Kolejne "Gwiezdne Wojny", kolejne przemyślenia. Całkiem nieźle się bawiłem na tym filmie, bez szału, ale OK. Nieźle zagrane, nieźle to wszystko wyglądało... Ale chyba nie do końca jest to wszystko przemyślane.
Na początek coś, co uważam za oczywisty absurd. Dryden Vos nie chce kraść coaxium z Kessel, bo to rejon syndykatu, z którym Szkarłatny Świt ma sztamę. Godzi się dopiero, gdy Beckett i Han przekonują go, że "my nie mamy układu" i jak oni zrobią ten skok, nie będzie problemu. Po czym Vos posyła razem z nimi osobę, którą określa jako swoją "prawą rękę", która bryluje na jego imprezach itd., czyli jest rozpoznawalna jako członek Świtu... I ta osoba na lajcie wychodzi sobie ze statku i dyskutuje z przedstawicielami tego "sojuszniczego" syndykatu.
Enfys Nest przekonuje Hana, że syndykaty to zło. Han pomaga oszwabić syndykat (a przecież mógł oszukać Enfys - zanieść te walizki do Vosa i z miejsca powiedzieć "Szefie, przylecieli ci terroryści, nie było wyboru, udaliśmy, że z nimi współpracujemy, planują zasadzkę przy rafinerii '"). Po czym poleciał pracować dla kartelu Huttów (gdzie jak wiemy, będzie m.in. szmuglował przyprawę z Kessel. Wydobywaną przez tych bidnych niewolników). Twórcy chcieli od razu spiąć film z Nową Nadzieją - ale chyba trochę nie wyszło. OK, wiemy, że w przyszłości Han stanie się bardziej cyniczny, ale jest założenie, że na koniec TEGO filmu dalej jest w pewnym sensie idealistą i był gotów zaryzykować życie swoje i przyjaciół tudzież zrezygnować z fortuny, żeby pomóc bojownikom w walce ze złą mafią... Więc trochę to nie gra.
Najpierw Han mówi do Chewbaccy w jego języku (którego nie zna za dobrze), trwa to przez chwilę, potem wracamy do znanego stanu, że Han mówi we wspólnym, Chewie wszystko rozumie, Chewie po swojemu i Han rozumie. Chewie w jeden dzień nauczył się wspólnego, czego nie zdążył zrobić przez 190 lat? Ewentualnie przychodzi mi do głowy takie wyjaśnienie, że na początku w tej dziurze Chewie był po prostu rozwścieczony i zdesperowany i słowa w jego języku pomogły mu się uspokoić, a dopiero potem, jak była chwilka oddechu, zgadali się, że w sumie to Chewie rozumie po basicowemu.
Do tej pory nie było ani słowa o tym, że paliwo do hipernapędu jest jakąś trudno dostępną substancją i toczą się o nie takie boje (a na logikę, skoro tak jest, to w nomen omen, gwiezdnych wojnach, walka o tak strategiczny surowiec powinna odgrywać jakąś rolę).
Mam mieszane uczucia co do tego, że Korelia jest teraz ukazana jako zadupie i planetarny slums - w starym kanonie to była jedna z głównych i najbardziej rozwinietych "ludzkich" planet. Ponadto, do tej pory podkreślano, że to Han uratował Chewiego z niewoli i dlatego Wookie ma wobec niego dług życia i gdzie jeden, tam i drugi. W filmie w sumie obaj uratowali się nawzajem i o żadnym długu mowy nie było. Niektórym widzom to pasuje, mówią, że tak jest lepiej, że Chewie wozi się z Hanem wyłącznie z sympatii i własnej woli, a nie jest uwiązany honorowo.
Najpierw bohaterowie mają ukraść cały wagon coaxium. Nie udaje im się, więc żeby spłacić dług, muszą dostarczyć zamiennik zamówionego towaru. Dostarczają mu dwie walizki i nie pada ani słowo, że to jakiś problem (a raczej nie można założyć, że coaxium w wagonie było nierafinowane i po przeróbce też by zostały dwie walizki, bo kiedy postacie szukają zamiennika po nieudanym skoku na pociąg, pomysł z wykradnięciem nierafinowanego surowca i przerobieniem go jest potraktowany jako coś nowatorskiego).
Mamy scenę, w której Vos zabija gubernatora. To ma pokazywać, że 1) jest na tyle ważny i wpływowy, że może sobie rozwalać imperialnych urzędników, 2) że jest bezwględny. Tylko, czy to ma sens? Podobne, jak napad na imperialny pociąg? Na takim "mafijnym" poziomie można działać wyłącznie mają powiązania z władzą, tak to działa w realu i najwyraźniej tak samo to działa ze Szkarłatnym Świtem, biorąc pod uwagę, że na imprezie w jachtowieżowcu widać kilku gości w imperialnych mundurach, a Enfys Nest wspomina o tym, jak to syndykaty "ramię w ramię z Imperium" dręczą ludzi. To nie ma trochę sensu, że Vos JAWNIE rozwala gubernatora, że cyka się okraść innych złodziei, ale napad na wojskowy, imperialny pociąg jest już spoko. Tyle, że Imperium może przymykać oczy na okradanie cywilów (zwłaszcza, że założenie jest takie, że Imperium jest złe), jak długo syndykat funduje dygnitarzom prezenty i od czasu do czasu wyświadcza jakąś przysługę (tak to działa w realu), ale nie może przejść nad porządkiem dziennym nad napadami na wojskowe transporty i zabijaniem wysokich rangą urzędników. Jeśli tak sobie Vos poczyna, to nie jest gangsterem, tylko rebeliantem, a co za tym idzie - tak byłby potraktowany. Zwłaszcza, że Imperium to nie jest jakieś pipowate demokratyczne państwo prawne, które nic nie zrobi terroryście, bo brak dowodów, prawa człowieka, czy tam coś. Może ma problemy z dojechaniem sojuszu rebeliantów (kiedy jest taka potrzeba narracyjna - ale z drugiej, jakby nie patrzeć, potrafi też rozwalać całe planety), ale w otwartej wojnie raczej poradziłoby sobie z jakimś gangiem... A nawet jeśli nie, to i ciężko prowadzić szemrane interesy, z natury rzeczy wymagające dyskrecji, tudzież prowadzić luksusowe życie kosmicznego Dona Corleone gdy jesteś ściganym terrorystą i galaktyczne krążowniki mają rozkaz napierniczać do twojego jachtowieżowca z laserków przy każdym spotkaniu. Tutaj można dorobić pewne okoliczności "łagodzące" - jak się okazuje, szefem wszystkich szefów jest Darth Maul, który na tym etapie ma kosę z Palpatinem, więc można uznać, że cały ten syndykat zbrodni to dla niego tylko przykrywka dla prowadzenia wendetty. Można też ewentualnie założyć, że gubernatora Vos załatwia z błogosławieństwem jakiejś innej, wyżej postawionej imperialnej szychy, z konkurencyjnej frakcji... Ale dalej "Przed chwilą kazałem wam okraść wojskowy pociąg i strzelać do żołnierzy megapotężnego Imperium, które rządzi naszą galaktyką, ale cykam się przed podpadnięciem konkurencyjnej bandzie, bo mogą być z tego kłopoty" trochę nie pasuje.
Oglądając L3-37, miałem taką refleksję "Ale jak to? W hollywoodzkim filmie śmieją się z SJW? Oczywiście, delikatnie i w sumie z sympatią, ale że w ogóle?". Dla mnie scena z "Czego chcesz? Równouprawnienia" było w oczywisty sposób przegięta i humorystyczna. Ale okazuje się, że mnóstwo lewaków na tumblrze bierze to wszystko za dobrą monetę i cieszy się, że taka fajna postać, która mówi, co należy.
Aha, na szczęście nic nie wynikło z tych gadek, że niby Lando jest "panseksualny" (no chyba, żeby faktycznie uznać, że leciał na droidkę). Niestety, w komiksach SW już się patologia spod znaku LGBTXYZ zalęgła, ale filmów jeszcze nie dosięgła.
To jest blog mój, Adeptusa Gedeona. Grafomana i katola. Publikuję na nim groch z kapustą - swoje gry paragrafowe i planszowe oraz opowiadania, recenzje cudzych dzieł (zwłaszcza tych mało znanych), materiały do RPG, artykuły polityczne/religijne.
Etykiety
- RPG
- religia
- wydarzenie
- recenzja filmu
- opowiadanie
- poltergeist
- światotworzenie
- Marvel
- paragrafówka
- polityka
- recenzja gry komputerowej
- Gwiezdne Wojny
- "Grób pobielany"
- ciekawa strona
- ciekawe miejsce
- recenzja książki
- ciekawe strony
- gra planszowa
- komiks
- prawica
- czasopismo
- fantastyka
- gry komputerowe
- militaria
- powitanie
- recenzja paragrafówki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 czerwca 2018
sobota, 16 grudnia 2017
Recenzja "Ostatniego Jedi"
Najpierw ogólne wrażenia, bez spoilerów, potem spoilerowa analiza.
Pewną tradycją w "Gwiezdnych Wojnach" jest to, że epizody poszczególnych trylogii mocno nawiązują do siebie nawzajem. W I epizodzie danej trylogii powinna być sierota z pustynnej planety, ucieczka przed złolami w celu przekazania ważnych informacji, niszczenie olbrzymiej superbroni, a także śmierć podstarzałego mentora. W II epizodzie trylogii ktoś powinien stracić rękę, ktoś z Ciemnej Strony powinien zachęcać kogoś z Jasnej, żeby do niego dołączył i wspólnie naprawił galaktykę. W III epizodzie powinna być wielka bitwa kosmiczna, a ktoś z rodziny Skywalkerów powinien zmienić stronę Mocy. To oczywiście nie wszystkie analogie, tylko przykłady. Prawdopodobnie ma to pokazywać cykliczność losów kolejnych pokoleń, to, że "wszystkie opowieści sprowadzają się do tego samego", zgodnie z Lucasowską fascynacją "Bohaterem o tysiącu twarzy" Campbella (tak, wiem, że Lucas już nie kręci GW, ale jakby nie patrzeć, to jego dziedzictwo). Daje to także okazję do zabawy w szukanie owych nawiązań przez fanów. Dlatego pewna wtórność "Przebudzenia Mocy" (niektórzy wręcz nazywali je "remakiem Nowej Nadziei") nie była zwykłym pójściem na łatwiznę, ale kontynuacją pewnego zamysłu artystycznego (który rzecz jasna, może się podobać, albo nie - ale to już inna rzecz). Tym niemniej... przyznaję, że "Przebudzenie Mocy" było trochę ZBYT wtórne. Dobrze się bawiłem na tym filmie, poza tym rozumiem, że na reaktywację filmowych Star Warsów wybrano mocno zachowawczy, "bezpieczny" scenariusz bez nadmiernych eksperymentów. Ale gdyby "Ostatni Jedi" okazał się tak mocno kalką "Imperium Kontratakuje", to jednak świadczyłoby o tym, że Disney wyrzucając do kosza dotychczasowe EU nie ma pomysłu na opowiedzenie własnych historii i potrafi jedynie odcinać kupony w nadziei, że ciemny lud i tak kupi bilety, DVD i gadżety.
Na szczęście, w tej kwestii twórcy "Ostatniego Jedi" sprawili się bardzo dobrze. Film jest pełne nawiązań do "Imperium Kontraktuje" (w mniejszym stopniu do "Ataku Klonów" - ale trzecia ucięta ręka w serii jest), ale go nie kopiuje. Pojawiają się stare motywy, ale z reguły są one ukazane w inny sposób, z jakimś "przekrętem" albo w całkiem innym kontekście i wychodzi to całkiem fajnie, bo w kilku miejscach dałem się oszukać, myśląc "AHA, widać do czego zmierzamy, ten wątek będzie kopią tej sceny z V epizodu", a tu nagle okazywało się, ze wcale nie. Poza tym, fabuła jako taka jest nowa - to, ze zawiera nawiązania, nie oznacza, że staje się "tylko" przeróbką. Z jednej strony - tradycji stało się zadość, z drugiej - dostajemy nową, oryginalną historię. Szczegóły, w spoilerowej analizie poniżej.
Historia jest w ogólnym zarysie poprowadzona bardzo dobrze. Nowe postacie zostają pogłębione, jest kilka dobrych plot twistów (i znowuż - w kilku miejscach twórcom udaje sie oszukać widza - przynajmniej mnie - i pewne wątki okazują się zmierzać do zupełnie innego rozwiązania, niż z początku się zdaje).
Dlaczego "w ogólnym zarysie"? Bo niestety, w szczegółach jest trochę gorzej. Film bywa nierówny - niektóre rozwiązania są bardzo błyskotliwe, niektóre mocno głupawe, czy po prostu absurdalne. Jeśli chodzi o widowiskowość, szału nie ma. Żadna walka/bitwa mnie nie zachwyciła - jest (jak na GW) przyzwoicie (pomijając wzmiankowaną absurdalność niektórych rozwiązań, która mogła mi przeszkodzić w cieszeniu się niektórymi starciami - ale wiem, że nie każdego to ruszy).
Film zdecydowanie należy do tych mroczniejszych gwiezdnowojennych pozycji. Trup ściele się gęsto po obu stronach. Jest trochę humoru, ale wydaje mi się, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą - nie ma z nim przesady (może na ich odbiór wpłynął fakt, że jedna z pierwszych scen jest własnie humorystyczna).
W sumie - moim zdaniem, plus przeważają nad minusami.
A teraz - SPOILERY i analiza.
Odnośnie nawiązań i kreatywności w ich stosowaniu:
- Utrata ręki, która MUSIAŁA się pojawić w środkowym epizodzie trylogii. Przez jakiś czas zdawało mi się, że to olano - a jednak nie! Kiedy trup Snoke'a spada z tronu, wyraźnie widać, że stracił kończynę.
- Myśliwiec Luke'a - kiedy zobaczyłem X-winga na planecie sanktuarium, pomyślałem "OK, czyli będzie scena z wyciąganiem myśliwca, jak w V EP". A jednak nie. Luke zatopił swój myśliwiec dlatego, że nie chciał nigdy opuścić planety i koniec, on tam ma zostać, ani mu się śni, żeby kazać Rey go wyciągać.
- Generalnie cały wątek szkolenia ostatniej nadziei Jedi przez starego mistrza, który udał się na wygnanie - z trailerów było widać, że będzie ważny i zdawać by się mogło, że będzie kalką z relacji Yoda-Luke... i przez chwilę tak wygląda. Podobnie jak Yoda wobec Skywalkera, tutaj Luke zachowuje się z początku, jakby chciał odstraszyć Rey... tylko, że Yoda grał i testował potencjalnego ucznia, a Luke nie udaje - on po prostu nie chce uczyć Rey, nie i już, poszła won. A gdy wreszcie się zgadza, oświadcza, ze zrobi to tylko po to, żeby uświadomić jej, czemu Jedi ssą i w sumie nie przekazuje jej niczego przydatnego.
- Kiedy Finn i Rose odlatują z krążownika, pani przy "radarze" oznajmia wiceadmirałce, że ich statek to tylko odpadki. Podobna scena była w V EP, tylko, że tam mówił to imperialny oficer do swojego zwierzchnika o Sokole Millenium (no i mylił się, a tutaj wygląda na to, ze "radarówka" celowo okłamuje Holdo).
Jeśli chodzi o motywy fabularne, które zostały dobrze rozegrane:
- Konflikt Luke-Kylo - bardzo spoko, udało się pokazać tragizm konfliktu, do którego doszło tak naprawdę bez niczyjej winy. Wersje obu stron, choć pokazane z różnych punktów widzenia, nie przeczą sobie.
- Rodzice Rey - jedną z głównych dyskusji w fandomie było "Czyją córką (ewentualnie inną krewniaczką) okaże się Rey". Większość ludzi obstawiała Luke'a, pojawiały się też teorie związane z Obi-Wanem. I film (podobnie jak poprzednia część) do pewnego momentu grał tym motywem, sugerował, że doznamy jakiegoś objawienie typu "I am your father", które rzuci kompletnie nowe światło na relacje między postaciami i przekręci wszystko o 180 stopni... A tu guzik, rodzice Rey byli patolami, którzy sprzedali ją, żeby mieć na wódkę, czy tam przyprawę, umarli, albo cholera wie, co się z nimi stało, w każdym razie byli nikim i nie odegrają żadnej roli. Ktoś może się poczuć rozczarowany - ale moim zdaniem, ostatecznie, dobrze to zagrało.
- Bunt Kylo przeciwko Snoke'owi - dopóki Ben i Rey bili się z czerwonymi patafianami, jak biłem się z myślami. "Czy on na serio się nawrócił? To o czym będzie trzecia część? Pojawi się jakieś nowe zagrożenie, przeciwko któremu się zjednoczą? Może Snoke jednak nie zginął? A może po prostu Kylo chce go zastąpić na tronie?" Jak widać, wybrano ostatnie rozwiązanie - i jak widać, można się było go domyślić, skoro przeszło mi to przez myśl, ale jednak nie było to takie oczywiste. A już sam fakt buntu na tym etapie był zaskoczeniem.
- Wątek "zapasowego hakera" - w pewnej chwili zdawało się, że twórcy zagrają kliszą "łajdak okazuje się mieć złote serce" - w chwili, gdy zwraca Rose wisiorek - a potem się okazało, ze jednak nie. Znowu ładny plot twist. Znaczy - sama zdrada jest kliszowa, ale ponieważ wcześniej zasugerowano, że ten wątek pójdzie w stronę zupełnie innej kliszy, w sumie wyszło fajnie. Aha, bardzo dobrze, że pierwszoporządkowi go wynagrodzili i pozwolili odleciecieć. Motyw "źli mordują pomocnika, któremu obiecali nagrodę, natychmiast jak tylko na chwilę okaze się im nie być potrzebny" jest tyleż popularny, co durny.
- Yoda potwierdza, że jest małym, złośliwym skurczysynem. Z początku spalenie świętego drzewa wygląda na ilustrację wykładu pt. "Rzeczy, którym musimy pozwolić odejść z naszego życia, część setna. Nie przywiązuj się do niczego, nawet do dżedajskich świętości". Ale biorąc pod uwagę, że jak się okazuje, Rey wcześniej zajumała z drzewa księgi, o czym Yoda zapewne wiedział, to zwyczajnie zrobił Luke'a w jajo. I już wiadomo, czego tak rechotała zielona menda, niemal nakrywając się nogami.
- To, że Kylo każe przez kilka minut napierniczać ze wszystkiego, co fabryka dała, w Luke'a. Wreszcie ktoś ze złych się nauczył, że nie należy lekceważyć niepozornego zagrożenia i jeśli masz środki, to Z NICH KORZYSTAJ. Oczywiście, akurat w tym przypadku nic to nie dało, ale liczą się złe intencje. Plus - to się ładnie komponuje z dotychczasowym zachowaniem Kylo. Wcześniej, jak się wkurzył, rozwalał meble, dzięki "awansowi" może przejść na wyższy poziom środków wyrazu.
Co moim zdaniem zagrało nie za bardzo?
- Od początku było wiadome, że plan z wyłączeniem śledzenie się nie uda. Dlaczego? Bo był robiony wbrew Holdo. A było oczywiste, że pani wiceadmirał MUSI mieć rację i okazać się kompetentna, a w sporze z nią Poe MUSI przegrać, bo gdyby nie, to zaszkodziłoby to feminizacji Star Warsów, która jest w tym epizodzie jeszcze bardziej widoczna, niż poprzednim. Co samo w sobie nie przeszkadza mi, jeśli nie dostajemy w pakiecie wyzudanego seksu, aborcji itp. Tym niemniej, sama świadomość, że twórcy idą w tę stronę, pośrednio zasugerowała mi kierunek rozwoju fabuły.
- Kwestia tego, jak potraktowano Poe. Najpierw nie wykonał rozkazu, został za to zdegradowany, spoko. Potem wszczął bunt. WSZCZĄŁ BUNT. W trakcie akcji bojowej. Bezpośrednio po tym, jak został zdegradowany za niewykonanie rozkazu. To, że na sam koniec mu się upiekło, w sumie miałoby sens - z oporników została garstka uciekinierów i w tej sytuacji ciężko, żeby Leia urządzała sąd polowy jednemu (jedynemu?) ocalałemu oficerowi z doświadczeniem bojowym. Ale to, że Leia i Holdo gadając nad nieprzyjemnym Po uśmiechają się z rozczuleniem i dochodzą do wniosku, że "postrzelony, ale i tak go lubimy" (czy wręcz "ale za to właśnie go lubimy") jest lekko absurdalne. Mam wrażenie, że to wynika trochę z rozdarcia - z jednej strony, musiało dojść do konfliktu w wyniku którego Poe dostanie od nich po łapach, bo feminizacja. Z drugiej, trzeba było pokazać, że panie dowódczynie są spoko ziomkiniami, a nie jakimiś sztywniaczkami, lubią buntowników, bo przecież bunt jest fajny, luzacki i w ogóle.
- Kwestia Snoke'a. Ok, rozumiem, że to nie był film o nim i że nie każda postać może być rozwinięta... Ale tak trochę wychodzi, że on był postacią znikąd - i co gorsza, "donikąd". Nie wiadomo, skąd się wziął potężny stary darksider, który ewidentnie nie jest Sithem, dlaczego nim nie jest, w jaki sposób się od nich odróżnia, jakie są jego cele, dlaczego przejął władze nad resztkami Imperium itd. Skoro nie potrafili dać mu ciekawej historii, to mogli zrobić z niego Plaguisa, jak tego oczekiwało wielu fanów. Albo po prostu jednego z imperialnych mrocznych Jedi w rodzaju inkwizytorów, którzy przecież przeszli ze starego kanonu do nowego (są w "Rebeliantach"). Aha - dlaczego każe Kylo zabić Rey, zanim wyciąga z niej informację o miejscu przebywania Luke'a?
Rzeczy, co do których mam wątpliwości, czy dobrze zagrały:
- Pierwsza bitwa. Mam mieszane uczucia wobec niej. Z jednej strony - Poe samodzielnie rozwalający wszystkie wieżyczki wygląda na typowo absurdalną akcję typu "Jestem bohaterem, więc wszystko mi wychodzi, nawet jak to nie ma sensu!". Z drugiej - jeśli zastosować analogię bo bitew morskich (a głównie na tym bazują bitwy kosmiczne w space-operach, w tym w GW), to faktycznie, masywne, ciężkie okręty są wrażliwe na atak "samolotów" - i dlatego współcześnie zrezygnowano z takich np. pancerników, a największą siłę uderzeniową posiadają lotniskowce (i łodzie podwodne). No i jest niby powiedziane, że pierwszoporządkowcy za późno poderwali swoje myśliwce. Więc, mam takie mieszane uczucia, ale nie powiem wprost, że to na pewno bzdura. Ale nawet jeśli - trochę szkoda, że po raz kolejny dobrzy wygrywają nie tyle dzięki swojej błyskotliwości, co dzięki niekompetencji złych.
- Phasma - postać kreowana na badassa, która za każdym razem dostaje wciry. Przynajmniej tym razem mogła choć chwilę powalczyć. W sumie nie wiadomo, czy na pewno zginęła - spadnięcie z wysoka, to jest takie typowe "Nie żyje! A może jednak? Ciała nie widzieliśmy". Skoro przetrwała zamkniecie z gniatarce śmieci na planecie, która chwile potem eksplodowała, to i to może przeżyć. W sumie, gdyby wróciła w następnej części, to byłby jakiś sposób na tę postać: "Możesz mnie pokonać, ale nie możesz mnie zniszczyć".
- Hux. W poprzedniej części chyba nie był pokazany jako niekompetentny i słaby. Raczej jako "młody i ambitny". Fandom do tej pory postrzegał go raczej jako osobę nieco dystyngowaną, sztywną, starającą się zachowywać profesjonalizm i zirytowaną "żywiołowością" Kylo. Dlatego nie wiem, czy poprowadzono tę postać w dobrym kierunku - ale sceny interakcji Huxa i Rena w same sobie były całkiem fajne.
- To, co zrobiła Rose, taranując Finna, było bardzo głupie, podobnie jak wygłoszone przez nią uzasadnienie, było na poziomie drętwych gadek z "Ataku klonów" (czyli analogia!). Gdyby pozwoliła mu na atak kamikadze, zginąłby, ale pomógł uratować innych. Doprowadzając do kraksy tuż za liniami wroga, ryzykowała, że zginą oboje, całkiem nadaremno. No ale skoro się w nim zakochała, to jest sens w jej bezsensownym zachowaniu.
-Podejście Luke'a jest bzdurne. Ok, nie będzie więcej Jedi - ale będą się rodzić osoby wrażliwe na Moc. Odmawiając szkolenia ich, Luke jedynie zwiększa ryzyko, że przejdą na Ciemną Stronę - zwłaszcza, że przecież wie, że galaktyce działają aktywni darksiderzy, którzy raczej nie mają jego skrupułów. Z drugiej strony - Luke może się zachowywać bez sensu, własnie dlatego, że jest w depresji.
Rzeczy, które uważałem za absurd, ale po namyśle są ok:
- To, że Finn i Rose mogą sobie skoczyć na planetę hazardu. Mogli zatankować ten mały statek do pełna paliwem podebranym z krążownika - zapewne różnica w tonażu była na tyle mała, że krążownik w ogóle tego nie odczuł. W przeciwieństwie do krążownika, mogli się poruszać z nadświetlną - bo flota wroga śledziła krążownik - no i jw. ich statek zużywał mniej paliwa.
- To, że Snoke mówi Rey, że po wyciągnięciu z niej informacji, zabije ją w okrutny sposób. No hej, takich rzeczy się nie mówi przesłuchiwanemu, bo po co? Żeby wiedział, że idąc na współprace nic nie osiągnie? Jak nie "daruję ci życie" to chociaż "zabiję cię szybko i bezboleśnie". Ale po namyśle... Snoke nie chce Rey przesłuchiwać. Chce z niej telepatycznie wyciągnąć informację. Legilemens! (pozdro dla kumatych). Możliwe, że dodatkowe przerażenie dziewczyny miało mu w tym pomóc, osłabiając jej wolę. Zapewne w tym samym celu pokazał jej na ekranie rzeź uciekinierów (natomiast to, że w pewnej chwili każe ją zabić, zanim wyciąga te informacje, już sensu nie ma, o czym wspomniałem powyżej). Aha, w kontekście tej sceny, niektórzy widzowie zarzucali, że to, że uniesiony Mocą miecz wali Rey w głowę, to slapstickowy humor, który nie pasuje do powagi sceny, jarjarowanie itd. Owszem, to ma być w pewnym sensie śmieszne - Snoke chce ośmieszyć Rey. Upokorzyć ją.
I co? Okazało się, że te Caracale to szajs, który nie odrywa się od ziemi, teraz Francuzi mają z nimi kłopot, gdybyśmy je kupili, to my byśmy mieli (za to nie mielibyśmy grubego hajsu wyrzuconego w błoto) ale czy ktoś przyzna, że dobrze się stało, ze Macierewicz zerwał rozmowy?
No i rzecz, którą uważam za zdecydowany, oczywisty absurd: dlaczego właściwie ktoś musi pilotować opuszczane statki aż do ich zniszczenia, ginąc wraz z nimi? Ok, statek musi lecieć, żeby wróg od razu nie zorientował się, że został porzucony... ale dlaczego ktoś musi go pilotować? Serio, cywilizacja, która masowo produkuje roboty obdarzone sztuczną inteligencją (również bojowe), nie jest w stanie stworzyć autopilota, który mógłby chociaż utrzymywać ostatni kurs? Zresztą - nawet bez autopilota, wystarczy przed opuszczeniem odpowiednio ustawić statek i zostawić go z włączonym silnikiem, żeby leciał przed siebie. Nonsens pogłębia fakt, że kiedy Holdo zostaje na krążowniku, wyraźnie jest pokazane, że NIE MUSI go pilotować - stoi sobie na mostku i patrzy przez okno, czekając na śmierć, zaczyna robić coś innego dopiero, kiedy podejmuje decyzję o taranowaniu. Ale przecież tego początkowo nie było w planie. Otóż ona zostaje na tym statku wyłącznie z potrzeby narracyjnej - żeby można było pokazać, jak postać się poświęca.
A właśnie. Właściwie dlaczego gwiezdnowojenne floty nie używają częściej taranowania? To pytanie zadałem już przy analizie "Łotra Jeden", w którym korweta spycha dużo większy statek z kursu, łamiąc szyk Imperium i doprowadzając do kolizji. Tutaj, mamy pokazane jeszcze efektywniejsze taranowanie z użyciem hipernapędu - to jest właściwie broń doskonała, przecież tego się nie da uniknąć, żadne tarcze tego nie powstrzymają. Czemu nie robić tego częściej? Że poświęcanie statków i załóg się nie opłaca, a w drugim wypadku jest jeszcze niemoralne? Jak napisałem wcześniej - nie da się wskazać logicznego powodu, dla którego ktoś koniecznie musiałby pilotować statek-samobójcę. A skoro tak - to taki statek może składać się wyłącznie z kadłuba, silnika i komputera sterującego, nie potrzeba kajut, układów podtrzymywania życia, zgniatarek do śmieci. Taki "taran" byłby dużo tańszy, niż załogowy odpowiednik takiego samego tonażu - a mógłby posłużyć do zniszczenia dużo większego okrętu (razem z jego załogą), więc to nie jest marnotrawstwo, taki "gambit" to jest super efektywna taktyka, również z ekonomicznego punktu widzenia. Moralnie też wszystko gra - dzięki temu zginie mniej ludzi po naszej stronie (a że zginą tamci - to przecież i tak do tego dążymy, nie oszukujmy się). Nie mówię, że floty powinny składać się wyłącznie z "taranów" - rozumiem, że statki załogowe są potrzebne do bardziej finezyjnych taktyk, czy chociażby do akcji przeciwko siłom na planetach (no i do przewożenia desantu) - ale mimo wszystko, ktoś powinien wpaść na to, żeby stosować je w sytuacjach innych, niż krańcowa desperacja.
Notabene, to właściwie trzeci przypadek taranowania w GW. W "Powrocie Jedi" pilot X-Winga (lub podobnego statku) pokonuje niszczyciel/krążownik Imperium, wbijając się w jego mostek (nie jestem pewien, czy to atak kamikadze, czy po prostu postrzelony myśliwiec utracił sterowność). Z jednej strony - Rebelia/Ruch Oporu ma ograniczone zasoby, nie może beztrosko ich poświęcać.... Ale przecież to jest własne oszczędzanie! Zamiast posyłać myśliwce i bombowce i ich pilotów do ataku, w którym straci się wielu pilotów i maszyn, naprowadzić ze trzy takie okrojone X-wingi na autopilocie i dawaj w nadświetlną (X-wingi mają taki napęd). W starym kanonie było coś takiego jak statki interdykcyjne, które posiadały urządzenia pozwalające wyrwać wrogi okręt z nadprzestrzeni (i nie pozwolić mu na ponowne uruchomienie napędu) generując sztuczną studnię grawitacyjną - ale w starym kanonie było właśnie przyjęte, że silna grawitacja wyrywa statek z nadprzestrzeni - skoro w nowym kanonie da się wlecieć nawet w atmosferę planety, to ten sposób nie dałby rady.
Aha, pozostając przy kwestiach taktycznych - ktoś zwrócił uwagę, że cały ten pościg nie ma sensu, bo przecież Porządek powinien zwyczajnie wezwać posiłki, każąc im wyskoczyć z nadprzestrzeni PRZED uciekającymi opornikami, żeby wziąć ich w kleszcze. Do głowy przychodzi mi takie wyjaśnienie, że Hux koniecznie chciał doprowadzić do tego, żeby przed walką wróg wyczerpał całe paliwo, uniemożliwiając mu manewrowanie, żeby potem wygrać bitwę bez żadnego ryzyka i strat.
Jeszcze co do kwestii religijnych. Nie podoba mi się, że w tej części "kazanie" Luke'a o Mocy było takie mocno materialistyczne, sprowadzało Moc wyłącznie do sił przyrody i równowagi, wyłączając aspekt moralny i duchowy. Do tej pory Moc była przedstawiana w sposób ambiwalentny, jako ogólna metafora "jakiegoś" Absolutu/Siły Wyższej. Niektóre utwory starego EU dążyły bardziej w stronę panteistyczną, inne w teistyczną - mam wrażenie, że zależało to od osobistych poglądów ich autorów. Nawet w ramach filmów, wypowiedź Yody o Mocy z "Imperium Kontratakuje", będąca odpowiednikiem nauk Luke'a z tej części, była zdecydowanie bardziej uduchowiona i wskazywała, że istnieje jakaś rzeczywistość duchowa PONAD materią, a Moc nie jest jedynie sumą oddziaływań pomiędzy wszystkim, co żyje, ale tym, co stwarza życie: "For my ally is the Force. And a powerful ally it is. Life creates it, makes it grow. Its energy surrounds us and binds us. Luminous beings are we, not this crude matter".
George Lucas jest zafascynowany religiami Wschodu i nie można go określić jako ortodoksyjnego chrześcijanina, tym niemniej wierzy w Boga-Stwórcę: https://hollowverse.com/george-lucas/ i sam wskazuje, że Moc miała być taką ogólną metaforą "Boga w ogóle", choć nie konkretnej religii: https://www.youtube.com/watch?v=UHGXWGbtNsU
UWAGA ODNOŚNIE KOMENTOWANIA
Nie wiem dlaczego, ale niektóre osoby mają problem z podpisywaniem się przy komentarzach. W rzeczywistości, jest to bardzo proste:
1. Otwierasz suwak "Skomentuj jako" przy formularzu komentarza.
2. Wybierasz "Nazwa/URL"
3. W rubryce "Nazwa" wpisujesz swój nick (nie ma konieczności podawania żadnego adresu w rubryce "URL".
4. Klikasz "Opublikuj".
Pewną tradycją w "Gwiezdnych Wojnach" jest to, że epizody poszczególnych trylogii mocno nawiązują do siebie nawzajem. W I epizodzie danej trylogii powinna być sierota z pustynnej planety, ucieczka przed złolami w celu przekazania ważnych informacji, niszczenie olbrzymiej superbroni, a także śmierć podstarzałego mentora. W II epizodzie trylogii ktoś powinien stracić rękę, ktoś z Ciemnej Strony powinien zachęcać kogoś z Jasnej, żeby do niego dołączył i wspólnie naprawił galaktykę. W III epizodzie powinna być wielka bitwa kosmiczna, a ktoś z rodziny Skywalkerów powinien zmienić stronę Mocy. To oczywiście nie wszystkie analogie, tylko przykłady. Prawdopodobnie ma to pokazywać cykliczność losów kolejnych pokoleń, to, że "wszystkie opowieści sprowadzają się do tego samego", zgodnie z Lucasowską fascynacją "Bohaterem o tysiącu twarzy" Campbella (tak, wiem, że Lucas już nie kręci GW, ale jakby nie patrzeć, to jego dziedzictwo). Daje to także okazję do zabawy w szukanie owych nawiązań przez fanów. Dlatego pewna wtórność "Przebudzenia Mocy" (niektórzy wręcz nazywali je "remakiem Nowej Nadziei") nie była zwykłym pójściem na łatwiznę, ale kontynuacją pewnego zamysłu artystycznego (który rzecz jasna, może się podobać, albo nie - ale to już inna rzecz). Tym niemniej... przyznaję, że "Przebudzenie Mocy" było trochę ZBYT wtórne. Dobrze się bawiłem na tym filmie, poza tym rozumiem, że na reaktywację filmowych Star Warsów wybrano mocno zachowawczy, "bezpieczny" scenariusz bez nadmiernych eksperymentów. Ale gdyby "Ostatni Jedi" okazał się tak mocno kalką "Imperium Kontratakuje", to jednak świadczyłoby o tym, że Disney wyrzucając do kosza dotychczasowe EU nie ma pomysłu na opowiedzenie własnych historii i potrafi jedynie odcinać kupony w nadziei, że ciemny lud i tak kupi bilety, DVD i gadżety.
Na szczęście, w tej kwestii twórcy "Ostatniego Jedi" sprawili się bardzo dobrze. Film jest pełne nawiązań do "Imperium Kontraktuje" (w mniejszym stopniu do "Ataku Klonów" - ale trzecia ucięta ręka w serii jest), ale go nie kopiuje. Pojawiają się stare motywy, ale z reguły są one ukazane w inny sposób, z jakimś "przekrętem" albo w całkiem innym kontekście i wychodzi to całkiem fajnie, bo w kilku miejscach dałem się oszukać, myśląc "AHA, widać do czego zmierzamy, ten wątek będzie kopią tej sceny z V epizodu", a tu nagle okazywało się, ze wcale nie. Poza tym, fabuła jako taka jest nowa - to, ze zawiera nawiązania, nie oznacza, że staje się "tylko" przeróbką. Z jednej strony - tradycji stało się zadość, z drugiej - dostajemy nową, oryginalną historię. Szczegóły, w spoilerowej analizie poniżej.
Historia jest w ogólnym zarysie poprowadzona bardzo dobrze. Nowe postacie zostają pogłębione, jest kilka dobrych plot twistów (i znowuż - w kilku miejscach twórcom udaje sie oszukać widza - przynajmniej mnie - i pewne wątki okazują się zmierzać do zupełnie innego rozwiązania, niż z początku się zdaje).
Dlaczego "w ogólnym zarysie"? Bo niestety, w szczegółach jest trochę gorzej. Film bywa nierówny - niektóre rozwiązania są bardzo błyskotliwe, niektóre mocno głupawe, czy po prostu absurdalne. Jeśli chodzi o widowiskowość, szału nie ma. Żadna walka/bitwa mnie nie zachwyciła - jest (jak na GW) przyzwoicie (pomijając wzmiankowaną absurdalność niektórych rozwiązań, która mogła mi przeszkodzić w cieszeniu się niektórymi starciami - ale wiem, że nie każdego to ruszy).
Film zdecydowanie należy do tych mroczniejszych gwiezdnowojennych pozycji. Trup ściele się gęsto po obu stronach. Jest trochę humoru, ale wydaje mi się, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą - nie ma z nim przesady (może na ich odbiór wpłynął fakt, że jedna z pierwszych scen jest własnie humorystyczna).
W sumie - moim zdaniem, plus przeważają nad minusami.
A teraz - SPOILERY i analiza.
Odnośnie nawiązań i kreatywności w ich stosowaniu:
- Utrata ręki, która MUSIAŁA się pojawić w środkowym epizodzie trylogii. Przez jakiś czas zdawało mi się, że to olano - a jednak nie! Kiedy trup Snoke'a spada z tronu, wyraźnie widać, że stracił kończynę.
- Myśliwiec Luke'a - kiedy zobaczyłem X-winga na planecie sanktuarium, pomyślałem "OK, czyli będzie scena z wyciąganiem myśliwca, jak w V EP". A jednak nie. Luke zatopił swój myśliwiec dlatego, że nie chciał nigdy opuścić planety i koniec, on tam ma zostać, ani mu się śni, żeby kazać Rey go wyciągać.
- Generalnie cały wątek szkolenia ostatniej nadziei Jedi przez starego mistrza, który udał się na wygnanie - z trailerów było widać, że będzie ważny i zdawać by się mogło, że będzie kalką z relacji Yoda-Luke... i przez chwilę tak wygląda. Podobnie jak Yoda wobec Skywalkera, tutaj Luke zachowuje się z początku, jakby chciał odstraszyć Rey... tylko, że Yoda grał i testował potencjalnego ucznia, a Luke nie udaje - on po prostu nie chce uczyć Rey, nie i już, poszła won. A gdy wreszcie się zgadza, oświadcza, ze zrobi to tylko po to, żeby uświadomić jej, czemu Jedi ssą i w sumie nie przekazuje jej niczego przydatnego.
- Kiedy Finn i Rose odlatują z krążownika, pani przy "radarze" oznajmia wiceadmirałce, że ich statek to tylko odpadki. Podobna scena była w V EP, tylko, że tam mówił to imperialny oficer do swojego zwierzchnika o Sokole Millenium (no i mylił się, a tutaj wygląda na to, ze "radarówka" celowo okłamuje Holdo).
Jeśli chodzi o motywy fabularne, które zostały dobrze rozegrane:
- Konflikt Luke-Kylo - bardzo spoko, udało się pokazać tragizm konfliktu, do którego doszło tak naprawdę bez niczyjej winy. Wersje obu stron, choć pokazane z różnych punktów widzenia, nie przeczą sobie.
- Rodzice Rey - jedną z głównych dyskusji w fandomie było "Czyją córką (ewentualnie inną krewniaczką) okaże się Rey". Większość ludzi obstawiała Luke'a, pojawiały się też teorie związane z Obi-Wanem. I film (podobnie jak poprzednia część) do pewnego momentu grał tym motywem, sugerował, że doznamy jakiegoś objawienie typu "I am your father", które rzuci kompletnie nowe światło na relacje między postaciami i przekręci wszystko o 180 stopni... A tu guzik, rodzice Rey byli patolami, którzy sprzedali ją, żeby mieć na wódkę, czy tam przyprawę, umarli, albo cholera wie, co się z nimi stało, w każdym razie byli nikim i nie odegrają żadnej roli. Ktoś może się poczuć rozczarowany - ale moim zdaniem, ostatecznie, dobrze to zagrało.
- Bunt Kylo przeciwko Snoke'owi - dopóki Ben i Rey bili się z czerwonymi patafianami, jak biłem się z myślami. "Czy on na serio się nawrócił? To o czym będzie trzecia część? Pojawi się jakieś nowe zagrożenie, przeciwko któremu się zjednoczą? Może Snoke jednak nie zginął? A może po prostu Kylo chce go zastąpić na tronie?" Jak widać, wybrano ostatnie rozwiązanie - i jak widać, można się było go domyślić, skoro przeszło mi to przez myśl, ale jednak nie było to takie oczywiste. A już sam fakt buntu na tym etapie był zaskoczeniem.
- Wątek "zapasowego hakera" - w pewnej chwili zdawało się, że twórcy zagrają kliszą "łajdak okazuje się mieć złote serce" - w chwili, gdy zwraca Rose wisiorek - a potem się okazało, ze jednak nie. Znowu ładny plot twist. Znaczy - sama zdrada jest kliszowa, ale ponieważ wcześniej zasugerowano, że ten wątek pójdzie w stronę zupełnie innej kliszy, w sumie wyszło fajnie. Aha, bardzo dobrze, że pierwszoporządkowi go wynagrodzili i pozwolili odleciecieć. Motyw "źli mordują pomocnika, któremu obiecali nagrodę, natychmiast jak tylko na chwilę okaze się im nie być potrzebny" jest tyleż popularny, co durny.
- Yoda potwierdza, że jest małym, złośliwym skurczysynem. Z początku spalenie świętego drzewa wygląda na ilustrację wykładu pt. "Rzeczy, którym musimy pozwolić odejść z naszego życia, część setna. Nie przywiązuj się do niczego, nawet do dżedajskich świętości". Ale biorąc pod uwagę, że jak się okazuje, Rey wcześniej zajumała z drzewa księgi, o czym Yoda zapewne wiedział, to zwyczajnie zrobił Luke'a w jajo. I już wiadomo, czego tak rechotała zielona menda, niemal nakrywając się nogami.
- To, że Kylo każe przez kilka minut napierniczać ze wszystkiego, co fabryka dała, w Luke'a. Wreszcie ktoś ze złych się nauczył, że nie należy lekceważyć niepozornego zagrożenia i jeśli masz środki, to Z NICH KORZYSTAJ. Oczywiście, akurat w tym przypadku nic to nie dało, ale liczą się złe intencje. Plus - to się ładnie komponuje z dotychczasowym zachowaniem Kylo. Wcześniej, jak się wkurzył, rozwalał meble, dzięki "awansowi" może przejść na wyższy poziom środków wyrazu.
Co moim zdaniem zagrało nie za bardzo?
- Od początku było wiadome, że plan z wyłączeniem śledzenie się nie uda. Dlaczego? Bo był robiony wbrew Holdo. A było oczywiste, że pani wiceadmirał MUSI mieć rację i okazać się kompetentna, a w sporze z nią Poe MUSI przegrać, bo gdyby nie, to zaszkodziłoby to feminizacji Star Warsów, która jest w tym epizodzie jeszcze bardziej widoczna, niż poprzednim. Co samo w sobie nie przeszkadza mi, jeśli nie dostajemy w pakiecie wyzudanego seksu, aborcji itp. Tym niemniej, sama świadomość, że twórcy idą w tę stronę, pośrednio zasugerowała mi kierunek rozwoju fabuły.
- Kwestia tego, jak potraktowano Poe. Najpierw nie wykonał rozkazu, został za to zdegradowany, spoko. Potem wszczął bunt. WSZCZĄŁ BUNT. W trakcie akcji bojowej. Bezpośrednio po tym, jak został zdegradowany za niewykonanie rozkazu. To, że na sam koniec mu się upiekło, w sumie miałoby sens - z oporników została garstka uciekinierów i w tej sytuacji ciężko, żeby Leia urządzała sąd polowy jednemu (jedynemu?) ocalałemu oficerowi z doświadczeniem bojowym. Ale to, że Leia i Holdo gadając nad nieprzyjemnym Po uśmiechają się z rozczuleniem i dochodzą do wniosku, że "postrzelony, ale i tak go lubimy" (czy wręcz "ale za to właśnie go lubimy") jest lekko absurdalne. Mam wrażenie, że to wynika trochę z rozdarcia - z jednej strony, musiało dojść do konfliktu w wyniku którego Poe dostanie od nich po łapach, bo feminizacja. Z drugiej, trzeba było pokazać, że panie dowódczynie są spoko ziomkiniami, a nie jakimiś sztywniaczkami, lubią buntowników, bo przecież bunt jest fajny, luzacki i w ogóle.
- Kwestia Snoke'a. Ok, rozumiem, że to nie był film o nim i że nie każda postać może być rozwinięta... Ale tak trochę wychodzi, że on był postacią znikąd - i co gorsza, "donikąd". Nie wiadomo, skąd się wziął potężny stary darksider, który ewidentnie nie jest Sithem, dlaczego nim nie jest, w jaki sposób się od nich odróżnia, jakie są jego cele, dlaczego przejął władze nad resztkami Imperium itd. Skoro nie potrafili dać mu ciekawej historii, to mogli zrobić z niego Plaguisa, jak tego oczekiwało wielu fanów. Albo po prostu jednego z imperialnych mrocznych Jedi w rodzaju inkwizytorów, którzy przecież przeszli ze starego kanonu do nowego (są w "Rebeliantach"). Aha - dlaczego każe Kylo zabić Rey, zanim wyciąga z niej informację o miejscu przebywania Luke'a?
Rzeczy, co do których mam wątpliwości, czy dobrze zagrały:
- Pierwsza bitwa. Mam mieszane uczucia wobec niej. Z jednej strony - Poe samodzielnie rozwalający wszystkie wieżyczki wygląda na typowo absurdalną akcję typu "Jestem bohaterem, więc wszystko mi wychodzi, nawet jak to nie ma sensu!". Z drugiej - jeśli zastosować analogię bo bitew morskich (a głównie na tym bazują bitwy kosmiczne w space-operach, w tym w GW), to faktycznie, masywne, ciężkie okręty są wrażliwe na atak "samolotów" - i dlatego współcześnie zrezygnowano z takich np. pancerników, a największą siłę uderzeniową posiadają lotniskowce (i łodzie podwodne). No i jest niby powiedziane, że pierwszoporządkowcy za późno poderwali swoje myśliwce. Więc, mam takie mieszane uczucia, ale nie powiem wprost, że to na pewno bzdura. Ale nawet jeśli - trochę szkoda, że po raz kolejny dobrzy wygrywają nie tyle dzięki swojej błyskotliwości, co dzięki niekompetencji złych.
- Phasma - postać kreowana na badassa, która za każdym razem dostaje wciry. Przynajmniej tym razem mogła choć chwilę powalczyć. W sumie nie wiadomo, czy na pewno zginęła - spadnięcie z wysoka, to jest takie typowe "Nie żyje! A może jednak? Ciała nie widzieliśmy". Skoro przetrwała zamkniecie z gniatarce śmieci na planecie, która chwile potem eksplodowała, to i to może przeżyć. W sumie, gdyby wróciła w następnej części, to byłby jakiś sposób na tę postać: "Możesz mnie pokonać, ale nie możesz mnie zniszczyć".
- Hux. W poprzedniej części chyba nie był pokazany jako niekompetentny i słaby. Raczej jako "młody i ambitny". Fandom do tej pory postrzegał go raczej jako osobę nieco dystyngowaną, sztywną, starającą się zachowywać profesjonalizm i zirytowaną "żywiołowością" Kylo. Dlatego nie wiem, czy poprowadzono tę postać w dobrym kierunku - ale sceny interakcji Huxa i Rena w same sobie były całkiem fajne.
- To, co zrobiła Rose, taranując Finna, było bardzo głupie, podobnie jak wygłoszone przez nią uzasadnienie, było na poziomie drętwych gadek z "Ataku klonów" (czyli analogia!). Gdyby pozwoliła mu na atak kamikadze, zginąłby, ale pomógł uratować innych. Doprowadzając do kraksy tuż za liniami wroga, ryzykowała, że zginą oboje, całkiem nadaremno. No ale skoro się w nim zakochała, to jest sens w jej bezsensownym zachowaniu.
-Podejście Luke'a jest bzdurne. Ok, nie będzie więcej Jedi - ale będą się rodzić osoby wrażliwe na Moc. Odmawiając szkolenia ich, Luke jedynie zwiększa ryzyko, że przejdą na Ciemną Stronę - zwłaszcza, że przecież wie, że galaktyce działają aktywni darksiderzy, którzy raczej nie mają jego skrupułów. Z drugiej strony - Luke może się zachowywać bez sensu, własnie dlatego, że jest w depresji.
Rzeczy, które uważałem za absurd, ale po namyśle są ok:
- To, że Finn i Rose mogą sobie skoczyć na planetę hazardu. Mogli zatankować ten mały statek do pełna paliwem podebranym z krążownika - zapewne różnica w tonażu była na tyle mała, że krążownik w ogóle tego nie odczuł. W przeciwieństwie do krążownika, mogli się poruszać z nadświetlną - bo flota wroga śledziła krążownik - no i jw. ich statek zużywał mniej paliwa.
- To, że Snoke mówi Rey, że po wyciągnięciu z niej informacji, zabije ją w okrutny sposób. No hej, takich rzeczy się nie mówi przesłuchiwanemu, bo po co? Żeby wiedział, że idąc na współprace nic nie osiągnie? Jak nie "daruję ci życie" to chociaż "zabiję cię szybko i bezboleśnie". Ale po namyśle... Snoke nie chce Rey przesłuchiwać. Chce z niej telepatycznie wyciągnąć informację. Legilemens! (pozdro dla kumatych). Możliwe, że dodatkowe przerażenie dziewczyny miało mu w tym pomóc, osłabiając jej wolę. Zapewne w tym samym celu pokazał jej na ekranie rzeź uciekinierów (natomiast to, że w pewnej chwili każe ją zabić, zanim wyciąga te informacje, już sensu nie ma, o czym wspomniałem powyżej). Aha, w kontekście tej sceny, niektórzy widzowie zarzucali, że to, że uniesiony Mocą miecz wali Rey w głowę, to slapstickowy humor, który nie pasuje do powagi sceny, jarjarowanie itd. Owszem, to ma być w pewnym sensie śmieszne - Snoke chce ośmieszyć Rey. Upokorzyć ją.
I co? Okazało się, że te Caracale to szajs, który nie odrywa się od ziemi, teraz Francuzi mają z nimi kłopot, gdybyśmy je kupili, to my byśmy mieli (za to nie mielibyśmy grubego hajsu wyrzuconego w błoto) ale czy ktoś przyzna, że dobrze się stało, ze Macierewicz zerwał rozmowy?
No i rzecz, którą uważam za zdecydowany, oczywisty absurd: dlaczego właściwie ktoś musi pilotować opuszczane statki aż do ich zniszczenia, ginąc wraz z nimi? Ok, statek musi lecieć, żeby wróg od razu nie zorientował się, że został porzucony... ale dlaczego ktoś musi go pilotować? Serio, cywilizacja, która masowo produkuje roboty obdarzone sztuczną inteligencją (również bojowe), nie jest w stanie stworzyć autopilota, który mógłby chociaż utrzymywać ostatni kurs? Zresztą - nawet bez autopilota, wystarczy przed opuszczeniem odpowiednio ustawić statek i zostawić go z włączonym silnikiem, żeby leciał przed siebie. Nonsens pogłębia fakt, że kiedy Holdo zostaje na krążowniku, wyraźnie jest pokazane, że NIE MUSI go pilotować - stoi sobie na mostku i patrzy przez okno, czekając na śmierć, zaczyna robić coś innego dopiero, kiedy podejmuje decyzję o taranowaniu. Ale przecież tego początkowo nie było w planie. Otóż ona zostaje na tym statku wyłącznie z potrzeby narracyjnej - żeby można było pokazać, jak postać się poświęca.
A właśnie. Właściwie dlaczego gwiezdnowojenne floty nie używają częściej taranowania? To pytanie zadałem już przy analizie "Łotra Jeden", w którym korweta spycha dużo większy statek z kursu, łamiąc szyk Imperium i doprowadzając do kolizji. Tutaj, mamy pokazane jeszcze efektywniejsze taranowanie z użyciem hipernapędu - to jest właściwie broń doskonała, przecież tego się nie da uniknąć, żadne tarcze tego nie powstrzymają. Czemu nie robić tego częściej? Że poświęcanie statków i załóg się nie opłaca, a w drugim wypadku jest jeszcze niemoralne? Jak napisałem wcześniej - nie da się wskazać logicznego powodu, dla którego ktoś koniecznie musiałby pilotować statek-samobójcę. A skoro tak - to taki statek może składać się wyłącznie z kadłuba, silnika i komputera sterującego, nie potrzeba kajut, układów podtrzymywania życia, zgniatarek do śmieci. Taki "taran" byłby dużo tańszy, niż załogowy odpowiednik takiego samego tonażu - a mógłby posłużyć do zniszczenia dużo większego okrętu (razem z jego załogą), więc to nie jest marnotrawstwo, taki "gambit" to jest super efektywna taktyka, również z ekonomicznego punktu widzenia. Moralnie też wszystko gra - dzięki temu zginie mniej ludzi po naszej stronie (a że zginą tamci - to przecież i tak do tego dążymy, nie oszukujmy się). Nie mówię, że floty powinny składać się wyłącznie z "taranów" - rozumiem, że statki załogowe są potrzebne do bardziej finezyjnych taktyk, czy chociażby do akcji przeciwko siłom na planetach (no i do przewożenia desantu) - ale mimo wszystko, ktoś powinien wpaść na to, żeby stosować je w sytuacjach innych, niż krańcowa desperacja.
Notabene, to właściwie trzeci przypadek taranowania w GW. W "Powrocie Jedi" pilot X-Winga (lub podobnego statku) pokonuje niszczyciel/krążownik Imperium, wbijając się w jego mostek (nie jestem pewien, czy to atak kamikadze, czy po prostu postrzelony myśliwiec utracił sterowność). Z jednej strony - Rebelia/Ruch Oporu ma ograniczone zasoby, nie może beztrosko ich poświęcać.... Ale przecież to jest własne oszczędzanie! Zamiast posyłać myśliwce i bombowce i ich pilotów do ataku, w którym straci się wielu pilotów i maszyn, naprowadzić ze trzy takie okrojone X-wingi na autopilocie i dawaj w nadświetlną (X-wingi mają taki napęd). W starym kanonie było coś takiego jak statki interdykcyjne, które posiadały urządzenia pozwalające wyrwać wrogi okręt z nadprzestrzeni (i nie pozwolić mu na ponowne uruchomienie napędu) generując sztuczną studnię grawitacyjną - ale w starym kanonie było właśnie przyjęte, że silna grawitacja wyrywa statek z nadprzestrzeni - skoro w nowym kanonie da się wlecieć nawet w atmosferę planety, to ten sposób nie dałby rady.
Aha, pozostając przy kwestiach taktycznych - ktoś zwrócił uwagę, że cały ten pościg nie ma sensu, bo przecież Porządek powinien zwyczajnie wezwać posiłki, każąc im wyskoczyć z nadprzestrzeni PRZED uciekającymi opornikami, żeby wziąć ich w kleszcze. Do głowy przychodzi mi takie wyjaśnienie, że Hux koniecznie chciał doprowadzić do tego, żeby przed walką wróg wyczerpał całe paliwo, uniemożliwiając mu manewrowanie, żeby potem wygrać bitwę bez żadnego ryzyka i strat.
Jeszcze co do kwestii religijnych. Nie podoba mi się, że w tej części "kazanie" Luke'a o Mocy było takie mocno materialistyczne, sprowadzało Moc wyłącznie do sił przyrody i równowagi, wyłączając aspekt moralny i duchowy. Do tej pory Moc była przedstawiana w sposób ambiwalentny, jako ogólna metafora "jakiegoś" Absolutu/Siły Wyższej. Niektóre utwory starego EU dążyły bardziej w stronę panteistyczną, inne w teistyczną - mam wrażenie, że zależało to od osobistych poglądów ich autorów. Nawet w ramach filmów, wypowiedź Yody o Mocy z "Imperium Kontratakuje", będąca odpowiednikiem nauk Luke'a z tej części, była zdecydowanie bardziej uduchowiona i wskazywała, że istnieje jakaś rzeczywistość duchowa PONAD materią, a Moc nie jest jedynie sumą oddziaływań pomiędzy wszystkim, co żyje, ale tym, co stwarza życie: "For my ally is the Force. And a powerful ally it is. Life creates it, makes it grow. Its energy surrounds us and binds us. Luminous beings are we, not this crude matter".
George Lucas jest zafascynowany religiami Wschodu i nie można go określić jako ortodoksyjnego chrześcijanina, tym niemniej wierzy w Boga-Stwórcę: https://hollowverse.com/george-lucas/ i sam wskazuje, że Moc miała być taką ogólną metaforą "Boga w ogóle", choć nie konkretnej religii: https://www.youtube.com/watch?v=UHGXWGbtNsU
UWAGA ODNOŚNIE KOMENTOWANIA
Nie wiem dlaczego, ale niektóre osoby mają problem z podpisywaniem się przy komentarzach. W rzeczywistości, jest to bardzo proste:
1. Otwierasz suwak "Skomentuj jako" przy formularzu komentarza.
2. Wybierasz "Nazwa/URL"
3. W rubryce "Nazwa" wpisujesz swój nick (nie ma konieczności podawania żadnego adresu w rubryce "URL".
4. Klikasz "Opublikuj".
wtorek, 27 grudnia 2016
Carrie Fisher (odtwórczyni księżniczki Lei) zmarła w wieku 60 lat
Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie.
czwartek, 22 grudnia 2016
Przemyślenia po "Łotrze Jeden" (i trochę ogólnych przemyśleń star warsowych)
Tradycyjne ostrzeżenie - to nie typowa recenzja, tylko moje debilne przemyślenia po obejrzeniu filmu. Będą spoilery.
Kiedy zapoznawałem się z trailerami, plotkami, wypowiedziami twórców mającymi sugerować, że "Łotr Jeden" będzie brudny i mroczny, myślałem sobie "ta, już na pewno". To w końcu "Gwiezdne Wojny". Taka trochę bajka. W dodatku obecnie pod szyldem Disneya. Ponadto, choć "Przebudzenie Mocy" podobało mi się, to jednak trzeba przyznać, że był to film mocno zachowawczy (niektórzy wręcz zarzucali mu bycie remakiem IV Epizodu"), no i był utrzymany w stosunkowo lekkim tonie (pomijając hanobójstwo). Zdawało mi się, że Disney będzie prowadził Gwiezdne Wojny w kierunku mniej lub bardziej przyjemnej sztampy.
A jednak nie.
Muszę przyznać, że przed seansem naszła mnie myśl "A może oni wszyscy zginą? W końcu ciężko będzie wytłumaczyć, że w żadnym innym filmie nie ma o nich wzmianki". Myślałem tak sobie pół żartem, pół serio, no bo jednak bez przesady, to - jak wyżej - Gwiezdne Wojny, oczywiście, od czasu do czasu ktoś musi polec, żeby było bardziej dramatycznie, ale Wariant Pani Jeziora to przesada. Potem, kiedy okazało się, że łotrowa ekipa została odcięta, zacząłem przypuszczać, że jednak tak się może stać. Przez chwilę jeszcze się łudziłem, że Jyn i Cassian przeżyją, bo to dosyć częsta klisza, że cała ekipa ginie, oprócz "głównej pary", ale nawet ich nie oszczędzono.
Swoją drogą, sami twórcy stwierdzają, że początkowo myśleli "kurde, scenariusz idzie w taką stronę, że oni powinni na koniec zginąć, ale szefostwo na to nie pozwoli". Ale gdy zaprezentowali scenariusz szefostwu, usłyszeli "Wiecie co, w sumie to ich nie ma w Nowej Nadziei, możecie ich zabić".
Z jednej strony - podobało mi się to. Mam słabość do takich motywów - że wszyscy giną, ale ich poświęcenie... nawet nie tyle ratuje świat, co daje szansę, nadzieję (jak to często powtarzali bohaterowie tego filmu) na jego uratowanie. Może to wynika z tego, że w znacznej części pokrywa się to z moim światopoglądem - generalnie pesymistycznym, ale jednak zakładającym, (głównie na skutek religii), że "krew męczenników to posiew zbawienia" i tak dalej. Było to najpiękniejsze zakończenie gwiezdnowojennego filmu, oprócz "Powrotu Jedi".
Z drugiej, trochę szkoda, że dopiero co poznaliśmy nowych bohaterów, a już poszli w odstawkę. Raz, że Gwiezdne Wojny (nie tylko filmy, ale i "starokanoniczne EU") przyzwyczaiły mnie do tego, że bohaterowie zostają na dłużej. Dwa, zabrakło czasu na rozwinięci postaci. Nie to, żeby była jakieś płaskie (troszkę rozczarował mnie Krennic, ale o tym później), udało się zasygnalizować na tyle dużo, żebyśmy sobie wyrobili jakiś ich obraz - ale jednak.
Bałem się, czy będę w stanie polubić Jyn. Scena w trailerze, gdy po wyliczeniu jej wykroczeń przez rebelianckiego generała z dumą stwierdza coś w stylu "To jest Rebelia, no to się buntuję!", sugerowała, że będzie:
a) Mary Sue, co chwila pokazującą jaką to silną, niezależną i kwestionującą autorytety (zwłaszcza męskie) kobietą jest. Nie, nie ma nic przeciwko silnym postaciom kobiecym. Pod warunkiem, że są to po prostu dobrze napisane silne kobiece postaci, a nie feministyczne makiety (jestem katolem, ale to nie znaczy, że uważam, ze każda kobieta powinna siedzieć w kuchni - choć nie ma niczego złego w byciu kurą domową, a wręcz przeciwnie, prowadzenie domu i wychowywanie dzieci to jedne z najszczytniejszych zajęć - nie mam nic przeciwko Joannom D'Arc walczącym z wrogami wiary i ojczyzny),
b) amoralną złodziejką spod znaku "Każdy orze, jak może, robię na co mam ochotę, mam w d., jeśli Wam się nie podoba". Nie trawię takich postaci, m.in. dlatego, że wiem, jak wielu ludzi w realu kieruje się w życiu właśnie takim credo i jak wiele szkody przynosi to innym. Świadomość tego jest równie frustrująca, co świadomość, że są ludzie, dla których hasło "wszelkie skrajności są złe" ma jakikolwiek sens. Podobnie jak wielu ludzi może wybaczyć fikcyjnym postaciom masowe mordy, ale nie np. gwałty, podobnie mnie odrzuca od tych wszystkich "czarujących złodziei" bez skrupułów.
Na szczęście, Jyn okazała się nie być ani jednym, ani drugim. Jej wykroczenia miały konkretne uzasadnienie (ukrycie się przed Imperium), jej początkowy brak entuzjazmu wobec spraw wyższych wynikał z poczucia opuszczenia i braku nadziei (cóż, w filmie to słowo padało tak często, że ciężko się do filmu odnieść nie przytaczając go co chwilę) a nie jakiejś lewackiej agendy gloryfikującej bunt dla samego buntu (oczywiście tylko w politycznie poprawnej sprawie). Nie była też jakąś terminatorką, płynnie łączyła dupokopanie złoczyńców (nie oszukujmy się, to jest taka konwencja, że wiadomo, że bohater/bohaterka potrafi nakopać co najmniej kilku szturmowcom naraz i ciężko oczekiwać czegoś innego) z dziewczęcością i wrażliwością. Byłem w stanie uwierzyć, kiedy cynicznie mówiła o "nie zadzieraniu głowy" i kiedy wygłaszała przemowy o... no tak, nadziei. Była takim trochę dzieckiem (to wrażenie potęgował fakt, że w niektórych chwilach naprawdę wyglądała, jak taka filigranowa dziewczynka), które straciło wiarę w ludzi, bo ludzie ją zawiedli, ale bardzo chciałoby ją odzyskać. Nie jest to wybitna postać, ale postać, która da się lubić.
Co do innych... Cassian Andor jest chyba pierwszą tak dwuznaczną postacią w kinowych Gwiezdnych Wojnach (obok debiutującego w tym samym filmie Sawa Gerrery - przynajmniej na dużym ekranie, bo ponoć ta postać pojawiła się wcześniej w "Rebeliantach"). Gwiezdne Wojny są kojarzone jako "futurystyczna baśń z jasnym podziałem na dobro i zło". Oczywiście, można z tym dyskutować. Nie posuwam się aż tak daleko, jak Pan Grzegorz Braun i nie twierdzę, że Imperium to samo dobro, a Republika i Rebelia to galaktyczne komuchy. Nie mogę się w pełni zgadzać ze ślepo wierzącymi w dogmaty liberalnej demokracji parlamentarnej republikanami/rebeliantami, ani ze starym Zakonem Jedi, ale w sytuacji, gdy stoją naprzeciwko totalitarnego państwa kierowanego na niższym i średnim szczeblu przez materialistycznych ateistów, a na najwyższym - fantastyczny odpowiednik satanistów - rozkłada "światło/ciemność" jest dosyć jasny. I bardzo dobrze. Trzeba to jasno powiedzieć - wbrew temu, co twierdzą niektórzy, istnieje skrajne dobro i skrajne zło. Ta pierwsza skrajność jest... no cóż, dobra i należy do niej dążyć, ta druga, wbrew pozorom, pojawia się na świecie aż nazbyt często. Unikanie dostrzegania tych skrajności jest przejawem lewackiej politpoprawności i zwykłym wyłączaniem myślenia (notabene, sam Lucas, chyba zorientował się, że idzie zbyt na przekór hollywoodzkim dogmatom i włożył w usta Obi-Wana w III epizodzie kretyńskie "only Sith deals in absolutes"). Tymczasem tutaj dostajemy zabójcę stojącego po Jasnej Stronie. Zamordowanie informatora nie mogącego uciec przed szturmowcami było czynem, którego spodziewaliśmy się raczej po cynicznym i egoistycznym Sithie. Sithcie? Sicie? a nie przedstawicielu Jasnej Strony. Odstrzelenie konstruktora Gwiazdy Śmierci byłoby już mniej drastyczne. A jednak, wiadomo, że czasem takie rzeczy się robi. Zwłaszcza w przypadku wojny partyzanckiej (jak tutaj), procedura "jeśli nie możesz go uratować, będziesz go musiał zastrzelić, żeby nie zdradził wrogowi informacji, które mogą zagrozić większej ilości osób" jest raczej standardowa. Swego czasu pisząc o motywacjach złoczyńców pisałem o motywacji "zrobiłem bardzo wiele zła dla wyższego dobra, ale żeby to dobro osiągnąć, muszę zrobić jeszcze trochę zła i nie mogę w tej chwili zrezygnować, bo wtedy to bardzo wiele zła pójdzie na marne, więc to w sumie mój moralny obowiązek". U Cassiana ten ton trochę pobrzmiewa... ale na szczęście, ostatecznie przybiera on formę "Zrobiłem bardzo wiele zła, żeby osiągnąć wyższe dobro, więc teraz nie mogę się cofnąć przed poświęceniem samego siebie". Czy zabijanie dla wyższego dobra nigdy nie jest usprawiedliwione? Czy gotowość do poświęcenia także i własnego życia coś tu zmienia? To poważne pytania, na które ciężko znaleźć dobre odpowiedzi. i aż dziw, że Gwiezdne Wojny je poruszają. Do tej pory wszystko było oczywiste - bohaterowie byli dobrzy, nawet jeśli czasem trochę zagubieni, a jeśli któryś z nich zaczynał rozumować na zasadzie "mniejsze zło, wyższe dobro", to znaczyło, że za chwilę wybierze większe zło i przywdzieje czarne szaty albo imperialny mundur. Ale choć oczywistym jest, że skrajności istnieją, to mimo wszystko, szarość też.
Chirrut i Baze (tj. mnich i jego kumpel z bazuką) - Jako, że jedna z tych postaci jest duchownym, a ten blog z założenia ma być katolski, przyjrzyjmy się kwestiom metafizycznym. A że temat jest ciekawy (przynajmniej dla mnie), to korzystając z okazji, rozwinę się trochę ponad to, co widzieliśmy w "Łotrze". Aczkolwiek, ponieważ to spora dygresja, dla osób zainteresowanych tylko przemyśleniami ściśle związanymi z "Łotrem", oznaczam ją kursywą - jeśli chcecie, możecie przeskoczyć ten fragment. Wiele osób ma mieszane uczucia w kwestii "religia a Gwiezdne Wojny". Religia Mocy wygląda na trochę mętną newageowską duchowość, inspirowaną religiami Dalekiego Wschodu. Ale należy zwrócić uwagę na to, że "Odległa Galaktyka" jest własnie tym - odległą galaktyką. To z założenia nie jest nasz "świat". Już nie mówiąc o tym, że akcja dzieje w PRZESZŁOŚCI, nie w przyszłości (Dawno, dawno temu). Więc to nie jest propaganda ukazująca, że w naszej przyszłości chrześcijaństwo przestało istnieć, wyparte przez religię Mocy. Pomimo bycia katole, jestem w pełni świadom, że jeśli istnieje życie na innych planetach/w innych wymiarach, to jak to mówią teologowie "historia zbawienia" musi tam wyglądać inaczej. Ja sobie zakładam, że mieszkańcy Odległej Galaktyki żyją w swoistym "Starym Testamencie" - wiedzą, że Bóg istnieje i starają się utrzymywać z nim więź, ale nie do końca go pojmują (zresztą, zapewne nadintepretuję, ale Święte Miasto Jedha, w którym jest świątynia zburzona przez Imperium, brzmi bardzo judaistycznie). Sam Lucas (wiem, że on już nie zarządza marką) stwierdził, że Moc w Gwiezdnych Wojnach jest nie po to, żeby tworzyć/ukazywać jakąś konkretną religię, tylko dlatego, że chciał umieścić "jakieś" odwołanie do istnienia Boga i pokazać, że istnieje dobro i zło i należy wspierać to pierwsze. Dlatego też religia Mocy jest ukazana w sposób bardzo ogólnikowy i otwiera pola do różnych interpretacji. Czytając komiksy i książki ze "starego kanonu" spotykałem się z różnymi interpretacjami. Niektórzy twórcy pisali o Mocy wprost jak o Bogu osobowym, który ma okresloną wolę, zgodnie z którą nalezy postępować, kocha ludzi, świadomie interweniuje w świecie itd. Inni starali się podkreślać, że "Moc to nie bóstwo, tylko pole energii!". Zakładam, że te różnice wynikały ze światopoglądów samych poszczególnych autorów... Ale można spokojnie założyć, że i w samym uniwersum GW pomiędzy jego mieszkańcami istnieją takie same różnice w poglądach. Wiele osób zarzuca, że GW promuje dualizm - vide Jasna i Ciemna Strona Mocy. Ale przecież GW nie próbuje narzucać, jakoby te światło i ciemność były równorzędne. Owszem, stary Zakon Jedi podniecał się przepowiednią o "przywróceniu równowagi Mocy", ale jak widać, odbiło mu się to czkawką (już gdzieś tak w połowie "Zemsty Sithów" mistrzowie zaczynają pomału kumać "te, ale może źle to interpretujemy, skoro teraz przewagę ma Jasna Strona, to czemu miałoby być potrzebne zaprowadzenie równowagi?"). Jak sam Lucas powiedział - istnieje dobro i zło i należy stać po stronie dobra. Żadnego "każda skrajność jest zła!" czy "nie jest dobrze, jeśli jedna partia dominuje w Sejmie!" (oczywiście, jest ten kretyński frazes "tylko Sithowie myślą w kategoriach absolutów", czy jakoś tak, ale składam to na karb lekkiego odmóżdżenia starego Zakonu). Nikt nie mówi "Słuchajcie, ale Sithowie też są potrzebni". Wręcz przeciwnie, dobrzy bohaterowie konsekwentnie zwalczają Ciemną Stronę, zawsze i wszędzie. Niczym tolkienowski Jedyny Pierścień, Ciemna Strona z założenia nie może służyć dobru. Nawet jeśli ktoś przechodzi na nią z dobrymi intencjami, zostaną one wypaczone (vide Anakin chcący uratować żonę, a ostatecznie zabijający ją). Jasna i Ciemna Strona nie są równorzędne. Ciemna Strona zawsze przegrywa, jej wyznawcy zawsze przegrywają. To nie przypadek, że ostatecznie każdy z nich zamienia się we wrak człowieka, fizycznie i psychicznie (chyba, że wcześniej ginie). Co więcej, dotyczy to też życia pozagrobowego. W filmach (również w Łotrze) wielokrotnie pojawiają się nawiązania do tego aspektu, najczęściej w formie ogólnikowego "Zjednoczył się z Mocą". Znowuż, sięgając do starego kanonu, tam to było trochę bardziej rozwinięte. Otóż, nie ma żadnej reinkarnacji czy innych dalekowschodnich wymysłów, tylko, można rzecz, niebo i piekło. Dobrzy jednoczą się z Mocą, źli, spętani przez swe negatywne emocje nie są w stanie tego osiągnąć i przez wieczność męczą się w mrocznym wymiarze zwanym na ogół "Chaosem" (a czasem wprost "piekłem" - vide wypowiedź Hana w "Imperium Kontratakuje"). Czy to nie przypomina chrześcijańskiego podejścia? Nie mamy żadnych "wielu dróg, a każda tak samo dobra" - zbawienie można osiągnąć jedynie w Bogu, a potępienie to po tyle samo, co wieczność bez Niego.
To wszystko współgra ze stanowiskiem Kościoła odnośnie wszystkich "spraw złego ducha" i okultyzmu, a jawnie przeczy podejściu new'ageowskiemu (zgodnie z którym co do zasady wszelkie siły duchowe są przyjazne, a nawet złe duchy służą "rozwojowi duchowemu" wyznawców, a poza tym dobro i zło to złudzenie itd.). Co ciekawe, w starych książkach pojawiają się coś takiego jak "wyznawcy Potencjum", odłam religii Mocy wierzący, że nie ma Ciemnej i Jasnej strony, że to tylko ideologiczne wymysły. Zostali wygnani z Republiki przez Jedi, jako heretycy (tak, dosłownie są określani, jako "heretycy", to nie moja nadintepretacja). Potem ten pomysł zostaje "odkurzony" przez pewną mistrzynię Jedi... i okazuje się to być sithiańskim podstępem mającym na celu sprowadzenie Jedi na złą drogę.
Oczywiście, to co piszę, mocno bazuje na starym kanonie, który Disney "zresetował", ale skoro tak liczne były intepretacje Mocy współgrające z katolickim postrzeganiem świata, to znaczy, że coś jest na rzeczy (nie, nie twierdzę, że GW to katolska propaganda, twierdzę, że my, katole możemy je intepretować w naszym duchu i nie będzie to naciągane).
Wracając do tematu. Podobało mi się, że rytuał odprawiany przez Chirruta w więzieniu był okreslony jako "modlitwa", a nie "medytacja". Nie to, żebym potępiał w czambuł medytację (gdyż jest ona również częścią katolickiego monastycyzmu, o czym zachłyśnięci duchowością Dalekiego Wschodu ludzie nie wiedzą), ale jednak modlitwa bardziej się kojarzy z religijnością, niż z płytką duchowością spod znaku "Ja jestem buddystą, a tak w ogóle buddyzm to nie religia, tylko styl życia, w sumie dla mnie to głównie relaksacyjne ćwiczenia oddechowe". Padały teksty sugerujące, że Moc jest czymś więcej "niż polem energii", swoistą maną do rzucania czarów - "Zaufaj Mocy", "Będzie jak chce Moc". Chirrut jest pokazany tak, jak powinna być pokazana dobra postać religijna - nie boi się mówić o swojej wierze, nawet jeśli nie wszyscy mają ochotę go słuchać, jest gotów zaufać i oddać się na łaskę wyższej siły, którą czci, poświęca się dla innych. Z drugiej strony, Baze stanowi dla swojego przyjaciela przeciwwagę i kontrast, co jest w sumie dosyć życiowe. Szkoda, że żyjemy w takich czasach, że wiele osób będzie interpretować ich relację jako gejowski związek. I troszkę szkoda, że Chirruta musiał grać Azjata - nie, nie mówię, że w drużynie łotrów nie było miejsca na Azjatę. Ale czemmu Azjata musiał być właśnie najbardziej uduchowionym członkiem drużyny? To wpadanie w kliszę "Oni są tacy głębocy, mają buddyzm, taoizm i te inne ciekawe nurty, mają filozoficzne podejście do życia, szkoda, ze u nas na Zachodzie nie ma niczego takiego", świadczące o tym, że Europejczycy i Amerykanie zatracili swoje własne dziedzictwo. Poza tym, przecież Hollywood lubi wychodzić poza stereotypy rasowe, PRAWDA?!
Generalnie, spodziewałem się, że wątki religijne będą w Łotrze trochę bardziej rozwinięte, sądząc po wypowiedziach twórców i plotkach, ostatecznie temat został potraktowany "po wierzchu", poprzestano na umieszczeniu postaci Chirruta i wzmiankach o tym, że Jedha była "Świętym Miastem" (ale co to konkretnie znaczy, nie wiadomo). Podobnie w "Przebudzeniu Mocy" z pisemnych materiałów dodatkowych można się było dowiedzieć, że Lor San Tekka (ten gość, który daje Poemu mapę) jest "działaczem" Kościoła Mocy (czyli organizacji zrzeszającej tych, którzy dzielą wierzenia Jedi, ale sami nie są "wrażliwi na Moc"), ale w samym filmie nie było na ten temat wzmianki. Cóż, polityczna poprawność i biorąc pod uwagę amerykańską specyfikę, trudno im się dziwić (gdyby za bardzo rozwinęli te wątki, z jednej strony oberwaliby od ateuszy za religijną propagandę, z drugiej strony oberwaliby od protestanckich fundamentalistów).
Co do Bodhiego Rooka - cóż, budził sympatię swoją "bezbronnością" i faktem, że chciał dobrze, a nacierpiał się z rąk tych samych osób, którym chciał pomóc, a mimo tego nie zwątpił w rebeliancką sprawę. Z drugiej strony, był trochę słabo rozwinięty, nie wiadomo, co dokładnie popchnęło go do zmiany strony itd., ale biorąc pod uwagę, że akcja filmu dzieje się w stosunkowo krótkim czasie, z czego przez większość tego czasu Rook dochodzi do siebie po praniu mózgu, ciężko było oczekiwać czegoś więcej.
Robot - był fajny, miał trochę śmiesznych tekstów, wzruszającą "śmierć", ciekawe było to, że pomimo przeprogramowania na "dobro" zachował znaczną część wrednego charakteru (kojarzył mi się trochę z HK-47 z Kotora), ale jednak wydaje mi się, że Artoo, Threepio i BB-8 byli fajniejsi.
Ciekawą postacią jest też Saw Gerrera. Podobnie jak postać Cassiana, on też ma na celu wprowadzenie do świata Gwiezdnych Wojen nowej idei - że w trudnych czasach ludzie robią złe rzeczy i to nie czyni z nich automatycznie potworów. Aczkolwiek nie mamy też propagandy spod znaku "cel uświęca środki". Podobnie jak w przypadku Sithów, również i w przypadku Gerrery mamy do czynienia z motywem "zło prowadzi do upadku fizycznego, psychicznego (tu: mania prześladowcza) i utraty tego, co kochasz". To chyba nie przypadek, że ta postać jest "bardziej maszyną niż człowiekiem" i ma ewidentne problemy z oddychaniem, podobnie jak Vader. Saw jest wrakiem człowieka, a jego paranoja sprawia, że nie jest w stanie nawet cieszyć się powrotem swojej przybranej córki, radość trwa chwilę, a zaraz potem Gerrera zaczyna się doszukiwać jakichś mrocznych motywów. Oczywiście, Gerrera nie jest tak zdegenerowany, jak Sithowie czy ich słudzy, mimo wszystko służy dobrej sprawie, a jego metody choć drastyczne, nie sięgają ludobójstwa, w sumie nie można go określić jako złą postać - ale jednak podoba mi się, że twórcom udało się pokazać "odcienie szarości" bez jednoczesnej akceptacji dla amoralności.
Co do dyrektora Krennica - nie był kiepskim złoczyńcą, ładnie się prezentował, miał niezły styl, ale przyznam, że oczekiwałem trochę czegoś innego. Przed seansem wiedziałem, że miał on jakieś zaszłości "koleżeńskie" z rodzicami Jyn, a biorąc pod uwagę, że jest dyrektorem technicznym, a nie dowódcą frontowym, oczekiwałem bardziej mniej ostentacyjnie złej postaci. Raczej, kogoś w rodzaju biurokraty wspierającego zbrodniczy reżim nie z czystego umiłowania zła, tylko na zasadzie "wykonuję swoję robotę dla rządu i wykonuję ją dobrze, bo jestem profesjonalistą". No i spodziewałem się bardziej pogłębionych relacji z Galenem i samą Jyn. Pierwsze sceny, gdy mówi o zaprowadzeniu pokoju i porządku w Galaktyce i próbuje prowadzić przyjazną konwersację z Galenem, szły trochę w tym kierunku... Ale potem okazał się typowym złolem, kontemplującym piękno zniszczonego miasta, odstrzeliwującym bez potrzeby swoich pomagierów i przepełnionym żądzą władzy. Mam wrażenie, że twórcy GW boją się/nie potrafią stworzyć bardziej pogłębionego imperialnego i zawsze to się sprowadza do "Imperium istnieje, żeby zaprowadzić bezpieczeństwo, sprawiedliwość i pok... DOBRA PIEPRZYĆ TO WYMORDOWAĆ WSZYSTKICH NIKOGO NIE OSZCZĘDZAĆ CIEMNA STRONA ROZPOZNA SWOICH!". Ewentualnie ""Imperium istnieje, żeby zaprowadzić bezpieczeństwo, sprawiedliwość i pok... Dobra, doznałem objawienia i wiem, że to kłamstwo, niech żyje Rebelia!". Znowu, nie chodzi o to, żeby rozmywać przesłanie moralne, ale na litość boską, nie każdy zbrodniarz jest psychopatycznym rzeźnikiem. Nic by się nie stało, gdyby ciemnostroncy dostali okazję do zaprezentowania swoich argumentów, choćby po to, żeby można je było obalilić. Z drugiej strony, gdyby Krennic był "wujkiem" Jyn, dodałoby to trochę konfliktu tragicznego do fabuły.
Jeśli chodzi o znane i stare postaci - Vader spoko, Bail Organa spoko (śmieszne, że jak była narada u rebeliantów, to Jyn najpierw była nachmurzona i cyniczna, ale jak się pojawił Bail, to natychmiast się rozjaśniła "O, to jest dobry człowiek, nie no, jeśli on jest z wami, to co innego". Tarkin spoko, chociaż chwilami wyglądał jak postać wyjęta z przerywnika w jakiejś grze, a nie żywy człowiek. Leia za to była zrobiona perfekcyjnie (choć przyznaję, być może to złudzenie wynikające z tego, że pojawiła się tylko na chwilę). W sumie obecność celebrytów rozwiązano nieźle - z jednej strony, to na tyle ważne postaci dla uniwersum, że dobrze, iż pojawiają się w tle, z drugiej - fajnie, że jest ich nie za dużo, nie powinny kraść show, bo jednym z zadań tego filmu jest m.in pokazanie, że GW to coś więcej niż saga rodu Skywalkerów.
Graficznie prezentowało się fajnie. Mieliśmy powiew świeżości nie tylko w kwestii fabularnej, ale i militarnej. Po raz pierwszy dostaliśmy potyczkę w ciasnej zabudowie miejskiej i po raz pierwszy dostaliśmy tak spektakularnie pokazaną bitwę lądową. Co prawda, bitwa na Hoth teoretycznie działa się w dużo większej skali niż starcie na plaży, ale w praktyce w Łotrze mieliśmy pokazane więcej "Mięsa". Co prawda, bitwa była dosyć chaotyczna, ale taka miała być, no bo chodziło o atak kilkunastu/kilkudziesięciu partyzantów porozrzucanych po lesie. Co w sumie jest sprytnym wyjściem, bo pozwala nakręcić bitwę bez większej wiedzy o strategii ;) Bitwa kosmiczna może być, widzieliśmy lepsze, ale w sumie była ona na drugim planie.
Co do ewentualnych absurdów:
- sama idea imperialnego archiwum jest lekko dziwna. Na serio, jeśli jakiś imperialny notabl czy naukowiec chce się zapoznać z informacjami, musi specjalnie lecieć na inną planetę? I jeszcze ten "interfejs" - manipulowanie chwytakiem, żeby wyciągnąć konkretny dysk itd. To trąci technologią z czasów komputerów "Odra". Z drugiej strony, do głowy przychodzi mi jedno uzasadnienie - jeśli informacje są zapisane na oddzielnych dyskach i nie ma do nich żadnego dostępu przez sieć, musisz fizycznie wydobyć dany dysk, żeby je odczytać, to znaczy, że żaden haker się nie dostanie do tych danych. Z trzeciej strony, to trochę śmieszne, że wobec tego dyski nie były nawet zabezpieczone hasłem,
- ucieczka Tantive (statku Lei) - wszystko fajnie, starano się zgrabnie połączyć Łotra z Nową Nadzieją, w sumie nawet to wyszło, tyle, że... Kiedy w Nowej Nadziei Vader dopada Tantive i wchodzi na pokład, to Leia się pluje "Jestem imperialnym senatorem, jestem w misji dyplomatycznej, co to za nieuzasadnione najście, wyjazd mi stąd". W sytuacji, gdy Tantive przed chwilą uczestniczył w regularnej bitwie przeciwko Imperium i został złapany w czasie ucieczki z pola bitwy (podobno łotr kończy się dosłownie kilkadziesiąt sekund przed Nową Nadzieją), to jest tłumaczenie tyleż bezczelne, co debilne. Chyba, że Leia zdawała sobie z tego sprawę i chciała tylko zyskać na czasie.,
- to nie tyle absurd, co kolejne "sprytne posunięcie" - otóż w książkach/filmach/grach jest częsta taka sytuacja, że ścisła "drużyna bohaterów" mu się odciąć od "motłochu" (np. od załogi statku, oddziału wojskowego itd.). Z reguły "statyści" z jakiegoś powodu giną. Tutaj, kiedy szła fala uderzeniowa od Jedhy, najpierw widzieliśmy, że z kryjówki oprócz przyszłych łotrów wybiegają też bojówkarze Gerrery. Następne ujęcie - i są same łotry. Reszta... uciekła w inną stronę? Spadający kamień ich przykrył? Coś tam. W każdym razie łotry nie miały dylematu "czy powinniśmy zabrać ich ze sobą".
W sumie - film zdecydowanie na plus, jeśli Disney utrzyma ten poziom, to jakoś się pogodzę z odrzuceniem starego EU.
Kiedy zapoznawałem się z trailerami, plotkami, wypowiedziami twórców mającymi sugerować, że "Łotr Jeden" będzie brudny i mroczny, myślałem sobie "ta, już na pewno". To w końcu "Gwiezdne Wojny". Taka trochę bajka. W dodatku obecnie pod szyldem Disneya. Ponadto, choć "Przebudzenie Mocy" podobało mi się, to jednak trzeba przyznać, że był to film mocno zachowawczy (niektórzy wręcz zarzucali mu bycie remakiem IV Epizodu"), no i był utrzymany w stosunkowo lekkim tonie (pomijając hanobójstwo). Zdawało mi się, że Disney będzie prowadził Gwiezdne Wojny w kierunku mniej lub bardziej przyjemnej sztampy.
A jednak nie.
Muszę przyznać, że przed seansem naszła mnie myśl "A może oni wszyscy zginą? W końcu ciężko będzie wytłumaczyć, że w żadnym innym filmie nie ma o nich wzmianki". Myślałem tak sobie pół żartem, pół serio, no bo jednak bez przesady, to - jak wyżej - Gwiezdne Wojny, oczywiście, od czasu do czasu ktoś musi polec, żeby było bardziej dramatycznie, ale Wariant Pani Jeziora to przesada. Potem, kiedy okazało się, że łotrowa ekipa została odcięta, zacząłem przypuszczać, że jednak tak się może stać. Przez chwilę jeszcze się łudziłem, że Jyn i Cassian przeżyją, bo to dosyć częsta klisza, że cała ekipa ginie, oprócz "głównej pary", ale nawet ich nie oszczędzono.
Swoją drogą, sami twórcy stwierdzają, że początkowo myśleli "kurde, scenariusz idzie w taką stronę, że oni powinni na koniec zginąć, ale szefostwo na to nie pozwoli". Ale gdy zaprezentowali scenariusz szefostwu, usłyszeli "Wiecie co, w sumie to ich nie ma w Nowej Nadziei, możecie ich zabić".
Z jednej strony - podobało mi się to. Mam słabość do takich motywów - że wszyscy giną, ale ich poświęcenie... nawet nie tyle ratuje świat, co daje szansę, nadzieję (jak to często powtarzali bohaterowie tego filmu) na jego uratowanie. Może to wynika z tego, że w znacznej części pokrywa się to z moim światopoglądem - generalnie pesymistycznym, ale jednak zakładającym, (głównie na skutek religii), że "krew męczenników to posiew zbawienia" i tak dalej. Było to najpiękniejsze zakończenie gwiezdnowojennego filmu, oprócz "Powrotu Jedi".
Z drugiej, trochę szkoda, że dopiero co poznaliśmy nowych bohaterów, a już poszli w odstawkę. Raz, że Gwiezdne Wojny (nie tylko filmy, ale i "starokanoniczne EU") przyzwyczaiły mnie do tego, że bohaterowie zostają na dłużej. Dwa, zabrakło czasu na rozwinięci postaci. Nie to, żeby była jakieś płaskie (troszkę rozczarował mnie Krennic, ale o tym później), udało się zasygnalizować na tyle dużo, żebyśmy sobie wyrobili jakiś ich obraz - ale jednak.
Bałem się, czy będę w stanie polubić Jyn. Scena w trailerze, gdy po wyliczeniu jej wykroczeń przez rebelianckiego generała z dumą stwierdza coś w stylu "To jest Rebelia, no to się buntuję!", sugerowała, że będzie:
a) Mary Sue, co chwila pokazującą jaką to silną, niezależną i kwestionującą autorytety (zwłaszcza męskie) kobietą jest. Nie, nie ma nic przeciwko silnym postaciom kobiecym. Pod warunkiem, że są to po prostu dobrze napisane silne kobiece postaci, a nie feministyczne makiety (jestem katolem, ale to nie znaczy, że uważam, ze każda kobieta powinna siedzieć w kuchni - choć nie ma niczego złego w byciu kurą domową, a wręcz przeciwnie, prowadzenie domu i wychowywanie dzieci to jedne z najszczytniejszych zajęć - nie mam nic przeciwko Joannom D'Arc walczącym z wrogami wiary i ojczyzny),
b) amoralną złodziejką spod znaku "Każdy orze, jak może, robię na co mam ochotę, mam w d., jeśli Wam się nie podoba". Nie trawię takich postaci, m.in. dlatego, że wiem, jak wielu ludzi w realu kieruje się w życiu właśnie takim credo i jak wiele szkody przynosi to innym. Świadomość tego jest równie frustrująca, co świadomość, że są ludzie, dla których hasło "wszelkie skrajności są złe" ma jakikolwiek sens. Podobnie jak wielu ludzi może wybaczyć fikcyjnym postaciom masowe mordy, ale nie np. gwałty, podobnie mnie odrzuca od tych wszystkich "czarujących złodziei" bez skrupułów.
Na szczęście, Jyn okazała się nie być ani jednym, ani drugim. Jej wykroczenia miały konkretne uzasadnienie (ukrycie się przed Imperium), jej początkowy brak entuzjazmu wobec spraw wyższych wynikał z poczucia opuszczenia i braku nadziei (cóż, w filmie to słowo padało tak często, że ciężko się do filmu odnieść nie przytaczając go co chwilę) a nie jakiejś lewackiej agendy gloryfikującej bunt dla samego buntu (oczywiście tylko w politycznie poprawnej sprawie). Nie była też jakąś terminatorką, płynnie łączyła dupokopanie złoczyńców (nie oszukujmy się, to jest taka konwencja, że wiadomo, że bohater/bohaterka potrafi nakopać co najmniej kilku szturmowcom naraz i ciężko oczekiwać czegoś innego) z dziewczęcością i wrażliwością. Byłem w stanie uwierzyć, kiedy cynicznie mówiła o "nie zadzieraniu głowy" i kiedy wygłaszała przemowy o... no tak, nadziei. Była takim trochę dzieckiem (to wrażenie potęgował fakt, że w niektórych chwilach naprawdę wyglądała, jak taka filigranowa dziewczynka), które straciło wiarę w ludzi, bo ludzie ją zawiedli, ale bardzo chciałoby ją odzyskać. Nie jest to wybitna postać, ale postać, która da się lubić.
Co do innych... Cassian Andor jest chyba pierwszą tak dwuznaczną postacią w kinowych Gwiezdnych Wojnach (obok debiutującego w tym samym filmie Sawa Gerrery - przynajmniej na dużym ekranie, bo ponoć ta postać pojawiła się wcześniej w "Rebeliantach"). Gwiezdne Wojny są kojarzone jako "futurystyczna baśń z jasnym podziałem na dobro i zło". Oczywiście, można z tym dyskutować. Nie posuwam się aż tak daleko, jak Pan Grzegorz Braun i nie twierdzę, że Imperium to samo dobro, a Republika i Rebelia to galaktyczne komuchy. Nie mogę się w pełni zgadzać ze ślepo wierzącymi w dogmaty liberalnej demokracji parlamentarnej republikanami/rebeliantami, ani ze starym Zakonem Jedi, ale w sytuacji, gdy stoją naprzeciwko totalitarnego państwa kierowanego na niższym i średnim szczeblu przez materialistycznych ateistów, a na najwyższym - fantastyczny odpowiednik satanistów - rozkłada "światło/ciemność" jest dosyć jasny. I bardzo dobrze. Trzeba to jasno powiedzieć - wbrew temu, co twierdzą niektórzy, istnieje skrajne dobro i skrajne zło. Ta pierwsza skrajność jest... no cóż, dobra i należy do niej dążyć, ta druga, wbrew pozorom, pojawia się na świecie aż nazbyt często. Unikanie dostrzegania tych skrajności jest przejawem lewackiej politpoprawności i zwykłym wyłączaniem myślenia (notabene, sam Lucas, chyba zorientował się, że idzie zbyt na przekór hollywoodzkim dogmatom i włożył w usta Obi-Wana w III epizodzie kretyńskie "only Sith deals in absolutes"). Tymczasem tutaj dostajemy zabójcę stojącego po Jasnej Stronie. Zamordowanie informatora nie mogącego uciec przed szturmowcami było czynem, którego spodziewaliśmy się raczej po cynicznym i egoistycznym Sithie. Sithcie? Sicie? a nie przedstawicielu Jasnej Strony. Odstrzelenie konstruktora Gwiazdy Śmierci byłoby już mniej drastyczne. A jednak, wiadomo, że czasem takie rzeczy się robi. Zwłaszcza w przypadku wojny partyzanckiej (jak tutaj), procedura "jeśli nie możesz go uratować, będziesz go musiał zastrzelić, żeby nie zdradził wrogowi informacji, które mogą zagrozić większej ilości osób" jest raczej standardowa. Swego czasu pisząc o motywacjach złoczyńców pisałem o motywacji "zrobiłem bardzo wiele zła dla wyższego dobra, ale żeby to dobro osiągnąć, muszę zrobić jeszcze trochę zła i nie mogę w tej chwili zrezygnować, bo wtedy to bardzo wiele zła pójdzie na marne, więc to w sumie mój moralny obowiązek". U Cassiana ten ton trochę pobrzmiewa... ale na szczęście, ostatecznie przybiera on formę "Zrobiłem bardzo wiele zła, żeby osiągnąć wyższe dobro, więc teraz nie mogę się cofnąć przed poświęceniem samego siebie". Czy zabijanie dla wyższego dobra nigdy nie jest usprawiedliwione? Czy gotowość do poświęcenia także i własnego życia coś tu zmienia? To poważne pytania, na które ciężko znaleźć dobre odpowiedzi. i aż dziw, że Gwiezdne Wojny je poruszają. Do tej pory wszystko było oczywiste - bohaterowie byli dobrzy, nawet jeśli czasem trochę zagubieni, a jeśli któryś z nich zaczynał rozumować na zasadzie "mniejsze zło, wyższe dobro", to znaczyło, że za chwilę wybierze większe zło i przywdzieje czarne szaty albo imperialny mundur. Ale choć oczywistym jest, że skrajności istnieją, to mimo wszystko, szarość też.
Chirrut i Baze (tj. mnich i jego kumpel z bazuką) - Jako, że jedna z tych postaci jest duchownym, a ten blog z założenia ma być katolski, przyjrzyjmy się kwestiom metafizycznym. A że temat jest ciekawy (przynajmniej dla mnie), to korzystając z okazji, rozwinę się trochę ponad to, co widzieliśmy w "Łotrze". Aczkolwiek, ponieważ to spora dygresja, dla osób zainteresowanych tylko przemyśleniami ściśle związanymi z "Łotrem", oznaczam ją kursywą - jeśli chcecie, możecie przeskoczyć ten fragment. Wiele osób ma mieszane uczucia w kwestii "religia a Gwiezdne Wojny". Religia Mocy wygląda na trochę mętną newageowską duchowość, inspirowaną religiami Dalekiego Wschodu. Ale należy zwrócić uwagę na to, że "Odległa Galaktyka" jest własnie tym - odległą galaktyką. To z założenia nie jest nasz "świat". Już nie mówiąc o tym, że akcja dzieje w PRZESZŁOŚCI, nie w przyszłości (Dawno, dawno temu). Więc to nie jest propaganda ukazująca, że w naszej przyszłości chrześcijaństwo przestało istnieć, wyparte przez religię Mocy. Pomimo bycia katole, jestem w pełni świadom, że jeśli istnieje życie na innych planetach/w innych wymiarach, to jak to mówią teologowie "historia zbawienia" musi tam wyglądać inaczej. Ja sobie zakładam, że mieszkańcy Odległej Galaktyki żyją w swoistym "Starym Testamencie" - wiedzą, że Bóg istnieje i starają się utrzymywać z nim więź, ale nie do końca go pojmują (zresztą, zapewne nadintepretuję, ale Święte Miasto Jedha, w którym jest świątynia zburzona przez Imperium, brzmi bardzo judaistycznie). Sam Lucas (wiem, że on już nie zarządza marką) stwierdził, że Moc w Gwiezdnych Wojnach jest nie po to, żeby tworzyć/ukazywać jakąś konkretną religię, tylko dlatego, że chciał umieścić "jakieś" odwołanie do istnienia Boga i pokazać, że istnieje dobro i zło i należy wspierać to pierwsze. Dlatego też religia Mocy jest ukazana w sposób bardzo ogólnikowy i otwiera pola do różnych interpretacji. Czytając komiksy i książki ze "starego kanonu" spotykałem się z różnymi interpretacjami. Niektórzy twórcy pisali o Mocy wprost jak o Bogu osobowym, który ma okresloną wolę, zgodnie z którą nalezy postępować, kocha ludzi, świadomie interweniuje w świecie itd. Inni starali się podkreślać, że "Moc to nie bóstwo, tylko pole energii!". Zakładam, że te różnice wynikały ze światopoglądów samych poszczególnych autorów... Ale można spokojnie założyć, że i w samym uniwersum GW pomiędzy jego mieszkańcami istnieją takie same różnice w poglądach. Wiele osób zarzuca, że GW promuje dualizm - vide Jasna i Ciemna Strona Mocy. Ale przecież GW nie próbuje narzucać, jakoby te światło i ciemność były równorzędne. Owszem, stary Zakon Jedi podniecał się przepowiednią o "przywróceniu równowagi Mocy", ale jak widać, odbiło mu się to czkawką (już gdzieś tak w połowie "Zemsty Sithów" mistrzowie zaczynają pomału kumać "te, ale może źle to interpretujemy, skoro teraz przewagę ma Jasna Strona, to czemu miałoby być potrzebne zaprowadzenie równowagi?"). Jak sam Lucas powiedział - istnieje dobro i zło i należy stać po stronie dobra. Żadnego "każda skrajność jest zła!" czy "nie jest dobrze, jeśli jedna partia dominuje w Sejmie!" (oczywiście, jest ten kretyński frazes "tylko Sithowie myślą w kategoriach absolutów", czy jakoś tak, ale składam to na karb lekkiego odmóżdżenia starego Zakonu). Nikt nie mówi "Słuchajcie, ale Sithowie też są potrzebni". Wręcz przeciwnie, dobrzy bohaterowie konsekwentnie zwalczają Ciemną Stronę, zawsze i wszędzie. Niczym tolkienowski Jedyny Pierścień, Ciemna Strona z założenia nie może służyć dobru. Nawet jeśli ktoś przechodzi na nią z dobrymi intencjami, zostaną one wypaczone (vide Anakin chcący uratować żonę, a ostatecznie zabijający ją). Jasna i Ciemna Strona nie są równorzędne. Ciemna Strona zawsze przegrywa, jej wyznawcy zawsze przegrywają. To nie przypadek, że ostatecznie każdy z nich zamienia się we wrak człowieka, fizycznie i psychicznie (chyba, że wcześniej ginie). Co więcej, dotyczy to też życia pozagrobowego. W filmach (również w Łotrze) wielokrotnie pojawiają się nawiązania do tego aspektu, najczęściej w formie ogólnikowego "Zjednoczył się z Mocą". Znowuż, sięgając do starego kanonu, tam to było trochę bardziej rozwinięte. Otóż, nie ma żadnej reinkarnacji czy innych dalekowschodnich wymysłów, tylko, można rzecz, niebo i piekło. Dobrzy jednoczą się z Mocą, źli, spętani przez swe negatywne emocje nie są w stanie tego osiągnąć i przez wieczność męczą się w mrocznym wymiarze zwanym na ogół "Chaosem" (a czasem wprost "piekłem" - vide wypowiedź Hana w "Imperium Kontratakuje"). Czy to nie przypomina chrześcijańskiego podejścia? Nie mamy żadnych "wielu dróg, a każda tak samo dobra" - zbawienie można osiągnąć jedynie w Bogu, a potępienie to po tyle samo, co wieczność bez Niego.
To wszystko współgra ze stanowiskiem Kościoła odnośnie wszystkich "spraw złego ducha" i okultyzmu, a jawnie przeczy podejściu new'ageowskiemu (zgodnie z którym co do zasady wszelkie siły duchowe są przyjazne, a nawet złe duchy służą "rozwojowi duchowemu" wyznawców, a poza tym dobro i zło to złudzenie itd.). Co ciekawe, w starych książkach pojawiają się coś takiego jak "wyznawcy Potencjum", odłam religii Mocy wierzący, że nie ma Ciemnej i Jasnej strony, że to tylko ideologiczne wymysły. Zostali wygnani z Republiki przez Jedi, jako heretycy (tak, dosłownie są określani, jako "heretycy", to nie moja nadintepretacja). Potem ten pomysł zostaje "odkurzony" przez pewną mistrzynię Jedi... i okazuje się to być sithiańskim podstępem mającym na celu sprowadzenie Jedi na złą drogę.
Oczywiście, to co piszę, mocno bazuje na starym kanonie, który Disney "zresetował", ale skoro tak liczne były intepretacje Mocy współgrające z katolickim postrzeganiem świata, to znaczy, że coś jest na rzeczy (nie, nie twierdzę, że GW to katolska propaganda, twierdzę, że my, katole możemy je intepretować w naszym duchu i nie będzie to naciągane).
Wracając do tematu. Podobało mi się, że rytuał odprawiany przez Chirruta w więzieniu był okreslony jako "modlitwa", a nie "medytacja". Nie to, żebym potępiał w czambuł medytację (gdyż jest ona również częścią katolickiego monastycyzmu, o czym zachłyśnięci duchowością Dalekiego Wschodu ludzie nie wiedzą), ale jednak modlitwa bardziej się kojarzy z religijnością, niż z płytką duchowością spod znaku "Ja jestem buddystą, a tak w ogóle buddyzm to nie religia, tylko styl życia, w sumie dla mnie to głównie relaksacyjne ćwiczenia oddechowe". Padały teksty sugerujące, że Moc jest czymś więcej "niż polem energii", swoistą maną do rzucania czarów - "Zaufaj Mocy", "Będzie jak chce Moc". Chirrut jest pokazany tak, jak powinna być pokazana dobra postać religijna - nie boi się mówić o swojej wierze, nawet jeśli nie wszyscy mają ochotę go słuchać, jest gotów zaufać i oddać się na łaskę wyższej siły, którą czci, poświęca się dla innych. Z drugiej strony, Baze stanowi dla swojego przyjaciela przeciwwagę i kontrast, co jest w sumie dosyć życiowe. Szkoda, że żyjemy w takich czasach, że wiele osób będzie interpretować ich relację jako gejowski związek. I troszkę szkoda, że Chirruta musiał grać Azjata - nie, nie mówię, że w drużynie łotrów nie było miejsca na Azjatę. Ale czemmu Azjata musiał być właśnie najbardziej uduchowionym członkiem drużyny? To wpadanie w kliszę "Oni są tacy głębocy, mają buddyzm, taoizm i te inne ciekawe nurty, mają filozoficzne podejście do życia, szkoda, ze u nas na Zachodzie nie ma niczego takiego", świadczące o tym, że Europejczycy i Amerykanie zatracili swoje własne dziedzictwo. Poza tym, przecież Hollywood lubi wychodzić poza stereotypy rasowe, PRAWDA?!
Generalnie, spodziewałem się, że wątki religijne będą w Łotrze trochę bardziej rozwinięte, sądząc po wypowiedziach twórców i plotkach, ostatecznie temat został potraktowany "po wierzchu", poprzestano na umieszczeniu postaci Chirruta i wzmiankach o tym, że Jedha była "Świętym Miastem" (ale co to konkretnie znaczy, nie wiadomo). Podobnie w "Przebudzeniu Mocy" z pisemnych materiałów dodatkowych można się było dowiedzieć, że Lor San Tekka (ten gość, który daje Poemu mapę) jest "działaczem" Kościoła Mocy (czyli organizacji zrzeszającej tych, którzy dzielą wierzenia Jedi, ale sami nie są "wrażliwi na Moc"), ale w samym filmie nie było na ten temat wzmianki. Cóż, polityczna poprawność i biorąc pod uwagę amerykańską specyfikę, trudno im się dziwić (gdyby za bardzo rozwinęli te wątki, z jednej strony oberwaliby od ateuszy za religijną propagandę, z drugiej strony oberwaliby od protestanckich fundamentalistów).
Co do Bodhiego Rooka - cóż, budził sympatię swoją "bezbronnością" i faktem, że chciał dobrze, a nacierpiał się z rąk tych samych osób, którym chciał pomóc, a mimo tego nie zwątpił w rebeliancką sprawę. Z drugiej strony, był trochę słabo rozwinięty, nie wiadomo, co dokładnie popchnęło go do zmiany strony itd., ale biorąc pod uwagę, że akcja filmu dzieje się w stosunkowo krótkim czasie, z czego przez większość tego czasu Rook dochodzi do siebie po praniu mózgu, ciężko było oczekiwać czegoś więcej.
Robot - był fajny, miał trochę śmiesznych tekstów, wzruszającą "śmierć", ciekawe było to, że pomimo przeprogramowania na "dobro" zachował znaczną część wrednego charakteru (kojarzył mi się trochę z HK-47 z Kotora), ale jednak wydaje mi się, że Artoo, Threepio i BB-8 byli fajniejsi.
Ciekawą postacią jest też Saw Gerrera. Podobnie jak postać Cassiana, on też ma na celu wprowadzenie do świata Gwiezdnych Wojen nowej idei - że w trudnych czasach ludzie robią złe rzeczy i to nie czyni z nich automatycznie potworów. Aczkolwiek nie mamy też propagandy spod znaku "cel uświęca środki". Podobnie jak w przypadku Sithów, również i w przypadku Gerrery mamy do czynienia z motywem "zło prowadzi do upadku fizycznego, psychicznego (tu: mania prześladowcza) i utraty tego, co kochasz". To chyba nie przypadek, że ta postać jest "bardziej maszyną niż człowiekiem" i ma ewidentne problemy z oddychaniem, podobnie jak Vader. Saw jest wrakiem człowieka, a jego paranoja sprawia, że nie jest w stanie nawet cieszyć się powrotem swojej przybranej córki, radość trwa chwilę, a zaraz potem Gerrera zaczyna się doszukiwać jakichś mrocznych motywów. Oczywiście, Gerrera nie jest tak zdegenerowany, jak Sithowie czy ich słudzy, mimo wszystko służy dobrej sprawie, a jego metody choć drastyczne, nie sięgają ludobójstwa, w sumie nie można go określić jako złą postać - ale jednak podoba mi się, że twórcom udało się pokazać "odcienie szarości" bez jednoczesnej akceptacji dla amoralności.
Co do dyrektora Krennica - nie był kiepskim złoczyńcą, ładnie się prezentował, miał niezły styl, ale przyznam, że oczekiwałem trochę czegoś innego. Przed seansem wiedziałem, że miał on jakieś zaszłości "koleżeńskie" z rodzicami Jyn, a biorąc pod uwagę, że jest dyrektorem technicznym, a nie dowódcą frontowym, oczekiwałem bardziej mniej ostentacyjnie złej postaci. Raczej, kogoś w rodzaju biurokraty wspierającego zbrodniczy reżim nie z czystego umiłowania zła, tylko na zasadzie "wykonuję swoję robotę dla rządu i wykonuję ją dobrze, bo jestem profesjonalistą". No i spodziewałem się bardziej pogłębionych relacji z Galenem i samą Jyn. Pierwsze sceny, gdy mówi o zaprowadzeniu pokoju i porządku w Galaktyce i próbuje prowadzić przyjazną konwersację z Galenem, szły trochę w tym kierunku... Ale potem okazał się typowym złolem, kontemplującym piękno zniszczonego miasta, odstrzeliwującym bez potrzeby swoich pomagierów i przepełnionym żądzą władzy. Mam wrażenie, że twórcy GW boją się/nie potrafią stworzyć bardziej pogłębionego imperialnego i zawsze to się sprowadza do "Imperium istnieje, żeby zaprowadzić bezpieczeństwo, sprawiedliwość i pok... DOBRA PIEPRZYĆ TO WYMORDOWAĆ WSZYSTKICH NIKOGO NIE OSZCZĘDZAĆ CIEMNA STRONA ROZPOZNA SWOICH!". Ewentualnie ""Imperium istnieje, żeby zaprowadzić bezpieczeństwo, sprawiedliwość i pok... Dobra, doznałem objawienia i wiem, że to kłamstwo, niech żyje Rebelia!". Znowu, nie chodzi o to, żeby rozmywać przesłanie moralne, ale na litość boską, nie każdy zbrodniarz jest psychopatycznym rzeźnikiem. Nic by się nie stało, gdyby ciemnostroncy dostali okazję do zaprezentowania swoich argumentów, choćby po to, żeby można je było obalilić. Z drugiej strony, gdyby Krennic był "wujkiem" Jyn, dodałoby to trochę konfliktu tragicznego do fabuły.
Jeśli chodzi o znane i stare postaci - Vader spoko, Bail Organa spoko (śmieszne, że jak była narada u rebeliantów, to Jyn najpierw była nachmurzona i cyniczna, ale jak się pojawił Bail, to natychmiast się rozjaśniła "O, to jest dobry człowiek, nie no, jeśli on jest z wami, to co innego". Tarkin spoko, chociaż chwilami wyglądał jak postać wyjęta z przerywnika w jakiejś grze, a nie żywy człowiek. Leia za to była zrobiona perfekcyjnie (choć przyznaję, być może to złudzenie wynikające z tego, że pojawiła się tylko na chwilę). W sumie obecność celebrytów rozwiązano nieźle - z jednej strony, to na tyle ważne postaci dla uniwersum, że dobrze, iż pojawiają się w tle, z drugiej - fajnie, że jest ich nie za dużo, nie powinny kraść show, bo jednym z zadań tego filmu jest m.in pokazanie, że GW to coś więcej niż saga rodu Skywalkerów.
Graficznie prezentowało się fajnie. Mieliśmy powiew świeżości nie tylko w kwestii fabularnej, ale i militarnej. Po raz pierwszy dostaliśmy potyczkę w ciasnej zabudowie miejskiej i po raz pierwszy dostaliśmy tak spektakularnie pokazaną bitwę lądową. Co prawda, bitwa na Hoth teoretycznie działa się w dużo większej skali niż starcie na plaży, ale w praktyce w Łotrze mieliśmy pokazane więcej "Mięsa". Co prawda, bitwa była dosyć chaotyczna, ale taka miała być, no bo chodziło o atak kilkunastu/kilkudziesięciu partyzantów porozrzucanych po lesie. Co w sumie jest sprytnym wyjściem, bo pozwala nakręcić bitwę bez większej wiedzy o strategii ;) Bitwa kosmiczna może być, widzieliśmy lepsze, ale w sumie była ona na drugim planie.
Co do ewentualnych absurdów:
- sama idea imperialnego archiwum jest lekko dziwna. Na serio, jeśli jakiś imperialny notabl czy naukowiec chce się zapoznać z informacjami, musi specjalnie lecieć na inną planetę? I jeszcze ten "interfejs" - manipulowanie chwytakiem, żeby wyciągnąć konkretny dysk itd. To trąci technologią z czasów komputerów "Odra". Z drugiej strony, do głowy przychodzi mi jedno uzasadnienie - jeśli informacje są zapisane na oddzielnych dyskach i nie ma do nich żadnego dostępu przez sieć, musisz fizycznie wydobyć dany dysk, żeby je odczytać, to znaczy, że żaden haker się nie dostanie do tych danych. Z trzeciej strony, to trochę śmieszne, że wobec tego dyski nie były nawet zabezpieczone hasłem,
- ucieczka Tantive (statku Lei) - wszystko fajnie, starano się zgrabnie połączyć Łotra z Nową Nadzieją, w sumie nawet to wyszło, tyle, że... Kiedy w Nowej Nadziei Vader dopada Tantive i wchodzi na pokład, to Leia się pluje "Jestem imperialnym senatorem, jestem w misji dyplomatycznej, co to za nieuzasadnione najście, wyjazd mi stąd". W sytuacji, gdy Tantive przed chwilą uczestniczył w regularnej bitwie przeciwko Imperium i został złapany w czasie ucieczki z pola bitwy (podobno łotr kończy się dosłownie kilkadziesiąt sekund przed Nową Nadzieją), to jest tłumaczenie tyleż bezczelne, co debilne. Chyba, że Leia zdawała sobie z tego sprawę i chciała tylko zyskać na czasie.,
- to nie tyle absurd, co kolejne "sprytne posunięcie" - otóż w książkach/filmach/grach jest częsta taka sytuacja, że ścisła "drużyna bohaterów" mu się odciąć od "motłochu" (np. od załogi statku, oddziału wojskowego itd.). Z reguły "statyści" z jakiegoś powodu giną. Tutaj, kiedy szła fala uderzeniowa od Jedhy, najpierw widzieliśmy, że z kryjówki oprócz przyszłych łotrów wybiegają też bojówkarze Gerrery. Następne ujęcie - i są same łotry. Reszta... uciekła w inną stronę? Spadający kamień ich przykrył? Coś tam. W każdym razie łotry nie miały dylematu "czy powinniśmy zabrać ich ze sobą".
W sumie - film zdecydowanie na plus, jeśli Disney utrzyma ten poziom, to jakoś się pogodzę z odrzuceniem starego EU.
poniedziałek, 19 września 2016
Spotkanie gwiezdnowojenne w Centrum Popkultury
We wspominanym już na tym blogu Centru Popkultury przy ul. Hożej 19 w Warszawie, w piątek 23 września o godz. 18.00 odbędzie się spotkanie fanów Gwiezdnych Wojen. Jak piszą organizatorzy "Poza poznaniem innych fanów uniwersum SW
porozmawiamy o nadchodzącej, grudniowej premierze Rouge One, serialach
animowanych, grach oraz o obecnym i poprzednim kanonie galaktyki". Tematyka trochę ogólnikowa, więc nie wiem, czy się dyskusja nie będzie rozłazić, ale na poprzednim spotkaniu, na którym byłem (o marvelowskim "Civil War") była całkiem fajnie, więc być może się wybiorę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)