie było przyczyną śmierci, a jeśli później - że zginął z jakiegoś innego powodu, niezależnego od pana,
- jeśli pan uderzył niewolnika nie zabijając go, ale powodując trwałe uszkodzenie ciała (wybił oko lub ząb), tracił nad nim władzę i musiał go wyzwolić,
- jeśli facet wziął sobie niewolnicę (w domyśle na "żonę"), a potem mu się znudziła i wziął inną, w dalszym ciągu musiał zapewniać jej pożywienie, odzież i mieszkanie - nie miał prawa jej np. sprzedać - a jeśli ją zaniedbywał, miała prawo odejść bez żadnego wykupu,
- "Kto by porwał człowieka i sprzedał go, albo znaleziono by go jeszcze w jego ręku, winien być ukarany śmiercią" (skąd zatem brali się niewolnicy? O tym dalej),
- niewolnicy, tak samo, jak ludzie wolni nie wykonywali pracy w szabat,
- jeszcze większe ograniczenia dotyczyły władzy nad niewolnikami-Izraelitami, no ale domyślam się, że większości z nas to nie dotyczy, więc nie będę się rozpisywał.

A zatem niewolnictwo starotestamentowe NIE BYŁO niewolnictwem sensu stricto. W porównaniu z niewolnictwem rzymskim było bardzo łagodną instytucją. Niewolnik nie był rzeczą - był podwładnym, ale nie rzeczą. Miał konkretne prawa w stosunku do swojego pana i mógł je egzekwować. Co to za niewolnictwo, jeśli niewolnik ma prawo powiedzieć "Gdzie z tym kijem, draniu! Wybiłeś mi zęba, ty bandyto! Nie godzę się na to, koniec, już nie jesteś moim panem, mam cię gdzieś, odchodzę, pocałuj mnie w dupę, żegnam"? Albo jeśli niewolnica może powiedzieć "Nie dbasz o mnie, TY JUŻ MNIE NIE KOCHASZ, odchodzę"? Już nie mówiąc o tym, że niewolnik miał ustawowo zagwarantowany jeden dzień wolny w tygodniu - coś, czego w innych krajach nie mieli nawet ludzie wolni!
Oczywiście, ktoś może mieć zastrzeżenie, że jakkolwiek Prawo Mojżeszowe zakazywało skrajnych przejawów przemocy, to jednak generalnie dopuszczało "umiarkowane" bicie - tyle, że przecież w ówczesnych czasach dotyczyło to również wolnych ludzi, a kara chłosty była powszechna (zresztą, mam wrażenie, że warto byłoby rozważyć jej przywrócenie we współczesnych czasach - byłaby tańsza niż więzienie, a bardziej resocjalizująca niż "zawiasy" - oczywiście, zgodnie z biblijnymi zasadami nie mówię o okaleczaniu).
W ogóle to śmieszne, że dzisiaj wielu postępowców twardo twierdzi, że podstawą europejskiej cywilizacji jest Grecja i Rzym, a Biblia to syf, ciemnota i barbarzyństwo. Trzeba przyznać, że prawo rzymskie z czysto "materialistycznego" punktu widzenia jest precyzyjniejsze i lepiej służy obrotowi gospodarczemu - dlatego też współczesne prawo cywilne w znacznej mierze na nim bazuje - ale pod względem moralności - właśnie z "humanistycznego" i "opartego na empatii" punktu widzenia, który ponoć przyjmują lewacy - nawet Stary Testament bije wymysły Rzymian na głowę.
Aha, miałem się odnieść do tego, skąd Izraelici brali niewolników, skoro porywanie w tym celu ludzi było zakazane.
1. Jako jeńców wojennych - można się zastanawiać, czy to sprawiedliwe, żeby czynić niewolnika z wrogiego żołnierza, który tylko wykonywał rozkazy, czy tym bardziej z cywilnej ludności podbitej osady. Ale jaka była alternatywa? Lepiej, żeby wojownik miał motywację do zachowywania wrogów przy życiu, niż żeby beztrosko ich mordował i gwałcił, prawda? Oczywiście, lepsza jest sytuacja, gdy człowiek postępuje zgodnie z wolą Bożą ze względu na głęboką wiarę i szacunek dla Boga, a nie łaskawie idzie na kompromis ze względu na materialne korzyści, ale mimo wszystko lepsze to, niż gdyby szedł na całość i wybierał najgorszą opcję. A przecież Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapem, prowadzącym Izraelitów do pełnego poznania Prawa Bożego. "Miłuj swoich nieprzyjaciół" jest lepsze, niż "Daruj życie wrogowi, żeby musiał na ciebie pracować", ale zawsze lepsza taka motywacja do miłosierdzia, niż żadna.
2. Jako złapanych przestępców - chyba jesteśmy zgodni co do tego, że ukaranie przestępcy polega na ograniczeniu jego praw - czy to wolności osobistej (więzienie), czy własności (grzywna). Zrobienie z niego pracownika przymusowego to po prostu inna forma kary i nie ma nic wspólnego z potępianym przez Kościół niewolnictwem polegającym na niewoleniu niewinnych.
3. Jako dłużników niespłacających swych długów - zmuszenie dłużnika do spłaty długu w naturze jest po prostu inną formą wyegzekwowania należności. W sumie dlaczego wierzyciel ma ponosić straty? Czy dzisiaj np. zajęcie komuś rachunku i zmuszenie, żeby oddawał część owoców swojej pracy komornikowi jest nieludzkim traktowaniem?
4. Jako ludzie dobrowolnie oddający się w niewolę. Z punktu widzenia współczesnego człowieka, który na każdym kroku deklaruje, jak to kocha wolność, to szokujące. Ale łatwo mówić, że wolność jest wartością najwyższą, gdy żyjesz w kraju pierwszego świata. W starożytności o wiele ważniejsze było przetrwanie. Lepiej zrezygnować z części swojej wolności (podkreślam - części - bo jak wyżej wskazałem, starotestamentowe niewolnictwo nie oznaczało uprzedmiotowienia) było oddać się pod opiekę kogoś mocniejszego, kto zapewni ci ochronę, niż stać się ofiarą dzikiej przyrody czy zbójów (zresztą, tak działają współczesne państwa - i to jeszcze gorzej, bo nawet nie masz prawa zadecydować, czy chcesz się oddać w taką niewolę!). Taki przykład - Abraham na skutek nacisków swojej żony Sary oddalił niewolnicę Hagar wraz z synem Izmaelem. Hagar błąkała się po pustyni, zanosząc modły do Boga. I Bóg jej wysłuchał - zesłał anioła, który nakazał Abrahamowi ponowne przyjęcie Hagar. Z punktu widzenia Hagar wolność nie była stanem pożądanym - tylko "pożywienie, odzież i wspólne mieszkanie", które miał obowiązek zagwarantować jej pan. Prawo Mojżeszowe zawierało nawet specjalną procedurę "Co zrobić w sytuacji, gdy wyzwalasz niewolnika, a on mówi, że chce zostać".
5. Zakup niewolnika - no tak, to brzmi brzydko. Ale przecież niewolnik w Prawie Mojżeszowym nie był rzeczą - "kupując niewolnika" nie nabywało się prawo do niego tak, jak np. do stołu czy osła. Nabywało się określone prawa w stosunku do niewolnika - prawa, które były ograniczone, jak to wyżej wskazałem. Już nie mówiąc o tym, że jeśli Izraelita nabywał niewolnika od cudzoziemca, to status niewolnika mógł ulec znacznej poprawie - bo wówczas przechodził on pod Prawo Mojżeszowe, dzięki czemu jego życie i w znacznej mierze zdrowie zyskiwały ochronę, jakiej nie miał przedtem.

Ale jak wspomniałem wyżej - Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapie w planie Bożym. Gdyby Stary Testament zawierał pełne objawienie, Nowy byłby niepotrzebny. Tymczasem w Nowym Testamencie przechodzimy na nowy poziom - również w kwestii tzw. niewolnictwa.

Święty Paweł w rozdziale 6 Listu do Efezjan pisze co następuje:
"5 Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym2 panom, jak Chrystusowi, nie służąc tylko dla oka, by ludziom się podobać, lecz jako niewolnicy Chrystusa, który z duszy pełnią wolę Bożą Z ochotą służcie, jak gdybyście [służyli] Panu, a nie ludziom, świadomi tego, że każdy - jeśli uczyni co dobrego, otrzyma to z powrotem od Pana - czy to niewolnik, czy wolny".
Na te wersety powoływali się np. posiadacze niewolników z amerykańskiego południa, uzasadniając swój system. Na ten wersety powołują się antychrześcijanie, twierdząc, że pokazuje on stosunek Biblii do niewolnictwa. Tylko, że jedni i drudzy pomijają następny werset: "A wy, panowie, tak samo wobec nich postępujcie: zaniechajcie groźby, świadomi tego, że w niebie jest Pan zarówno ich, jak wasz, a u Niego nie ma względu na osoby". A zatem - tak, niewolnik ma służyć panu, ale pan ma wobec niego zaniechać groźby. Czyli już nawet nie "możesz bić, ale nie okaleczaj". Masz się powstrzymać nawet od groźby stosowania przemocy. Tylko wtedy możesz być "panem niewolnika". Co więcej - św. Paweł pisze "A wy, panowie, TAK SAMO wobec nich (niewolników) postępujcie". Tak samo, czyli - niewolnicy służcie panom, ale i panowie służcie niewolnikom. O co w tym chodzi? W kulturze grecko-rzymskiej dominującej w ówczesnym imperium "służenie" było traktowane jako coś haniebnego. To, że niewolnik był pogardzany, to oczywiste, ale nawet wolni rzemieślnicy byli traktowani jako ktoś gorszy - w tym artyści, jak np. rzeźbiarze. Prawdziwie wolny człowiek oddawał się dyskusjom filozoficznym, polityce, poezji, a jeśli brudził sobie ręce i męczył ramię, to co najwyżej robiąc mieczem i włócznią. A św. Paweł mówi - służenie jest dobre, służenie jest słuszne. Niewolnicy, nie traktujcie służenia jako coś hańbiącego - każdy powinien służyć innym i samemu Bogu. Panowie również.  Św. Paweł nakazuje przemodelowanie stosunków międzyludzkich i wyrównanie pozycji obu stron relacji - ale nie polega ono na odrzuceniu służby, jak to czynią komuniści, ale wręcz przeciwnie - na założeniu, że obie strony mają obowiązek służyć sobie nawzajem. I obie strony mają obowiązek powstrzymać się od "groźby" wobec drugiej strony. Stąd też niewolnictwo pawłowe jest niewolnictwem jedynie z nazwy - to jest relacja pomiędzy uczciwym pracodawcą i uczciwym pracownikiem, gdzie owszem, jedna strona sprawuje kierownictwo, ale obie strony mają wobec siebie obowiązki, a relacja jest oparta na poszanowaniu tych obowiązków i wzajemnych korzyściach, a nie przymusie i groźbie. Św. Paweł używa słowa "niewolnik" jako "osoba podlegająca czyjemuś kierownictwu", a nie jako "przedmiot własności". Nie liczy się termin, a jego znaczenie. Kto cieszył się większą wolnością w XX wieku? Poddany królowej brytyjskiej, czy obywatel Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich? Przypomina mi się taka scenka z książki "Pomniejsi bogowie" Pratchetta, kiedy główny bohater, mieszkaniec Omnii, Brutha pyszni się przed niewolnikiem z innego kraju - Efebu, że jest wolnym człowiekiem. Do momentu, gdy uświadamia sobie, że w Efebie pan ma obowiązek dobrze opłacać i żywić niewolnika oraz dawać mu dni wolne, a wolny człowiek Brutha w Omnii takich przywilejów nie ma. I tak też było z tym biblijnym niewolnictwem.

A przechodząc od ogółu do konkretu -  list św. Pawła do Filemona dotyczy sytuacji, w której Apostoł Narodów odsyła do Filemona jego zbiegłego niewolnika, Onezyma. Ha! Można zakrzyknąć - no i wyszło szydło z worka, św. Paweł niby tak kocha niewolników, tu odsyła zbiega z powrotem w niewolę, zamiast pomóc mu uciec. Ale co pisze św. Paweł do pana Onezyma:
"Bo, być może, że dlatego utraciłeś go na krótki czas, abyś go odzyskał na wieki, i to już nie jako sługę, ale więcej niż sługę, bo jako brata umiłowanego, zwłaszcza dla mnie, a tym bardziej dla ciebie, tak według ciała, jak i w Panu. Jeżeli więc masz mnie za przyjaciela, przyjmij go jak mnie. A jeżeli ci jakąś szkodę wyrządził albo jest ci coś winien, mnie to przypisz. Ja, Paweł, piszę własnoręcznie, ja zapłacę; nie mówię już o tym, żeś mi siebie samego winien".

Zresztą, w innym miejscu św. Paweł wprost potępia handel niewolnikami:
"8 Wiemy zaś, że Prawo jest dobre, jeśli je ktoś prawnie stosuje, rozumiejąc, że Prawo nie dla sprawiedliwego jest przeznaczone4, ale dla postępujących bezprawnie i dla niesfornych, bezbożnych i grzeszników, dla niegodziwych i światowców, dla ojcobójców i matkobójców, dla zabójców, 10 dla rozpustników, dla mężczyzn współżyjących z sobą, dla handlarzy niewolnikami, kłamców, krzywoprzysięzców i [dla popełniających] cokolwiek innego, co jest sprzeczne ze zdrową nauką, 11 w duchu Ewangelii chwały błogosławionego Boga, którą mi zwierzono" (1 List do Tymoteusza, rozdział 1).

 A zatem - św. Paweł nawołuje do tego, by relacje pan-niewolnik, które zgodnie z prawem rzymskim sprowadzały się do własności rzeczy zostały zmienione w relacje oparte na wzajemnej służbie, gdyż chrześcijanie powinni służyć sobie nawzajem (a osoba sprawująca władzę również powinna służyć swoim podwładnym), jednocześnie zakazuje handlu niewolnikami. Czyli - ewolucja niewolnictwa w stronę braterstwa i relacji opartych na wzajemnych korzyściach i poszanowaniu kierowników i kierowanych, a  jednocześnie "wygaszanie" tej instytucji poprzez zakaz handlu niewolnikami. Św. Paweł nie twierdzi, że niewolnictwo jest święte i wieczne, a jedynie chce rozwiązać ten problem w taki sposób, że niewolnicy nie będą zrywać relacji z panami, ale dalej pracować pod ich kierownictwem, pod warunkiem, że panowie będą ich traktować na równi, nie jako sługi, lecz "braci umiłowanych". Program dużo bardziej realniejszy niż nawoływanie do powszechnej rewolucji, która doprowadziłaby do powszechnej masakry, a nawet w przypadku zwycięstwa niewolników, wyrżnięcia panów i całkowitego zniszczenia systemu - straszliwym kryzysem gospodarczym (można by powiedzieć "katastrofą humanitarną").
W grę może tu wchodzić tutaj pragmatyzm innego rodzaju - możliwe, że św. Paweł nie chciał się narazić władzom rzymskim, które niewolnictwem stały (a początkowo władze rzymskie nie prześladowały tak ostro wyznawców Chrystusa). Więc zamiast pisać "Zdelegalizować niewolnictwo", co byłoby nawoływaniem do buntu, pisze "No tak, niewolnictwo, rozumiem, coś takiego działa. Ja nie mówię - znieść niewolnictwo. Niewolnictwo może być, pod warunkiem, że pan nie stosuje groźby wobec niewolnika. Ja tylko mówię - zreformować niewolnictwo tak dalece, że nie zostanie z niego nic, oprócz nazwy". Albo inaczej - niewolnictwo w imperium rzymskim było instytucją tak powszechną, tak oczywistą, że coś takiego jak "zdelegalizowanie niewolnictwa" w ogóle nie mieściło się w aparacie pojęciowym ówczesnych ludzi, w tym św. Pawła. To trochę tak, jakby ktoś wychowany w komunizmie, kto nie zna innego ustroju wpadł na pomysł sprywatyzowania własności państwowej, ale dalej nazywałby to, powiedzmy "komunizmem wolnorynkowym", bo w głowie by mu się nie mieściło, że jakiś system może nie być komunizmem - i zamiast mówić "odejdźmy od komunizmu", mówiłby "no ten nasz komunizm powinien działać tak, żeby zamiast komunistycznej własności publicznej była komunistyczna własność prywatna".

Stąd też Kościół może potępiać niewolnictwo takie jak w starożytnym Rzymie, jak w USA przed wojną secesyjną, czy jak współczesny "handel żywym towarem", niewolnictwo takie, jak je rozumie współczesne prawo i konwencje międzynarodowe - a jednocześnie nie wyrzucać z Biblii wersetów mówiących o niewolnictwie. I nie jest to żadna niekonsekwencja - po prostu te "niewolnictwa" nie są tym samym. Rzymscy patrycjusze, amerykańscy plantatorzy nie przestrzegali w tym względzie Biblii - ani Nowego, ani nawet Starego Testamentu. I nie czynią tego współcześni gangsterzy.

Natomiast w przypadku homoseksualizmu, sprawa jest jasna. Przytoczyłem wyżej cytat odnoszący się m.in. do mężczyzn współżyjących ze sobą. Teraz drugi:

"9 6 Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, 10 ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. 11 A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego" (1 List do Koryntian, rozdział 6).

I tak, jak w przypadku "niewolnictwa", po dokładnym wczytaniu się widać wyraźnie, że "niewolnik", o którym pisze św. Paweł, to nie jest "niewolnik" w takim znaczeniu, w jakim używa go współczesne prawo, o tyle nie ma najmniejszych podstaw do twierdzenia, że "mężczyźni współżyjący ze sobą" dotyczy wyłącznie męskich prostytutek czy "ale to nie dotyczy sytuacji, kiedy ci mężczyźni się kochają". Stąd też Kościół, wierny biblijnemu nauczaniu, potępia współcześnie niewolnictwo i uznaje za grzech praktyki homoseksualne. 







piątek, 8 lutego 2019

Zmarł Jan Olszewski

Wczoraj zmarł Jan Olszewski, były premier RP. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Zachęcam do zapoznania się z osiągnięciami tej wybitnej postaci - a także z tym, co osiągnąć chciał, ale niestety mu nie pozwolono.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Zbiórka na Slanna

 Na Polterze swego czasu działał taki człowiek o pseudonimie "Slann". Zapamiętałem go głównie jako, jak sam się określał "skrajnego centrystę". Ów centryzm przejawiał się głównie w ten sposób, że kiedy ktoś prezentował wyraziste poglądy w jakiejś kwestii, Slann pojawiał się z komentarzami sprowadzającymi się do "lewacy i prawacy są tacy sami, skrajności są złe i prawda leży pośrodku". Przy czym konsekwentnie odmawiał sprecyzowania swoich zarzutów pod adresem "lewaków i prawaków" czy wyjaśnienia, na czym polega jego centrowa filozofia, poza tym, że jest centrowa i dlaczego jest lepsza od innych.
Zniknął z Poltera, wydaje mi się, że kiedyś sugerował, że miałem z tym swój związek, bo nie podobało mu się, że próbowałem go skłonić, by wyjaśnił, skąd ten jego negatywny stosunek do prawaków i lewaków i przekonanie, że enigmatyczny "centryzm" jest z założenia lepszy. Mnie z kolei bardzo frustrowała jego taktyka "napiszę, że nie macie racji, ale choćby nie wiem co, nie wyjaśnię dlaczego, sami się domyślcie". Więc kiedy zobaczyłem wzmiankę o nim na Polterze, od razu mnie to zaciekawiło.
No  i dowiedziałem się, że jest zbiórka w związku ze schorzeniem Slanna... nie, nie centryzmem, ale czymś, co się nazywa "rdzeniowy zanik mięśni". W zasadzie, to chyba licytacja jakichś fantów, nie wiem, jak to dokładnie działa, bo ją olałem, można przecież wpłacić na rachunek bez udziału w zabawie. W każdym razie, szczegóły poniżej:


https://www.facebook.com/groups/2061137844200629?view=permalink&id=2137447933236286

A Slannowi życzę Bożego błogosławieństwa.

niedziela, 23 grudnia 2018

Życzenia

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę wielu błogosławieństw. I oby te dni nie były jedynie okazją do konsumpcji czy powierzchownych wzruszeń spod znaku "magii świąt", ale przede wszystkim przeżyciem duchowym.

A jeśli kogoś w mijającym roku spotwarzyłem, to przepraszam.

piątek, 23 listopada 2018

Kontrowersje po śmierci Stana Lee

Tak, wiem, nie potrafię uszanować śmierci, żeruję, clickbait, propaganda itd. Generalnie, śmierć Stana Lee i wypowiedzi niektórych ludzi na jego temat bezczelnie traktuję jako pretekst, by propagować homofobię. Amen. Ale doceńcie, że przynajmniej poczekałem, aż go pogrzebią ;)



Oczywiście, jak usłyszałem o śmierci Stana Lee, nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jakie były jego poglądy, w szczególności religijne. Udało mi się znaleźć dwie wypowiedzi na ten temat. W jednej zapytany o inspiracje literackie, wymienił m.in. Biblię, choć w kontekście raczej językowym, niż duchowym: "And I read the Bible, I'm not a particularly religious person, but I love the phraseology: Thous, and Doths and Begets, so that was definteley in my mind when I was writing things like Thor" (http://www.christiandivine.com/StanLee.htm). W drugim przypadku, wprost zapytany, czy według niego Bóg istnieje, odpowiedział "Well, let me put it this way… [Pauses.] No, I'm not going to try to be clever. I really don't know. I just don't know" (https://www.avclub.com/is-there-a-god-1798208251). A zatem wyglądał na "czystego" agnostyka. Cóż, nie mnie jako katolikowi rozstrzygać, co ostatecznie zadziało się w jego duszy i jaki jest jej los, mogę jedynie powiedzieć "Wieczny odpoczynek, racz mu dać Panie". Ponadto powiem, że sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka, choć oczywiście zamotanego w świat szołbiznesowych, lewackich wartości no i (współ)tworzył uniwersum, które w ostatnim czasie dostarczyło mi sporo rozrywki i okazji do refleksji.

Oczywiście, sprawdziłem również, jak wypowiadali się o nim inni. Zdecydowana większość wypowiedzi była pełna hołdów, ale znalazło się trochę sceptyków, czy tzw. "hejterów". Zarzucano mu, że wycyckał swoich współpracowników na czele z Jackiem Kirby, co byłoby sensownym zarzutem (choć nie podejmuję się oceny, czy prawdziwym). Zarzucano mu również, że pod koniec życia molestował opiekujące się nim pielęgniarki... co również byłoby dosyć przykre, gdyby się potwierdziło. Żyjemy w czasach gdy co niektórzy SJW wprost mówią, że w przypadku oskarżenia o molestowanie (zwłaszcza oskarżenia "white hetero cis male", czyli według tych przepełnionych tolerancją ludzi, najgorszej możliwej swołoczy) nie powinno się stosować "domniemania niewinności", a raczej domniemanie winy. A najlepiej nieobalalne i niepodlegające dyskusji założenie, że jeśli ktoś został oskarżony, to znaczy, że jest winny, koniec i kropka, a jakiekolwiek próby jego obrony to świństwo i "mizoginia". I nawet jeśli oskarżycielka wprost przyzna, że wszystko zmyśliła, to i tak nie powinno to być podstawą do przyznania, że oskarzony jest niewinny, jak w przypadku sędziego Kavanaugh. Warto, żeby niewinni (o ile hetero cis scum może być niewinny) poszli siedzieć, jeśli ma to pomóc w obaleniu "patriarchii" (patriarachatu? W każdym razie, zaczerpnięte z prawdziwej wypowiedzi). Tymczasem, w przypadku Stana Lee reakcje na te oskarżenia były zdumiewająco zdroworozsądkowe i logiczne - obrońcy wskazywali m.in. na to, że opiekunki nie wniosły żadnego formalnego oskarżenia, a jedynie domagały się pieniędzy, a cała sprawa pachniała próbą wymuszenia. To potwierdza, jak cenioną osobistością był Stan Lee - skoro nawet znaczna część tumblrowców zrobiła w jego przypadku wyjątek od zasady "domniemania winy".

Ale idąc dalej - pojawiły się oskarżenia o "rasizm i homofobię" (to znaczy, nie to, żebym miał coś przeciwko homofobii, ale wiem, ze według autorów tych wypowiedzi jest ona czymś złym). Śmieszne, twórca "Czarnej Pantery" rasistą... Nie to, żeby lewacy potrzebowali jakiegoś szczególnego powodu dla wykrzykiwania swoich magicznych zaklęć pod czyimś adresem, ale spróbowałem sprawdzić, czy w tym konkretnym przypadku opierają się na jakichkolwiek, choćby najwątlejszych przesłankach. Okazało się, że problem wynikł z tego, że Stan Lee swego czasu wypowiedział się krytycznie na temat koncepcji "czarnoskórego biseksualnego Petera Parkera" i stwierdził, że nie ma sensu zmieniać istniejących postaci w celu uczynienia z nich przedstawicieli "mniejszości" - jeśli ktoś chce zapewnić "reprezentację", niech stworzy nowe (co zresztą w pewnym sensie się stało - przecież istnieje czarny Spiderman w postaci Milesa Moraleza. A że gejowskiego nie ma, to akurat dobrze - wtrącenie moje). I że wypowiedzi ówczesnego odtwórcy roli Spidermana - Andrew Garfielda - sugerujące, że fajnie, jakby MJ była facetem, są próbą zwrócenia na siebie uwagi.
https://lulz.com/woke-twitter-stan-lee-1905/
 http://tearingdownthatfence.tumblr.com/post/58325003193/stan-lee-comments-on-bisexual-spider-man-again
https://www.redstate.com/brandon_morse/2018/11/13/sjws-attack-stan-lee-passing-label-horrible-things/
https://twitter.com/shipperofstuff/status/950845095607263232

Oczywiście, nie łudzę się, że Stan Lee był prawicowcem. Możliwe, że gdyby mnie spotkał, znając moje poglądy, nie podałby mi ręki (albo wyraził swój niesmak w inny sposób - cóż, takie życie katola-fantasty, trzeba być świadomym, że większość twórców rzeczy, które się lubi, nie polubiłaby ciebie). Raczej był takim typowym przedstawicielem szołbiznesu, o poglądach, powiedzmy "umiarkowanie lewackich". Ale jak widać, wielu tęczowym bojownikom to nie wystarcza. Kiedyś tolerancja oznaczała brak agresji. Potem zaczęła oznaczać brak krytyki. Obecnie, dla lewaków nie jest tolerancyjny, jeśli odmawiasz aktywnego popierania ich postulatów w jakiejkolwiek kwestii, w jakimkolwiek stopniu. Możesz powiedzieć "Hej, nie mam nic przeciwko gejom, super że są gejowskie postaci, wiwat LGBTXYZ@$#%... ale może nie każda istniejąca postać koniecznie musi być queerowa?" i bum, jesteś homofobem. W sumie, fajnie. Może taka postawa ostatecznie przyniesie więcej dobrego, niż złego. Bo w końcu umiarkowani lewacy, którzy popierają LGBT, bo nie chcą się czuć/być postrzegani jako "homofobowie" zrozumieją, że choćby nie wiem jak się starali, nigdy nie będą dość dobrzy i zawsze będą obrywać i słyszeć, że muszą czekać swój przywilej. I w końcu ich szlag trafi i nawrócą się na homofobię. Czego im życzę z duszy, z serca.
https://twitter.com/wrongpool/status/1018363365528227841

wtorek, 30 października 2018

"Dziewica w opresji" - gra paragrafowa autorstwa Bergho

 Oto gra paragrafowa autorstwa mojego znajomego Bergho (ktoś może go kojarzyć z Poltera):


http://www.mediafire.com/file/6291u9s24bxcnox/Dziewica+w+opresji%281%29.rar

Oto, jak sam autor o niej pisze:

"Z góry przepraszam za:
- formę (html)
- kiepskie poczucie humoru (mam nadzieję, że nikogo nim nie urażę)
- potencjalne błędy

Instrukcja:
1) Obowiązkowo należy odpalić plik ZANIM ZAGRASZ
2) Zgodnie z instrukcją należy zapoznać się z plikiem Karta postaci oraz wybrać jedną z interesujących nas cech
3) Opcjonalnie można włączyć plik Serdecznie polecam
4) Po odpaleniu ZANIM ZAGRASZ -> Karta postaci -> uruchamiamy START.html
5) Próbujemy cieszyć się grą i nie pomstować nadmiernie na jej niedoskonałości i niski humor

Zarys fabuły: Jesteś rycerzem Olgierdem. Z pomocą giermka Bożydara wyruszasz na poszukiwanie niedoszłej miłości swojego życia więzionej przez niecnego smoka
Gatunek: humorystyczne fantasy, gra fabularna
Poziom trudności: trudna, zaskocz mnie i ukończ grę za pierwszym podejściem bez oszukiwania"


Moje wrażenia: pojedyncza rozgrywka trwa dosyć krótko, choć do wyboru jest całkiem sporo opcji (np. bywają paragrafy z ok. pięcioma). Paragrafy (poza pierwszym) są też krótkie, może warto byłoby je rozbudować? Rozgrywka w znacznej mierze sprowadza się do kolekcjonowania przedmiotów i towarzyszy - w zależności od tego, jaką kombinację mamy, zależy jakie zakończenie uda nam się osiągnąć. Poza tym jest parę zagadek - część wymaga uważnego czytania i zapamiętania wcześniejszych informacji, część jest typowo "logiczna".
Przyznam, że mi za pierwszym razem nie udało się przejść bez oszukiwania.