piątek, 6 października 2017

Przemyślenia o "Kingsman"

Chcę się podzielić kilkoma swoimi przemyśleniami nt filmów "Kingsman: Tajne Służby" i "Kingsman; Złoty Krąg".  Można by powiedzieć, że się spóźniłem, że hipotetycznie jakiś czas temu taki artykuł miałby sens, bo dwójka wchodziła do kin, a jedynkę pokazywali w TV... Ale:
1. jak zwykle, to nie jest typowa recenzja, tylko właśnie przemyślenia po obejrzeniu filmu, z natury rzeczy zawierające spoilery i są skierowane raczej do osób, które filmy już widziały,
2. i tak nikogo nie obchodzą moje wywody, więc w sumie jakie to ma znaczenie, kiedy je opublikuję.

A zatem...
Moje zdziwienie budzi fakt, jak wiele w tych filmach elementów nielewackich. To znaczy, oczywiście, w pierwszej części mamy scenę, w której dochodzi do rzezi podczas nabożeństwa. Niby jest to wynikiem działania czarnego charakteru, który "zahipnotyzował" Harry'ego i parafian, ale jednak... Bywalcy kościoła i ich słuszne idee homofobii i antyaborcjonizmu są ukazane zdecydowanie negatywnie i cała scena ma raczej wydźwięk "No, nie mówię, że takich ludzi powinno się pozabijać... Ale też nie ma co żałować, jeśli giną, więc spokojnie możemy się cieszyć choreografią walki". Niestety. Ale z drugiej strony...
Czarnym charakterem pierwszej części jest zagorzały ekolog chcący walczyć z globalnym ociepleniem za pomocą zmniejszenia populacji ludzkości. Serio? W głównonurtowym, wysokobudżetowym filmie walka z globalnym ociepleniem jest ukazana w sposób negatywny i karykaturalny? Brawo. Serio, nie łapię, jakim cudem taka koncepcja trafiła do produkcji i jakim cudem nie wywołała oburzenia widzów. Swoją drogą, to trochę bez sensu, że z jednej strony Zły Plan polega na "zmniejszaniu przeludnienia", a jednocześnie film w złym świetle pokazuje walkę z LGBT i aborcją... (ale to w sumie sensowne, że Valentine obiera na swój pierwszy cel właśnie grupę, która ma takie, sprzeczne z jego ideologią, hasła).

Pewną radość wzbudził u mnie fakt, że w jedynce szwedzki premier-republikanin jest ukazany jako zły, a księżniczka - jako dobra. Oczywiście, to się wpisuje w baśniową narrację "dobrej rodziny królewskiej i złego Wielkiego Wezyra", ale w kontekście quasi-realnej polityki, wygląda to trochę inaczej (a cieszy mnie to dlatego, że osobiście waham się pomiędzy poparciem dla monarchii - absolutnie nie parlamentarnej - a systemu prezydenckiego).
Na koniec pierwszej części dostajemy scenę wyrażającą typowo głównonurtowe, lekkoduszne podejście do kwestii erotycznych... Ale ten wątek zostaje rozwinięty w zadowalającym kierunku. W ogóle, to jest wielkim zaskoczeniem, że ten wątek w jakikolwiek sposób został rozwinięty, zamiast zakończyć się na, jak to mówią lewacy "one night stand". Oczywistym dla mnie było, że księżniczka Tilde to typowa "dziewczyna Bonda" i jeśli pojawi się w dwójce, to raczej na zasadzie jakiejś wielce zabawnej aluzji. A tu proszę... Co prawda związek zaczął się w grzechu, ale przynajmniej rozwinął się i spełnił w jedynie słuszny sposób - w drodze zawarcia przed Bogiem związku małżeńskiego - więc i tak jest dobrze.

Zaskoczyło mnie również to, że w dwójce "głos mediów" był ukazany pod postacią telewizji FOX. Z tego co kojarzę, popiera ona Trumpa, więc czekałem, aż zostanie w jakiś sposób ośmieszona... A tu nie. Nawet wygłoszone przez prezenterkę hasło o modlitwie za zarażonych, nie zostanie ukazane w złym świetle. Skoro mowa o Trumpie - w jedynce było wyraźnie widać, że uczestniczący w spisku Valentine'a prezydent USA to Obama, w dwójce również mamy złego prezydenta, ale nie pojawia się najmniejsza aluzja, że to Trump. Dziwne.

Ale, co być może najważniejsze, ogólne przesłanie obu filmów jest nielewackie. Media i różnego rodzaju "autorytety" bombarduję nas hasłami "Jesteś super, bądź sobą, pokochaj siebie, nie słuchaj hejterów, którzy Cię krytykują, nie musisz się zmieniać, zaakceptuj siebie jakim jesteś" itd. A tu dostajemy piękne hasło "True nobility lies in being superior to your former self" (swoją drogą, ponoć cytat z Hemingwaya). I o to chodzi. Każdy jest swoim najgorszym wrogiem, a rozwój polega na pokonywaniu tego wroga-samego siebie. Nie bądź sobą, bądź lepszy od siebie. Brawo.
 W typowym filmie Eggsy, zamiast się rozwinąć i zostać dżentelmenem (choć bez przesady), nieuchronnie doszedłby do wniosku, że bycie ulicznym ziomalem to jest to, a zapewne jeszcze przekonałby do tego Kingsmanów. Fajnie też, że filmy pokazują, że odrzucenie snobstwa i ciasnej kastowości opartej wyłącznie na urodzeniu nie oznacza, że każdy elitaryzm jest bezwartościowy. W ogóle uważam, że brytyjskie społeczeństwo w pewnym momencie znalazło złoty środek - społeczeństwo kastowe, ale z możliwością awansu społecznego dla zdolnych jednostek z niższych warstw (oczywiście, obecnie jest to raczej nieaktualne, w związku z tym, że cywilizacja brytyjska, podobnie jak cywilizacje innych krajów zachodniej Europy uległa destrukcji).
Ma to o tyle duże znaczenie, że wmawiania ludziom "jesteś super taki, jaki jesteś, nie musisz się zmieniać, kto mówi inaczej, ten twój wróg" to jest fundament wszelkiego lewactwa. Nie masz hajsu? To na pewno nie twoja wina, tylko złych kapitalistów. Kościół mówi, ze grzeszysz? Znaczy Kościół jest zły. I tak dalej.To zabawne, że światopogląd teoretycznie oparty na "otwartym umyśle" i "postępie" opiera się na założeniu blokującym rozwój osobisty.

Biorę pod uwagę, że znaczna część tych pozytywnych treści znalazła się w filmach przez przypadek i twórcy byliby zniesmaczeni doszukiwaniem się ich.

 Z kwestii mniej ideologicznych - oczywiście, w filmach jest sporo absurdów (np to, że nie wygląda, aby wielki pomór VIP-ów z pierwszej części miał jakiś większy wpływ na świat w dwójce), ale są też kwestie poprowadzone naprawdę błyskotliwie. Na przykład bardzo fajnie jest rozplanowana scena śmierci Merlina - faktycznie widać, że jest to inteligentna postać, taktyk. Najpierw dokonuje przekrętu, żeby to on stał na minie, a nie Harry lub Eggsy - jest to logiczne, w końcu on, jako "zaopatrzeniowiec" i tak miałby najmniejsze szanse w otwartej walce z całej trójki. Potem zaczyna się wygłupiać, śpiewać itd. - to też ma sens i nie chodzi tylko o "Odejdę z pieśnią na ustach". Otóż dzięki temu, że zachowuje się dziwacznie, ochroniarze Poppy zamiast rozwalić go na miejscu jako intruza, nie wiedzą, o co chodzi - wariat, jaki, czy co? - i dlatego podchodzą bliżej, żeby zbadać Merlina. Dzięki temu ma szansę zabrać ich ze sobą, odpalając minę. I z tego powodu pierwszego oprycha ogłusza "z bańki" - bo nie chce, żeby mina odpaliła uśmiercając tylko jednego wroga, woli poczekać, aż podejdzie ich więcej (a gdyby np zabił go tą maczetą, pozostali otworzyliby ogień, zamiast dalej podchodzić).

Z drobiazgów:
- w dwójce pada stwierdzenie, że agencja zabrania stałych związków. Przecież Eggsy jest synem Kingsmana? A Harry mówi w jedynce, że "nazwisko dżentelmena pojawia się w gazetach tylko trzy razy - kiedy się rodzi, kiedy się żeni i kiedy umiera",
 - to zabawne, że obie "niezależne agencje wywiadowcze", z założenia niepaństwowe, noszą nazwy "człowiek króla" oraz "człowiek państwa/stanu" - chyba, że celowo ma to oznaczać "służymy ojczyźnie, nie rządowi" (wszak w UK monarcha nie jest traktowany jako sprawujący władzę polityk, tylko apolityczny symbol kraju).


Generalnie, oba filmy mi sie podobały. Ciekawe, czy będzie trójka. Dobre wyniki box office to wróżą. Niektórzy uważają, ze Roxy powinna wrócić, bo w dwójce została potraktowana po macoszemu, a ponadto scena jej śmierci aż krzyczała "zginęła? czy na pewno?". Skoro nawet strzał w głowę z bliskiej odległości nie jest gwarancją śmierci, to tym bardziej sytuacja, gdy teoretycznie "ostatnia" scena danej postaci sprowadza się do tego, że biegnie ona do schronu, a potem widać z daleka, jak budynek wybucha.
Z drugiej strony, faktycznie ciężko będzie Eggsy'emu bawić się w agenta, będąc księciem małżonkiem ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz