poniedziałek, 4 czerwca 2018

"Xenonauts" za darmo

Na gog.com letnia promocja - wiele ciekawych okazji, ale potrwa aż do 18 czerwca 2018 r., więc nie ma co się spieszyć i spokojnie można się zastanowić, co warto zakupić. Ale jest punkt programu, nad którym nie ma co się zastanawiać - i nie powinno - bo gra "Xenonauts" za darmo będzie dostępna tylko do 15:00, 6 czerwca. Jest to jeden z klonów "X-COM" (których jest tak wiele, że można spokojnie powiedzieć, że "symulator międzynarodowej organizacji militarnej broniącej Ziemi przed inwazją ufoków" to osobny podgatunek gier taktycznych) - po opiniach patrząc, spotkał się z dobrym przyjęciem. Jeśli im wierzyć - poszedł w nieco innym kierunku niż dużo głośniejszy reboot oryginalnej serii (który zresztą, jest wg mnie całkiem fajny) - gorsza grafika, mniej wodotrysków, ale chyba bardziej rozbudowany pod kątem mechaniki. W każdym razie - jak rozdają za darmo, czemu samemu nie sprawdzić?


Z Bogiem i niech żyje Wielka Polska Katolicka!

piątek, 1 czerwca 2018

Przemyślenia po "Solo"

Kolejne "Gwiezdne Wojny", kolejne przemyślenia. Całkiem nieźle się bawiłem na tym filmie, bez szału, ale OK. Nieźle zagrane, nieźle to wszystko wyglądało... Ale chyba nie do końca jest to wszystko przemyślane.

Na początek coś, co uważam za oczywisty absurd. Dryden Vos nie chce kraść coaxium z Kessel, bo to rejon syndykatu, z którym Szkarłatny Świt ma sztamę. Godzi się dopiero, gdy Beckett i Han przekonują go, że "my nie mamy układu" i jak oni zrobią ten skok, nie będzie problemu. Po czym Vos posyła razem z nimi osobę, którą określa jako swoją "prawą rękę", która bryluje na jego imprezach itd., czyli jest rozpoznawalna jako członek Świtu... I ta osoba na lajcie wychodzi sobie ze statku i dyskutuje z przedstawicielami tego "sojuszniczego" syndykatu.

Enfys Nest przekonuje Hana, że syndykaty to zło. Han pomaga oszwabić syndykat (a przecież mógł oszukać Enfys - zanieść te walizki do Vosa i z miejsca powiedzieć "Szefie, przylecieli ci terroryści, nie było wyboru, udaliśmy, że z nimi współpracujemy, planują zasadzkę przy rafinerii '"). Po czym poleciał pracować dla kartelu Huttów (gdzie jak wiemy, będzie m.in. szmuglował przyprawę z Kessel. Wydobywaną przez tych bidnych niewolników). Twórcy chcieli od razu spiąć film z Nową Nadzieją - ale chyba trochę nie wyszło. OK, wiemy, że w przyszłości Han stanie się bardziej cyniczny, ale jest założenie, że na koniec TEGO filmu dalej jest w pewnym sensie idealistą i był gotów zaryzykować życie swoje i przyjaciół tudzież zrezygnować z fortuny, żeby pomóc bojownikom w walce ze złą mafią... Więc trochę to nie gra.

Najpierw Han mówi do Chewbaccy w jego języku (którego nie zna za dobrze), trwa to przez chwilę, potem wracamy do znanego stanu, że Han mówi we wspólnym, Chewie wszystko rozumie, Chewie po swojemu i Han rozumie. Chewie w jeden dzień nauczył się wspólnego, czego nie zdążył zrobić przez 190 lat? Ewentualnie przychodzi mi do głowy takie wyjaśnienie, że na początku w tej dziurze Chewie był po prostu rozwścieczony i zdesperowany i słowa w jego języku pomogły mu się uspokoić, a dopiero potem, jak była chwilka oddechu, zgadali się, że w sumie to Chewie rozumie po basicowemu.

Do tej pory nie było ani słowa o tym, że paliwo do hipernapędu jest jakąś trudno dostępną substancją i toczą się o nie takie boje (a na logikę, skoro tak jest, to w nomen omen, gwiezdnych wojnach, walka o tak strategiczny surowiec powinna odgrywać jakąś rolę). 

Mam mieszane uczucia co do tego, że Korelia jest teraz ukazana jako zadupie i planetarny slums - w starym kanonie to była jedna z głównych i najbardziej rozwinietych "ludzkich" planet. Ponadto, do tej pory podkreślano, że to Han uratował Chewiego z niewoli i dlatego Wookie ma wobec niego dług życia i gdzie jeden, tam i drugi. W filmie w sumie obaj uratowali się nawzajem i o żadnym długu mowy nie było. Niektórym widzom to pasuje, mówią, że tak jest lepiej, że Chewie wozi się z Hanem wyłącznie z sympatii i własnej woli, a nie jest uwiązany honorowo.

Najpierw bohaterowie mają ukraść cały wagon coaxium. Nie udaje im się, więc żeby spłacić dług, muszą dostarczyć zamiennik zamówionego towaru. Dostarczają mu dwie walizki i nie pada ani słowo, że to jakiś problem (a raczej nie można założyć, że coaxium w wagonie było nierafinowane i po przeróbce też by zostały dwie walizki, bo kiedy postacie szukają zamiennika po nieudanym skoku na pociąg, pomysł z wykradnięciem nierafinowanego surowca i przerobieniem go jest potraktowany jako coś nowatorskiego).

Mamy scenę, w której Vos zabija gubernatora. To ma pokazywać, że 1) jest na tyle ważny i wpływowy, że może sobie rozwalać imperialnych urzędników, 2) że jest bezwględny. Tylko, czy to ma sens? Podobne, jak napad na imperialny pociąg? Na takim "mafijnym" poziomie można działać wyłącznie mają powiązania z władzą, tak to działa w realu i najwyraźniej tak samo to działa ze Szkarłatnym Świtem, biorąc pod uwagę, że na imprezie w jachtowieżowcu widać kilku gości w imperialnych mundurach, a Enfys Nest wspomina o tym, jak to syndykaty "ramię w ramię z Imperium" dręczą ludzi. To nie ma trochę sensu, że Vos JAWNIE rozwala gubernatora, że cyka się okraść innych złodziei, ale napad na wojskowy, imperialny pociąg jest już spoko. Tyle, że Imperium może przymykać oczy na okradanie cywilów (zwłaszcza, że założenie jest takie, że Imperium jest złe), jak długo syndykat funduje dygnitarzom prezenty i od czasu do czasu wyświadcza jakąś przysługę (tak to działa w realu), ale nie może przejść nad porządkiem dziennym nad napadami na wojskowe transporty i zabijaniem wysokich rangą urzędników. Jeśli tak sobie Vos poczyna, to nie jest gangsterem, tylko rebeliantem, a co za tym idzie - tak byłby potraktowany. Zwłaszcza, że Imperium to nie jest jakieś pipowate demokratyczne państwo prawne, które nic nie zrobi terroryście, bo brak dowodów, prawa człowieka, czy tam coś. Może ma problemy z dojechaniem sojuszu rebeliantów (kiedy jest taka potrzeba narracyjna - ale z drugiej, jakby nie patrzeć, potrafi też rozwalać całe planety), ale w otwartej wojnie raczej poradziłoby sobie z jakimś gangiem... A nawet jeśli nie, to i ciężko prowadzić szemrane interesy, z natury rzeczy wymagające dyskrecji, tudzież prowadzić luksusowe życie kosmicznego Dona Corleone gdy jesteś ściganym terrorystą i galaktyczne krążowniki mają rozkaz napierniczać do twojego jachtowieżowca z laserków przy każdym spotkaniu. Tutaj można dorobić pewne okoliczności "łagodzące" - jak się okazuje, szefem wszystkich szefów jest Darth Maul, który na tym etapie ma kosę z Palpatinem, więc można uznać, że cały ten syndykat zbrodni to dla niego tylko przykrywka dla prowadzenia wendetty. Można też ewentualnie założyć, że gubernatora Vos załatwia z błogosławieństwem jakiejś innej, wyżej postawionej imperialnej szychy, z konkurencyjnej frakcji... Ale dalej "Przed chwilą kazałem wam okraść wojskowy pociąg i strzelać do żołnierzy megapotężnego Imperium, które rządzi naszą galaktyką, ale cykam się przed podpadnięciem konkurencyjnej bandzie, bo mogą być z tego kłopoty" trochę nie pasuje.

Oglądając L3-37, miałem taką refleksję "Ale jak to? W hollywoodzkim filmie śmieją się z SJW? Oczywiście, delikatnie i w sumie z sympatią, ale że w ogóle?". Dla mnie scena z "Czego chcesz? Równouprawnienia" było w oczywisty sposób przegięta i humorystyczna. Ale okazuje się, że mnóstwo lewaków na tumblrze bierze to wszystko za dobrą monetę i cieszy się, że taka fajna postać, która mówi, co należy. 

Aha, na szczęście nic nie wynikło z tych gadek, że niby Lando jest "panseksualny" (no chyba, żeby faktycznie uznać, że leciał na droidkę). Niestety, w komiksach SW już się patologia spod znaku LGBTXYZ zalęgła, ale filmów jeszcze nie dosięgła. 



czwartek, 3 maja 2018

Przemyślenia po "Infinity War"

Tradycyjnie, spoilery i zamiast jakiejś sensownej recenzji, zbieranina luźnych rozważań.

Jest dobrze, oczywiście, żaden epicki superfinał nigdy nie będzie tak epicki i superowy, jak bym chciał, ale jest dobrze.
Nieźle udało się rozegranie tak dużej liczby bohaterów, bałem się, że nie podołają - a tu nawet część "tła" dostała swoje 5 minut (Pepper, Wong czy generał/sekretarz Ross). Zaskoczyło mnie, że w sumie "team Cap" (w tym sam Cap) poza Wandą byli jednak tak trochę na drugim planie. No bo to był film braci Russo, a to jednak tak trochę "ich" postacie. Z jednej strony, można uznać, że w tej części więcej czasu poświęcono Strażnikom, Spidermanowi czy Strange'owi, no bo pożegnaliśmy się z nimi (przynajmniej na jakiś czas). Z drugiej strony, z Bucky'm i Falconem też się rozstaliśmy (a o ile Falcon niekoniecznie miałby dużo do powiedzenia w tym filmie, o tyle Bucky'ego jednak się spodziewałem więcej).

Niektóre osoby zachwycają się Thanosem. Spoko, jest fajnym złoczyńcą, może mnie nie powalił, ale jest OK. Bardziej mnie dziwi to, że niektórzy doszukują się sensu w jego planie. Nie to, że ktoś twierdzi, że masakra jest spoko, bardziej mówiąc coś na zasadzie "No tak, ma rację, przeludnienie jest problemem, ma złe metody, ale coś trzeba z tym zrobić". Aha. No i "On jest gotów wyeliminować istoty niezależnie od ich płci, wieku, rasy, pozycji, coś tam". No tak, walka z przeludnieniem i brak dyskryminacji, to hasła, które mogą trafiać do lewicowo nastawionych osób. Tyle, że plan Thanosa jest bezsensowny i koniec. Po pierwsze, dlaczego nie próbuje użyć Kamieni po to, żeby rozwiązać problem ograniczonych zasobów w inny sposób. Na przykład pomnażając je. Pomagając istotom lepiej je zdobywać i nimi zarządzać. Dlaczego chce zostać eksterminatorem, a nie cudotwórcą, przewodnikiem lub imperatorem? Można by powiedzieć, że zarządzanie jest trudniejsze, wymaga więcej czasu itd. niż eksterminacja, ale jeśli Thanos jest takim idealistą, chyba powinien spróbować? Po drugie - to, że zabija losowo połowę istot jest minusem, a nie plusem. Wiem, że dla niektórych "niedyskryminacja" jest fetyszem... Ale nawet jeśli przyjąć, że wymordowanie połowy to dobre rozwiązanie, to czy nie lepiej byłoby zacząć, dajmy na to, od przestępców? Czy wymordowanie uczciwych ludzi albo nawet dzieci jest bardziej sprawiedliwe od zabicia kryminalistów (nawet drobnych), bo "równość"? Ponadto - nawet jeśli przyjmiemy, że w galaktyce jest wiele społeczności, dla których przeludnienie jest problemem, na pewno nie dla wszystkich. A przecież Thanos przepołowił losowo wszystkich. Czyli zapewne również niewielkie, rozwijające się społeczności. Albo dajmy na to, kolonistów, którzy niedawno zasiedlili nową planetę, właśnie po to, żeby rozwiązać problem przeludnienia i braku zasobów. Po trzecie - zabijając połowę, zabija dużo więcej niż połowę. Nagłe zniknięcie połowy ludzi, z których każdy przecież ma jakąś rolę, doprowadzi do straszliwego kryzysu. Najbardziej oczywistym przykład jest ukazany w scenie po napisach - kierowcy i piloci (i generalnie operatorzy maszyn), których nagłe zniknięcie spowoduje wypadki. Ale idąc dalej - zniknięcie rolników, robotników, inżynierów, lekarzy pogłębi problemy z zasobami, które masakra miała rozwiązać. Zniknięcie przywódców wywoła kryzys polityczny, wojny i dalsze straty. Tyle, jeśli chodzi o przywrócenie równowagi. W sumie, to wydaje mi się oczywiste, no ale jak wyżej - są ludzie, którzy odczytują to inaczej. Dla mnie Thanos jest fajną postacią, o ile traktuje się go jako szaleńca, nie "wizjonera, który przesadza".

Kilkakrotnie pojawiała się kwestia "życie w zamian za kamień". Tak, jest taka klisza, że "prawdziwy bohater" nigdy nie poświęci pojedynczego życia dla wyższego dobra (nawet jeśli oznacza to zamordowanie dużo większej ilości osób, paradoks wagonika, empatia, coś tam). Ale tutaj w sumie jej uniknięto. To, że Wanda (i reszta) miała opory przed poświęceniem Visiona było zrozumiałe, mając na względzie ich relację oraz to, że pojawiła się nadzieja na inne rozwiązanie - no i ostatecznie, gdy nie miała innego wyboru, zrobiła, co trzeba. Strange oddający kamień w zamian za życie Tony'ego wygląda bezsensownie. Dlaczego Strange, generalnie raczej zasadniczy facet, miałby sprzeniewierzać się swojej świętej misji strzeżenia Oka (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jako czarodziej zdaje sobie sprawę z potencjału Kamieni i z tego, co Thanos może zrobić, jak je dostanie), żeby ratować jakiegoś denerwującego gościa, którego poznał parę godzin temu i którego niespecjalnie lubi? Ano dlatego, że Strange zbadał bodajże... 14 tysięcy? linii czasowych i tylko w jednej z nich Thanos może zostać pokonany. Wniosek, że w tej jednej, jedynej linii czasowej niezbędny do pokonania Szalonego Tytana okazuje się Iron Man, więc Strange dochodzi do wniosku, że Stark musi przeżyć, choćby nie wiem co. Wskazują na to inne jego słowa - w pewnej chwili mówi coś o "endgame" (co potwierdza, że to jest dla niego gambit), a przed dezintegracją, że to była "Jedyna droga". Podobnie jak Wanda Visiona, tak Quill ostatecznie jest gotów poświęcić Gamorę (w obu przypadkach poświęcana osoba sama o to prosi). Ale jest trochę zastanawiające, że Gamora jest gotowa pomóc Thanosowi zdobyć Kamień Duszy, by uratować Nebulę. Przez większość ich życia nie układało się między nimi najlepiej, ok, ostatnio zaczęły się dogadywać... Ale czy aż tak, żeby Gamora była gotowa na coś takiego, biorąc pod uwagę, że jest gotowa sama umrzeć, byle zapobiec zdobyciu Kamienia... i jako ulubiona córka Thanosa najlepiej zdaje sobie sprawę ze skutków jego działań. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że chwilę wcześniej Quill, który jest dużo bardziej emocjonalną, mniej rozsądną osobą - co zresztą chwile potem zostało bardzo dobitnie pokazane -  był gotów ją zabić (a nie tylko patrzeć, jak ktoś inny ją zabija). Nie mówię, że jakoś strasznie mnie to raziło, ale jednak było zastanawiające.


Bitwa w Wakandzie była spoko. Trochę mnie denerwuje ta superbohaterska (i nie tylko superbohaterska) klisza, kiedy z wielce wielkim zagrożeniem walczy jedynie garstka herosów, a normalne rządy czy armie nawet nie próbują, a jeśli próbują, to ich wysiłki okazują się kompletnie bezużyteczne w porównaniu z osiągnięciami garstki herosów. Akurat tutaj WSZYSTKIE wysiłki okazały się bezskuteczne, ale przynajmniej pokazano, że jeśli próbujesz odeprzeć inwazję z kosmosu, warto mieć za sobą armię a nie jedynie paru kumpli (i jest uzasadnione dlaczego inne armie prócz Wakandzkiej nie wzięły udziału w walce - Thanos nie chciał podbijać Ziemi, tylko zgarnąc przedmiot znajdujący się w Wakandzie i cała "wojna" potrwała powiedzmy parę godzin, więc USA czy Chiny nie zdążyły zareagować). Sama bitwa byłaby oczywiście bez sensu z punktu widzenia "współczesnego" realizmu. Współczesna wojna na ogół polega z grubsza na tym, że bombarduje się wroga, a gdy jego armia zostanie rozbita (co nie znaczy "wybita"), a infrastruktura zniszczona, wprowadza się szeroko rozumianą "piechotę", która ma zadanie spacyfikować niedobitki i zabezpieczyć teren (plus siły specjalne, które w międzyczasie wykonują, no, zadania specjalne). Ustawianie żołnierzy w równe kwadraty i szarżowanie na wroga to samobójstwo i koniec. Ale w sytuacji, która jest pokazana w filmie, ma to jakąś racje bytu. Thanos, pomimo absolutnego panowania w "powietrzu" (Wakanda ma lotnictwo, ale nie ma statków kosmicznych) nie może zbombardować wroga w cholerę, bo tarcza ochronna - zapewne po jakimś czasie udałoby się ją zniwelować, ale z punktu widzenia Thanosa nie ma sensu wikłanie się w długie oblężenie (bo w tym czasie bohaterowie mogą zniszczyć kamień, bo inne ziemskie państwa zareagują, a nawet jeśli Thanos je łatwo pokona, to odwlecze chwilę ostatecznego triumfu, gdy jest on tak blisko itd.). Więc Thanos zasypuje Wakandę hordą bezmyślnych, krwiożerczych potworów, bo wystarczy, żeby niewielka część z nich przedarła się przez tarczę (i odwróciła uwagę od właściwej operacji przejęcia Kamienia Umysłu). Przeciwko takiemu przeciwnikowi faktycznie walka "po średniowiecznemu" może mieć sens (szeroko rozumiany ostrzał artyleryjski nie ma racji bytu, bo lądowniki opadły blisko pola bitwy, tarcza działa w obie strony, a hordy Outridersów (tak się nazywają te stworki) w przeciwieństwie do normalnej armii nie da się rozbić, trzeba ją wybić. No i walka "kupą" może mieć sens - w prawdziwej współczesnej walce podstawą walki piechoty jest krycie się za osłonami, ale krwiożercze ufoki nie używają broni palnej). Inna sprawa, że Wakanda jest po prostu zacofana jeśli chodzi prowadzenie wojny. Zanim krzykniesz "rasizm!", pomyśl. Wakanda izoluje się od świata. Można założyć, że Wakanda od wieków nie prowadziła wojen. Gdyby prowadziła, mogłaby albo przegrać (i zostać podbita, co doprowadziłoby do utraty przykrywki), albo wygrać (co doprowadziłoby do utraty przykrywki, bo nawet gdyby nie użyli pełni siły swojej technologii, samo wygranie wojny zaprzeczałoby byciu grajdołem zamieszkanym przez pasterzy kóz). Wakandczycy mogą być świetnymi wojownikami, szpiegami, komandosami... Ale wiedzę o prowadzeniu regularnej wojny, jej logistyce, strategii itd. mają opanowaną co najwyżej w teorii.
Ale chwilami jednak było czuć trochę pustkę. Thanos, posiadacz "największej armii we wszechświecie" wszędzie popyla sam (albo w towarzystwie kilku pomagierów), co zresztą niemalże doprowadza do jego klęski w czasie walki na Tytanie, idąc po Kamień Duszy zabiera ze sobą tylko "córkę", które go nienawidzi i już raz pokazała, że jest gotowa skorzystać z okazji, by spróbowac go zabić, Nebula rozwala jednego strażnika i przejmuje gigantyczny okręt flagowy itd. (to, że wysłannicy Thanosa najpierw próbowali przechwytywać Kamienia pracując tylko parami ma sens, bo to jak rozumiem, miały być właśnie szybkie, stosunkowo "dyskretne" akcje typu "Zabieramy to i spieprzamy w miarę możliwości nie wdając się w większe walki". Znowuż, nie raziło mnie to aż tak bardzo, by odebrało przyjemność z oglądania (no i teraz przyszło mi do głowy ewentualnie takie wyjaśnienie, że Kamień Przestrzeni - ten, który był w teserakcie - "normalnie" działając przenosi jedną osobę plus najbliższych towarzyszy. Da się za jego pomocą stworzyć większy, stały portal, który jest w stanie przenosić całe armie przez kosmos, ale wymaga to czasu i przygotować - tak to chyba wyglądało w pierwszych Avengersach, gdzie Zahipnotyzowany Selvig instalował jakąś machinę wykorzystująca teserakt na dachu wieżowca. A i tak chyba Kamień jest lepszy od "zwykłej" teleportacji za pomocą zaklęć, no bo chyba czarodzieje nie są w stanie przenosić się na skalę międzyplanetarną - przynajmniej Strange nawet nie próbuje tego robić).
 No ale ogólnie Kamienie były trochę niewykorzystane. OK, Thanos może używać ich tylko, gdy zaciśnie dłoń, więc bohaterowie go non-stop napieprzają, żeby nie mógł tego zrobić i się skoncentrować - to było fajne. Ale kiedy już Thanos zaczął nawalać, to... ma do tego trochę zastrzeżeń. Skoro może "wybuchnąć" księżyc, żeby stworzyć deszcz odłamków, to czemu nie może po prostu "wybuchnąć" bohaterów, którzy są bliżej, są mniejsi itd., więc na logikę byliby łatwiejsi do ustrzelenia.

Peter Dinklage ma taką zasadę, że nie grywa krasnolud(k)ów, bo uważa za upokarzające, że autorzy-karły są ograniczenie do takich ról... Najwyraźniej jest jednak gotów zrobić wyjątek, pod warunkiem, że to będzie gigantyczny krasnolud ;)

Nie spodziewałem się takiej masakry. Zakładałem, że to będzie trochę jak z "Civil War" - na zasadzie "O, budujemy taki wielki konflikt, a kończy się na tym, że kilku gości da sobie w papę" (co nie znaczy, że Civil War mi się nie podobało). No dobra, skoro tym razem mamy wojnę na skalę galaktyczną, to ze dwie postacie na serio umrą, żeby widzowie poczuli grozę sytuacji (Lokiego i Gamorę miałem zaspoilerowanych). A tu pojechali po bandzie. Tak, zapewne znaczna część śmierci zostanie odkręcona (w zasadzie na 99,(9)%, biorąc pod uwagę, że już wcześniej zapowiedziano trzecich Strażników) - podobnie jak wielu widzów obstawiam, że "sproszkowani" powrócą - ale ci, którzy zginęli normalnie, pozostaną martwi, więc i tak masakra. Ale tak biorąc pod uwagę moment, w którym film się urywa, to już dół totalny.
W ogóle, pierwsze słowa Thanosa w filmie, “In time you’ll know what it’s like to lose.To feel so desperately that you’re right, yet to fail all the same. Dread it. Run from it. Destiny still arrives" są doskonałą "ramą". Bo w sumie Infinity War pokazało, że większość dotychczasowych działań bohaterów nic nie dała, była odwlekaniem nieuniknionego. "Ragnarok" kompletnie, całkowicie zaorany i wysadzony w powietrze, znaczy w próżnię (w trochę mniejszym stopniu dotyczy to wszystkich Thorów). Pierwsi "Strażnicy" zaorani (Xandar zniszczony, kamień z Orba przechwycony) Yondu poświęcający się, żeby uratować Quilla zaorany. Ironmany, Spiderman czy Antman - zagrożenia, które zostały pokonane w tych filmach na dłuższą metę okazały się śmiesznie nieistotne. Pierwsi Avengersi - ostatecznie Loki wręczył Thanosowi Tesseract, ze sporym opóźnieniem, ale co z tego. Drudzy Avengersi - powstrzymali jednego złoczyńcę chcącego zmasakrować ludzkość dla jej własnego dobra, pojawił się drugi, który zrobił to samo na galaktyczną skalę (nawiasem, to ostatnie trochę się wpisuje w teorię, że Kamień Umysłu, który posłużył do stworzenia Ultrona był jakoś "zainfekowany" przez Thanosa - przypominam, że Avengersi zabrali go Lokiemu, któremu powierzył go właśnie Szalony Tytan). Civil War było w znacznej mierze "wojną o Bucky'ego", Bucky'ego nie ma (a Porozumienie z Sokovii nie ma większego znaczenia, gdy świat się sypie nie ma sensu debatować nad legalnymi aspektami używania mocy). No i ostatecznie wszystko, co zrobili bohaterowie w tym konkretnym filmie, okazało się bez sensu (przynajmniej na obecną chwilę), co chyba najmocniej było pokazane przy poświęceniu Wandy i Visiona. Z punktu tradycyjnej narracji może się to wydawać kiepskim rozwiązaniem, bezsensownym przecież wszystkie wątki powinny być po coś... Ale w życiu tak nie jest. Ktoś może pokonać raka po to, żeby chwilę potem wpaść pod samochód. Można wygrać 10 bitew po to, żeby przegrać 11 i całą wojnę. Każdy kiedyś umrze, każda cywilizacja upadnie, każda gwiazda się wypali i tak dalej. Jedynie, co można osiągnąć, to odwlekać nieuniknione, jak Drax w drugich Strażnikach, unoszący Mantis w górę, żeby pożyła 5 sekund dłużej. Ostatecznie każde zwycięstwo (przynajmniej w sferze materialnej) jest iluzoryczne. Można wierzyć lub nie, w to czy na "tamtym świecie" istnieje sprawiedliwość, ale to, że na tym jej nie ma jest empirycznie sprawdzonym faktem - "urwane wątki" to nie kiepska narracja, to odrobina realizmu.
I tak sobie pomyślałem, że to właściwie mógłby być finał MCU. Tym razem się nie udało, koniec. To byłoby coś naprawdę wielkiego (OK, w "Loganie" też tak pojechano, ale jednak 99% postaci zginęło poza kadrem). Albo gdyby jednak zabici nie powrócili (tak, jest niemal pewne, że przynajmniej część wróci, bo jak wyżej - zapowiedziane filmy - ale 100% pewności nie ma. Petera Parkera może zastąpić Miles Moralez, Shuri może zostać nową Czarną Panterą itd.). W końcu w pierwszych Avengersach padło hasło "Nawet jeśli nie obronimy Ziemi, możesz być pewien, że ją pomścimy". W ogóle, to ciekawe, że żyjący bohaterowie to w zasadzie "oryginalny" skład z pierwszych Avengersów (z kilkoma dodatkami). Można by to odczytać w ten sposób, że tak naprawdę wszystko, czego dokonali Avengersi od czasu sformowania drużyny okazało się tak naprawdę na nic, wracając do punktu wyjścia, równie dobrze mogliby w pierwszych "Avengersach" przegrać.


Co dalej, oprócz ww. planu Strange'a? Wiadomo, że do ekipy dołączy Kapitan Marvel. Podobno ma być najpotężniejszą bohaterką... bohaterem... pozytywną postacią do tej pory w MCU. Najpierw dostaniemy jej film solowy, dziejący się w latach 90. No i pojawia się pytanie - co robiła przez ten czas megapotężna postać, do której telefon ma Nick Fury? OK, może sobie poszła na "emeryturę" czy coś, ale skoro teoretycznie pozostaje w gotowości i można ją wezwać, czemu nie przedzwonił do niej w pierwszych i drugich Avengersach? Dobra, tym razem kryzys jest poważniejszy, ale czy Fury mógł to ocenić w ciągu kilku sekund? No chyba, że chodziło o coś w stylu "Normalną inwazję kosmitów czy morderczego robota ogarnę, ale jak nie wiadomo skąd ludzie się rozpadają, to jest jakaś naprawdę chora akcja, nie ma co myśleć, dzwonię po Carol". Dobra, może jakoś to sensownie rozwiążą. Należy też zwrócić uwagę, że Fury nie dzwonił po prostu do Kapitan Marvel, ale do "Centrali". Czyli do kogo? Pierwsze skojarzenie to "do Agentów Tarczy". Pojawiły się plotki, że Marvel skończy z tą szopką "Coulson żyje w serialach, ale w filmach kinowych udajemy, że nie": https://www.cinemablend.com/news/2385152/could-agent-coulson-finally-return-to-the-mcu-movies-heres-what-marvels-head-of-tv-says . Na razie wygląda to na takie typowo korporacyjne gadanie w stylu "Ciekawy pomysł, nie powiem nie, nie powiem tak, ale jestem podekscytowany". No ale jeśli zamierzają ostatecznie zintegrować "Agentów" z kinówkami, to najwyższy czas. Nawet jeśli tego nie dojdzie, to na pewno będzie widoczny skutek w drugą stronę - tzn. "Wielkie Sproszkowanie" wywrze wpływ na "Agentów", bo to najmocniej zintegrowany z kinem serial. Ale ciekawe, co będzie z serialami Netflixowymi. Do tej pory podstawowym elementem integrującym je z "głównym" MCU były nawiązania do Bitwy o Nowy Jork (co nie dziwi, skoro wszystkie dzieją się właśnie w tym mieście). Pozostałe filmy dało się zignorować, do tej pory - Defendersi są "ulicznikami" i działają w innej lidze niż Avengersi, więc zrozumiałym było, czemu jedni z drugimi się nie integrują (przynajmniej w serialach solowych, bo w crossoverze spokojnie mogli poprosić o wsparcie w walce z nieumarłymi ninja chcącymi wysadzić metropolię). Jeśli w Netflixach nie będzie dramy związanej ze Sproszkowaniem, to będzie znaczyło, że doszło do ostatecznego rozdzielenia obu uniwersów. Z drugiej strony, gdyby była, to trochę jakby zabrakłoby miejsca na ich własne wątki.
Ale wracając do filmów. Oprócz Kapitan Marvel do walki dołączą Antman i Wasp - to już w zasadzie potwierdzone. Prawdopodobnie dołączy również Hawkeye, po raz drugi rezygnując z emerytury w obliczu ostatecznego kryzysu (zresztą, może mieć osobiste powody do walki - jest całkiem prawdopodobne, że ktoś z jego rodziny został zdezintegrowany). Kto jeszcze może wrócić? Całkiem sporo postaci. Skoro Red Skullowi się udało (i moim zdaniem zostało to całkiem sensownie rozwiązane), to w zasadzie każdy, kto zniknął z kadru, ale nie umarł. W pierwszej kolejności do głowy przychodzą mi przyjaciele Thora - Jane Foster raczej nie wróci, ale np. Selvig, Walkiria (no właśnie - Thor mówi o stracie "połowy załogi", czyli teoretycznie ktoś mógł się uratować - co oznaczałoby, że jednak "Ragnarok" nie został w pełni zaorany... Jak? Niektórzy widzowie coś przebąkują o kapsułach ratunkowych... Choć w takim wypadku dziwne, że Thor nie próbował ustalić, co się stało z ocalałymi), czy Sif (oficjalna wersja jest taka, że została wygnana przez Lokiego-Odyna w czasie jego rządów) moim zdaniem mogą się pojawić. Kto jeszcze? Może Sharon Carter albo Kraglin i członkowie innych klanów Ravagerów (Rocket mógłby ich wezwać na pomoc, a żeby dorwać Thanosa, trzeba będzie polecieć w kosmos, więc przydałaby się "kosmiczna" ekipa).
Wygląda na to, że Rękawica uległa zniszczeniu, sproszkowanie ją "przeładowało", wiec Thanos ma teraz 5 Kamieni, które pozwalają mu się teleportować, strzelać, zamieniać ludzi w mielonkę itd., ale nie ma "Wszechmocy spełnienia życzeń" wynikającej z połączenia wszystkich - to akurat bardzo sensowne rozwiązanie, z jednej strony wiadomo, że Thanos nie może być wszechmocny, bo wtedy cały konflikt by nie miał sensu, z drugiej - jest uzasadnione, czemu nie jest wszechmocny, a nie, bo tak, taka potrzeba narracyjna. Nie jestem natomiast pewien, jak rozumieć ostatnią scenę - czy Thanos faktycznie odszedł na emeryturę? Zadanie wykonane, kompletna zlewka? W sumie nie przejął się tym, że chyba wycięto w pień wszystkie siły inwazyjne w Wakandzie, nie próbował wykonać jakiegoś odwrotu czy coś (ale mógł po prostu przestraszyć się Thora). Z drugiej strony - wcześniej planował, że jego imperium będzie trwało dłużej, no bo chciał przekazać tron Gamorze (no chyba, że wcześniejszy plan był taki: "Jak przepołowię ludność, to zajmę się uprawą kwiatów, na władzy dla samej władzy mi nie zależy, jest dla mnie tylko narzędziem służącym do wykonania misji, więc ją oddam... Mojej ulubionej córce, bo czemu nie miałby zrobić jej prezentu!", a z wiadomych powodów część po wielokropku odpadła). No i poza tym, chyba w Wakandzie nie poległa cała "największa armia we wszechświecie"? Coś mi się kołacze, że gdzieś było powiedziane, że Chitauri i Outriderzy to tylko część gatunków rządzonych przez Thanosa? Czy w Avengers 4 sprowadzi się do poszukiwania Thanosa-pustelnika gdzieś we wszechświecie, czy jednak będzie jakaś rozróba? W sumie, to i z tego pierwszego wariantu dałoby się coś wykrzesać (skupiając się bardziej na emocjach bohaterów związanych z traumą "bycia pozostawionym itd.). Zobaczymy.




sobota, 24 lutego 2018

Przemyślenia po "Czarnej Panterze"

Tradycyjnie - to nie typowa recenzja, tylko moje luźne i mętne refleksje po obejrzeniu filmu, dla porównania z wrażeniami innych oglądających (a najlepiej, jakiejś kłótni na temat). I jak zwykle, dygresje na tematy ogólne.

Możliwość wyzwania króla na pojedynek na pierwszy rzut oka wygląda absurdalnie - w każdej chwili ktoś może przejąć w 5 minut przejąć władzę i wywrócić wszystko do góry nogami, jak to zostało zademonstrowane, tylko dlatego, że sklepał dotychczasową głowę państwa. Ale jak się zastanowić, to nie wygląda to tak bzdurnie.
1. To jest świat, w którym istnieją superbohaterowie i jest takie założenie, że król Wakandy ma być superbohaterem Wakandy, nie tyle (nie tylko) administratorem, czy nawet dowódcą armii, ale główną siłą uderzeniową. Więc system zapewniający selekcję najlepszego wojownika (a przynajmniej zapewniający, że władca będzie utrzymywał jako taką formę, na wypadek gdyby doszło do pojedynku i żeby nie kusić pretendentów łatwym zwycięstwem) ma sens.
2. Wyzwania nie może rzucić każdy, ale jak rozumiem - wodzowie plemion i członkowie rodziny królewskiej, czyli znane jednostki, które prawdopodobnie są w jakiś sposób przygotowane do sprawowania władzy itd. System nie brał pod uwagę tego, że może się nagle pojawić nieznany krewniak króla, który zagubił się gdzieś na świecie.
3. Nie jest powiedziane, jak często dochodziło do wyzwań w "nowoczesnych" czasach. Całkiem możliwe, że to taka trochę symboliczna tradycja, z której w praktyce się nie korzysta - ot, przy tzw koronacji mistrz ceremonii zadaje uprawnionym sakramentalne pytanie, czy chcą skorzystać z prawa wyzwania, oni mówią, że nie, jedziemy dalej. W realu nierzadko funkcjonują różnego rodzaju tradycje państwowe, będące pozostałością faktycznie działających instytucji, a obecnie pustymi formułkami (np. na tym w znacznej mierze opiera się funkcjonowanie monarchii w UK), które teoretycznie ktoś mógłby nagle zacząć próbować wyegzekwować.
4. Wielu ludzi za sensowny system uznaje demokrację parlamentarną, gdzie w ogóle nie ma żadnego prawdziwego-władcy gospodarza, a jedynie jacyś oligarchowie z łapanki i gdzie co 4 lata cała scena może zostać wywrócona, więc nie ma sensu prowadzić jakiejkolwiek spójne polityki, tylko doraźne pijarowe zagrywki.

W ogóle, jako osobę o monarchistycznych sympatiach ucieszył mnie całkowity brak smęcenia pt. "A może by tak demokracja, albo chociaż monarchia parlamentarna...". Co nie znaczy, że nie będzie się do tego zmierzać w następnych częściach (trochę to spalenie sercokwiatów prowadzi w tę stronę), no ale na razie jest OK. Szkoda, że działającą, prawdziwą monarchię bez durnych oskarżeń o "faszyzm" można pokazywać jedynie w fikcyjnych państwach  (i dlatego uważam, że fantastyka jest tak ważnym narzędziem w szerzeniu prawicowych idei).

Z początku wydawało mi się, że to bez sensu, że Killmonger współpracował i kumplował się z Klaue, skoro był takim ideowcem i wierzył w Black Power (nawet jeśli to ukrywał), a Klaue kradł Murzynom wibranium, kolonizator wyzyskiwacz i w ogóle. No ale po chwili namysłu.... Klaue nie był antymurzyński, tylko antywakandowy. Przecież pierwszą skradzioną partię wibranium sprzedał czarnemu księciu, chcącemu walczyć na rzecz murzyńskości. Co nie znaczy, że Klaue wspierał plany księcia z jakiegoś przekonania, ale był gotów je wspierać, dopóki hajs się zgadza (z drugiej strony, mówi o Wakandyjczykach jako o dzikusach, którzy nie zasługują na wibranium, więc jakieś rasizm przejawia, ale raczej na dalszym planie). Mimo tego, wiadomo było, że jeśli Killmonger chce wakandzkiego tronu, to kiedyś musi się obrócić przeciwko Klaue, bo on jest w Wakandzie znienawidzony, więc trzeba się od niego odciąć (a najlepiej odstrzelić). Ale czekał na właściwy moment i się doczekał chwili, kiedy Klaue był pozbawiony obstawy i ręki.

To, co zrobił ojciec T'CHalli z bratankiem było trochę bez sensu. Zostawił go, żeby podtrzymać kłamstwo. Właściwie jakie kłamstwo?  Bo jednoznacznie tego nie wyjaśnił. To, że Wakanda jest krajem pasterzy? Gdyby go zabrał ze sobą, w żaden sposób nie wpłynęłoby to na ujawnienie zaawansowania technologicznego Wakandy przed światem. Choć trzymanie w pałacu syna własnoręcznie zabitego brata mogłoby być problematyczne. Czy może chodziło o podtrzymanie pozytywnego wizerunku rodziny królewskiej? To już miałoby większy sens. Ale tak czy inaczej, to trochę bez sensu, że kompletnie nic w związku z Erikiem nie robił. Skoro Wakanda ma taką super rozwinięta siatkę szpiegowską na całym świecie, w tym w USA, to chyba nie było problemem z daleka czuwać nad bratankiem i jakoś go wspomóc. Generalnie mamy trochę powtórkę z innego ojca-króla - Odyna - który upycha problemy z przeszłości (w tym tajemnice rodzinne) pod dywan, a potem jego dzieci muszą sobie radzić, jak szambo wybija na powierzchnię.

Skoro mowa o analogiach z Thorem... Znowu mamy wojsko uzbrojone we włócznie i miecze, wspierane z powietrza przez maszyny latające wyposażone w nowoczesną broń. Podobnie wyglądała armia Asgardu w starciu z Helą (chociaż tam latacz był chyba tylko jeden i został tak szybko zestrzelony, że można go przeoczyć). O ile uzbrojenie plemienia Strażników jeszcze miało jakiś sens (broń do walki wręcz w połączeniu z "Kocykami Pola Siłowego", które mogą osłaniać przed kulami), o tyle kobieca gwardia poprzestająca na włóczniach jest mocno bez sensu. Rozumiem, plemienne tradycje itd. Włócznie miałyby sens jako broń ceremonialna/dodatkowa/używana w określonych sytuacjach (np. w takiej "karczemnej" rozróbie jak ta w Korei), ale jako jedyna broń, w sytuacji, gdy taki Klaue może sobie zmontować superminidziałko w ręce z wakandzkiego sprzętu górniczego jest trochę przesadą. Rozumiem komiks, przegięcie, ale przegięcie też można robić z sensem (czyli niechby miałby jakąś broń oprócz tych włóczni, albo niech włócznie strzelają laserem czy coś tam). Chyba tylko Shuri używała tych strzelających rękawic.

Fajne, że dostaliśmy superbohatera, który nie jest sierotą bez żadnych powiązań rodzinnych, jak to na ogół jest. Oczywiście, znowuż - W Thorach również kwestie rodzinne są ważne, ale jednak rodzina Pantery jest mniej patologiczna. Trochę raził mnie brak żałoby po starym królu np. Shuri chyba w ogóle żadnej nie okazuje, tylko od początku śmieszkuje, no ale rozumiem, że dramę związaną z tym zgonem w znacznej mierze przerobiliśmy w Civil War, a w filmach generalnie procesy emocjonalne zachodzą szybciej. Fajnie też, że dostaliśmy postaci, które wyraźnie okazują, że ich światopogląd jest dla nich ważniejszy, niż romanse - znowuż, szkoda, że gdyby nie były czarnoskórymi kobietami, zostałoby to odebrane jako fanatyzm/sztywniactwo (nie ma nic przeciwko czarnoskórym patriotkom, po prostu chciałbym więcej postaci z taką postawą) - wielu ludziom nie podoba się konserwatyzm Kapitana Ameryki.

Kwestie religijne. Już w "Civil War" ruszyło mnie to, jak Czarna Pantera mówi do Czarnej Wdowy o śmierci swojego ojca, że "my wierzymy, że śmierć to nie koniec, tylko przejście do innego świata, gdzie spotykasz swoich przodków itd.". I to tak wyglądało, jakby wyjaśniał jakąś kompletnie nową, egzotyczną ideę komuś, kto z założenia wcześniej nie słyszał o życiu pozagrobowym. Pomimo tego, że chwilę wcześniej Czarna Wdowa uczestniczyła w nabożeństwie żałobnym w chrześcijańskim kościele.
 Bo w filmach hollywoodzkich duchowość chrześcijańska nie ma prawa się pojawić. Jeśli kwestie duchowe mają się pojawić, to najczęściej będzie to duchowość buddyjska (czy raczej spłycony popbuddyzm w stylu "to nie religia, tylko styl życia"), w następnej kolejności politeistyczna/animistyczna, wreszcie islamska/judaistyczna.... I na tym koniec. Chrześcijaństwo jako religia nie istnieje, może się pojawić co najwyżej jako sztafaż, oprawa dla pogrzebu czy ślubu, ale nikt na serio nie bierze go jako fundamentu duchowości i światopoglądu. Oczywiście, w "Czarne Panterze" wychodzi to w miarę naturalnie, bo mamy Afrykańczyków wyznających plemienną religię (co nie znaczy, że nie życzę im nawrócenia na Jedyną Prawdziwą Wiarę Rzymskokatolicką) - ale to nie przypadek, że pierwsze ważne doznanie religijno-duchowe w MCU pojawia się właśnie w takim otoczeniu.

No i wreszcie kwestie "Black power/Black lives matters". Wydaje mi się, że już wspominałem o tym, że amerykańska sposób walki o "reprezentację mniejszości", jest w gruncie rzeczy mocno przesycony amerykanocentryzmem. Jak wtedy, gdy Amerykanie jojczą, że np. ktoś chce zrobić grę o średniowiecznych Czechach, w której chce pokazać średniowiecznych Czechów, na nich się skupić, o tym chce robić grę, o swoich przodkach, ale nie, powinien wstawić czarnoskóre postaci i nie to, że w średniowiecznych Czechach nie było czarnoskórych to nie argument... BO U NAS W USA JEST DUŻO MURZYNÓW, A KAŻDE DZIEŁO POWINNO SIĘ KRĘCIĆ WOKÓŁ KWESTII, KTÓRE SĄ WAŻNE DLA NAS AMERYKANÓW!!! Często brak czarnoskórych postaci jest traktowany jako "whitewashing" i brak realizmu... bo do niektórych nie dociera, że w wielu miejscach na świecie po prostu nie ma znaczącej czarnoskórej mniejszości. Np. w tak wielkich, znaczących krajach jak Chiny, Indie, czy Rosja. Dlatego mówienie, że na całym świecie, we wszystkich państwach czarnoskórzy jęczą w ucisku jest bez sensu. Każdy naród ma jakieś ciemne karty i skomplikowane moralnie sprawy, ale na serio, nie zawsze oznacza to kolonializm i niewolnictwo (w szczególności kolonializm i niewolnictwo nakierunkowane na czarnych ludzi) tudzież późniejsze tego konsekwencje. W pewnym sensie takie podejście jest rasistowskie i szowinistyczne, poprzez niedostrzeganie faktu, że nie każdy kraj rozwijał się/rozwija się w ten sam sposób, co USA (czy szerzej, Europa Zachodnia), czy ma te same problemy.... A już pośrednie obarczanie "white guilt" ww Chińczyków czy Hindusów już zdecydowania zahacza o lekki rasizm. Kogo Killmonger właściwie chce wyzwalać w Hongkongu? Oczywiście, można wziąć poprawkę na to, że MCU to nie jest nasz świat, ale jednak wydaje mi się, że różnice nie są tak daleko idące. Idąc dalej - Killmonger zapomina (i nikt go nie poprawia), że większość z tych dwóch miliardów "ludzi takich jak my" (załóżmy, że szacunek liczbowy jest trafny) to nie czarne mniejszości, tylko, hem, czarne większości. Cieszyłem się, że ten film ma się toczyć w Afryce. Bo wyżej wspomniani amerykanocentryczni SJW często zapominają, że zdecydowana większość czarnoskórych to nie są Afroamerykanie, tylko... no... Afroafrykanie. Którzy w znacznej części, jakby nie patrzeć, mają znacznie większe problemy niż prawdziwa lub wyimaginowana dyskryminacja - choroby, głód, ciągłe wojny, anarchia itd.
Dlatego jeśli Killmoger na serio chciał stworzyć "Imperium Wakandy", to powinien raczej skupić się na zjednoczeniu Afryki ( i pomocy Afrykanom), a nie na wywoływaniu rewolucji wśród 5 czarnoskórych turystów w Hongkongu. Podobnie, trochę raziło mnie to, że pierwszym krokiem w kierunku "Wakanda pomaga światu" było zbudowanie centrum naukowo-społecznego w najbogatszym kraju na Ziemi.
Z drugiej strony... Killmonger jest praktycznie Amerykaninem, więc ten amerykanocentryzm w jego wydaniu jest trochę zrozumiały (choć szkoda, że nikt nie wytknął mu, że jego plan jest nie tyle niemoralny, co bezsensowny - już pomijając wyżej podniesione kwestie, to jakim cudem wierzył, że uda mu się w pięć minut zorganizować w kilku krajach rewolucje wykorzystujące niezorganizowanych cywilów uzbrojonych w broń mieszczącą się na niewielkim lataczu). Wielu ludzi mówi, że "Killmonger miał rację, tylko wybrał złe metody", ale z tą racją też bym nie przesadzał... Co nie znaczy, że nie miał celnych uwag jak np. to w muzeum "Że ja kradnę? A wy niby skąd to macie?". Rozumiem, że centrum stworzone w danym domu wuja miało być symboliczne. No i wreszcie jako najrozsądniejszą postać pokazano Nakię, która starała się zrobić coś dobrego dla Afrykańczyków.

M'baka okazał się fajną postacią, ale nie podobała mi się scena z zakrzyczeniem Rossa. Wielu lewaków w Internecie jest nią zachwyconych "Hoho, brawo, pokazał temu białasowi, tak powinno być w realu, jak jakiś białas próbuje wygłaszać swoje białe nonsensy". Co świetnie pokazuje lewackie podejście - zamiast wysłuchać cudze argumenty i je obalić, lepiej je zignorować, albo zakrzyczeć tekstami w stylu "faszysto", "jeśli tego nie rozumiesz, to nie będe Ci tłumaczyć", "brak Ci człowieczeństwa i empatii, to jest oczywiste", czy wstawić śmieszny obrazek.

Swoją drogą - oczywiście, częścią przesłania filmu jest "budowanie murów jest głupie (Ty głupi Trumpie), refugees welcome". Widziałem, jak ktoś zauważył, że Wakanda jest bogatym, rozwiniętym państwem, ktore nie zatraciło swojej tożsamości (i dzięki może stać się światowym liderem i okazać pomoc innym), właśnie dzięki obronie swoich granic.  Oczywiście, ta wypowiedź spotkała się z odpowiedzią "na goryla". Poza tym - nie wydaje mi się, żeby w nowej, otwartej Wakandzie wyglądało to na zasadzie "Tabuny imigrantów gwałcą i rabują, zamiatamy to pod dywan" albo "Tworzymy społeczeństwo multikulti i w imię neutralności światopoglądowej od jutra wyrzekamy się wszystkich wakandzkich tradycji tudzież usuwamy z przestrzeni publicznej wszelkie nawiązania do Bast, żeby nie urażać delikatnych uczuć innowierców".
W niektórych kręgach jest też modne twierdzenie "Wakanda pokazuje, jak wyglądałaby Afryka bez kolonalizmu!". Ano nie. Jak wyglądałaby Afryka bez kolonializmu? Ano tak, jak wyglądała Afryka na chwilę przed boomem kolonialistycznym. Faktem jest, że w Europie technologia i organizacja rozwinęły się szybciej. To nie znaczy, że Europejczycy są nadludźmi, a Afrykanie podludźmi - nie twierdzę, że decydujące tu były czynniki genetyczne, na to zjawisko złożyły się różne aspekty, jak np. klimat, ukształtowanie terenu, historia itd. Ale fakt jest faktem. I faktem też jest, że kolonializm w wielu aspektach przyniósł Afryce rozwój technologiczny. Nie, nie twierdzę, że nie miał ciemnych stron. Ale próba obarczania za całe zło świata białasów (a najlepiej - białych, heteroseksualnych cismężczyzn wyznających chrześcijaństwo) jest durne.

Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem rasistą - i wiem, że większości ludzi, którzy tak myślą, nie przekonam w żaden sposób (gdyż są to właśnie ludzie, którzy dyskutują metodą "na goryla"). Jestem antylewakiem, jestem wrogo nastawiony wobec histerycznej, lewackiej propagandy, zgodnie z którą liczą się jedynie "mniejszości", mniejszości zawsze mają rację, mniejszościom wszystko się należy dlatego, że są mniejszościami, wszystko co nie mieści się w retoryce gloryfikującej mniejszości jest złe z definicji. Co nie znaczy, że nienawidzę samych "mniejszości" - zresztą, uważam, że lewackie podejście częstokroć szkodzi właśnie nim. To, że nie podoba mi się, kiedy ktoś na siłę zmienia białą postać na czarnoskórą, albo histeryzuje, że ktoś w swoim filmie nie umieścił wystarczającej ilość PoC, nie oznacza, że jestem przeciwny powstawaniu filmów, w których dominując ciekawe, czarnoskóre postaci - zamiast narzekać, że ktoś nie robi dobrego filmu o Murzynach (a skąd pomysł, że ma obowiązek robić właśnie o nich?), sam zrób dobry film o Murzynach. Poza tym, to fajne, że film pokazuje rzeczywistość, w której Murzyni są królami, naukowcami, generałami i są nimi dzięki swoim własnym zasługom, a nie lewackim "akcjom afirmacyjnym" - no i że pokazuje im, że są cele, do których warto dążyć. Zamiast mówić "No, wśród czarnoskórych jest duża przestępczość, narkomania itd... Ale to nie wasza wina, to wina białych. Nie dążcie do dołączenia elity, bo to bycie elitą jest białasowskie, zamiast tego domagajcie się socjalu od białych elit, ghetto jest ok".

Zatem, jakkolwiek film jest dobrze nakręcony, mam pewne zastrzeżenia co do wymowy - choć oczywiście, należało się spodziewać, że będzie gorzej. Niektóre aspekty są zdumiewająco konserwatywne i zdrowe (zapewne niezamierzenie), inne trącą lewackim histeryzowaniem.


piątek, 29 grudnia 2017

Rozum urojony

Czego nie znajdziecie w tym artykule- stwierdzenia, że jest pewne i udowodnione, że rzymski katolicyzm jest jedynie prawdziwą religią, a pozostałe religie można "bezkrytycznie" odrzucić, jako na pewno nieprawdziwe.

Co natomiast znajdziecie? Rozważania na temat kilku klisz myślowych, często stosowanych w rozmowach przez niektórych ateistów i wskazanie, dlaczego te konkretne "argumenty" są nielogiczne - niezależnie od tego, czy jakakolwiek religia jest prawdziwa, czy też nie.

Wojujący ateiści uważają się za ludzi z założenia racjonalnych. Poniższy artykuł nie ma na celu udowodnienia, że religia jest racjonalna, ile raczej pokazanie, że argumenty, na których opierają się owi ateiści, są równie nieracjonalne, co ona.
A jeśli widzicie w moim rozumowaniu jakieś błędy logiczne, to proszę wytknijcie je. Pokażcie, że faktycznie jesteście racjonalni i oświeceni. Bo do tej pory większość moich dyskusji z ateistami polegała na:
"- Religia be!
- Dlaczego?
- Bo X!
- Ale wcale nie X, to nie prawda, masz tu dowody.
- To nie są dowody, to jest gówno, bo religia jest be, więc jeśli coś ma dowodzić, że religia nie jest be, to jest gównem, bo gdyby nie było, to religia nie byłaby be, a przecież jest! W ogóle to jesteś głupi, masz zamknięty umysł na argumenty, przecież piszę, że X, a Ty zamiast przyznać mi rację, próbujesz dyskutować, wyzwól się od prania mózgu i zacznij myśleć samodzielnie, EOT, blokuję Cię, żeby nie czytać tych bzdur".

EDIT:
Notabene, świetną ilustracją powyższego zachowania jest wypowiedź Seweryna pod notką. Dzięki chłopie, że pomagasz mi udowodnić słuszność tego, o czym piszę! Ale już wystarczy, naprawdę chciałbym podyskutować z Tobą na poważnie, wiem, że potrafisz, więc czekam z nadzieją.


 Kwestia ewolucji itp.
Po pierwsze, Kościół Katolicki nie występuje przeciwko teorii ewolucji. Nie, po prostu nie. Kościół jako taki nie ma z nią żadnego problemu. Oczywiście, niektórzy katolicy czy księżą mogą tej teorii nie uznawać, ale nie ma to nic wspólnego z oficjalnym nauczaniem Kościoła. Zażarta wiara niektórych ateistów w to, że KK nienawidzi ewolucji wywodzi się głównie z faktu, że owi ateiści czerpią swoją wiedzę głównie z anglojęzycznego Internetu - głównie ze śmiesznych memów, czy skeczy kabaretowych, czasem z wywodów Dawkinsa czy innego guru. Siłą rzeczy, owe materiały odnoszą się do kwestii, które pojawiają się w krajach anglojęzycznych, przede wszystkim w USA. Otóż, faktycznie, w niektórych amerykańskich kościołach "ewangelicznych" przeczy się teorii ewolucji. Owszem, niektórzy z owych ewangelików mają problem z tym, że w szkołach uczy się o ewolucji. Nie ma to wpływu na stanowisko polskich katolików. W ogóle, straszne utrapienie z tym amerykanocentryzmem. Otóż, wśród owych amerykańskich ewangelików istnieje jeszcze mniejsza grupa, która wierzy w tzw. "Rapture". Jest to bardzo niszowa koncepcja, która nie jest właściwie obecna poza tym wąskim kręgiem, do tego stopnia, że ten termin nie ma nawet oficjalnego polskiego tłumaczenia, a KK nigdy nie wypowiadał się oficjalnie, że to herezja, bo w ogóle nikogo ta idea wśród katolików nie rusza, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ale są ludzie, wychowania na wywodach amerykańskich ateistach, którzy święcie wierzą, że katolicy wierzą w te "Rapture". I nie ma siły im wytłumaczyć, że tak nie jest.
Ale wracając do ewolucji. Niektórzy ateiści łaskawie przyjmują do wiadomości, że KK uznał ewolucję. I wtedy pojawia się argument "No tak, jak nie mogliście tego obalić, bo dowody są zbyt silne, to zmieniliście zdanie!". Hmm, wydawało mi się, że "jeśli istnieją silne dowody na prawdziwość jakiejś tezy i nie mogę ich obalić, to znaczy, że powinienem uznać prawdziwość tej tezy" to zachowanie wymagane od światłego racjonalisty, czyli zdawać by się mogło, że owym ateistom powinno się ono spodobać... No ale wszystko jest złe, jeśli robią to katolicy.
Dalej - Kościół Katolicki nigdy oficjalnie nie występował przeciwko teorii ewolucji. "O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego" nigdy nie była na Indeksie Ksiąg Zakazanych. Kościół Katolicki przez długi czas nie wyrażał żadnego oficjalnego stanowiska na temat tej teorii. Dopiero w 1950 r. papież Pius XII wydał encyklikę "Humani Generis", w której napisał:
Nie zakazuje więc kościelny Nauczycielski Urząd, by teoria ewolucjonizmu, o ile bada, czy ciało pierwszego człowieka powstało z istniejącej poprzednio, żywej materii - że bowiem dusze stwarzane są bezpośrednio przez Boga, tego niewątpliwie uczy nas katolicka wiara - stała się przedmiotem dociekań i dyskusji uczonych obydwu obozów, zgodnie z obecnym stanem nauk ludzkich i świętej teologicznej wiedzy.
 

 Oczywiście, ateiści mogą ironizować "hoho, łaskawie pozwolił, żeby badano teorię ewolucji, a mógł wysłać na stos" (oczywiście, nie mógł) - ale faktem jest, że pierwsze oficjalne stanowisko Kościoła w kwestii ewolucji nie zaprzeczało tej teorii, a traktowało ją jako jedną z równorzędnych. W miarę czasu, stanowisko KK stawało się coraz bardziej przychylne (co jest logiczne - im więcej dowodów, tym większa pewność).
Notabene, jeszcze przed ową encykliką, niektórzy księża-naukowcy opowiadali się za teorią ewolucji, jak np. John A. Zahm, Dalmas Leroy, Henri de Dorlodot.
Nie jest też tak, że jak Darwin opublikował swoje dzieło, to katolicy wpadli w popłoch "YYyyy, co to robić, dobra, powiemy, że opis stworzenia to metafora, ufff". Taki sposób interpretowania można znaleźć już u św. Augustyna, który uznawał, że w symbolicznych "sześciu dniach stworzenia", Bóg powołał nie tyle konkretne, materialne byty w formach ostatecznych, co "przyczyny zalążkowe", z których dopiero stopniowo rozwinęły się zwierzęta i rośliny, a samo stworzenie rozumiał nie tyle jako punktowy moment, tylko jako stałe, bezustanne podtrzymywanie przez Boga istnienia świata (i procesów w nim zachodzących). Święty sformułował również zasadę, że w razie sprzeczności między dosłownym zapisem biblijnym a wiedzą, tak reinterpretować Biblię, aby tego konfliktu uniknąć. To u św. Augustyna po raz pierwszy pojawia się stwierdzenie, że wiara zajmuje się czymś innym, niż nauka, toteż nie należy traktować opisów biblijnych, jako dosłownych, naukowych teorii : „Nie czytamy w Ewangelii, by Pan powiedział: ‘Posyłam wam Pocieszyciela, który by was pouczał i biegu słońca i księżyca’. Chrześcijan bowiem chciał wykształcić, nie matematyków”. Biblia nie zawiera teorii naukowych, bo nie o tym ma być.
A argument "Aha, to skoro opis stworzenia świata jest metaforą, to  wszystko jest metaforą, łącznie z Jezusem" jest bez sensu. W wielu książkach można znaleźć zarówno wypowiedzi metaforyczne, jak i dosłowne. Ba, na co dzień ci sami ludzie czasem wypowiadają się dosłownie, czasem metaforycznie. Również ateiści. I nie mają z tym problemu. Ale gdy chodzi o Biblię, nagle załącza się schemat "Albo wszystko dosłownie, albo nic! Tertium non datur". Od zawsze wiedziano, że część Biblii to metafory. Kościół traktował przypowieści Jezusa jako no, przypowieści. Ale kiedy okazuje się, że świat nie został stworzony w siedem literalnych dób i Kościół oświadcza "Aha, ok, czyli w  świetle nauki interpretowanie tego opisu nie ma sensu, czyli to jeden z tych wielu fragmentów w Biblii, gdzie liczby i okresy czasu są traktowane symbolicznie, spoko".
W ogóle to zabawne. Ateiści uważają, że Kościół jest przeciwny nauce, a kiedy Kościół zgadza się  z nauką, bulwersują się "Hej, no jak to, przecież Wy jesteście przeciwni nauce, nie udawajcie!". To trochę na zasadzie
"- Hehehe, Kościół jest taki zacofany, uważa że Internet to dzieło Szatana.
 - Kościół wcale tak nie uważa, bzdury gadasz, wielu księży pisze w Internecie, nawet papież.
- Hehehe, hipokryci, mówią, że Internet to dzieło Szatana, a sami używają.
- Ale przecież wcale tak nie mówią...
- Na pewno mówią, przecież Kościół jest zacofany, więc na pewno jest przeciwko Internetowi".

Kwestia dowodu negatywnego
Jednym z najczęstszych haseł powtarzanych przez ateistów jest "Nie da się przeprowadzić dowodu negatywnego, to jest niemożliwe, więc nie da się udowodnić nieistnienia Boga, więc to wy macie udowodnić Jego istnienie". Wiedzą, że gdzieś dzwoni, ale nie wiedzą gdzie. Oczywiście, że da się przeprowadzić dowód negatywny (dowód na nieistnienie czegoś). Załóżmy, że mówię "w mojej wyciągniętej dłoni znajduje się widzialna, materialna piłka o średnicy 10 cm". Patrzysz na moją dłoń, dotykasz jej, nie ma piłki, gratuluję, dokonałeś (rzekomo) niemożliwego i udowodniłeś nieistnienie.

Ateiści często odwołują się do prawa stanowionego i "domniemania niewinności" oraz ciężaru dowodu. Owszem, w  prawie stanowionym na ogół przyjmuje się, że ciężar dowodu leży po stronie tego, który twierdzi, że jakiś fakt jest prawdziwy i wywodzi z niego określone skutki, a nie po stronie tego, który mu przeczy, ale to nie znaczy, że "dowód negatywny jest niemożliwy". Jeśli oskarżyciel twierdzi, że oskarżony był obecny na miejscu zbrodni, oskarżony oczywiście może udowodnić, że go tam nie było, zakazu nie ma - tyle tylko, że jeśli ani oskarżyciel, ani oskarżony nie przedstawi żadnych dowodów, PRZYJMUJE się, nie był obecny. Ponadto, niekiedy faktem, którego należy dowieść, jest właśnie fakt niezaistnienia jakiegoś bytu/stanu. W artykule 2 Kodeksu Karnego czytamy: "Odpowiedzialności karnej za przestępstwo skutkowe popełnione przez  zaniechanie  podlega  ten  tylko,  na  kim  ciążył  prawny,  szczególny  obowiązek  zapobiegnięcia skutkowi". A zatem, można popełnić przestępstwo nie tylko robiąc coś, czego nie powinniśmy, ale również nie robiąc czegoś, co powinniśmy zrobić - i w tym drugim przypadku na oskarżycielu ciąży ciężar dowodu, zgodnie z którym musi przedstawić dowód negatywny na niezaistnienie jakiegoś stanu. Przykładowo, art. 296 Kodeksu Karnego dotyczy przestępstwa, którego jedną z form jest wyrządzenie szkody majątkowej na skutek niedopełniania obowiązków, z kolei art. 93 Kodeksu Wykroczeń dotyczy wykroczenia polegającego na nieudzieleniu pomocy ofierze wypadku. I oskarżyciel, będący wojującym ateistą, w takiej sytuacji powinien powiedzieć "Wysoki Sądzie, no przecież nie będę udowadniał, że ten pan nie dopełnił swoich obowiązków albo nie udzielił pomocy ofierze, tak samo, jak nie będę udowadniał, że Święty Mikołaj nie roznosi prezentów, a skrzaty nie szczają do mleka, bądźmy poważni".
Dalej - brak dowodów na prawdziwość jakiegoś twierdzenia (przy czym ten fakt sam w sobie może oznaczać nieistnienie bytu/stanu), nie oznacza, że te twierdzenie jest fałszywe. W żadnym uzasadnieniu wyroku nie przeczytacie "Oskarżyciel nie udowodnił, że oskarżony dokonał morderstwa, a zatem oskarżony na pewno nie był mordercą, na pewno jest niewinny, a każdy, kto ma co do tego wątpliwości, ten debil", tylko "Oskarżyciel nie udowodnił, że oskarżony dokonał morderstwa, a zatem zgodnie z zasadami postępowania karnego, wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego, należy UZNAĆ oskarżonego za niewinnego". W sytuacji, w której nie ma dowodów na to, że oskarżony zabił i nie ma dowodów na to, że oskarżony nie zabił, sąd NIE WIE, czy oskarżony zabił, czy nie zabił - ale jakiś wyrok musi wydać, więc wprowadzono zasadę, że w takiej sytuacji wydaje wyrok na korzyść oskarżonego.
Podobnie je w naukach ścisłych. To, że nie ma dowodu na to, że Bóg istnieje, nie oznacza, że Bóg nie istnieje. To oznacza tyle, że istnienie Boga nie jest naukowo udowodnione, więc nauka nie uwzględnia Boga. "Nie uwzględnia" nie oznacza "zaprzecza jego istnieniu". Przykładowo - nie ma naukowych dowodów na istnienie kosmitów, więc teoria zakładająca, że homo sapiens zostali sztucznie wyhodowani przez kosmitów nie jest teorią naukową. To nie znaczy, że żaden naukowiec nie może wierzyć w istnienie kosmitów - tak długo, jak długo rozumie, że wiara nie jest tym samym, co nauka. Może mówić "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, ale ja uważam, że istnieją" albo "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, ale ja uważam, że nie" albo "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, osobiście nie zastanawiam się nad tą kwestią". Stwierdzenie "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją" jest stwierdzeniem zgodnym z metodą naukową. WSZYSTKO, co zostanie wypowiedziane dalej, jest poglądem, wiarą. To samo dotyczy Boga.
Powiedzmy, że do pokoju przychodzi człowiek z pudełkiem i pokazuje go ludziom. Pudełka nie da się otworzyć, jest też na tyle masywne, że ciężko ocenić po ciężarze, czy w środku znajduje się jakiś drobny przedmiot. Ludzie mówią "Nie wiadomo, co tam jest i czy coś w ogóle jest - wstrzymam się z osądem, aż się uda otworzyć", inni "Nie wiadomo, co tam jest. Obstawiam, że nic", inni "Nie wiadomo, co tam jest, może grzebień?". No i w końcu ten gość - światły, racjonalny wojujący ateista, który wrzeszczy "Skoro nie ma dowodu, że tam coś jest, to znaczy, że tam nic nie ma! NIC! Ani grzebienia, ani niczego! Doskonała próżnia, nie inaczej! A ten, kto ma jakiekolwiek wątpliwości, ten jest debilem o zamkniętym umyśle!".


Dowód z mnogości

Bardzo chętnie powtarzanym argumentem jest "Dowodem na to, że wszystkie religie są fałszywe, jest to, że jest ich tak dużo!!!".
Powiedzmy, że mamy działanie matematyczne. Ludzie podają różne wyniki. Żeby stwierdzić, czy któryś z nich racji, należałoby rozwiązać działanie. Człowiek, używający powyższego argumentu, to ktoś, kto twierdzi, że sam fakt, że ludzie proponują różne rozwiązania, oznacza, że oni wszyscy się mylą... Oczywiście, oprócz samego "racjonalisty", który mówi, że wynikiem jest "zero". Tymczasem, nie ma żadnego logicznego związku pomiędzy ilością potencjalnych odpowiedzi, a prawdziwością którejkolwiek z nich. Gdyby tak było, każde twierdzenie można by obalić, wymyślając od ręki mnóstwo alternatywnych odpowiedzi na daną kwestię. Absurdalne jest również twierdzenie "skoro ludzie udzielają tak wielu różnych odpowiedzi, to dowód, że wszystkie są błędne.... oprócz mojej, rzecz jasna!". Tak, ateizm jest jedną z wielu odpowiedzi na pytanie "Czy jest Bóg, a jeśli tak, to jaki jest". Ateiści mogą mantrować "ateizm to nie wiara, to brak wiary", ale to właśnie dowodzi braku logiki. Odpowiedź "Boga nie ma" jest jasnym zajęciem stanowiska, takim samym jak "istnieje Bóg chrześcijański", czy "Istnieje wielu bogów". Brakiem stanowiska jest milczenie, albo odpowiedź "Nie wiem". Odpowiedź "wynik wynosi zero" nie jest sama w sobie lepsza, ani gorsza do jakiejkolwiek odpowiedzi - a rozumowanie "jeśli nie potrafimy rozwiązać jakiegoś działania, to znaczy, że wynik wynosi zero" nie ma nic wspólnego z logiką. Jeśli nie potrafimy rozwiązać działania, to nie potrafimy rozwiązać działania, kropka. Wynik może wynosić zero, może wynosić tysiąc i każda z odpowiedzi w tej sytuacji będzie gdybaniem.
Nie trawię, kiedy ateiści stękają, że agnostycy to "ateiści, którzy nie mają jaj, żeby przyznać, że nimi są". To właśnie agnostycy są konsekwentnymi racjonalistami, nie Wy. Ateista to agnostyk, który myli brak wiedzy z wiedzą, na zasadzie "Nie wiadomo, czy istnieje Bóg, więc wiadomo, że nie istnieje".

Ateizm jest tym, co nam pasuje
Ateizm jest według wojujących ateistów czymś bardzo płynnym i nieokreślonym. Z jednej strony, ateiści chlubią się, jakoby sam fakt bycia ateistą czynił z nich bardziej moralnych i inteligentniejszych ludzi. Z drugiej strony, kiedy ktoś odpierając te twierdzenia, mówi "Ateista Stalin zamordował miliony ludzi" nagle się okazuje, że "Ateizm oznacza jedynie brak wiary w Boga, nie wiąże się z jakimiś konkretnymi poglądami politycznymi, to że Stalin był ateistą i mordował, nie oznacza, że jego ateizm jakoś wpłynął na mordowanie". Z trzeciej strony, padają też głosy "Stalin wprowadzał totalitarny kult własnej osoby, co jest zaprzeczeniem ateizmu, więc nie był ateistą!". Ale zaraz.... jeśli ateizm to tylko brak wiary w Boga, to dlaczego totalitarne poglądy polityczne miałyby być sprzeczne z ateizmem?
Idąc dalej. Swego czasu użyłem wobec ateistów argumentu "Chrześcijanie nie dokonywali ludobójstwa, bo Chrystus zakazuje mordować, a chrześcijanin to ten, kto postępuje zgodnie z nauką Chrystusa, więc ludobójca z definicji nie jest chrześcijaninem". Oczywiście, wyśmieli mnie, coś tam pomamrotali o "no true Scotsman fallacy".
Ale to ciekawe - kiedy jakaś osoba mieniąca się chrześcijaninem popełnia zbrodnię, niezgodną z określonymi, skodyfikowanymi zasadami chrześcijaństwa, według ateistów, jest to dowód na to, że chrześcijaństwo jest złe. Kiedy zadeklarowany ateista, jak Stalin, popełnia zbrodnię (której nie można uznać za niezgodną z określonymi, skodyfikowanymi zasadami ateizmu, gdyż takowych nie ma), według ateistów... oznacza to, że Stalin nie był prawdziwym ateistą i w ogóle jego zbrodnie nie miały nic wspólnego z jego ateizmem, no skąd.

Religia a moralność
Wielu ateistów mówi "Religia nie jest potrzebna, żeby być dobrym, ludzie są dobrzy ze zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, a religia może w tym przeszkodzić, bo wmawia im, że złe rzeczy są dobre, jeśli są popełnianie w imię religii".
Owszem, żeby być dobrym, potrzebna jest religia - albo jakaś inna ideologia. Dlaczego? Bo to właśnie wyznawana przez Ciebie ideologia wyznacza to, co uważasz za dobro. Nauka nie odpowiada na pytanie, co to znaczy być dobrym. Nauka może odpowiedzieć na pytanie "Co należy zrobić, żeby osiągnąć określony cel?", ale nie odpowie na pytanie "jaki cel jest dobry?". Niektórzy ateiści mówią np. "Bycie altruistą jest dobre, bo to zwiększa szanse przeżycia gatunku, masz tu badania, którego tego dowodzą. Widzisz? Żeby być dobrym, nie potrzeba religii, wystarczy rozum!!!". Ale ze stwierdzenia "Altruizm zwiększa szanse przeżycia gatunku" (nawet jeśli przyjmiemy je za naukowo udowodniony fakt) nijak nie wynika, że altruizm jest dobry. Jest wiele innych strategii i przystosowań ewolucyjnych, które mogą równie dobrze - albo lepiej - zwiększać szanse przetrwania gatunku, więc czemu gloryfikować akurat tę? Możliwe, że gatunek, którego przedstawiciele przejawiają zachowania altruistyczne i odczuwają współczucie ma większe szanse przetrwania, niż gatunek, który działa wyłącznie na zasadzie rywalizacji... Ale jeszcze większe szanse na przetrwanie miałby gatunek, który stosowałby ściśle wyrachowany rachunek zysków i strat. "Ten osobnik jest chory/ranny, ale można go wyleczyć kosztem niewielkich zasobów, a jego dalsze życie przyniesie wspólnocie więcej zasobów, leczymy. Tego teoretycznie można by wyleczyć, ale jest to nieopłacalne, niech zdycha. A uśmierzania bólu śmiertelnie chorych w ogóle nie rozważamy, bo przecież z punktu widzenia przetrwania gatunku nie ma znaczenia, czy jego osobniki umierają w bólu, czy nie, właściwie to wizja śmierci w bólu nawet wzmacnia instynkt samozachowawczy". Jeśli wyznacznikiem "dobra" ma być "przetrwanie gatunku", to ideałem byłoby totalitarne technokratyczne społeczeństwo z przymusową eugeniką, eutanazją oraz brakiem leczenia paliatywnego.
Ale idąc dalej - właściwie, dlaczego "przetrwanie gatunku" miałoby w ogóle być miernikiem "dobra"? Istnieją tzw. ruchy antynatalistyczne, które twierdzą, że najlepszym, co mogłoby spotkać ludzkość, jest wymarcie. Bo statystycznie rzecz biorąc, życie składa się głównie z cierpienia. Nawet nieliczna garstka szczęśliwców żyjąca w krajach rozwiniętych, poświęca je głównie na pracę nie przynoszącą żadnej przyjemności, a służącej jedynie podtrzymywaniu egzystencji (błędne koło) oraz spanie (a sam fakt, że dla wielu ludzi jednym z najprzyjemniejszych elementów życia jest to, że około 1/3 jego czasu spędzają pozbawieni świadomości, świadczy o tym, jakie piękne jest to życie). Dlatego nie ma sensu żyć, a sprowadzanie na ten świat nowych ludzi to po prostu świństwo. Antynataliści (na ogół) nie nawołują do ludobójstwa, raczej do stosowania antykoncepcji (a jeśli ktoś nie potrafi powstrzymać swojego instynktu rodzicielskiego, to niech adoptuje jakąś sierotę, która miała nieszczęście się urodzić, zamiast nakręcać spiralę nienawiści i płodzić kolejnych męczenników). I przecież nie da się przedstawić naukowego dowodu, że ci ludzie nie mają racji. OK, takie a takie zachowanie służy życiu - ale sam fakt, że uznajesz życie za (bez)wartościowe jest Twoją subiektywną, irracjonalną oceną.
Inni twierdzą, że "racjonalną, rozumną, świecką" moralnością jest moralność oparta na empatii, współczuciu i "maksymalizacji szczęścia". To zabawne - nauka pokazuje, że ludzie są kolejnym gatunkiem istot żywych, łażących po jakiejś z grubsza kulistej skale pędzącej przez kosmiczną pustkę, a nasze uczucia, kultura itd. to produkt ewolucji, który sam w sobie nie jest bardziej wartościowy, niż skrzela u ryb. Ba, samo życie, czy świadomość z punktu widzenia nauki nie są "wartością" - człowiek nie jest bardziej "wartościowy", niż kupka skał. Ale wielu ateistów uważa, że moralność oparta na tym, czy dany czyn wywołuje określone reakcje chemiczne w jakichś gąbczastych glutach znajdujących się w czaszkach jakichś śmierdzących bezogoniastych i (niemal) nieowłosionych małpiszonów (czy, jak to ponoć ujął Platon "istot dwunożnych nieopierzonych"), jest bardziej "naukowa".... tylko dlatego, że nie jest religią.
Weźmy pod uwagę dwie możliwości:
- Bóg nie istnieje. W takim wypadku, religia jest po prostu jednym z wielu poglądów wyznawanych przez ludzi. Ani lepszym, ani gorszym. Jest oparta na konstrukcie kulturowym "Boga". Tak samo, jak wszystkie inne systemy etyczne. Czy istnienie "nienaruszalnej godności człowieka", na której opierają się Prawa Człowieka i Obywatela jest bardziej "obiektywne i naukowe" niż istnienia Boga, na którym opiera się Biblia? Twierdzisz, że Bóg nie istnieje? To daj mi dowód, że istnieje "nienaruszalna godność człowieka" i że wynikają z niej dokładnie takie prawa, jak twierdzisz. Jakiś wzór matematyczny na prawa człowieka albo zdjęcie atomów godności? Nie? To dlaczego twierdzisz, że system etyczny obejmujący Prawa Człowieka jest bardziej "racjonalny" niż ten biblijny? Ateiści często mówią "Jest tysiąc religii i wszystkie są fałszywe, ale nie Twoja, co nie?". Abstrahując od absurdalności tego argumentu, o czym pisałem wyżej, to powinno brzmieć raczej "Jest nieskończona ilość systemów etycznych i wszystkie to ideologie i religie, ale ni Twój, prawda? Twój to prostu zwyczajna, ludzka przyzwoitość".
- Bóg istnieje, a wtedy religia (jakaś) ma przewagę nad świeckimi systemami etycznymi, bo jest oparta na woli istoty wyższej, niż ludzie.

Dalej. Skoro nie trzeba być wierzącym, żeby być moralnym, to dlaczego ateiści nie oddają czci Bogu? Bo według mnie "czcij Boga" jest takim samym nakazem moralnym, jak "nie zabijaj", czy "nie kradnij". Według Was nie? A wiecie dlaczego? Bo wyznajecie inną moralność, niż ja. Jeśli ktoś uważa, że zabijanie jest złe, stwierdzenie "Można być mordercą i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Jeśli ktoś uważa, że kapitalizm jest zły, stwierdzenie "Można być liberałem gospodarczym i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Jeśli ktoś uważa, że ateizm jest zły, stwierdzenie "Można być ateistą i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Większość ludzi definiuje "moralność" jako "to, co ja uważam za dobre". I potem stosuje taki tok rozumowania "Ty też uważasz, że nie należy zabijać i kraść? Ja też tak uważam, to jest zwykła ludzka przyzwoitość, widzisz, nie potrzebujesz religii/ideologii by być moralnym. Uważasz również, że należy się modlić/dbać o zabytki/szanować rodziców/nie jeść wieprzowiny? Ja nie wyznaję takich zasad. Czyli to nie jest moralność, to jest tylko Twoja religia/ideologia. Z drugiej strony, ja uważam, że należy walczyć o prawa gejów, czyli to jest moralne i wymaga tego ludzka przyzwoitość, a Ty się z tym nie zgadzasz, czyli nie jesteś całkiem porządny. Zapewne przeszkadza Ci w tym Twoja religia, która sprawia, że skupiasz się na przestrzeganiu jakichś głupich zasad, które Ty uważasz za słuszne, zamiast na mądrych zasadach, które ja uważam za słuszne. Gdybyś tylko miał bardziej otwarty umysł, zaczął myśleć samodzielnie i zrozumiał, że moje poglądy są lepsze od Twoich...".
Inaczej mówiąc - twierdzenie, że krytykowanie zachowań seksualnych innych osób jest złe, bo jest niezgodne z empatią, ma tyle samo sensu, co twierdzenie, że określone zachowania seksualne są złe, bo są niezgodne z Biblią. Nie chcesz, żebym wmuszał w Ciebie swoje poglądy? To czemu wmuszasz mi swoje? Jakieś poglądy państwo musi realizować - i jakie by to poglądy nie były, ZAWSZE będzie to narzucanie jakiejś moralności. Neutralność światopoglądowa jest mrzonką. Rozdział religii od moralności jest mrzonką. Dlaczego świeckie ideologie mają być traktowane inaczej? Dlaczego według Was konstytucja powinna zakazywać sytuacji, w której ktoś powie "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo moja święta księga mówi, ze to jest dobre", ale sytuacja w której ktoś powie "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo tak mówi "Kapitał" Marksa" jest ok? Albo wręcz "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo ona jest dobra, bo tak czuję i tak czuje każdy porządny człowiek, nie ma sensu tego tłumaczyć, jak nie rozumiesz, to jesteś pozbawiony serca i empatii"?


środa, 27 grudnia 2017

Obcy w obcym kraju

Kiedyś była taka moda, żeby w utworach fantastycznych głównym bohaterem była osoba z "naszego" świata przeniesiona do świata innego. Dotyczyło to zwłaszcza wczesnych utworów lub tych z pogranicza baśni i "fantasy właściwego", takich, jak np. "Opowieści z Narni" czy "Czarnoksiężnik z krainy OZ" (zresztą, zabieg ten jest w dalszym ciągu chętnie stosowany np. w kreskówkach). Zaletą tego rozwiązania jest znaczne ułatwienie "wyjaśnienia świata". Protagonista staje się niejako "alter ego" czytelnika, a dzięki temu, że główny bohater (podobnie jak czytelnik) nie ma wiedzy o danym uniwersum, naturalnym staje się, że tubylcy tłumaczą mu rzeczy, które dla nich są najbardziej oczywiste i nie wygląda to sztucznie. Zresztą, metoda ta występuje również w nieco mniej oczywistych mutacjach - dlatego zarówno w "Hobbicie" jak i "Władcy Pierścieni" bohaterami są hobbici, przedstawiciele ludu, który owszem, należy do rdzennych mieszkańców Śródziemia, ale zamieszkuje odizolowany obszar świata, nie interesuje się zbytnio tym, co znajduje się poza tym obszarem i nie ma na ten temat większej wiedzy - stąd też hobbici świetnie nadają się na adresatów "wyjaśniania świata".
"Wyjaśnianie świata" odgrywa szczególnie ważną rolę w RPG, powiedziałbym, że w jeszcze większym stopniu niż w przypadku czytania książki, dlatego, że tutaj odbiorca potrzebuje informacji na temat settingu nie tylko po to, żeby zrozumieć treści do niego skierowane, ale również po to, żeby móc świadomie sformułować informację zwrotną (oczywiście, nie dotyczy to wszystkich rodzajów rozgrywki, bo w jakimś dungeon crawlu wystarczy wiedza, że orków i gobliny trza tępić).
Teoretycznie, informacje zawarte są w podręczniku, ale wiadomo, jak to jest z czytaniem podręcznika. I potem dochodzi do sytuacji typu "- Ale dlaczego oni ciągle chcą ze mną walczyć? - Bo jesteś iksem, a ygreki nienawidzą iksów, to wszystko masz w opisie iksów, myślałem, że jak tworzysz iksa, to chcesz walczyć z ygrekami... - Aha.... Dobra, ja tych opisów w ogole nie czytałem". I nie zawsze taka postawa wynika z lenistwa gracza. Większość z nas ma ograniczoną ilość czasu i sił i wygospodarowanie ich na samą sesję bywa trudne, a co dopiero na przekopywanie się przez jakąś księgę. Teoretycznie, MG może skrótowo wyjaśnić graczom wszystkie najważniejsze kwestie - 1. zawsze może o czymś zapomnieć, 2. jeśli sesja zaczyna się od wykładu MG, to i tak tracimy czas (może mniej, ale chodzi o "bardziej wartościowy" czas, bo tracimy ten, który wygospodarowaliśmy na spotkanie).
Możemy tutaj się uciec do jakiegoś typu "wyjaśniania świata" w trakcie gry. Wariant z "przybyciem z naszego świata" raczej odpada, bo budzi infantylne skojarzenia i mocno ogranicza swobodę w tworzeniu postaci. Zrobienie z graczy jakichś "hobbitów" (dajmy na to, mieszkańców zapadłej wioski, wychowanków klasztoru lub jego lokalnego odpowiednika itd.) jest nieco lepsze, ale również ogranicza. Postaci graczy nie będą mogły być zbyt zakorzenione, będą musiały być ogólnikowymi, sztampowymi "sierotami, których wioskę spalono i które nagle odkryły w sobie zamiłowanie do poszukiwania przygód" czy coś takiego.
Wpadło mi do głowy ciekawe rozwiązanie. Otóż, niech gracze będą "obcymi, w obcym kraju". Przybyszami, ale nie z daleka, ale nie z innego świata, ale z innej krainy. Na przykład:
- rozbitkami ze statku, który na statek sztormu wypłynął na nieznane wody i rozbił się na wybrzeżu nieznanego lądu,
- oddziałem kupców/badaczy, którzy celowo wyruszyli do nieznaniej krainy, ale którzy nie mają zasobów, by powrócić do domu (celem kampanii/scenariusza może być ich zgromadzenie),
- grupą wysłaną przez władców swojej ojczyzny (lub np. grupą składającą się z wysłannika i najemnych ochroniarzy) w celu nawiązania kontaktów z nieznanym krajem, przy czym tak naprawdę stanowi to formę honorowego wygnania, więc gracze nie mogą wrócić do ojczyzny, ani liczyć na wsparcie stamtąd,
- grupą wygnańców z różnych innych krajów, którzy zapędzili się na kraniec świata uciekając przed prześladowaniami/wierzycielami.
Pretekst nie odgrywa tutaj aż tak dużego znaczenia i może być łatwo dopasowany do preferencji graczy... No właśnie, takie rozwiązanie daje ogromną swobodę w tworzeniu postaci, większą niż w typowej rozgrywce. Na ogół np. MG nie pozwoliłby graczowi stworzyć postaci księcia czy innego magnata, bo to rodzi problemy, bo taki gracz powinien już na starcie być bogaty, wszyscy powinni go szanować, a zamiast samemu rozbijać się po bezdrożach, powinien wysłać swoje sługi. W tym wariancie, nie ma takich przeszkód - gracz na starcie zostaje odcięty od złota, włości i sług, a jego tytuł nie pozwala na rozkazywanie mieszkańców obcego kraju - ale mimo wszystko gracz może odgrywać księcia, może wykrzykiwać swoje zawołanie rodowe, opowiadać o historii rodu, mruczeć "w ojczyźnie, to po takich jak ty, na konia wsiadałem!", czy snuć marzenia jak to wszystko poustawia, gdy wróci na swe włości. Gracz może wymyślić sobie dowolne stanowisko/frakcję/filozofię/religię, przestrzegać jej etosu, odwoływać się do niej itd. - ale nie ma potrzeby zastanawiania się, jak istnienie tego dodatkowego elementu wpływałoby na równowagę sił na obszarze gry, bo na obszarze gry to stanowisko/przynależność nie daje żadnych wpływów. Gracz może sobie wymyślić, że jest małżonkiem oraz rodzicem gromadki kilkunastu dzieci - i może do nich wzdychać, opowiadać o nich, próbować wysłać list itd., ale nie trzeba się zastanawiać, dlaczego się nimi nie zajmuje.
Gracz może wymyślić sobie właściwie dowolną historię postaci (no, niemal dowolną, bo jakieś cyrki w rodzaju "jestem wszechmocnym bóstwem" nie przejdą), odgrywać tę postać - a jednocześnie będzie to wpływało na samą postać, nie wpływając jednoczesnie na świat gry (i jest w miarę sensownie wyjaśnione, dlaczego tak to działa). Gracze tworząc postacie i przystępując do gry, nie muszą wiedzieć nic o "świecie" (w sensie "kawałku świata, w którym toczy się gra"), naturalne jest, że tę wiedzę będą zyskiwać w miarę jego poznawania. Rozwiązanie to ładnie komponuje się z lubianym przez niektórych sandboxem - w tym układzie, nie tylko wiedza graczy na temat świata może być nabywana na bieżąco, ale sam świat może być w całości tworzony na bieżąco (np. na podstawie tabeli i liczb losowych) i nie prowadzi to do paradoksów ("skoro to miejsce jest takie ważne, to czemu gracze nie wiedzieli od początku, gdzie się ono znajduje i co tam jest?").


UWAGA ODNOŚNIE KOMENTOWANIA
Nie wiem dlaczego, ale niektóre osoby mają problem z podpisywaniem się przy komentarzach. W rzeczywistości, jest to bardzo proste:
1. Otwierasz suwak "Skomentuj jako" przy formularzu komentarza.
2. Wybierasz "Nazwa/URL"
3. W rubryce "Nazwa" wpisujesz swój nick (nie ma konieczności podawania żadnego adresu w rubryce "URL".
4. Klikasz "Opublikuj".


niedziela, 24 grudnia 2017

Życzenia

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, życzę wszystkiego dobrego. Niech nie będą one jedynie "Świętami Wzmożonej Konsumpcji", ale przede wszystkim, przeżyciem duchowym.

sobota, 16 grudnia 2017

Recenzja "Ostatniego Jedi"

Najpierw ogólne wrażenia, bez spoilerów, potem spoilerowa analiza.
Pewną tradycją w "Gwiezdnych Wojnach" jest to, że epizody poszczególnych trylogii mocno nawiązują do siebie nawzajem. W I epizodzie danej trylogii powinna być sierota z pustynnej planety, ucieczka przed złolami w celu przekazania ważnych informacji, niszczenie olbrzymiej superbroni, a także śmierć podstarzałego mentora. W II epizodzie trylogii ktoś powinien stracić rękę, ktoś z Ciemnej Strony powinien zachęcać kogoś z Jasnej, żeby do niego dołączył i wspólnie naprawił galaktykę. W III epizodzie powinna być wielka bitwa kosmiczna, a ktoś z rodziny Skywalkerów powinien zmienić stronę Mocy. To oczywiście nie wszystkie analogie, tylko przykłady. Prawdopodobnie ma to pokazywać cykliczność losów kolejnych pokoleń, to, że "wszystkie opowieści sprowadzają się do tego samego", zgodnie z Lucasowską fascynacją "Bohaterem o tysiącu twarzy" Campbella (tak, wiem, że Lucas już nie kręci GW, ale jakby nie patrzeć, to jego dziedzictwo). Daje to także okazję do zabawy w szukanie owych nawiązań przez fanów. Dlatego pewna wtórność "Przebudzenia Mocy" (niektórzy wręcz nazywali je "remakiem Nowej Nadziei") nie była zwykłym pójściem na łatwiznę, ale kontynuacją pewnego zamysłu artystycznego (który rzecz jasna, może się podobać, albo nie - ale to już inna rzecz). Tym niemniej... przyznaję, że "Przebudzenie Mocy" było trochę ZBYT wtórne. Dobrze się bawiłem na tym filmie, poza tym rozumiem, że na reaktywację filmowych Star Warsów wybrano mocno zachowawczy, "bezpieczny" scenariusz bez nadmiernych eksperymentów. Ale gdyby "Ostatni Jedi" okazał się tak mocno kalką "Imperium Kontratakuje", to jednak świadczyłoby o tym, że Disney wyrzucając do kosza dotychczasowe EU nie ma pomysłu na opowiedzenie własnych historii i potrafi jedynie odcinać kupony w nadziei, że ciemny lud i tak kupi bilety, DVD i gadżety.
Na szczęście, w tej kwestii twórcy "Ostatniego Jedi" sprawili się bardzo dobrze. Film jest pełne nawiązań do "Imperium Kontraktuje" (w mniejszym stopniu do "Ataku Klonów" - ale trzecia ucięta ręka w serii jest), ale go nie kopiuje. Pojawiają się stare motywy, ale z reguły są one ukazane w inny sposób, z jakimś "przekrętem" albo w całkiem innym kontekście i wychodzi to całkiem fajnie, bo w kilku miejscach dałem się oszukać, myśląc "AHA, widać do czego zmierzamy, ten wątek będzie kopią tej sceny z V epizodu", a tu nagle okazywało się, ze wcale nie. Poza tym, fabuła jako taka jest nowa - to, ze zawiera nawiązania, nie oznacza, że staje się "tylko" przeróbką. Z jednej strony - tradycji stało się zadość, z drugiej - dostajemy nową, oryginalną historię. Szczegóły, w spoilerowej analizie poniżej.
Historia jest w ogólnym zarysie poprowadzona bardzo dobrze. Nowe postacie zostają pogłębione, jest kilka dobrych plot twistów (i znowuż - w kilku miejscach twórcom udaje sie oszukać widza - przynajmniej mnie - i pewne wątki okazują się zmierzać do zupełnie innego rozwiązania, niż z początku się zdaje).
Dlaczego "w ogólnym zarysie"? Bo niestety, w szczegółach jest trochę gorzej. Film bywa nierówny - niektóre rozwiązania są bardzo błyskotliwe, niektóre mocno głupawe, czy po prostu absurdalne. Jeśli chodzi o widowiskowość, szału nie ma. Żadna walka/bitwa mnie nie zachwyciła - jest (jak na GW) przyzwoicie (pomijając wzmiankowaną absurdalność niektórych rozwiązań, która mogła mi przeszkodzić w cieszeniu się niektórymi starciami - ale wiem, że nie każdego to ruszy).
Film zdecydowanie należy do tych mroczniejszych gwiezdnowojennych pozycji. Trup ściele się gęsto po obu stronach. Jest trochę humoru, ale wydaje mi się, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą - nie ma z nim przesady (może na ich odbiór wpłynął fakt, że jedna z pierwszych scen jest własnie humorystyczna).
W sumie - moim zdaniem, plus przeważają nad minusami.


A teraz - SPOILERY i analiza.


Odnośnie nawiązań i kreatywności w ich stosowaniu:
- Utrata ręki, która MUSIAŁA się pojawić w środkowym epizodzie trylogii. Przez jakiś czas zdawało mi się, że to olano - a jednak nie! Kiedy trup Snoke'a spada z tronu, wyraźnie widać, że stracił kończynę.
- Myśliwiec Luke'a - kiedy zobaczyłem X-winga na planecie sanktuarium, pomyślałem "OK, czyli będzie scena z wyciąganiem myśliwca, jak w V EP". A jednak nie. Luke zatopił swój myśliwiec dlatego, że nie chciał nigdy opuścić planety i koniec, on tam ma zostać, ani mu się śni, żeby kazać Rey go wyciągać.
- Generalnie cały wątek szkolenia ostatniej nadziei Jedi przez starego mistrza, który udał się na wygnanie - z trailerów było widać, że będzie ważny i zdawać by się mogło, że będzie kalką z relacji Yoda-Luke... i przez chwilę tak wygląda. Podobnie jak Yoda wobec Skywalkera, tutaj Luke zachowuje się z początku, jakby chciał odstraszyć Rey... tylko, że Yoda grał i testował potencjalnego ucznia, a Luke nie udaje - on po prostu nie chce uczyć Rey, nie i już, poszła won. A gdy wreszcie się zgadza, oświadcza, ze zrobi to tylko po to, żeby uświadomić jej, czemu Jedi ssą i w sumie nie przekazuje jej niczego przydatnego.
- Kiedy Finn i Rose odlatują z krążownika, pani przy "radarze" oznajmia wiceadmirałce, że ich statek to tylko odpadki. Podobna scena była w V EP, tylko, że tam mówił to imperialny oficer do swojego zwierzchnika o Sokole Millenium (no i mylił się, a tutaj wygląda na to, ze "radarówka" celowo okłamuje Holdo).

Jeśli chodzi o motywy fabularne, które zostały dobrze rozegrane:
- Konflikt Luke-Kylo - bardzo spoko, udało się pokazać tragizm konfliktu, do którego doszło tak naprawdę bez niczyjej winy. Wersje obu stron, choć pokazane z różnych punktów widzenia, nie przeczą sobie.
- Rodzice Rey - jedną z głównych dyskusji w fandomie było "Czyją córką (ewentualnie inną krewniaczką) okaże się Rey". Większość ludzi obstawiała Luke'a, pojawiały się też teorie związane z Obi-Wanem. I film (podobnie jak poprzednia część) do pewnego momentu grał tym motywem, sugerował, że doznamy jakiegoś objawienie typu "I am your father", które rzuci kompletnie nowe światło na relacje między postaciami i przekręci wszystko o 180 stopni... A tu guzik, rodzice Rey byli patolami, którzy sprzedali ją, żeby mieć na wódkę, czy tam przyprawę, umarli, albo cholera wie, co się z nimi stało, w każdym razie byli nikim i nie odegrają żadnej roli. Ktoś może się poczuć rozczarowany - ale moim zdaniem, ostatecznie, dobrze to zagrało.
- Bunt Kylo przeciwko Snoke'owi - dopóki Ben i Rey bili się z czerwonymi patafianami, jak biłem się z myślami. "Czy on na serio się nawrócił? To o czym będzie trzecia część? Pojawi się jakieś nowe zagrożenie, przeciwko któremu się zjednoczą? Może Snoke jednak nie zginął? A może po prostu Kylo chce go zastąpić na tronie?" Jak widać, wybrano ostatnie rozwiązanie - i jak widać, można się było go domyślić, skoro przeszło mi to przez myśl, ale jednak nie było to takie oczywiste. A już sam fakt buntu na tym etapie był zaskoczeniem.
- Wątek "zapasowego hakera" - w pewnej chwili zdawało się, że twórcy zagrają kliszą "łajdak okazuje się mieć złote serce" - w chwili, gdy zwraca Rose wisiorek - a potem się okazało, ze jednak nie. Znowu ładny plot twist. Znaczy - sama zdrada jest kliszowa, ale ponieważ wcześniej zasugerowano, że ten wątek pójdzie w stronę zupełnie innej kliszy, w sumie wyszło fajnie. Aha, bardzo dobrze, że pierwszoporządkowi go wynagrodzili i pozwolili odleciecieć. Motyw "źli mordują pomocnika, któremu obiecali nagrodę, natychmiast jak tylko na chwilę okaze się im nie być potrzebny" jest tyleż popularny, co durny.
- Yoda potwierdza, że jest małym, złośliwym skurczysynem. Z początku spalenie świętego drzewa wygląda na ilustrację wykładu pt. "Rzeczy, którym musimy pozwolić odejść z naszego życia, część setna. Nie przywiązuj się do niczego, nawet do dżedajskich świętości". Ale biorąc pod uwagę, że jak się okazuje, Rey wcześniej zajumała z drzewa księgi, o czym Yoda zapewne wiedział, to zwyczajnie zrobił Luke'a w jajo. I już wiadomo, czego tak rechotała zielona menda, niemal nakrywając się nogami.
- To, że Kylo każe przez kilka minut napierniczać ze wszystkiego, co fabryka dała, w Luke'a. Wreszcie ktoś ze złych się nauczył, że nie należy lekceważyć niepozornego zagrożenia i jeśli masz środki, to Z NICH KORZYSTAJ. Oczywiście, akurat w tym przypadku nic to nie dało, ale liczą się złe intencje. Plus - to się ładnie komponuje z dotychczasowym zachowaniem Kylo. Wcześniej, jak się wkurzył, rozwalał meble, dzięki "awansowi" może przejść na wyższy poziom środków wyrazu.

Co moim zdaniem zagrało nie za bardzo?
- Od początku było wiadome, że plan z wyłączeniem śledzenie się nie uda. Dlaczego? Bo był robiony wbrew Holdo. A było oczywiste, że pani wiceadmirał MUSI mieć rację i okazać się kompetentna, a w sporze z nią Poe MUSI przegrać, bo gdyby nie, to zaszkodziłoby to feminizacji Star Warsów, która jest w tym epizodzie jeszcze bardziej widoczna, niż poprzednim. Co samo w sobie nie przeszkadza mi, jeśli nie dostajemy w pakiecie wyzudanego seksu, aborcji itp. Tym niemniej, sama świadomość, że twórcy idą w tę stronę, pośrednio zasugerowała mi kierunek rozwoju fabuły.
- Kwestia tego, jak potraktowano Poe. Najpierw nie wykonał rozkazu, został za to zdegradowany, spoko. Potem wszczął bunt. WSZCZĄŁ BUNT. W trakcie akcji bojowej. Bezpośrednio po tym, jak został zdegradowany za niewykonanie rozkazu. To, że na sam koniec mu się upiekło, w sumie miałoby sens - z oporników została garstka uciekinierów i w tej sytuacji ciężko, żeby Leia urządzała sąd polowy jednemu (jedynemu?) ocalałemu oficerowi z doświadczeniem bojowym. Ale to, że Leia i Holdo gadając nad nieprzyjemnym Po uśmiechają się z rozczuleniem i dochodzą do wniosku, że "postrzelony, ale i tak go lubimy" (czy wręcz "ale za to właśnie go lubimy") jest lekko absurdalne. Mam wrażenie, że to wynika trochę z rozdarcia - z jednej strony, musiało dojść do konfliktu w wyniku którego Poe dostanie od nich po łapach, bo feminizacja. Z drugiej, trzeba było pokazać, że panie dowódczynie są spoko ziomkiniami, a nie jakimiś sztywniaczkami, lubią buntowników, bo przecież bunt jest fajny, luzacki i w ogóle.
- Kwestia Snoke'a. Ok, rozumiem, że to nie był film o nim i że nie każda postać może być rozwinięta... Ale tak trochę wychodzi, że on był postacią znikąd - i co gorsza, "donikąd". Nie wiadomo, skąd się wziął potężny stary darksider, który ewidentnie nie jest Sithem, dlaczego nim nie jest, w jaki sposób się od nich odróżnia, jakie są jego cele, dlaczego przejął władze nad resztkami Imperium itd. Skoro nie potrafili dać mu ciekawej historii, to mogli zrobić z niego Plaguisa, jak tego oczekiwało wielu fanów. Albo po prostu jednego z imperialnych mrocznych Jedi w rodzaju inkwizytorów, którzy przecież przeszli ze starego kanonu do nowego (są w "Rebeliantach"). Aha - dlaczego każe Kylo zabić Rey, zanim wyciąga z niej informację o miejscu przebywania Luke'a?

Rzeczy, co do których mam wątpliwości, czy dobrze zagrały:
- Pierwsza bitwa. Mam mieszane uczucia wobec niej. Z jednej strony - Poe samodzielnie rozwalający wszystkie wieżyczki wygląda na typowo absurdalną akcję typu "Jestem bohaterem, więc wszystko mi wychodzi, nawet jak to nie ma sensu!". Z drugiej - jeśli zastosować analogię bo bitew morskich (a głównie na tym bazują bitwy kosmiczne w space-operach, w tym w GW), to faktycznie, masywne, ciężkie okręty są wrażliwe na atak "samolotów" - i dlatego współcześnie zrezygnowano z takich np. pancerników, a największą siłę uderzeniową posiadają lotniskowce (i łodzie podwodne). No i jest niby powiedziane, że pierwszoporządkowcy za późno poderwali swoje myśliwce. Więc, mam takie mieszane uczucia, ale nie powiem wprost, że to na pewno bzdura. Ale nawet jeśli - trochę szkoda, że po raz kolejny dobrzy wygrywają nie tyle dzięki swojej błyskotliwości, co dzięki niekompetencji złych.
- Phasma - postać kreowana na badassa, która za każdym razem dostaje wciry. Przynajmniej tym razem mogła choć chwilę powalczyć. W sumie nie wiadomo, czy na pewno zginęła - spadnięcie z wysoka, to jest takie typowe "Nie żyje! A może jednak? Ciała nie widzieliśmy". Skoro przetrwała zamkniecie z gniatarce śmieci na planecie, która chwile potem eksplodowała, to i to może przeżyć. W sumie, gdyby wróciła w następnej części, to byłby jakiś sposób na tę postać: "Możesz mnie pokonać, ale nie możesz mnie zniszczyć".
- Hux. W poprzedniej części chyba nie był pokazany jako niekompetentny i słaby. Raczej jako "młody i ambitny". Fandom do tej pory postrzegał go raczej jako osobę nieco dystyngowaną, sztywną, starającą się zachowywać profesjonalizm i zirytowaną "żywiołowością" Kylo. Dlatego nie wiem, czy poprowadzono tę postać w dobrym kierunku - ale sceny interakcji Huxa i Rena w same sobie były całkiem fajne.
- To, co zrobiła Rose, taranując Finna, było bardzo głupie, podobnie jak wygłoszone przez nią uzasadnienie, było na poziomie drętwych gadek z "Ataku klonów" (czyli analogia!). Gdyby pozwoliła mu na atak kamikadze, zginąłby, ale pomógł uratować innych. Doprowadzając do kraksy tuż za liniami wroga, ryzykowała, że zginą oboje, całkiem nadaremno. No ale skoro się w nim zakochała, to jest sens w jej bezsensownym zachowaniu.
-Podejście Luke'a jest bzdurne. Ok, nie będzie więcej Jedi - ale będą się rodzić osoby wrażliwe na Moc. Odmawiając szkolenia ich, Luke jedynie zwiększa ryzyko, że przejdą na Ciemną Stronę - zwłaszcza, że przecież wie, że galaktyce działają aktywni darksiderzy, którzy raczej nie mają jego skrupułów. Z drugiej strony - Luke może się zachowywać bez sensu, własnie dlatego, że jest w depresji.

Rzeczy, które uważałem za absurd, ale po namyśle są ok:
- To, że Finn i Rose mogą sobie skoczyć na planetę hazardu. Mogli zatankować ten mały statek do pełna paliwem podebranym z krążownika - zapewne różnica w tonażu była na tyle mała, że krążownik w ogóle tego nie odczuł. W przeciwieństwie do krążownika, mogli się poruszać z nadświetlną - bo flota wroga śledziła krążownik - no i jw. ich statek zużywał mniej paliwa.
- To, że Snoke mówi Rey, że po wyciągnięciu z niej informacji, zabije ją w okrutny sposób. No hej, takich rzeczy się nie mówi przesłuchiwanemu, bo po co? Żeby wiedział, że idąc na współprace nic nie osiągnie? Jak nie "daruję ci życie" to chociaż "zabiję cię szybko i bezboleśnie". Ale po namyśle... Snoke nie chce Rey przesłuchiwać. Chce z niej telepatycznie wyciągnąć informację. Legilemens! (pozdro dla kumatych). Możliwe, że dodatkowe przerażenie dziewczyny miało mu w tym pomóc, osłabiając jej wolę. Zapewne w tym samym celu pokazał jej na ekranie rzeź uciekinierów (natomiast to, że w pewnej chwili każe ją zabić, zanim wyciąga te informacje, już sensu nie ma, o czym wspomniałem powyżej). Aha, w kontekście tej sceny, niektórzy widzowie zarzucali, że to, że uniesiony Mocą miecz wali Rey w głowę, to slapstickowy humor, który nie pasuje do powagi sceny, jarjarowanie itd. Owszem, to ma być w pewnym sensie śmieszne - Snoke chce ośmieszyć Rey. Upokorzyć ją.

I co? Okazało się, że te Caracale to szajs, który nie odrywa się od ziemi, teraz Francuzi mają z nimi kłopot, gdybyśmy je kupili, to my byśmy mieli (za to nie mielibyśmy grubego hajsu wyrzuconego w błoto) ale czy ktoś przyzna, że dobrze się stało, ze Macierewicz zerwał rozmowy? 

No i rzecz, którą uważam za zdecydowany, oczywisty absurd:  dlaczego właściwie ktoś musi pilotować opuszczane statki aż do ich zniszczenia, ginąc wraz z nimi? Ok, statek musi lecieć, żeby wróg od razu nie zorientował się, że został porzucony... ale dlaczego ktoś musi go pilotować? Serio, cywilizacja, która masowo produkuje roboty obdarzone sztuczną inteligencją (również bojowe), nie jest w stanie stworzyć autopilota, który mógłby chociaż utrzymywać ostatni kurs? Zresztą - nawet bez autopilota, wystarczy przed opuszczeniem odpowiednio ustawić statek i zostawić go z włączonym silnikiem, żeby leciał przed siebie. Nonsens pogłębia fakt, że kiedy Holdo zostaje na krążowniku, wyraźnie jest pokazane, że NIE MUSI go pilotować - stoi sobie na mostku i patrzy przez okno, czekając na śmierć, zaczyna robić coś innego dopiero, kiedy podejmuje decyzję o taranowaniu. Ale przecież tego początkowo nie było w planie. Otóż ona zostaje na tym statku wyłącznie z potrzeby narracyjnej - żeby można było pokazać, jak postać się poświęca.
A właśnie. Właściwie dlaczego gwiezdnowojenne floty nie używają częściej taranowania? To pytanie zadałem już przy analizie "Łotra Jeden", w którym korweta spycha dużo większy statek z kursu, łamiąc szyk Imperium i doprowadzając do kolizji. Tutaj, mamy pokazane jeszcze efektywniejsze taranowanie z użyciem hipernapędu - to jest właściwie broń doskonała, przecież tego się nie da uniknąć, żadne tarcze tego nie powstrzymają. Czemu nie robić tego częściej? Że poświęcanie statków i załóg się nie opłaca, a w drugim wypadku jest jeszcze niemoralne? Jak napisałem wcześniej - nie da się wskazać logicznego powodu, dla którego ktoś koniecznie musiałby pilotować statek-samobójcę. A skoro tak - to taki statek może składać się wyłącznie z kadłuba, silnika i komputera sterującego, nie potrzeba kajut, układów podtrzymywania życia, zgniatarek do śmieci. Taki "taran" byłby dużo tańszy, niż załogowy odpowiednik takiego samego tonażu - a mógłby posłużyć do zniszczenia dużo większego okrętu (razem z jego załogą), więc to nie jest marnotrawstwo, taki "gambit" to jest super efektywna taktyka, również z ekonomicznego punktu widzenia. Moralnie też wszystko gra - dzięki temu zginie mniej ludzi po naszej stronie (a że zginą tamci - to przecież i tak do tego dążymy, nie oszukujmy się). Nie mówię, że floty powinny składać się wyłącznie z "taranów" - rozumiem, że statki załogowe są potrzebne do bardziej finezyjnych taktyk, czy chociażby do akcji przeciwko siłom na planetach (no i do przewożenia desantu) - ale mimo wszystko, ktoś powinien wpaść na to, żeby stosować je w sytuacjach innych, niż krańcowa desperacja.
Notabene, to właściwie trzeci przypadek taranowania w GW. W "Powrocie Jedi" pilot X-Winga (lub podobnego statku) pokonuje niszczyciel/krążownik Imperium, wbijając się w jego mostek (nie jestem pewien, czy to atak kamikadze, czy po prostu postrzelony myśliwiec utracił sterowność). Z jednej strony - Rebelia/Ruch Oporu ma ograniczone zasoby, nie może beztrosko ich poświęcać.... Ale przecież to jest własne oszczędzanie! Zamiast posyłać myśliwce i bombowce i ich pilotów do ataku, w którym straci się wielu pilotów i maszyn, naprowadzić ze trzy takie okrojone X-wingi na autopilocie i dawaj w nadświetlną (X-wingi mają taki napęd). W starym kanonie było coś takiego jak statki interdykcyjne, które posiadały urządzenia pozwalające wyrwać wrogi okręt z nadprzestrzeni (i nie pozwolić mu na ponowne uruchomienie napędu) generując sztuczną studnię grawitacyjną - ale w starym kanonie było właśnie przyjęte, że silna grawitacja wyrywa statek z nadprzestrzeni - skoro w nowym kanonie da się wlecieć nawet w atmosferę planety, to ten sposób nie dałby rady.

Aha, pozostając przy kwestiach taktycznych - ktoś zwrócił uwagę, że cały ten pościg nie ma sensu, bo przecież Porządek powinien zwyczajnie wezwać posiłki, każąc im wyskoczyć z nadprzestrzeni PRZED uciekającymi opornikami, żeby wziąć ich w kleszcze. Do głowy przychodzi mi takie wyjaśnienie, że Hux koniecznie chciał doprowadzić do tego, żeby przed walką wróg wyczerpał całe paliwo, uniemożliwiając mu manewrowanie, żeby potem wygrać bitwę bez żadnego ryzyka i strat.

Jeszcze co do kwestii religijnych. Nie podoba mi się, że w tej części "kazanie" Luke'a o Mocy było takie mocno materialistyczne, sprowadzało Moc wyłącznie do sił przyrody i równowagi, wyłączając aspekt moralny i duchowy. Do tej pory Moc była przedstawiana w sposób ambiwalentny, jako ogólna metafora "jakiegoś" Absolutu/Siły Wyższej. Niektóre utwory starego EU dążyły bardziej w stronę panteistyczną, inne w teistyczną - mam wrażenie, że zależało to od osobistych poglądów ich autorów. Nawet w ramach filmów, wypowiedź Yody o Mocy z "Imperium Kontratakuje", będąca odpowiednikiem nauk Luke'a z tej części, była zdecydowanie bardziej uduchowiona i wskazywała, że istnieje jakaś rzeczywistość duchowa PONAD materią, a Moc nie jest jedynie sumą oddziaływań pomiędzy wszystkim, co żyje, ale tym, co stwarza życie: "For my ally is the Force. And a powerful ally it is. Life creates it, makes it grow. Its energy surrounds us and binds us. Luminous beings are we, not this crude matter". 
George Lucas jest zafascynowany religiami Wschodu i nie można go określić jako ortodoksyjnego chrześcijanina, tym niemniej wierzy w Boga-Stwórcę: https://hollowverse.com/george-lucas/ i sam wskazuje, że Moc miała być taką ogólną metaforą "Boga w ogóle", choć nie konkretnej religii: https://www.youtube.com/watch?v=UHGXWGbtNsU


UWAGA ODNOŚNIE KOMENTOWANIA
Nie wiem dlaczego, ale niektóre osoby mają problem z podpisywaniem się przy komentarzach. W rzeczywistości, jest to bardzo proste:
1. Otwierasz suwak "Skomentuj jako" przy formularzu komentarza.
2. Wybierasz "Nazwa/URL"
3. W rubryce "Nazwa" wpisujesz swój nick (nie ma konieczności podawania żadnego adresu w rubryce "URL".
4. Klikasz "Opublikuj".