Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2019

Przemyślania po "Avengers: Koniec gry"

Na początek ogólnie, bezspoilerowo. Jeśli jesteście fanami Marvela, na pewno obejrzycie ten film. I wydaje mi się, że się nie rozczarujecie. Jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami, absolutnie nie ma sensu, żebyście próbowali. Żeby czerpać przyjemność z oglądania, zdecydowanie nie wystarcza znajomość samych filmów z "Avengers" w tytule, a pójście na "Endgame" jako pierwszy film z MCU w celu "przekonania się, o co ten cały szum" będzie absolutną stratą czasu. Dlaczego? Bo "Endgame" to wielki finał, kulminacja wszystkich dotychczasowych filmów. Jest naszpikowanie nawiązaniami do swoich poprzedników - i nie są to tylko jakieś "easter eggi" na marginesie, znaczna część żartów czy rozwiązań fabularnych bazuje właśnie na nich. I coś, co dla fanów jest genialnym, logicznym, błyskotliwym rozwiązaniem, którego nie trzeba wyjaśniać, u "laika" wywoła wielkie WTF. Wraca również bardzo dużo postaci drugoplanowych, których pewnie mało kto się spodziewał (Red Skull to był dopiero początek).
Jakby nie patrzeć, jest to kulminacyjny moment jednego z najbardziej ambitnych projektów w historii kinematografii. Nigdy wcześniej nie istniała tak rozbudowana seria filmowa, gdzie w dodatku nie mieliśmy do czynienia z jedną historią, ale z wieloma, wzajemnie przeplatającymi się fabułami. Nawet jeśli kogoś nie interesuje treść, to forma sama w sobie była czymś niesamowitym. Oczywiście, nie jest to pierwsze "dzielone uniwersum" - choćby przedisneyowskie EU Gwiezdnych Wojen w ramach książek, komiksów i gier obejmowało tysiące lat historii... Zresztą, samo komiksowe uniwersum Marvela też było przykładem (choć niestety ciągłe retcony i wiara w "Status Quo is God" skutecznie utrudniały tworzenie spójnej historii). Ale to pierwszy przypadek w dziedzinie kinematografii, która wymaga zdecydowanie większych nakładów. Można narzekać na komercjonalizację itd. ale faktem jest, że tak wielki projekt była w stanie przeprowadzić wyłącznie megakorporacja. Jeśli za kilkadziesiąt lat wzmianki o MCU nie znajdą miejsca w programach studiów powiązanych z kulturoznawstwem i sztuką filmową, bo profesorowie z pogardą zignorują "głupie i pełne przemocy komiksowe filmy", to będzie bardzo niesprawiedliwe.

Jak można się było domyślić po zakończeniu "Infinity War", "Endgame" skupia się na "pierwotnym składzie" z pierwszej części Avengersów, oprócz nich sporą rolę odgrywają również Antman i Nebula (co również było raczej spodziewane). Każda z tych postaci przeżywa jakąś przemianę... albo przynajmniej dochodzi do końca ścieżki przemiany, na którą wkroczyła wcześniej (dobra, poza Antmanem).

Znalazło się miejsce dla humoru - wypełnia on głównie środkową część filmu (w pewien sposób to pasuje - jest to moment, w którym widz i postacie już nieco się oswajają z konsekwencjami Thanosowego "SNAPA", pojawia się nadzieja na zwycięstwo, a dramatyczno-łzawe wydarzenia z finału są jeszcze przed nami).

Trochę się zastanawiałem, w jaki sposób twórcy przebijają bitwę z "Infinity War" - w końcu wypada, by "prawdziwy" finał był bardziej widowiskowy od "wstępu". Pod koniec "Wojny bez granic" wyglądało na to, że to koniec armii Thanosa, tytan naprawdę odłożył odwiesił zbroję na kij. A jednak - dostajemy batalię większą od bitwy w Wakandzie, bierze w niej udział jeszcze więcej postaci, a wojska wroga są bardziej imponujące niż te z "Infinity War", które ograniczały się do hordy Outriderów i Czarnego Zakonu. Oczywiście, w konsekwencji większość bohaterów i złoczyńców jest wówczas trochę w tle, choć Kapitan Ameryka i Iron Man mogą zabłysnąć (ten pierwszy chyba dostaje swoją najbardziej imponującą walkę, ten drugi bojowo nie pokazuje niczego, czego byśmy wcześniej nie widzieli, ale odgrywa kluczową rolę w pokonaniu Thanosa).

Trochę dziegciu - moim zdaniem pewien kluczowy element głównego wątku jest straszliwie naciągany, jak dla mnie wchodzimy tutaj w taki typowy bełkot "pseudoscience fiction", który nie ma sensu nie tylko z punktu widzenia nauki (co nie byłoby problemem) ale i logiki. Ciężko coś napisać bliżej bez spoilerów, trochę szczegółów poniżej. Troszkę mi to psuło odbiór zakończenia, bo cały czas się zastanawiałem "Ok, to jest bardzo ładne, ale czy to ma sens?". Co w sumie znamienne, ten absurdalny plan powstaje z inicjatywy Antmana, a jego ostatni film był właśnie wypełniony tego typu absurdami (znaczy - tak, rozumiem, że filmy Marvela generalnie nie są super racjonalne, ale jednak do tej pory nic mnie tak nie bolało - może dlatego, że na ogół twórcy nie wchodzą w szczegóły i nie wyjaśniają, jak to wszystko ma działać, a w przypadku cząsteczek Pyma, królestwa kwantów itp. próbowali - i nie bardzo wyszło).

No i niestety - nie wytrzymali, musieli wrzucić LGBT. Ostatnio widać było pewne przymiarki - można się było doszukiwać lesbijskich fluidów w "Kapitan Marvel", czy rozmowa "jeszcze się spotkamy" pod koniec drugiego Antamana, ale teraz dostaliśmy gejozą w twarz. Na szczęście, żaden z bohaterów nie "wychodzi z szafy" (można powiedzieć, że w pewnym sensie wręcz przeciwnie). Ale w pewnym momencie Kapitan Ameryka prowadzi spotkanie dla ocalałych, jeden z mężczyzn wspomina coś o randce z innym facetem, a Steve go zachęca do ciągnięcia tego grzesznego związku. Co znamienne, to rola bohatera będącego ucieleśnieniem "tradycyjnych wartości" - a to spotkanie Kapitan prowadzi w sali z transparentem "For God and country". Tak jakby twórcy próbowali powiedzieć "Hej, Wy tam, wierzący konserwatyści, tentego, nie to, że atakujemy wasze wartości, ale no... możecie być chrześcijanami i nie być homofobami, naprawdę, Kapitan może, to i wy, złapmy się za ręce i wspólnie walczmy o tolerancję i takie tam". Ale to tak nie działa, nie i koniec.


A TERAZ CZAS NA SPOILERY, głębsze przemyślanie i teorie. Na początek rozważania ogólne... tzn. niezwiązane z "heistem" wymyślonym przez Antmana

 Tylu ludzi komentowało brak brody Kapitana, że znikła w wyniku pstryknięcia itd. Dopiero teraz się zorientowałem - goli się, bo Steve Rogers nie nosi brody. To była część kamuflażu w czasie konspiracji po Civil War. Świat pogrążył się chaosie, Porozumienie z Sokovii trafił szlag, broda nie jest potrzebna. Aha, ktoś zwrócił uwagę, Kapitan w tym filmie dużo przemawia motywacyjnymi frazesami, pomimo tego, że "nadęty kaznodzieja" to jest stereotyp związany z tą postacią, a sam Steve nie lubi być sprowadzany do propagandowej tuby (co pokazano np. w Spidermanie).  Ale to ma sens - jak w tej chwili, gdy Steve zaczyna gadać o wielorybach w Nowym Jorku, Wdowa odpowiada "Nie wyjeżdżaj mi z jasnymi stronami, bo cię zdzielę", a on mówi coś w stylu "Ok, przepraszam, ciężko wyjść z roli". Po prostu Kapitan uznał, że ludzie potrzebują go właśnie takiego - symbolu optymizmu i entuzjazmu, więc takiego gra.


Tak jak pisałem w poprzedniej notce - z przegiętymi postaciami w typie "Supermana" - tu Kapitan Marvel - jest problem, bo są ZBYT silne i żeby wrogowie stanowili dla bohaterów jakieś wyzwanie, trzeba takiego hardkorowego koksa albo osłabiać jakimś "kryptonitem", albo chować poza kadr, zostawiając na koniec w roli "kawalerii". I tak też się stało z Kapitan Marvel. Buńczuczne zapowiedzi, że jest to postać kluczowa dla pokonania Thanosa nie do końca się sprawdziły - znaczy, odegrała pewną rolę, rozwalając flagowy okręt Szalonego Tytana - Sanctuary II - ale ostatecznie ciężko powiedzieć, by skradła show. I w sumie dobrze, bo byłoby smutno, gdyby tuż przed końcem sagi nowa Mary Sue zepchnęła starych i znanych bohaterów w cień. Jej pora jeszcze przyjdzie.

To trochę paradoks, że w czasie sceny, która miała być afirmacją kobiecych postaci MCU zabrakło postaci, która była pierwszą i przez wiele lat najbardziej znaczącą superbohaterką tej serii, tj. Czarnej Wdowy. Aha, tak w ogóle na Wiki Wdowa figuruje jako Natalia Alianovna "Natasha" Romanoff i chyba faktycznie tak była określana w filmach (np. na ekranach z danymi), tymczasem Red Skull wita ją jako "córkę Iwana". Natasza stwierdza, że nie znała imienia swojego ojca, więc możliwe, że "Alianovna" to wymysł jej opiekunów z Czerwonego Pokoju (ale w takim razie i nazwisko powinno być nadane przez nich, a trochę głupio, żeby sowieccy agenci nadali swej adeptce carskie miano). Aha, jest to trochę sprzeczne z usuniętą sceną z "Civil War", gdy Wdowa opowiada Kapitanowi o odnalezieniu grobu jej rodziców... ale to scena usunięta, więc zapewne niekanoniczna. Aha, ten "Iwan" może być nawiązaniem do żołnierza z komiksów, który zaopiekował się Nataszą po śmierci jej matki, zanim zwerbowano ją do Red Room.

W pierwszych "Strażnikach Galaktyki" lojalność Nebuli wobec Thanosa jest niemal tak słaba, jak u Gamory - gdy Ronan wypina się na Tytana po zdobyciu kamienia, Nebula natychmiast mówi coś w stylu "Jeśli ty jesteś przeciwko niemu, to ja jestem z tobą", tak jakby ona również czekała na pierwszą okazję do dezercji. A w "Endgame" w momencie równoznacznym z początkiem pierwszych "Strażników" tj. chwilę potem jak Quill powinien zdobyć Kamień na Vormirze, Nebula jest fanatycznie oddana "ojcu". Niekonsekwencja? Czy w tym momencie w oryginalnej linii czasowej zadziałało się coś, co zachwiało jej oddaniem? Jedna modyfikacja/upokorzenie za dużo?

Możliwe, że Kapitan ZAWSZE mógł podnieść Mjolnira, a w "Ultronie" udał, że nie da rady, gdy zobaczył, jakie zaniepokojenie okazał Thor, gdy młot zaczął drgać - i to właśnie ma na myśli Thor krzycząc "WIEDZIAŁEM!". W czasie walki z Thanosem Kap nie mógł dbać o uczucie Thora, a i sam władca piorunów przemógł swoją potrzebę wyjątkowości, dlatego się ucieszył.

Z takich tekstów, w których można się doszukać głębszego znaczenia:
- w "Endgame" Nebula mówi, że Thanos przy wszystkich swoich wadach nie jest kłamcą - w "Infinity War" Thanos wychwala cnoty Gamory mówiąc, że ma je po nim, ale że nigdy nie nauczył jej kłamać,
- w którymś filmie Pepper mówi Tony'emu, że jego wyczyny kiedyś go zabiją, a ona nie zamierza przy tym być - a jednak,
- Loki mówi Wdowie coś w stylu "Myślisz, że wymażesz swoje grzechy (ten "red ledger" - nie pamiętam, jak to przetłumaczono) ratując człowieka, który nie jest lepszy od ciebie?" mając na myśli wówczas owładniętego Hawkeye'a. No i ostatecznym czynem Nataszy na drodze odkupienia jest właśnie uratowanie Clinta (choć w sumie pewnie odkupiła się już wcześniej).

Kiedy Thanos zaczyna mówić, że chce zniszczyć i stworzyć wszechświat na nowo... To, że tak mówi nie obraża moich uczuć religijnych, bo to, że zła osoba stawia się na miejscu Boga świadczy tylko o tym, że jest zła. Poza tym, wcale nie powiedziano, że byłby w stanie zrealizować swoje zamierzenia (skoro Rękawica nie jest w stanie dokonać prawdziwego wskrzeszenia - jak z Nataszą, to tym bardziej nie powinna być w stanie stworzyć całego nowego wszechświata wypełnionego życiem). Ale szkoda, że Kapitan nie sprowadził do pionu jego bluźnierczych ambicji. Tak, wiem, jestem sztywny katol, wszędzie wpycham religię... Ale na serio, mógł po prostu powiedzieć "Jest jeden Bóg i nie ubiera się jak Ty, pajacu", czy coś w tym stylu - kolejne nawiązanie z wielu, a byłoby i śmiesznie i duchowo.

Niezależnie od tego, jak interpretować podróże w czasie (tworzenie nowych linii czasowych, czy tylko podłączanie się pod istniejące - trochę o tym poniżej), Avengersi stworzyli "świat", w którym nie tylko Loki spieprzył z Teseraktem, ale lokalny Kapitan Ameryka będzie miał duże kłopoty. Bo chwilę po tej akcji "tamtejszy" Sitwell zapyta Pierce'a czy innego uberhydranta "To Kap jest nasz? Nie wiedziałem, fajnie". Na co tamten "Nie, skąd nawet nie próbowaliśmy werbować tego moralnego do bólu sztywniaka, przez którego nie ma wśród nas naszego Wielkiego Przywódcy Red Skulla, niech mu kosmos lekkim będzie, dlaczego pytasz? Rogers powiedział ci "Hail Hydra"? Czyli o nas wie! Trzeba go dojechać, zanim nas zdemaskuje!".

Trochę niefajnie wyglądała ostatnia scena Kapitana z Bucky'm i  Falconem. Znaczy - z Falconem i Buckym gdzieś w oddali. OK, rozumiem, że twórcy przeznaczyli Falcona na następcę Kapitana - obaj panowie byli mocnymi kandydatami (i obaj w komiksach byli przez jakiś czas posiadaczami tego tytułami i dzierżycielami tarczy - choć nie bardzo sobie wyobrażam, jak Falcon łączył ją z lataniem), ale mimo wszystko, jak Bucky tylko kiwa głową i cichutko stoi z boku, to mając na względzie depresyjną historię tej postaci i jego ostatnie nastawienie do życia, można mieć wrażenie, że za chwilę poleci do Wakandy i poprosi Czarną Panterę "To ja jednak wolałbym z powrotem do lodu, bardzo proszę". Tak to odebrałem oglądając i trochę mi psuło odbiór zakończenia (podobnie jak wątpliwości "czasowe" o których poniżej). Poza tym, trochę niefajnie, że Kapitan planując pozostanie w przeszłości, nie zabrał ze sobą Bucky'ego, który ma jeszcze bardziej pofajdane i trudniejsze życie od niego, a teraz stracił jedynego przyjaciela. Ale potem dowiedziałem się, że jest teoria, że Bucky wiedział - albo Kapitan wprost z nim to omówił, albo panowie porozumieli się bez słów. Jest to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że przed skokiem czasowym żegnają się, jakby Bucky wiedział, że Steve wcale nie wróci po 5 sekundach - albo wróci odmieniony - że jest to prawdziwe pożegnanie. Kupuję tę teorię i dla mnie w pewnej mierze "polepsza" ona zakończenie.

 To w sumie ciekawe, jak ktoś zauważył, że dwaj, można powiedzieć, główni bohaterowie - Iron Man i Kapitan Ameryka - przeszli drogę w przeciwne strony. Tony Stark zaczął jako hedonista i kobieciarz nie liczący się z konsekwencjami swoich działań, a Steve w pierwszych Avengersach wytknął mu niezdolność do poświęceń - w miarę czasu Stark zaczyna się statkować, najpierw nawiązując stały związek z Pepper, potem żeniąc się z nią i zakładając rodzinę, zaczyna zastanawiać się nad konsekwencjami (co też nie zawsze wychodzi na dobre) no i ostatecznie poświęca swoje życie dla wyższego dobra. Kapitan, który zaczyna jako ucieleśnienie cnót, jest zawsze gotów do poświęceń i właściwie nie bardzo bierze pod uwagę możliwości posiadania "własnego życia", pod koniec pozwala sobie na prywatę.

Przemiana Thora była dla mnie troszkę przegięta. W ogóle, to ścieżka rozwoju tej postaci jest pokrętna jakby rysował ją sam Thor pod wpływem Asgardzkiego Stouta. "Thor nie jest godnym bycia królem, ale zaczyna się poprawiać", "Thor jest godny bycia królem, ale odmawia objęcia tronu", "Thor jest godny bycia królem i zostaje nim... królem tego, co zostało z jego królestwa", "Thor jest megapotężny i godny bycia królem, ale z jego królestwa nie zostało nic", "Jednak coś zostało z jego królestwa, ale nie jest godny bycia królem, właściwie to jest żulem.... a nie, jednak w sumie jest trochę godny, ale odmawia bycia królem".

Wielu widzów (i być może sami twórcy) może głębiej się nad nie zastanawiali, ale efektów pstryknięcia nie da się tak łatwo zniwelować. W końcu powinno ono przynieść o wiele więcej ofiar, niż sami "sproszkowani" - najprostszy przykład, ludzie, którzy zginęli w wyniku zniknięcia kierowców pojazdów i związanych z tym wypadków i katastrof (nawet pod koniec Infinity War chyba jest pokazany rozbijający się helikopter). Idąc dalej - po tym zdarzeniu powinien nastąpić straszliwy kryzys i chaos (upadek wielu organizacji i instytucji, w których nagle zabrakło przywódców i specjalistów oraz rozpacz i dezorientacja zwykłych obywateli), który skutkowałby kolejnymi ofiarami (nad czym troszkę "przeskoczono" w filmach). A wygląda na to, że Kamienie nie są w stanie odwrócić "prawdziwej" śmierci (Banner mówi, że próbował przywrócić Wdowę, ale się nie dało). Co gorsza, odwrócenie pstryknięcia powinno wiązać się z kolejnymi ofiarami. Wszak przez te pięć lat produkcja podstawowych zasobów musiała spaść i nagłe zdublowanie populacji będzie się wiązało z klęską głodu.Dalej - zanim zorganizuje się tym wszystkim z nagła pojawionym ludziom pracę, minie trochę czasu, a przez ten czas trzeba ich żywić, zakwaterować i ubierać. Możliwe, że sproszkowani w ogóle nie odczuli upływu czasu (jak sugeruje Spiderman), ale świat odczuł. Wygląda na to, że część ludności, która uniknęła sproszkowania pogrążyła się w stagnacji, inni nie zaakceptowali sproszkowania, uznając je formę zaginięcia, a nie śmierć (jak się okazało słusznie). Ale na pewno w wielu miejscach życie toczyło się dalej - może nie od razu, ale 5 lat to wystarczający okres. Co oznacza, że sproszkowani ujrzą, że ich stanowiska i mieszkania zostały zajęte, ich majątek poddany spadkobraniu, ich małżonkowie wstąpili w nowe związki... Zarzewie nowych konfliktów.


A teraz czas na rozważania związane z podróżami w czasie - jeśli kogoś nie rajcuje doszukiwanie się dziur logicznych w fantastyce, niech pominie.


Wspomniałem, że główny wątek - rozumiem przez to podróż w czasie - mam wątpliwości, czy mają one sens. Inna rzecz, że podróże w czasie praktycznie nigdy nie mają sensu. No ale zastanówmy się. Nie można zmienić przeszłości - nie dlatego, że jest to zakazane, tylko się nie da - ma to sens. Więc co? Bohaterowie jak rozumiem, przenoszą się do innych linii czasowych (jakby alternatywnych światów), zamiast do "swojej" przeszłości... Ale przecież w ten sposób zmieniają przeszłość tych innych linii czasowych, bo np. w "Nowym Jorku 2012" Loki uciekł z Teseraktem nie wiadomo gdzie, co diametralnie może zmienić... w zasadzie wszystko. Czy może każde wkroczenie w linię czasową powoduje stworzenie nowej "odnogi", kolejnego wariantu świata? W pewien sposób współgrałoby to z teoriami fizyki kwantowej - z tego co rozumiem, niektóre postulają istnienie nieskończonej ilości światów równoległych, a każda najdrobniejszy szczegół, każda decyzja, każdy ruch powoduje powstanie nowego (w sensie, że np. istnieje wszechświat, który jest dokładnie taki sam, jak nasz, a jedyną różnicą jest to, że atom tlenu nr 103647383 znajduje się o jedną milionową metra bardziej na lewo, niż u nas). Tyle, że w takim wypadku zwrot kamieni nie ma racji bytu. Powiedzmy, że "nasi" Avengersi przybywają z linii czasowej A. Zabierając Kamień Czasu Starożytnej, Bruce tworzy linię czasową B., która różni się do A tym, że zniknął z niej Kamień Czasu. Zwracając kamień, Kapitan nie zwraca go do linii B, tylko tworzy nową linię C, która od linii B różni się zwrotem kamienia. Ale w linii B dalej kamienia nie ma i Dormammu ją zeżre gdy przyjdzie na to czas.
Teraz przyszło mi do głowy trochę inne rozwiązanie - Scott mówił, że w kwantowym świecie czas płynie inaczej, tam gdzie on był, 5 godzin stanowiło 5 lat w "świecie A". Więc lądując w świecie B w roku 2012 Avengersi nie cofali się do przeszłości świata B, tylko znaleźli świat B, w którym czas płynie o tyle wolniej, że w obecnej chwili jest w nim rok 2012 i odwróceniu SNAPA zwrócą kamienie do tego samego świata, choć minie w nim trochę czasu. Oczywiście, takie rozwiązanie też ma swoje problemy, no bo jeśli w świecie B obecnie jest 2012 rok, to znaczy, że czas płynie w nim TROCHĘ wolniej, nie na tyle, żeby cała akcja w nim zabrała kilka sekund w naszym świecie. Ale i tak wydaje mi się, że to najsensowniejsza opcja, stanowiący najmniejszy gwałt na logice - no i nie wprowadza moralnych dylematów związanych z tworzeniem nowych linii.

Zakończenie jakie otrzymuje Kapitan Ameryka - nie jestem pewien, jak je rozumieć. Czy Kapitan przeniósł się do innej linii czasowej, w takiej chwili, by móc ożenić się z Peggy i przeżyć swoje życie? OK, ale w takim wypadku powinien i tak wrócić na tą platformę operowaną przez Hulka, a nie znaczny kawałek obok no i dlaczego nie miał na sobie kombinezonu "podróżnika w czasie"?
Jest też teoria, że Kapitan cofnął się w czasie w "naszym" świecie. Ponieważ przeszłości nie można zmienić, to znaczy, że mamy do czynienia z "zamkniętym kręgiem" - i Kapitan ZAWSZE był mężem Peggy, przez te wszystkie lata siedział zamknięty w czasie w jej domu (żeby nikt go nie wykrył, a gadka, że "Kapitan uratował mojego męża" to ściema), podczas gdy jego młodsze ja leżało w lodzie, a potem było Avengersem. No i że udawał, że nic nie wie o Hydrze (chociaż jego żona była jedną z liderek zinflitrowanej przez Hydrę Tarczy) i nie próbował ratować Bucky'ego (no a wersja z inną linią czasową dopuszcza, że w tej innej linii wszystko naprawił).

A teraz trochę rozważań i przypuszczeń na temat tego, co jeszcze nas czeka w MCU

Wyraźnie widać, że - znowuż, jak należało się spodziewać - wszyscy "pierwotni" Avengersi zostali wyeliminowani z gry. Iron Man i Czarna Wdowa - wiadomo. Kapitan Ameryka (pierwotny) też. Bruce ma tą spaloną rękę, nie wiadomo, czy da się to odwrócić. Hawkeye zapewne WRESZCIE uda się na prawdziwą emeryturę. Co dalej? Wyżej pisałem tak, jakby to był koniec MCU. Wiadomo, że nie. Ale mam trochę mieszane uczucia co do tego, w jakim kierunku teraz będzie ono szło.
Sądzę, że kolejne filmy już nie będą ze sobą tak mocno powiązane. W końcu w MCU Spiderman, Czarna Pantera, Dr Strange, Antman czy Kapitan Marvel nie mają ze sobą wiele wspólnego - są dla siebie w sumie obcy (co oczywiście można by zmienić), a co ważniejsze - ich pola zainteresowań się ze sobą rozmijają. Ciężko ich sobie wyobrazić pracujących jako drużyna. Możliwe, że od tej pory powiązania między filmami będą ograniczać się do jakichś aluzji (coś w stylu "Gazeta leżąca na stole w filmie o Spidermanie wspomina o wydarzeniach w Wakandzie"), może cameo od czasu do czasu. Tak czy inaczej, to koniec pewnej epoki - "Sagi Avengersów" czy też może "Sagi Kamieni Nieskończoności".

Aha, no tak, podobnież ma być jeszcze film o Czarnej Wdowie - siłą rzeczy, prequel. Wcześniej zakładałem, że będzie to coś z czasów przed Avengersami, wielu fanów przebąkiwało, że chciałoby wreszcie zobaczyć ten osławiony Budapeszt... Teraz przychodzi mi do głowy, że może pokażą coś z tych 5 lat przerwy, kiedy Natasza była "koordynatorką"? Ma być też serial o Lokim - i znowu, wcześniej zakładałem, że pokażę okres pomiędzy wpadnięciem do dziury czasoprzestrzennej w pierwszym Thorze do spotkania Thanosa, a teraz zastanawiam się, czy nie pokażą tego alternatywnego Lokiego, co spieprzył z Teseraktem. No i jeszcze ponoć z Wandą Maximoff ma być serial.

No i oczywiście kontynuacje rozpoczętych (pod)serii kinowych. Na pierwszy ogień Spiderman... No i tu mam trochę kłopot - bo on jest najbardziej z "życiowych i przyziemnych" bohaterów, którzy pozostali na scenie. Więc jego film powinien najmocniej pokazywać efekty sproszkowania - i odproszkowania - a pewnie jednak to wszystko będzie zamiecione pod dywan. Jedzie se na wycieczkę do Europy, jeszcze wygląda na to, że ze starą klasą (nie podrośli przez ten czas? Znaczy akurat sproszkowało wszystkich jego kolegów? Wygodne). O Czarnej Panterze ciężko coś powiedzieć na tę chwilę. Co do Strażników Galaktyki 3 - zapewne będą chcieli odzyskać przyjaźń Gamory... czy raczej pozyskać przyjaźń nowej Gamory. Poza tym, już wcześniej było zapowiedziane, że zetrą się z Adamem Warlockiem, którego "wyhodował" Ayesha w kokonie pod koniec dwójki. Aż taka jest zacięta, że po pięciu latach i takiej kosmicznej katastrofie będzie się mściła? Czy może nakazała Warlockowi zniszczenie Strażników, przez pięć czekał, bo Strażników nie było, a teraz mu się uaktywni Tryb Zabójcy? Podobną wątpliwość mam z Doktorem Strange - scena po napisach pokazuje, że Mordo uznał, że zbyt duża ilość czarodziejów na świecie stwarza zagrożenie i teraz krąży po nim, w jakiś sposób wysysając moc z nieszczęsnych magów... i tak krążył i krążył i nawet sproszkowanie go nie zatrzymało? Czy może zapomnimy o tym wątku? Idąc dalej  - całkiem pasowałoby, żeby Dormammu wrócił. Po pierwsze - został pokonany dzięki Kamieniowi Czasu, Kamienia nie ma, czas na zemstę za tamto upokorzenie. Po drugie - po ostatnich wydarzeniach ciężko podbić stawkę, ale złoczyńca, który podbił i wchłonął wiele wszechświatów jest groźniejszy od tego, który zagroził jednemu z nich. Oczywiście, to przy założeniu, że twórcy w ogóle będą próbowali stworzyć kolejny ogólnoświatowy "epicki crossover". No i choć w teorii (a w komiksach także w praktyce) Dormammu jest jednym z najpotężniejszych złych bytów, to w pierwszym Strange'u został trochę zredukowany do żartu, więc nie wiem czy jest jeszcze szansa na przywrócenie majestatu tej postaci.

Co jeszcze? Ktoś rzucił pomysł, że dzięki 5-letniemu przeskokowi Cassie Lang dojrzała i być może zostanie kolejną superbohaterką, jak w komiksach. W takim wypadku, jeśli MCU przetrwa jeszcze jakiś czas i nie rozpadnie się, będziemy mogli zaobserwować kolejną "nową jakość" - zastępowalność pokoleń - starzy odchodzą, młodzież dojrzewa i zajmuje ich miejsce. W komiksach tak nie ma - generalnie unika się rozmnażania właśnie dlatego, że dojrzewanie dzieci znamionuje upływ czasu, a komiksy dzieją się w takim trochę "bezczasie". A jeśli już jakieś maluchy się pojawiają, to ewentualnie pozwala się im dojrzeć (choć czasem z wielkim bólem - kto czyta, ten pewnie kojarzy jakie cyrki były z synami Wandy), ale starsze pokolenie (w tym rodzice dzieciaków) i tak stoi w miejscu. Może MCU wyrwie się z tego zaklętego kręgu?



poniedziałek, 25 marca 2019

Przemyślenia po "Kapitan Marvel"











 (EDIT)
W międzyczasie nadeszły  święta Wielkiejnocy. Zatem z ich okazji życzę Bożego błogosławieństwa, zdrowia, szczęścia. Obyśmy z wiary w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa czerpali wiarę w to, że i my możemy zmartwychwstać. W życiu doczesnym, metaforycznie - umrzeć dla grzechu i pogrzebać "starego człowieka" oraz narodzić się na nowo dla Boga. Jak i w życiu wiecznym, dosłownie.
(Koniec edycji)




Obejrzałem „Kapitan Marvel”. Film był umiarkowanie udany, ale nie porywający. Chyba najbardziej bawiły mnie interakcje Carol Danvers z Nickem Fury'm oraz Fury'ego z kotem (powiedzmy, że z kotem). W drugiej kolejności – Skrulle, choć wydaje mi się, że ich potencjał nie do końca został wykorzystany, widzowie mogli się spodziewać jakichś intryg ze zmienianiem tożsamości, psychozy w stylu „nie wiadomo, kto jest kim i komu ufać” - tego prawie nie ma i prawdę mówiąc miejsca na to nie było, biorąc pod uwagę raczej lekki ton filmu („Winter Soldier” to nie jest) i plot twist związany z rolą Skrulli – czy takie rozwiązanie jest zadowalające, każdy musi sam zadecydować. Czego zabrakło? Kapitan Marvel, jak na nową gwiazdę, która ma poprowadzić uniwersum po Endgame była trochę za mało wyrazista. Nie mówię, że całkiem bezbarwna, ale jednak mnie nie zachwyciła, a granie kartą „była dyskryminowana, ale się nie dała!!!”, może zadowala SJW, ale mnie niekoniecznie. Walki też były nieporywające – zarówno te „ludzkie” jak i kosmiczne/lotnicze. Jeśli ktoś nie jest fanem Marvela i chce obejrzeć po prostu dobry film SF (bez nacisku na „S”)... to niekoniecznie polecam, ale obejrzeć się da. Jeśli ktoś fanem jest, wiadomo, że z miejsca „Kapitan Marvel” trochę zyskuje – ale czy koniecznie trzeba trzeba go obejrzeć przed „Endgame”? Warto po to, by wiedzieć kim jest Kapitan Marvel, zwłaszcza skoro ma ona odegrać tak dużą rolę... Film jest mocno powiązany zresztą MCU, ale raczej nawiązuje do elementów, które już się pojawiły, niż wprowadza jakieś znaczące nowości. Choć jakieś szersze nawiązania w Edngame MOGĄ się pojawić – w końcu na pewno pojawią się tam wątki kosmiczne, więc jakiś wątek z Kree lub Skrullami (np. jako sojusznikami w walce z Thanosem) może się pojawić, choć niekoniecznie. Aha, no dobra, film wyjaśnia jedną tajemnicę – komu Fury zaufał i przez kogo stracił oko (vide „Zimowy żołnierz”) - osobiście nie uważam wyjaśnienia za satysfakcjonujące.

Tyle wrażeń ogólnych, czas na spoilery i luźne rozważania.


Wyłapałem takie potencjalne niekonsekwencje/nieścisłości (część z nich od razu wyjaśniłem):
    • Teserakt – był na pokładzie samolotu razem z Kapitanem Ameryką, do tej pory jego pierwsze pojawienie się po zatonięciu było w pierwszych Avengersach, kiedy TARCZA nad nim eksperymentowała. Ponieważ pierwsi Avengersi dziali się niedługo po zakończeniu pierwszego Kapitana Ameryki, zakładałem, że tarczownicy wyłowili Kapa razem z kostką. Teraz okazuje się, że Teserakt został wydobyty na długo przed Kapem. Wiki twierdzi, że Howard Stark wydobył kostkę w 1945, szukając Kapitana, jako źródło podany jest „Captain America: The First Avenger”. No ja tego nie pamiętam, ale skoro tak piszą, pewnie tak było.
    • Do Fury'ego niby wszyscy mówią „Fury”, nie inaczej, w tym nie „Nick”. A przecież Maria Hill w „Infinity War” zwraca się do niego właśnie per „Nick” - to na pewno. Internet podpowiada, że Czarna Wdowa także. Oczywiście, możliwe, że przez kilka lat coś się odmieniło.
    • Dlaczego Yonn-Rog, Korath i Marr-Vel wyglądają jak ludzie (poza oczami)? Założyłem w pierwszej chwili, że są mieszańcami, niekoniecznie z homo sapiens (w końcu wiadomo, że w MCU jest sporo nieludzkich gatunków wyglądających jak ludzie – Xandarianie czy Asgardczycy). Ale doczytałem, że jest to wśród Kree norma, po prostu tak u nich wygląda różnorodność rasowa (co samo w sobie było ponoć wynikiem pomyłki – w komiksach na początku wyglądali jak ludzie, ale w którymś komiksie pokolorowano ich na niebiesko, więc ustalono, że niektórzy są niebiescy, a niektórzy biali/różowi – jak widać, teraz również i czarni),
    • W pierwszych Strażnikach Galaktyki pokój z Xandarem zawiera „Kree emperor”, który nawet na chwilę pojawia się na ekranie, w rozmowie z Novą Prime. Jak to się ma do Najwyższego Intelektu? Czy „cesarzem” określają Intelekt obcokrajowcy, a morda Kree na ekranie to była po prostu jego wizualizacja (Nova Prime nie podłączała się kabelkami do wirtualnej rzeczywistości, więc nie było tego cyrku z przybieraniem postaci, którą szanuje rozmówca). Czy może cesarz jest dygnitarzem podległym Intelektowi? Czy w międzyczasie na Hali doszło do przewrotu i elektronicznego/ą dyktatora/kę zastąpił cielesny monarcha (co mogłoby mieć sens – w Strażnikach Kree, którzy w Kapitan Marvel są zaprezentowani jako zaciekli eksterminatorzy zawierają pokój z wrogami, a Ronan się pluje, że to niesłuszne jest i że on będzie przestrzegał starych praw – co może sugerować, że doszło do jakichś zmian. Może Kree po raz kolejny zostali upokorzeni przez Danvers, może oberwali od kogoś innego – np. Thanosa – doszli do wniosku, ze Intelekt się nie sprawdza, odłączyli babę/dziada od zasilania i posadzili na tronie jednego spośród nich – albo jako prawdziwego przywódcę, albo marionetkę).

Natomiast co na pewno nie jest błędem? Otóż niektórzy widzowie stwierdzili, że w Carol nie mogła latać na bojowych odrzutowcach, bo w tym okresie kobiety nie tylko nie mogły uczestniczyć w akcjach bojowych, ale w ogóle pilotować takich samolotów. Śmieszne. Podobnie jak narzekania, że Czarna Wdowa jest za młoda, żeby móc zaliczyć służbę w KGB. TO JEST INNY ŚWIAT. W nim II WŚ była toczona z użyciem genetycznie zmodyfikowanych superżołnierzy i laserów zasilanych kamieniem z kosmosu. Istnieją tam fikcyjne organizacje, takie jak SSR, TARCZA, Hydra, fikcyjne korporacje jak Stark Industries czy Roxxon, fikcyjni politycy jak prezydent Ellis czy sekretarz Ross, fikcyjne kraje jak Sokovia czy Wakanda... Ale kurczowo upieramy się przy trzymaniu chronologii z naszej Ziemi. Ale niektórzy kurczowo chcą się upierać przy realnej chronologii w jakichś trzeciorzędnych szczegółach. Typowa obsesja „zgodności historycznej”.

Twórcy chcieli mieć wyraźny plot twist. Takim twistem mogłoby być to, że Kree są źli... Tyle, że żaden zagorzały fan MCU (już nie mówiąc o czytelnikach komiksów) nie nabrał się, że smerfy są „noble warrior heroes”. Więc zamiast tego Skrulle okazują się być dobre. W sumie nawet spoko – od chwili gdy Talos wszystko wyjaśnił, czekałem w napięciu, co się stanie, bo założyłem, że okaże się, że jednak i Kree i Skrulle to zło (jak w komiksach), tylko Talos wkręca Vers, tak samo jak wcześniej smerfy i kiedy doprowadzi go do Teseraktu wykrzyknie „BUHAHAHA głupia babo, teraz będę rządził galaktyką!”. Niemalże miałem pewność, że tak będzie, gdy zaczął „nawoływać” swoich – założyłem, że to posiłki, które w tajemnicy za nim podążały, żeby w odpowiedniej chwili wkroczyć i spacyfikować Carol. Nawet gdy zaczął się miziać z żoną i córką myślałem, że jednak okaże się być trochę zły – choć już raczej na zasadzie „Dobrze, a teraz użyjemy Teseraktu, żeby odpłacić Kree pięknym za nadobne, za nasze krzywdy” i jednak Carol będzie musiała go powstrzymać. A jednak nie. Nie było źle, jakiś suspens był... Ale jednak, czy trochę nie zmarnowano Skrulli? Jak wspomniałem wyżej, są genialnym materiałem do paranoicznych scenariuszy o inflitracji, mogliby wprowadzić powiew nowego gatunku do MCU – jak „Zimowy Żołnierz” był po trosze thrillerem szpiegowskim, tak film ze Skrullami mógłby być horrorem (no dobra, pseudohorrorem w wersji light) w typie „Thing” Carpentera. Rozumiem, że TEN film miał być o czymś innym, ale myślę o przyszłości... No i jednak zaskakuje mnie JAK BARDZO nie próbowano grać takimi wątkami. Skrulle prawie nie próbują wykorzystywać tej opcji w walce – dobra, jeden próbuje oszukać snajperkę, nie udaje się, wszyscy się ujawniają i rezygnują ze swojego największego atutu – ok do tej pory Kree mogą się spodziewać, że stojący przed nimi towarzysz to Skrull, ale co z tego? Nawet chwila zawahania może wystarczyć. A dalej na Ziemi łżeCoulson i łżeKeller w zasadzie od razu się ujawniają (ten drugi tylko przed widzem, ale jednak). W przyszłości droga nie jest całkiem zamknięta, ktoś z Marvela – Feige albo jakiś jego wasal, nie pamiętam – zaczął przebąkiwać, że u Skrulli są różne frakcje i w jak w każdym ludzie są źli i dobrze. Więc się zobaczy. Aha, w sumie fajnie, że zaprzeczono kliszy i Talos przeżył, choć zgodnie z zasadami hollywoodzkiej dramaturgii nie miał prawa – zaliczył strzała w ostatniej chwili, gdy drzwi się za nim zamykały i jeszcze chyba uśmiechał się do swojej uratowanej rodziny, w takiej sytuacji jedyne co normalnie by mu pozostało, to wygłosić ostatnie słowa. A tu nie.


Jak wspomniałem wyżej, nie do końca podoba mi się rozwiązanie kwestii oka Fury'ego. Trochę przykro, że pozbawił go kotek, którym się zachwycał i do którego się przymilał przez pół filmu. Znaczy, miało trochę sensu, no bo rozumiem, że to nie kotek, tylko kosmiczna poczwara, zresztą nawet w przypadku prawdziwych kotów nadmierne czułości do głupi pomysł... ale jednak trochę przykro.

Być może trochę zabrakło jakiejś większej traumy związanej z ujawnieniem machinacji Kree. W sumie Carol było przykro, że niesłusznie tępiła Skrulli i tyle. Ale brak było jakiegoś mocniejszego pokazania poczucia zdrady czy też rozterek związanych, że od teraz walczy z osobami, które przez ostatnie sześć lat postrzegała jako dobroczyńców/towarzyszy broni/ziomków. Wydaje mi się, że trochę trudno się tak z marszu przestawić... Właściwie to rozwiązano to dwuzdaniową konwersacją z Minn-ervą (a co z pozostałymi, którzy niekoniecznie wiedzieli, co dokładnie zaszło?).


Pisałem wcześniej, że Carol jest trochę mało wyraźna. Ale jednak nie jest całkiem pozbawiona charakteru. Nie wiem, czy twórcy chcieli pójść w tę stronę, biorąc pod uwagę całe to feministyczne zadęcie, ale odbierałem ją jako postać trochę... hmm... dzieciną? Młodzieńczą? Dziewczęcą? Złożyło się to na kilka czynników:
  • te ciągłe flashbacki, w których dosłownie jest małą dziewczynką,
  • w innych flashbackach zachowuje się jak nastolatka, śpiewa głośno w barze, gra na automatach (znaczy, nie żebym osobiście miał coś przeciwko graniu na automatach, ale jednak „majnstrimowo” nie są one postrzegane jako rozrywka dla dorosłych),
  • to, że cały czas błąka się jak dziecko we mgle, nie wie o co chodzi, Kree ją oszukują, na Ziemi nie wie jak się zachować itd. Pod koniec filmu trochę się to zmienia, ale nawet wtedy jej pokaz mocy można potraktować jako młodzieńczy bunt,
  • jej relacja z „porucznikiem Nygusem”,
  • na początku filmu przychodzi do swojego „mentora”, bo miała zły sen, potem w czasie akcji wyrywa się do przodu, by móc się wykazać. Generalnie, przez kilka pierwszych minut jej relacja z Yonn-Rogiem wygląda trochę jakby była jego młodszą, narwaną ale sympatyczną i utalentowaną młodszą siostrą, którą kocha, nawet jeśli jest trochę zniesmaczony jej wybrykami (wiem, nie o to chodzi, ale jednak takie było pierwsze wrażenie),
  • Fury w pewnej chwili mówi, że jego wygląda jak czyjaś zbuntowana bratanica, czy jakoś tak,
  • jej relacja z „porucznikiem Nygusem”,
  • ma blond włosy, które u postaci kobiecej (u męskiej trochę też) często kojarzą się „niewinnością” (no chyba, że mamy do czynienia z inną kliszą tj. „królową lodu” a ekstremalnym przypadku „suczą z SS”, ale tu to nie wchodzi w grę) i taką krągłą twarz, która też chwilami kojarzy mi się „dziecinnie”,
  • kompletny brak fanserwisu, czy choćby cienia relacji romantycznych/erotycznych (no chyba, żeby dopatrywać się ich z Marią Rimbeau, ale wolę tego nie robić) – co ciekawe, brak love interest u postaci kobiecej jest postrzegany właśnie jako przejaw feminizmu i budowania „siły” tej postaci... co niespecjalnie ma sens, biorąc pod uwagę, że jak do tej pory właściwie każdy z Avengersów miał jakiś wątek romantyczny, więc gdyby Carol robiła do kogoś maślane oczy, to nie byłby to żaden seksizm i pokazywanie, że kobieta musi być emocjonalna, wrażliwa, romantyczna i kochliwa, tylko zwyczajne dopasowanie jej do kolegów. Inna sprawa, że lewicowcy często krytykują z zasady wątki romantyczne, jako takie, również u mężczyzn – chyba dlatego, że one (na szczęście) w 99,99999% „hetero” (tj. normalne, choć niestety rzadko wiążą się z sakramentem małżeństwa), co nie pasuje do ich smęcenia o „reprezentacji” i trochę przeszkadza w pisaniu entego slasz fanfika z gejowskimi orgiami – oczywiście istnieje też uzasadniona krytyka takich wątków, wykorzystująca argumenty takie jak „po co to, przecież jest niepotrzebny i zabiera czas na ważne wątki” albo „ten wątek wziął się znikąd, strasznie wymuszony”,
  • nie ma większych rozterek moralnych, robi, co uważa za słuszne pod wpływem impulsu, jeśli pojawiają się jakie dwuznaczności, to dlatego, że ją oszukano.

No i właśnie dlatego postrzegałem Carol jako postać „dziecinną”. Nie w sensie, ze infantylną i głupią, tylko bardziej niewinną idealistkę zderzającą się z rzeczywistością. Co sprawiło, ze ta postać zyskała u mnie trochę punktów i nieco odsunęła się od bycia Mary Sue. No właśnie. Problem w tym, że nie lubię przegiętych postaci. Cicho, lewaki – nie przegiętych postaci kobiecych, po prostu przegiętych postaci. Nie przepadam za Supermanem, a Kapitan Marvel w tej chwili jest właśnie Supermenem MCU. Z takimi osobnikami tylko same problemy – najpierw kreuje się ich na wszechmocnych, a potem trzeba się z tego wycofywać, bo wszechmoc z fabularnego punktu widzenia jest nieciekawa, ciekawe są konflikty i przezwyciężanie trudności. Dlatego takiego Supermana trzeba albo osłabiać – po to wymyślono kryptonit – albo wręcz „chować”, żeby nie rozwiązywał wszystkich problemów od ręki i kradł innym show (jak Lidze Sprawiedliwości, gdzie przez większość akcji był martwy, a jak pod koniec przestał być, to oznaczało, że jest po zabawie). I pewnie tak samo będzie z Carol. W ramach feministycznego przesłania pokazano, że jest już właściwie na samym szczycie – gołymi rękoma rozwala krążowniki, nikt jej nie podskoczy i nikomu „nie musi nic udowadniać”. No a przecież jeśli Endgame – i przyszłe filmy z jej udziałem – mają mieć sobie choć odrobinę napięcia, będzie musiała spaść z tego piedestału. OK, niech sobie pokona Thanosa, ale żeby walka była ciekawa, wprzódy Szalony Tytan będzie musiał jej nabić parę siniaków i chociaż zarysować kombinezon. Ba, dobrze by było, gdyby choć przez chwilę nad nią triumfował i ją upokorzył. Żeby wygrana protagonisty była coś warta, musi być związana z choć odrobiną trudu i bólu. Protagonistek też to dotyczy. A niektórzy mają problemy ze zrozumieniem tego – vide ból tyłka z tego powodu, że w X-Men: Apokalipsa główny złol przydusił Mistique. Bo chcemy silnych, walczących postaci kobiecych. Ale nie chcemy oglądać przemocy wobec kobiet. Ha. Poza tym, cholernie przykro będzie jeśli taka nuworyszka pojawi się w ostatniej chwili i będzie rozstawiać po kątach postaci, które zdążyliśmy poznać i polubić. Mam nadzieję, że nie czekają nas kolejne takie dyskusje:
  • Nie podoba mi się, jak poprowadziliście Kapitan Marvel.
  • Oooo, szowinista się odezwał, dupa boli & male tears, że pokazują silną, niezależną kobietę? Łojojoj, chcesz, żeby ci współczuć, biedaczku.
  • Nic takiego nie powiedziałem. Chodzi o to, że źle ją poprowadzili, zrobili z niej Mary Sue. Gdyby była facetem, też by mi się to nie podobało.
  • Nieprawda, my lepiej wiemy, co myślisz, seksisto. Ić stont <<tu wstaw jakiegoś mema i kilka nic nie wnoszących popisów ironii i sarkazmu>> Mylisz się i nie powiem dlaczego, bo nie jestem tu, żeby cię edukować. Dlaczego tak bardzo nienawidzisz kobiet? A w ogóle to nie jest film dla ciebie, ty biały heretoseksualny cissamcze, więc się nie odzywaj!


Kwestia relacji Carol z Marią Rambeau. Oczywiście, wprost nie pokazano niczego zdrożnego, zgodnie z kanonem są „best friends” i koniec. Ale ewidentnie to było mrugnięcie okiem do LGBT. Mieszkają razem, razem spędzają święta, razem wychowują dziecko, po zaginięciu Carol to Maria dostaje jej rzeczy, w dodatku Carol jest z jakiegoś powodu skłócona ze swoimi rodzicami... No i nie ma najmniejszej wzmianki o ojcu Moniki (w komiksach mąż Marii jest strażakiem). Oczywiście, wszystko to da się racjonalnie wyjaśnić, osoba płci żeńskiej, z którą byłem na seansie była zaskoczona, że doszukuję się dewiacji, twierdząc, że to normalna relacja samotnej matki z bezdzietną koleżanką... W każdym razie – Chińskie władze to ateiści/poganie prześladujący chrześcijan, ale w jednym aspekcie robią dobrą robotę – nie dopuszczają na nadzorowany przez siebie chiński rynek (który jest coraz bardziej znaczący dla Hollywoodu) propagowania zboczeństwa i dzięki temu producenci blockbusterów muszą się trochę krygować.

piątek, 23 listopada 2018

Kontrowersje po śmierci Stana Lee

Tak, wiem, nie potrafię uszanować śmierci, żeruję, clickbait, propaganda itd. Generalnie, śmierć Stana Lee i wypowiedzi niektórych ludzi na jego temat bezczelnie traktuję jako pretekst, by propagować homofobię. Amen. Ale doceńcie, że przynajmniej poczekałem, aż go pogrzebią ;)



Oczywiście, jak usłyszałem o śmierci Stana Lee, nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jakie były jego poglądy, w szczególności religijne. Udało mi się znaleźć dwie wypowiedzi na ten temat. W jednej zapytany o inspiracje literackie, wymienił m.in. Biblię, choć w kontekście raczej językowym, niż duchowym: "And I read the Bible, I'm not a particularly religious person, but I love the phraseology: Thous, and Doths and Begets, so that was definteley in my mind when I was writing things like Thor" (http://www.christiandivine.com/StanLee.htm). W drugim przypadku, wprost zapytany, czy według niego Bóg istnieje, odpowiedział "Well, let me put it this way… [Pauses.] No, I'm not going to try to be clever. I really don't know. I just don't know" (https://www.avclub.com/is-there-a-god-1798208251). A zatem wyglądał na "czystego" agnostyka. Cóż, nie mnie jako katolikowi rozstrzygać, co ostatecznie zadziało się w jego duszy i jaki jest jej los, mogę jedynie powiedzieć "Wieczny odpoczynek, racz mu dać Panie". Ponadto powiem, że sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka, choć oczywiście zamotanego w świat szołbiznesowych, lewackich wartości no i (współ)tworzył uniwersum, które w ostatnim czasie dostarczyło mi sporo rozrywki i okazji do refleksji.

Oczywiście, sprawdziłem również, jak wypowiadali się o nim inni. Zdecydowana większość wypowiedzi była pełna hołdów, ale znalazło się trochę sceptyków, czy tzw. "hejterów". Zarzucano mu, że wycyckał swoich współpracowników na czele z Jackiem Kirby, co byłoby sensownym zarzutem (choć nie podejmuję się oceny, czy prawdziwym). Zarzucano mu również, że pod koniec życia molestował opiekujące się nim pielęgniarki... co również byłoby dosyć przykre, gdyby się potwierdziło. Żyjemy w czasach gdy co niektórzy SJW wprost mówią, że w przypadku oskarżenia o molestowanie (zwłaszcza oskarżenia "white hetero cis male", czyli według tych przepełnionych tolerancją ludzi, najgorszej możliwej swołoczy) nie powinno się stosować "domniemania niewinności", a raczej domniemanie winy. A najlepiej nieobalalne i niepodlegające dyskusji założenie, że jeśli ktoś został oskarżony, to znaczy, że jest winny, koniec i kropka, a jakiekolwiek próby jego obrony to świństwo i "mizoginia". I nawet jeśli oskarżycielka wprost przyzna, że wszystko zmyśliła, to i tak nie powinno to być podstawą do przyznania, że oskarzony jest niewinny, jak w przypadku sędziego Kavanaugh. Warto, żeby niewinni (o ile hetero cis scum może być niewinny) poszli siedzieć, jeśli ma to pomóc w obaleniu "patriarchii" (patriarachatu? W każdym razie, zaczerpnięte z prawdziwej wypowiedzi). Tymczasem, w przypadku Stana Lee reakcje na te oskarżenia były zdumiewająco zdroworozsądkowe i logiczne - obrońcy wskazywali m.in. na to, że opiekunki nie wniosły żadnego formalnego oskarżenia, a jedynie domagały się pieniędzy, a cała sprawa pachniała próbą wymuszenia. To potwierdza, jak cenioną osobistością był Stan Lee - skoro nawet znaczna część tumblrowców zrobiła w jego przypadku wyjątek od zasady "domniemania winy".

Ale idąc dalej - pojawiły się oskarżenia o "rasizm i homofobię" (to znaczy, nie to, żebym miał coś przeciwko homofobii, ale wiem, ze według autorów tych wypowiedzi jest ona czymś złym). Śmieszne, twórca "Czarnej Pantery" rasistą... Nie to, żeby lewacy potrzebowali jakiegoś szczególnego powodu dla wykrzykiwania swoich magicznych zaklęć pod czyimś adresem, ale spróbowałem sprawdzić, czy w tym konkretnym przypadku opierają się na jakichkolwiek, choćby najwątlejszych przesłankach. Okazało się, że problem wynikł z tego, że Stan Lee swego czasu wypowiedział się krytycznie na temat koncepcji "czarnoskórego biseksualnego Petera Parkera" i stwierdził, że nie ma sensu zmieniać istniejących postaci w celu uczynienia z nich przedstawicieli "mniejszości" - jeśli ktoś chce zapewnić "reprezentację", niech stworzy nowe (co zresztą w pewnym sensie się stało - przecież istnieje czarny Spiderman w postaci Milesa Moraleza. A że gejowskiego nie ma, to akurat dobrze - wtrącenie moje). I że wypowiedzi ówczesnego odtwórcy roli Spidermana - Andrew Garfielda - sugerujące, że fajnie, jakby MJ była facetem, są próbą zwrócenia na siebie uwagi.
https://lulz.com/woke-twitter-stan-lee-1905/
 http://tearingdownthatfence.tumblr.com/post/58325003193/stan-lee-comments-on-bisexual-spider-man-again
https://www.redstate.com/brandon_morse/2018/11/13/sjws-attack-stan-lee-passing-label-horrible-things/
https://twitter.com/shipperofstuff/status/950845095607263232

Oczywiście, nie łudzę się, że Stan Lee był prawicowcem. Możliwe, że gdyby mnie spotkał, znając moje poglądy, nie podałby mi ręki (albo wyraził swój niesmak w inny sposób - cóż, takie życie katola-fantasty, trzeba być świadomym, że większość twórców rzeczy, które się lubi, nie polubiłaby ciebie). Raczej był takim typowym przedstawicielem szołbiznesu, o poglądach, powiedzmy "umiarkowanie lewackich". Ale jak widać, wielu tęczowym bojownikom to nie wystarcza. Kiedyś tolerancja oznaczała brak agresji. Potem zaczęła oznaczać brak krytyki. Obecnie, dla lewaków nie jest tolerancyjny, jeśli odmawiasz aktywnego popierania ich postulatów w jakiejkolwiek kwestii, w jakimkolwiek stopniu. Możesz powiedzieć "Hej, nie mam nic przeciwko gejom, super że są gejowskie postaci, wiwat LGBTXYZ@$#%... ale może nie każda istniejąca postać koniecznie musi być queerowa?" i bum, jesteś homofobem. W sumie, fajnie. Może taka postawa ostatecznie przyniesie więcej dobrego, niż złego. Bo w końcu umiarkowani lewacy, którzy popierają LGBT, bo nie chcą się czuć/być postrzegani jako "homofobowie" zrozumieją, że choćby nie wiem jak się starali, nigdy nie będą dość dobrzy i zawsze będą obrywać i słyszeć, że muszą czekać swój przywilej. I w końcu ich szlag trafi i nawrócą się na homofobię. Czego im życzę z duszy, z serca.
https://twitter.com/wrongpool/status/1018363365528227841

czwartek, 3 maja 2018

Przemyślenia po "Infinity War"

Tradycyjnie, spoilery i zamiast jakiejś sensownej recenzji, zbieranina luźnych rozważań.

Jest dobrze, oczywiście, żaden epicki superfinał nigdy nie będzie tak epicki i superowy, jak bym chciał, ale jest dobrze.
Nieźle udało się rozegranie tak dużej liczby bohaterów, bałem się, że nie podołają - a tu nawet część "tła" dostała swoje 5 minut (Pepper, Wong czy generał/sekretarz Ross). Zaskoczyło mnie, że w sumie "team Cap" (w tym sam Cap) poza Wandą byli jednak tak trochę na drugim planie. No bo to był film braci Russo, a to jednak tak trochę "ich" postacie. Z jednej strony, można uznać, że w tej części więcej czasu poświęcono Strażnikom, Spidermanowi czy Strange'owi, no bo pożegnaliśmy się z nimi (przynajmniej na jakiś czas). Z drugiej strony, z Bucky'm i Falconem też się rozstaliśmy (a o ile Falcon niekoniecznie miałby dużo do powiedzenia w tym filmie, o tyle Bucky'ego jednak się spodziewałem więcej).

Niektóre osoby zachwycają się Thanosem. Spoko, jest fajnym złoczyńcą, może mnie nie powalił, ale jest OK. Bardziej mnie dziwi to, że niektórzy doszukują się sensu w jego planie. Nie to, że ktoś twierdzi, że masakra jest spoko, bardziej mówiąc coś na zasadzie "No tak, ma rację, przeludnienie jest problemem, ma złe metody, ale coś trzeba z tym zrobić". Aha. No i "On jest gotów wyeliminować istoty niezależnie od ich płci, wieku, rasy, pozycji, coś tam". No tak, walka z przeludnieniem i brak dyskryminacji, to hasła, które mogą trafiać do lewicowo nastawionych osób. Tyle, że plan Thanosa jest bezsensowny i koniec. Po pierwsze, dlaczego nie próbuje użyć Kamieni po to, żeby rozwiązać problem ograniczonych zasobów w inny sposób. Na przykład pomnażając je. Pomagając istotom lepiej je zdobywać i nimi zarządzać. Dlaczego chce zostać eksterminatorem, a nie cudotwórcą, przewodnikiem lub imperatorem? Można by powiedzieć, że zarządzanie jest trudniejsze, wymaga więcej czasu itd. niż eksterminacja, ale jeśli Thanos jest takim idealistą, chyba powinien spróbować? Po drugie - to, że zabija losowo połowę istot jest minusem, a nie plusem. Wiem, że dla niektórych "niedyskryminacja" jest fetyszem... Ale nawet jeśli przyjąć, że wymordowanie połowy to dobre rozwiązanie, to czy nie lepiej byłoby zacząć, dajmy na to, od przestępców? Czy wymordowanie uczciwych ludzi albo nawet dzieci jest bardziej sprawiedliwe od zabicia kryminalistów (nawet drobnych), bo "równość"? Ponadto - nawet jeśli przyjmiemy, że w galaktyce jest wiele społeczności, dla których przeludnienie jest problemem, na pewno nie dla wszystkich. A przecież Thanos przepołowił losowo wszystkich. Czyli zapewne również niewielkie, rozwijające się społeczności. Albo dajmy na to, kolonistów, którzy niedawno zasiedlili nową planetę, właśnie po to, żeby rozwiązać problem przeludnienia i braku zasobów. Po trzecie - zabijając połowę, zabija dużo więcej niż połowę. Nagłe zniknięcie połowy ludzi, z których każdy przecież ma jakąś rolę, doprowadzi do straszliwego kryzysu. Najbardziej oczywistym przykład jest ukazany w scenie po napisach - kierowcy i piloci (i generalnie operatorzy maszyn), których nagłe zniknięcie spowoduje wypadki. Ale idąc dalej - zniknięcie rolników, robotników, inżynierów, lekarzy pogłębi problemy z zasobami, które masakra miała rozwiązać. Zniknięcie przywódców wywoła kryzys polityczny, wojny i dalsze straty. Tyle, jeśli chodzi o przywrócenie równowagi. W sumie, to wydaje mi się oczywiste, no ale jak wyżej - są ludzie, którzy odczytują to inaczej. Dla mnie Thanos jest fajną postacią, o ile traktuje się go jako szaleńca, nie "wizjonera, który przesadza".

Kilkakrotnie pojawiała się kwestia "życie w zamian za kamień". Tak, jest taka klisza, że "prawdziwy bohater" nigdy nie poświęci pojedynczego życia dla wyższego dobra (nawet jeśli oznacza to zamordowanie dużo większej ilości osób, paradoks wagonika, empatia, coś tam). Ale tutaj w sumie jej uniknięto. To, że Wanda (i reszta) miała opory przed poświęceniem Visiona było zrozumiałe, mając na względzie ich relację oraz to, że pojawiła się nadzieja na inne rozwiązanie - no i ostatecznie, gdy nie miała innego wyboru, zrobiła, co trzeba. Strange oddający kamień w zamian za życie Tony'ego wygląda bezsensownie. Dlaczego Strange, generalnie raczej zasadniczy facet, miałby sprzeniewierzać się swojej świętej misji strzeżenia Oka (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jako czarodziej zdaje sobie sprawę z potencjału Kamieni i z tego, co Thanos może zrobić, jak je dostanie), żeby ratować jakiegoś denerwującego gościa, którego poznał parę godzin temu i którego niespecjalnie lubi? Ano dlatego, że Strange zbadał bodajże... 14 tysięcy? linii czasowych i tylko w jednej z nich Thanos może zostać pokonany. Wniosek, że w tej jednej, jedynej linii czasowej niezbędny do pokonania Szalonego Tytana okazuje się Iron Man, więc Strange dochodzi do wniosku, że Stark musi przeżyć, choćby nie wiem co. Wskazują na to inne jego słowa - w pewnej chwili mówi coś o "endgame" (co potwierdza, że to jest dla niego gambit), a przed dezintegracją, że to była "Jedyna droga". Podobnie jak Wanda Visiona, tak Quill ostatecznie jest gotów poświęcić Gamorę (w obu przypadkach poświęcana osoba sama o to prosi). Ale jest trochę zastanawiające, że Gamora jest gotowa pomóc Thanosowi zdobyć Kamień Duszy, by uratować Nebulę. Przez większość ich życia nie układało się między nimi najlepiej, ok, ostatnio zaczęły się dogadywać... Ale czy aż tak, żeby Gamora była gotowa na coś takiego, biorąc pod uwagę, że jest gotowa sama umrzeć, byle zapobiec zdobyciu Kamienia... i jako ulubiona córka Thanosa najlepiej zdaje sobie sprawę ze skutków jego działań. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że chwilę wcześniej Quill, który jest dużo bardziej emocjonalną, mniej rozsądną osobą - co zresztą chwile potem zostało bardzo dobitnie pokazane -  był gotów ją zabić (a nie tylko patrzeć, jak ktoś inny ją zabija). Nie mówię, że jakoś strasznie mnie to raziło, ale jednak było zastanawiające.


Bitwa w Wakandzie była spoko. Trochę mnie denerwuje ta superbohaterska (i nie tylko superbohaterska) klisza, kiedy z wielce wielkim zagrożeniem walczy jedynie garstka herosów, a normalne rządy czy armie nawet nie próbują, a jeśli próbują, to ich wysiłki okazują się kompletnie bezużyteczne w porównaniu z osiągnięciami garstki herosów. Akurat tutaj WSZYSTKIE wysiłki okazały się bezskuteczne, ale przynajmniej pokazano, że jeśli próbujesz odeprzeć inwazję z kosmosu, warto mieć za sobą armię a nie jedynie paru kumpli (i jest uzasadnione dlaczego inne armie prócz Wakandzkiej nie wzięły udziału w walce - Thanos nie chciał podbijać Ziemi, tylko zgarnąc przedmiot znajdujący się w Wakandzie i cała "wojna" potrwała powiedzmy parę godzin, więc USA czy Chiny nie zdążyły zareagować). Sama bitwa byłaby oczywiście bez sensu z punktu widzenia "współczesnego" realizmu. Współczesna wojna na ogół polega z grubsza na tym, że bombarduje się wroga, a gdy jego armia zostanie rozbita (co nie znaczy "wybita"), a infrastruktura zniszczona, wprowadza się szeroko rozumianą "piechotę", która ma zadanie spacyfikować niedobitki i zabezpieczyć teren (plus siły specjalne, które w międzyczasie wykonują, no, zadania specjalne). Ustawianie żołnierzy w równe kwadraty i szarżowanie na wroga to samobójstwo i koniec. Ale w sytuacji, która jest pokazana w filmie, ma to jakąś racje bytu. Thanos, pomimo absolutnego panowania w "powietrzu" (Wakanda ma lotnictwo, ale nie ma statków kosmicznych) nie może zbombardować wroga w cholerę, bo tarcza ochronna - zapewne po jakimś czasie udałoby się ją zniwelować, ale z punktu widzenia Thanosa nie ma sensu wikłanie się w długie oblężenie (bo w tym czasie bohaterowie mogą zniszczyć kamień, bo inne ziemskie państwa zareagują, a nawet jeśli Thanos je łatwo pokona, to odwlecze chwilę ostatecznego triumfu, gdy jest on tak blisko itd.). Więc Thanos zasypuje Wakandę hordą bezmyślnych, krwiożerczych potworów, bo wystarczy, żeby niewielka część z nich przedarła się przez tarczę (i odwróciła uwagę od właściwej operacji przejęcia Kamienia Umysłu). Przeciwko takiemu przeciwnikowi faktycznie walka "po średniowiecznemu" może mieć sens (szeroko rozumiany ostrzał artyleryjski nie ma racji bytu, bo lądowniki opadły blisko pola bitwy, tarcza działa w obie strony, a hordy Outridersów (tak się nazywają te stworki) w przeciwieństwie do normalnej armii nie da się rozbić, trzeba ją wybić. No i walka "kupą" może mieć sens - w prawdziwej współczesnej walce podstawą walki piechoty jest krycie się za osłonami, ale krwiożercze ufoki nie używają broni palnej). Inna sprawa, że Wakanda jest po prostu zacofana jeśli chodzi prowadzenie wojny. Zanim krzykniesz "rasizm!", pomyśl. Wakanda izoluje się od świata. Można założyć, że Wakanda od wieków nie prowadziła wojen. Gdyby prowadziła, mogłaby albo przegrać (i zostać podbita, co doprowadziłoby do utraty przykrywki), albo wygrać (co doprowadziłoby do utraty przykrywki, bo nawet gdyby nie użyli pełni siły swojej technologii, samo wygranie wojny zaprzeczałoby byciu grajdołem zamieszkanym przez pasterzy kóz). Wakandczycy mogą być świetnymi wojownikami, szpiegami, komandosami... Ale wiedzę o prowadzeniu regularnej wojny, jej logistyce, strategii itd. mają opanowaną co najwyżej w teorii.
Ale chwilami jednak było czuć trochę pustkę. Thanos, posiadacz "największej armii we wszechświecie" wszędzie popyla sam (albo w towarzystwie kilku pomagierów), co zresztą niemalże doprowadza do jego klęski w czasie walki na Tytanie, idąc po Kamień Duszy zabiera ze sobą tylko "córkę", które go nienawidzi i już raz pokazała, że jest gotowa skorzystać z okazji, by spróbowac go zabić, Nebula rozwala jednego strażnika i przejmuje gigantyczny okręt flagowy itd. (to, że wysłannicy Thanosa najpierw próbowali przechwytywać Kamienia pracując tylko parami ma sens, bo to jak rozumiem, miały być właśnie szybkie, stosunkowo "dyskretne" akcje typu "Zabieramy to i spieprzamy w miarę możliwości nie wdając się w większe walki". Znowuż, nie raziło mnie to aż tak bardzo, by odebrało przyjemność z oglądania (no i teraz przyszło mi do głowy ewentualnie takie wyjaśnienie, że Kamień Przestrzeni - ten, który był w teserakcie - "normalnie" działając przenosi jedną osobę plus najbliższych towarzyszy. Da się za jego pomocą stworzyć większy, stały portal, który jest w stanie przenosić całe armie przez kosmos, ale wymaga to czasu i przygotować - tak to chyba wyglądało w pierwszych Avengersach, gdzie Zahipnotyzowany Selvig instalował jakąś machinę wykorzystująca teserakt na dachu wieżowca. A i tak chyba Kamień jest lepszy od "zwykłej" teleportacji za pomocą zaklęć, no bo chyba czarodzieje nie są w stanie przenosić się na skalę międzyplanetarną - przynajmniej Strange nawet nie próbuje tego robić).
 No ale ogólnie Kamienie były trochę niewykorzystane. OK, Thanos może używać ich tylko, gdy zaciśnie dłoń, więc bohaterowie go non-stop napieprzają, żeby nie mógł tego zrobić i się skoncentrować - to było fajne. Ale kiedy już Thanos zaczął nawalać, to... ma do tego trochę zastrzeżeń. Skoro może "wybuchnąć" księżyc, żeby stworzyć deszcz odłamków, to czemu nie może po prostu "wybuchnąć" bohaterów, którzy są bliżej, są mniejsi itd., więc na logikę byliby łatwiejsi do ustrzelenia.

Peter Dinklage ma taką zasadę, że nie grywa krasnolud(k)ów, bo uważa za upokarzające, że autorzy-karły są ograniczenie do takich ról... Najwyraźniej jest jednak gotów zrobić wyjątek, pod warunkiem, że to będzie gigantyczny krasnolud ;)

Nie spodziewałem się takiej masakry. Zakładałem, że to będzie trochę jak z "Civil War" - na zasadzie "O, budujemy taki wielki konflikt, a kończy się na tym, że kilku gości da sobie w papę" (co nie znaczy, że Civil War mi się nie podobało). No dobra, skoro tym razem mamy wojnę na skalę galaktyczną, to ze dwie postacie na serio umrą, żeby widzowie poczuli grozę sytuacji (Lokiego i Gamorę miałem zaspoilerowanych). A tu pojechali po bandzie. Tak, zapewne znaczna część śmierci zostanie odkręcona (w zasadzie na 99,(9)%, biorąc pod uwagę, że już wcześniej zapowiedziano trzecich Strażników) - podobnie jak wielu widzów obstawiam, że "sproszkowani" powrócą - ale ci, którzy zginęli normalnie, pozostaną martwi, więc i tak masakra. Ale tak biorąc pod uwagę moment, w którym film się urywa, to już dół totalny.
W ogóle, pierwsze słowa Thanosa w filmie, “In time you’ll know what it’s like to lose.To feel so desperately that you’re right, yet to fail all the same. Dread it. Run from it. Destiny still arrives" są doskonałą "ramą". Bo w sumie Infinity War pokazało, że większość dotychczasowych działań bohaterów nic nie dała, była odwlekaniem nieuniknionego. "Ragnarok" kompletnie, całkowicie zaorany i wysadzony w powietrze, znaczy w próżnię (w trochę mniejszym stopniu dotyczy to wszystkich Thorów). Pierwsi "Strażnicy" zaorani (Xandar zniszczony, kamień z Orba przechwycony) Yondu poświęcający się, żeby uratować Quilla zaorany. Ironmany, Spiderman czy Antman - zagrożenia, które zostały pokonane w tych filmach na dłuższą metę okazały się śmiesznie nieistotne. Pierwsi Avengersi - ostatecznie Loki wręczył Thanosowi Tesseract, ze sporym opóźnieniem, ale co z tego. Drudzy Avengersi - powstrzymali jednego złoczyńcę chcącego zmasakrować ludzkość dla jej własnego dobra, pojawił się drugi, który zrobił to samo na galaktyczną skalę (nawiasem, to ostatnie trochę się wpisuje w teorię, że Kamień Umysłu, który posłużył do stworzenia Ultrona był jakoś "zainfekowany" przez Thanosa - przypominam, że Avengersi zabrali go Lokiemu, któremu powierzył go właśnie Szalony Tytan). Civil War było w znacznej mierze "wojną o Bucky'ego", Bucky'ego nie ma (a Porozumienie z Sokovii nie ma większego znaczenia, gdy świat się sypie nie ma sensu debatować nad legalnymi aspektami używania mocy). No i ostatecznie wszystko, co zrobili bohaterowie w tym konkretnym filmie, okazało się bez sensu (przynajmniej na obecną chwilę), co chyba najmocniej było pokazane przy poświęceniu Wandy i Visiona. Z punktu tradycyjnej narracji może się to wydawać kiepskim rozwiązaniem, bezsensownym przecież wszystkie wątki powinny być po coś... Ale w życiu tak nie jest. Ktoś może pokonać raka po to, żeby chwilę potem wpaść pod samochód. Można wygrać 10 bitew po to, żeby przegrać 11 i całą wojnę. Każdy kiedyś umrze, każda cywilizacja upadnie, każda gwiazda się wypali i tak dalej. Jedynie, co można osiągnąć, to odwlekać nieuniknione, jak Drax w drugich Strażnikach, unoszący Mantis w górę, żeby pożyła 5 sekund dłużej. Ostatecznie każde zwycięstwo (przynajmniej w sferze materialnej) jest iluzoryczne. Można wierzyć lub nie, w to czy na "tamtym świecie" istnieje sprawiedliwość, ale to, że na tym jej nie ma jest empirycznie sprawdzonym faktem - "urwane wątki" to nie kiepska narracja, to odrobina realizmu.
I tak sobie pomyślałem, że to właściwie mógłby być finał MCU. Tym razem się nie udało, koniec. To byłoby coś naprawdę wielkiego (OK, w "Loganie" też tak pojechano, ale jednak 99% postaci zginęło poza kadrem). Albo gdyby jednak zabici nie powrócili (tak, jest niemal pewne, że przynajmniej część wróci, bo jak wyżej - zapowiedziane filmy - ale 100% pewności nie ma. Petera Parkera może zastąpić Miles Moralez, Shuri może zostać nową Czarną Panterą itd.). W końcu w pierwszych Avengersach padło hasło "Nawet jeśli nie obronimy Ziemi, możesz być pewien, że ją pomścimy". W ogóle, to ciekawe, że żyjący bohaterowie to w zasadzie "oryginalny" skład z pierwszych Avengersów (z kilkoma dodatkami). Można by to odczytać w ten sposób, że tak naprawdę wszystko, czego dokonali Avengersi od czasu sformowania drużyny okazało się tak naprawdę na nic, wracając do punktu wyjścia, równie dobrze mogliby w pierwszych "Avengersach" przegrać.


Co dalej, oprócz ww. planu Strange'a? Wiadomo, że do ekipy dołączy Kapitan Marvel. Podobno ma być najpotężniejszą bohaterką... bohaterem... pozytywną postacią do tej pory w MCU. Najpierw dostaniemy jej film solowy, dziejący się w latach 90. No i pojawia się pytanie - co robiła przez ten czas megapotężna postać, do której telefon ma Nick Fury? OK, może sobie poszła na "emeryturę" czy coś, ale skoro teoretycznie pozostaje w gotowości i można ją wezwać, czemu nie przedzwonił do niej w pierwszych i drugich Avengersach? Dobra, tym razem kryzys jest poważniejszy, ale czy Fury mógł to ocenić w ciągu kilku sekund? No chyba, że chodziło o coś w stylu "Normalną inwazję kosmitów czy morderczego robota ogarnę, ale jak nie wiadomo skąd ludzie się rozpadają, to jest jakaś naprawdę chora akcja, nie ma co myśleć, dzwonię po Carol". Dobra, może jakoś to sensownie rozwiążą. Należy też zwrócić uwagę, że Fury nie dzwonił po prostu do Kapitan Marvel, ale do "Centrali". Czyli do kogo? Pierwsze skojarzenie to "do Agentów Tarczy". Pojawiły się plotki, że Marvel skończy z tą szopką "Coulson żyje w serialach, ale w filmach kinowych udajemy, że nie": https://www.cinemablend.com/news/2385152/could-agent-coulson-finally-return-to-the-mcu-movies-heres-what-marvels-head-of-tv-says . Na razie wygląda to na takie typowo korporacyjne gadanie w stylu "Ciekawy pomysł, nie powiem nie, nie powiem tak, ale jestem podekscytowany". No ale jeśli zamierzają ostatecznie zintegrować "Agentów" z kinówkami, to najwyższy czas. Nawet jeśli tego nie dojdzie, to na pewno będzie widoczny skutek w drugą stronę - tzn. "Wielkie Sproszkowanie" wywrze wpływ na "Agentów", bo to najmocniej zintegrowany z kinem serial. Ale ciekawe, co będzie z serialami Netflixowymi. Do tej pory podstawowym elementem integrującym je z "głównym" MCU były nawiązania do Bitwy o Nowy Jork (co nie dziwi, skoro wszystkie dzieją się właśnie w tym mieście). Pozostałe filmy dało się zignorować, do tej pory - Defendersi są "ulicznikami" i działają w innej lidze niż Avengersi, więc zrozumiałym było, czemu jedni z drugimi się nie integrują (przynajmniej w serialach solowych, bo w crossoverze spokojnie mogli poprosić o wsparcie w walce z nieumarłymi ninja chcącymi wysadzić metropolię). Jeśli w Netflixach nie będzie dramy związanej ze Sproszkowaniem, to będzie znaczyło, że doszło do ostatecznego rozdzielenia obu uniwersów. Z drugiej strony, gdyby była, to trochę jakby zabrakłoby miejsca na ich własne wątki.
Ale wracając do filmów. Oprócz Kapitan Marvel do walki dołączą Antman i Wasp - to już w zasadzie potwierdzone. Prawdopodobnie dołączy również Hawkeye, po raz drugi rezygnując z emerytury w obliczu ostatecznego kryzysu (zresztą, może mieć osobiste powody do walki - jest całkiem prawdopodobne, że ktoś z jego rodziny został zdezintegrowany). Kto jeszcze może wrócić? Całkiem sporo postaci. Skoro Red Skullowi się udało (i moim zdaniem zostało to całkiem sensownie rozwiązane), to w zasadzie każdy, kto zniknął z kadru, ale nie umarł. W pierwszej kolejności do głowy przychodzą mi przyjaciele Thora - Jane Foster raczej nie wróci, ale np. Selvig, Walkiria (no właśnie - Thor mówi o stracie "połowy załogi", czyli teoretycznie ktoś mógł się uratować - co oznaczałoby, że jednak "Ragnarok" nie został w pełni zaorany... Jak? Niektórzy widzowie coś przebąkują o kapsułach ratunkowych... Choć w takim wypadku dziwne, że Thor nie próbował ustalić, co się stało z ocalałymi), czy Sif (oficjalna wersja jest taka, że została wygnana przez Lokiego-Odyna w czasie jego rządów) moim zdaniem mogą się pojawić. Kto jeszcze? Może Sharon Carter albo Kraglin i członkowie innych klanów Ravagerów (Rocket mógłby ich wezwać na pomoc, a żeby dorwać Thanosa, trzeba będzie polecieć w kosmos, więc przydałaby się "kosmiczna" ekipa).
Wygląda na to, że Rękawica uległa zniszczeniu, sproszkowanie ją "przeładowało", wiec Thanos ma teraz 5 Kamieni, które pozwalają mu się teleportować, strzelać, zamieniać ludzi w mielonkę itd., ale nie ma "Wszechmocy spełnienia życzeń" wynikającej z połączenia wszystkich - to akurat bardzo sensowne rozwiązanie, z jednej strony wiadomo, że Thanos nie może być wszechmocny, bo wtedy cały konflikt by nie miał sensu, z drugiej - jest uzasadnione, czemu nie jest wszechmocny, a nie, bo tak, taka potrzeba narracyjna. Nie jestem natomiast pewien, jak rozumieć ostatnią scenę - czy Thanos faktycznie odszedł na emeryturę? Zadanie wykonane, kompletna zlewka? W sumie nie przejął się tym, że chyba wycięto w pień wszystkie siły inwazyjne w Wakandzie, nie próbował wykonać jakiegoś odwrotu czy coś (ale mógł po prostu przestraszyć się Thora). Z drugiej strony - wcześniej planował, że jego imperium będzie trwało dłużej, no bo chciał przekazać tron Gamorze (no chyba, że wcześniejszy plan był taki: "Jak przepołowię ludność, to zajmę się uprawą kwiatów, na władzy dla samej władzy mi nie zależy, jest dla mnie tylko narzędziem służącym do wykonania misji, więc ją oddam... Mojej ulubionej córce, bo czemu nie miałby zrobić jej prezentu!", a z wiadomych powodów część po wielokropku odpadła). No i poza tym, chyba w Wakandzie nie poległa cała "największa armia we wszechświecie"? Coś mi się kołacze, że gdzieś było powiedziane, że Chitauri i Outriderzy to tylko część gatunków rządzonych przez Thanosa? Czy w Avengers 4 sprowadzi się do poszukiwania Thanosa-pustelnika gdzieś we wszechświecie, czy jednak będzie jakaś rozróba? W sumie, to i z tego pierwszego wariantu dałoby się coś wykrzesać (skupiając się bardziej na emocjach bohaterów związanych z traumą "bycia pozostawionym itd.). Zobaczymy.




sobota, 24 lutego 2018

Przemyślenia po "Czarnej Panterze"

Tradycyjnie - to nie typowa recenzja, tylko moje luźne i mętne refleksje po obejrzeniu filmu, dla porównania z wrażeniami innych oglądających (a najlepiej, jakiejś kłótni na temat). I jak zwykle, dygresje na tematy ogólne.

Możliwość wyzwania króla na pojedynek na pierwszy rzut oka wygląda absurdalnie - w każdej chwili ktoś może przejąć w 5 minut przejąć władzę i wywrócić wszystko do góry nogami, jak to zostało zademonstrowane, tylko dlatego, że sklepał dotychczasową głowę państwa. Ale jak się zastanowić, to nie wygląda to tak bzdurnie.
1. To jest świat, w którym istnieją superbohaterowie i jest takie założenie, że król Wakandy ma być superbohaterem Wakandy, nie tyle (nie tylko) administratorem, czy nawet dowódcą armii, ale główną siłą uderzeniową. Więc system zapewniający selekcję najlepszego wojownika (a przynajmniej zapewniający, że władca będzie utrzymywał jako taką formę, na wypadek gdyby doszło do pojedynku i żeby nie kusić pretendentów łatwym zwycięstwem) ma sens.
2. Wyzwania nie może rzucić każdy, ale jak rozumiem - wodzowie plemion i członkowie rodziny królewskiej, czyli znane jednostki, które prawdopodobnie są w jakiś sposób przygotowane do sprawowania władzy itd. System nie brał pod uwagę tego, że może się nagle pojawić nieznany krewniak króla, który zagubił się gdzieś na świecie.
3. Nie jest powiedziane, jak często dochodziło do wyzwań w "nowoczesnych" czasach. Całkiem możliwe, że to taka trochę symboliczna tradycja, z której w praktyce się nie korzysta - ot, przy tzw koronacji mistrz ceremonii zadaje uprawnionym sakramentalne pytanie, czy chcą skorzystać z prawa wyzwania, oni mówią, że nie, jedziemy dalej. W realu nierzadko funkcjonują różnego rodzaju tradycje państwowe, będące pozostałością faktycznie działających instytucji, a obecnie pustymi formułkami (np. na tym w znacznej mierze opiera się funkcjonowanie monarchii w UK), które teoretycznie ktoś mógłby nagle zacząć próbować wyegzekwować.
4. Wielu ludzi za sensowny system uznaje demokrację parlamentarną, gdzie w ogóle nie ma żadnego prawdziwego-władcy gospodarza, a jedynie jacyś oligarchowie z łapanki i gdzie co 4 lata cała scena może zostać wywrócona, więc nie ma sensu prowadzić jakiejkolwiek spójne polityki, tylko doraźne pijarowe zagrywki.

W ogóle, jako osobę o monarchistycznych sympatiach ucieszył mnie całkowity brak smęcenia pt. "A może by tak demokracja, albo chociaż monarchia parlamentarna...". Co nie znaczy, że nie będzie się do tego zmierzać w następnych częściach (trochę to spalenie sercokwiatów prowadzi w tę stronę), no ale na razie jest OK. Szkoda, że działającą, prawdziwą monarchię bez durnych oskarżeń o "faszyzm" można pokazywać jedynie w fikcyjnych państwach  (i dlatego uważam, że fantastyka jest tak ważnym narzędziem w szerzeniu prawicowych idei).

Z początku wydawało mi się, że to bez sensu, że Killmonger współpracował i kumplował się z Klaue, skoro był takim ideowcem i wierzył w Black Power (nawet jeśli to ukrywał), a Klaue kradł Murzynom wibranium, kolonizator wyzyskiwacz i w ogóle. No ale po chwili namysłu.... Klaue nie był antymurzyński, tylko antywakandowy. Przecież pierwszą skradzioną partię wibranium sprzedał czarnemu księciu, chcącemu walczyć na rzecz murzyńskości. Co nie znaczy, że Klaue wspierał plany księcia z jakiegoś przekonania, ale był gotów je wspierać, dopóki hajs się zgadza (z drugiej strony, mówi o Wakandyjczykach jako o dzikusach, którzy nie zasługują na wibranium, więc jakieś rasizm przejawia, ale raczej na dalszym planie). Mimo tego, wiadomo było, że jeśli Killmonger chce wakandzkiego tronu, to kiedyś musi się obrócić przeciwko Klaue, bo on jest w Wakandzie znienawidzony, więc trzeba się od niego odciąć (a najlepiej odstrzelić). Ale czekał na właściwy moment i się doczekał chwili, kiedy Klaue był pozbawiony obstawy i ręki.

To, co zrobił ojciec T'CHalli z bratankiem było trochę bez sensu. Zostawił go, żeby podtrzymać kłamstwo. Właściwie jakie kłamstwo?  Bo jednoznacznie tego nie wyjaśnił. To, że Wakanda jest krajem pasterzy? Gdyby go zabrał ze sobą, w żaden sposób nie wpłynęłoby to na ujawnienie zaawansowania technologicznego Wakandy przed światem. Choć trzymanie w pałacu syna własnoręcznie zabitego brata mogłoby być problematyczne. Czy może chodziło o podtrzymanie pozytywnego wizerunku rodziny królewskiej? To już miałoby większy sens. Ale tak czy inaczej, to trochę bez sensu, że kompletnie nic w związku z Erikiem nie robił. Skoro Wakanda ma taką super rozwinięta siatkę szpiegowską na całym świecie, w tym w USA, to chyba nie było problemem z daleka czuwać nad bratankiem i jakoś go wspomóc. Generalnie mamy trochę powtórkę z innego ojca-króla - Odyna - który upycha problemy z przeszłości (w tym tajemnice rodzinne) pod dywan, a potem jego dzieci muszą sobie radzić, jak szambo wybija na powierzchnię.

Skoro mowa o analogiach z Thorem... Znowu mamy wojsko uzbrojone we włócznie i miecze, wspierane z powietrza przez maszyny latające wyposażone w nowoczesną broń. Podobnie wyglądała armia Asgardu w starciu z Helą (chociaż tam latacz był chyba tylko jeden i został tak szybko zestrzelony, że można go przeoczyć). O ile uzbrojenie plemienia Strażników jeszcze miało jakiś sens (broń do walki wręcz w połączeniu z "Kocykami Pola Siłowego", które mogą osłaniać przed kulami), o tyle kobieca gwardia poprzestająca na włóczniach jest mocno bez sensu. Rozumiem, plemienne tradycje itd. Włócznie miałyby sens jako broń ceremonialna/dodatkowa/używana w określonych sytuacjach (np. w takiej "karczemnej" rozróbie jak ta w Korei), ale jako jedyna broń, w sytuacji, gdy taki Klaue może sobie zmontować superminidziałko w ręce z wakandzkiego sprzętu górniczego jest trochę przesadą. Rozumiem komiks, przegięcie, ale przegięcie też można robić z sensem (czyli niechby miałby jakąś broń oprócz tych włóczni, albo niech włócznie strzelają laserem czy coś tam). Chyba tylko Shuri używała tych strzelających rękawic.

Fajne, że dostaliśmy superbohatera, który nie jest sierotą bez żadnych powiązań rodzinnych, jak to na ogół jest. Oczywiście, znowuż - W Thorach również kwestie rodzinne są ważne, ale jednak rodzina Pantery jest mniej patologiczna. Trochę raził mnie brak żałoby po starym królu np. Shuri chyba w ogóle żadnej nie okazuje, tylko od początku śmieszkuje, no ale rozumiem, że dramę związaną z tym zgonem w znacznej mierze przerobiliśmy w Civil War, a w filmach generalnie procesy emocjonalne zachodzą szybciej. Fajnie też, że dostaliśmy postaci, które wyraźnie okazują, że ich światopogląd jest dla nich ważniejszy, niż romanse - znowuż, szkoda, że gdyby nie były czarnoskórymi kobietami, zostałoby to odebrane jako fanatyzm/sztywniactwo (nie ma nic przeciwko czarnoskórym patriotkom, po prostu chciałbym więcej postaci z taką postawą) - wielu ludziom nie podoba się konserwatyzm Kapitana Ameryki.

Kwestie religijne. Już w "Civil War" ruszyło mnie to, jak Czarna Pantera mówi do Czarnej Wdowy o śmierci swojego ojca, że "my wierzymy, że śmierć to nie koniec, tylko przejście do innego świata, gdzie spotykasz swoich przodków itd.". I to tak wyglądało, jakby wyjaśniał jakąś kompletnie nową, egzotyczną ideę komuś, kto z założenia wcześniej nie słyszał o życiu pozagrobowym. Pomimo tego, że chwilę wcześniej Czarna Wdowa uczestniczyła w nabożeństwie żałobnym w chrześcijańskim kościele.
 Bo w filmach hollywoodzkich duchowość chrześcijańska nie ma prawa się pojawić. Jeśli kwestie duchowe mają się pojawić, to najczęściej będzie to duchowość buddyjska (czy raczej spłycony popbuddyzm w stylu "to nie religia, tylko styl życia"), w następnej kolejności politeistyczna/animistyczna, wreszcie islamska/judaistyczna.... I na tym koniec. Chrześcijaństwo jako religia nie istnieje, może się pojawić co najwyżej jako sztafaż, oprawa dla pogrzebu czy ślubu, ale nikt na serio nie bierze go jako fundamentu duchowości i światopoglądu. Oczywiście, w "Czarne Panterze" wychodzi to w miarę naturalnie, bo mamy Afrykańczyków wyznających plemienną religię (co nie znaczy, że nie życzę im nawrócenia na Jedyną Prawdziwą Wiarę Rzymskokatolicką) - ale to nie przypadek, że pierwsze ważne doznanie religijno-duchowe w MCU pojawia się właśnie w takim otoczeniu.

No i wreszcie kwestie "Black power/Black lives matters". Wydaje mi się, że już wspominałem o tym, że amerykańska sposób walki o "reprezentację mniejszości", jest w gruncie rzeczy mocno przesycony amerykanocentryzmem. Jak wtedy, gdy Amerykanie jojczą, że np. ktoś chce zrobić grę o średniowiecznych Czechach, w której chce pokazać średniowiecznych Czechów, na nich się skupić, o tym chce robić grę, o swoich przodkach, ale nie, powinien wstawić czarnoskóre postaci i nie to, że w średniowiecznych Czechach nie było czarnoskórych to nie argument... BO U NAS W USA JEST DUŻO MURZYNÓW, A KAŻDE DZIEŁO POWINNO SIĘ KRĘCIĆ WOKÓŁ KWESTII, KTÓRE SĄ WAŻNE DLA NAS AMERYKANÓW!!! Często brak czarnoskórych postaci jest traktowany jako "whitewashing" i brak realizmu... bo do niektórych nie dociera, że w wielu miejscach na świecie po prostu nie ma znaczącej czarnoskórej mniejszości. Np. w tak wielkich, znaczących krajach jak Chiny, Indie, czy Rosja. Dlatego mówienie, że na całym świecie, we wszystkich państwach czarnoskórzy jęczą w ucisku jest bez sensu. Każdy naród ma jakieś ciemne karty i skomplikowane moralnie sprawy, ale na serio, nie zawsze oznacza to kolonializm i niewolnictwo (w szczególności kolonializm i niewolnictwo nakierunkowane na czarnych ludzi) tudzież późniejsze tego konsekwencje. W pewnym sensie takie podejście jest rasistowskie i szowinistyczne, poprzez niedostrzeganie faktu, że nie każdy kraj rozwijał się/rozwija się w ten sam sposób, co USA (czy szerzej, Europa Zachodnia), czy ma te same problemy.... A już pośrednie obarczanie "white guilt" ww Chińczyków czy Hindusów już zdecydowania zahacza o lekki rasizm. Kogo Killmonger właściwie chce wyzwalać w Hongkongu? Oczywiście, można wziąć poprawkę na to, że MCU to nie jest nasz świat, ale jednak wydaje mi się, że różnice nie są tak daleko idące. Idąc dalej - Killmonger zapomina (i nikt go nie poprawia), że większość z tych dwóch miliardów "ludzi takich jak my" (załóżmy, że szacunek liczbowy jest trafny) to nie czarne mniejszości, tylko, hem, czarne większości. Cieszyłem się, że ten film ma się toczyć w Afryce. Bo wyżej wspomniani amerykanocentryczni SJW często zapominają, że zdecydowana większość czarnoskórych to nie są Afroamerykanie, tylko... no... Afroafrykanie. Którzy w znacznej części, jakby nie patrzeć, mają znacznie większe problemy niż prawdziwa lub wyimaginowana dyskryminacja - choroby, głód, ciągłe wojny, anarchia itd.
Dlatego jeśli Killmoger na serio chciał stworzyć "Imperium Wakandy", to powinien raczej skupić się na zjednoczeniu Afryki ( i pomocy Afrykanom), a nie na wywoływaniu rewolucji wśród 5 czarnoskórych turystów w Hongkongu. Podobnie, trochę raziło mnie to, że pierwszym krokiem w kierunku "Wakanda pomaga światu" było zbudowanie centrum naukowo-społecznego w najbogatszym kraju na Ziemi.
Z drugiej strony... Killmonger jest praktycznie Amerykaninem, więc ten amerykanocentryzm w jego wydaniu jest trochę zrozumiały (choć szkoda, że nikt nie wytknął mu, że jego plan jest nie tyle niemoralny, co bezsensowny - już pomijając wyżej podniesione kwestie, to jakim cudem wierzył, że uda mu się w pięć minut zorganizować w kilku krajach rewolucje wykorzystujące niezorganizowanych cywilów uzbrojonych w broń mieszczącą się na niewielkim lataczu). Wielu ludzi mówi, że "Killmonger miał rację, tylko wybrał złe metody", ale z tą racją też bym nie przesadzał... Co nie znaczy, że nie miał celnych uwag jak np. to w muzeum "Że ja kradnę? A wy niby skąd to macie?". Rozumiem, że centrum stworzone w danym domu wuja miało być symboliczne. No i wreszcie jako najrozsądniejszą postać pokazano Nakię, która starała się zrobić coś dobrego dla Afrykańczyków.

M'baka okazał się fajną postacią, ale nie podobała mi się scena z zakrzyczeniem Rossa. Wielu lewaków w Internecie jest nią zachwyconych "Hoho, brawo, pokazał temu białasowi, tak powinno być w realu, jak jakiś białas próbuje wygłaszać swoje białe nonsensy". Co świetnie pokazuje lewackie podejście - zamiast wysłuchać cudze argumenty i je obalić, lepiej je zignorować, albo zakrzyczeć tekstami w stylu "faszysto", "jeśli tego nie rozumiesz, to nie będe Ci tłumaczyć", "brak Ci człowieczeństwa i empatii, to jest oczywiste", czy wstawić śmieszny obrazek.

Swoją drogą - oczywiście, częścią przesłania filmu jest "budowanie murów jest głupie (Ty głupi Trumpie), refugees welcome". Widziałem, jak ktoś zauważył, że Wakanda jest bogatym, rozwiniętym państwem, ktore nie zatraciło swojej tożsamości (i dzięki może stać się światowym liderem i okazać pomoc innym), właśnie dzięki obronie swoich granic.  Oczywiście, ta wypowiedź spotkała się z odpowiedzią "na goryla". Poza tym - nie wydaje mi się, żeby w nowej, otwartej Wakandzie wyglądało to na zasadzie "Tabuny imigrantów gwałcą i rabują, zamiatamy to pod dywan" albo "Tworzymy społeczeństwo multikulti i w imię neutralności światopoglądowej od jutra wyrzekamy się wszystkich wakandzkich tradycji tudzież usuwamy z przestrzeni publicznej wszelkie nawiązania do Bast, żeby nie urażać delikatnych uczuć innowierców".
W niektórych kręgach jest też modne twierdzenie "Wakanda pokazuje, jak wyglądałaby Afryka bez kolonalizmu!". Ano nie. Jak wyglądałaby Afryka bez kolonializmu? Ano tak, jak wyglądała Afryka na chwilę przed boomem kolonialistycznym. Faktem jest, że w Europie technologia i organizacja rozwinęły się szybciej. To nie znaczy, że Europejczycy są nadludźmi, a Afrykanie podludźmi - nie twierdzę, że decydujące tu były czynniki genetyczne, na to zjawisko złożyły się różne aspekty, jak np. klimat, ukształtowanie terenu, historia itd. Ale fakt jest faktem. I faktem też jest, że kolonializm w wielu aspektach przyniósł Afryce rozwój technologiczny. Nie, nie twierdzę, że nie miał ciemnych stron. Ale próba obarczania za całe zło świata białasów (a najlepiej - białych, heteroseksualnych cismężczyzn wyznających chrześcijaństwo) jest durne.

Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem rasistą - i wiem, że większości ludzi, którzy tak myślą, nie przekonam w żaden sposób (gdyż są to właśnie ludzie, którzy dyskutują metodą "na goryla"). Jestem antylewakiem, jestem wrogo nastawiony wobec histerycznej, lewackiej propagandy, zgodnie z którą liczą się jedynie "mniejszości", mniejszości zawsze mają rację, mniejszościom wszystko się należy dlatego, że są mniejszościami, wszystko co nie mieści się w retoryce gloryfikującej mniejszości jest złe z definicji. Co nie znaczy, że nienawidzę samych "mniejszości" - zresztą, uważam, że lewackie podejście częstokroć szkodzi właśnie nim. To, że nie podoba mi się, kiedy ktoś na siłę zmienia białą postać na czarnoskórą, albo histeryzuje, że ktoś w swoim filmie nie umieścił wystarczającej ilość PoC, nie oznacza, że jestem przeciwny powstawaniu filmów, w których dominując ciekawe, czarnoskóre postaci - zamiast narzekać, że ktoś nie robi dobrego filmu o Murzynach (a skąd pomysł, że ma obowiązek robić właśnie o nich?), sam zrób dobry film o Murzynach. Poza tym, to fajne, że film pokazuje rzeczywistość, w której Murzyni są królami, naukowcami, generałami i są nimi dzięki swoim własnym zasługom, a nie lewackim "akcjom afirmacyjnym" - no i że pokazuje im, że są cele, do których warto dążyć. Zamiast mówić "No, wśród czarnoskórych jest duża przestępczość, narkomania itd... Ale to nie wasza wina, to wina białych. Nie dążcie do dołączenia elity, bo to bycie elitą jest białasowskie, zamiast tego domagajcie się socjalu od białych elit, ghetto jest ok".

Zatem, jakkolwiek film jest dobrze nakręcony, mam pewne zastrzeżenia co do wymowy - choć oczywiście, należało się spodziewać, że będzie gorzej. Niektóre aspekty są zdumiewająco konserwatywne i zdrowe (zapewne niezamierzenie), inne trącą lewackim histeryzowaniem.


sobota, 4 listopada 2017

Przemyślenia po "Ragnaroku"

Zgodnie z obietnicą, na której spełnieniu nikomu nie zależy, wstawiam artykuł zawierający rozważania (i spoilery) na temat trzeciej części "Thora".

Jakim cudem quinjet sobie spokojnie stał pośrodku złomowiska na planecie pełnej złomiarzy, szabrowników i bandytów? Nikogo nie zainteresował sprawny pojazd? Ok, rozumiem, że miał to zabezpieczenie głosowe, no ale wygląda na to, że nikt nawet nie próbował się nim zająć. Wylądował, to niech se stoi.

Jakkolwiek scena z Lokim-Odynem była całkiem zabawna, to jednak trochę mi nie pasuje, że Loki nawet nie próbuje być dobrym królem. Przecież w jedynce było ewidentnie pokazane, że jego motywacja to nie "Mam być królem, bo chcę", że wierzy, że będzie najlepszym władcą, że kieruje nim ambicja, a nie (tylko) lenistwo i próżność. Jeszcze bardziej nie pasuje mi scena, w której Loki jest gotów zdradzić Thora dla nagrody. Przecież konsekwentnie jest pokazywane, że jednak jakąś tam więź z Thorem czuje (zresztą, nawet w tym filmie chwilami jest to pokazywane) - no i jak wyżej, do tej pory motywacje Lokiego nie były takie przyziemne. Rozumiem, gdyby Loki chciał poświęcić Thora dla władzy, ale dla nagrody?

Obstawiam, że Loki zabrał Tesserakt ze skarbca. Raz, że przebiegając obok niego, zatrzymał się i zawrócił, dwa, to by wyjaśniało, jak się teleportował na statek (w końcu Tesserakt jest Kamieniem Przestrzeni i pozwala otwierać portale), trzy - wiadomo, że wszystkie Kamienie Nieskończoności muszą się pojawić w Infinity War, więc Tesserakt nie mógł ulec zniszczeniu razem z Asgardem. Oczywiście, to ostatnie nie jest mocnym argumentem, bo one mogą być niezniszczalne i mogłaby się pojawić wzmianka o tym, jak to Thanos odnalazł go wśród wirującego kosmicznego śmiecia pozostałego po eksplozji - ale dwa pierwsze wystarczą.

Dlaczego Arcymistrz zamknął Thora razem z Hulkiem? Rozumiem, że "mięso armatnie" wrzuca się na kupę do jednego "baraku", ale dwóch czołowych gladiatorów? W dodatku w sytuacji, gdy wygląda na to, że znają się z przeszłości i być może się dogadają? Rozumiem, że Arcymistrz nie jest geniuszem, ale taki strzał we własną stopę?

Zastanawia mnie, czy dalej chcą brnąć w wątek "Bruce-Natasha", skoro pojawiły się do niego odwołania. Wolałbym nie, nie mówię, że należy kompletnie go ignorować, bo to jednak byłoby sztuczne, ale nie ciągnąć dalej i potraktować jako "dziwaczny epizod, który nie powinien rzutować na nasze stosunki" (np dobrym rozwiązaniem była scena w Civil War, kiedy ktoś pyta Natashę, co się dzieje z Hulkiem i ona z takim "nostalgicznym" uśmiechem, odpowiada, że nie wie).

Dla mnie jest mało wiarygodne, żeby przez te setki (tysiące?) swojego życia Loki i Odyn nie usłyszeli niczego o Heli, skoro była ich siostrą i ważną osobistością. Nawet jeśli Odyn zabroniłby o niej wspominać, nie dałoby się zapewnić tak skutecznej blokady informacyjnej (poza tym, Thor walcząc z wrogami Asgardu musiałby natrafić na jakieś przekazy o wcześniejszych wojnach, albo usłyszeć je z ust wspomnianych wrogów).

Już wcześniej pisałem o niezrealizowanym potencjale postaci Heli. No bo przecież prosiło się, żeby zrobić z niej bardziej dwuznaczną postać. Wróć. Ona jest dwuznaczną postacią, ale konsekwentnie wmawia się nam, że jest złem wcielonym, czystym potworem do ubicia, z którym nawet się nie próbuje negocjować (choć ona próbuje) i przemówić do rozumu, idź do piekła k..o wściekła, tyle.
A jak się chwilę zastanowić... Mamy córkę wojowniczego władcy wojowniczego ludu, którą ten władca wychowywał na swoją egzekutorkę, kata i dowódczynię wojsk, a potem posłał na podbój wszechświata, chwalił ją za krwawo odnoszone zwycięstwa, kazał tworzyć malowidła na ich cześć i tak dalej. Nagle ojcu się odwidziało i z jakiegoś powodu złagodniał, postanowił skończyć z podbojami, ograniczyć ekspansję i tak dalej. No i spoko. Tylko nie można się dziwić, że w tej sytuacji córce może zaczął lekko odbijać, to do czego ją wychowywano i za co ją chwalono, nagle okazuje się być złe, a ona traci swoje miejsce w świecie. A biorąc pod uwagę poziom umiejętności ojcowskich, wrażliwości i gotowości do tłumaczenie czegokolwiek swoim dzieciom, jaki Odyn prezentował w poprzednich częściach, można powątpiewać, czy robił coś, żeby pomóc je się w tej nowej sytuacji odnaleźć. Nic dziwnego, że w sumie córka doszła do wniosku, że to ojcu odbiło, że niweczy swoje (i jej!) osiągnięcia, że zaprzepaszcza chwałę i potęgę Asgardu i że pora odsunąć go od władzy (nie jestem na 100% pewien, ale wydaje mi się, że nie było wprost mowy o zabiciu Odyna, tylko o odebraniu władzy. Może chciała zabić Odyna, ale jest to kwestia do interpretacji, a biorąc pod uwagę ogólny poziom krwiożerczości prezentowany przez Helę, nie ma specjalnie mocnych podstaw do tezy o próbie ojcobójstwa). Ok, potem masakruje Walkirie, ale to przecież nie jest ludobójstwo, to jest walka z uzbrojonym przeciwnikiem. Skoro uznała, że należy dokonać przewrotu, to w konsekwencją musiała być gotowość do walki z tymi, którzy nie uznają ją za królową.
Ostatecznie przegrywa, zostaje uwięziona... gdzieś? Coś w tym stylu. Przeskok, Hela się uwalnia (chociaż tu powstają pytania - gdzie była uwięziona? Czy była świadoma, czy pozostawała w jakimś letargu? Bo jeśli np. była uwięziona w jakiejś pustce i była świadoma upływu setek lat, to nie mogło to dobrze zrobić jej zdrowiu psychicznemu... i nie byłoby kara, którą ojciec mógłby wymierzyć córce, nawet zbuntowanej).
No więc... Hela się uwalania, wie, że to znaczy, że ojciec nie żyje, bo to on podtrzymywał więzienie, nie wygląda na poruszoną, zbywa to ironią. Nie jest to ładne, ale biorąc pod uwagę, w jakiej sytuacji się rozstali, taka reakcja nie stawia jej na pozycji "bezduszny potwór bez szans na odkupienie". Dowiaduje się, że ma braci. Natychmiast reaguje żądaniem złożenia jej hołdu. No cóż, chłodne zachowanie, ale 1) "ostatnie" wydarzenia nie nastrajają jej zbyt entuzjastycznie do kwestii więzów rodzinnych, 2) nie znała Thora i Lokiego, to tak naprawde dla niej obcy ludzie, 3) to jest w sumie zrozumiała reakcja następczyni tronu (kogoś, kto uważa się za następczynię tronu), która dowiedziała, że jej poprzednik umarł, ale zdaje sobie sprawę z tego, że jej pozycja jest niepewna. W dalszym ciągu -  nie jest to coś, co czyni z niej potwora. Potwór zareagowałby raczej "Aha, to są moi bracia, umarł ojciec, moje prawa do tronu są niepewne, bo w sumie tak jakbym został wydziedziczona? Nie to, żebym się z tym zgadzała, ale tak to wygląda, więc żegnajcie braciszkowie, przywołuję te fikuśne ostrza i znowu jestem jedynaczką". Hela domaga się hołdu, ale to tylko słowa - to Thor pierwszy atakuje, próbując rozwalić jej głowę młotem. Potem lecą tunelem, Hela ich wypycha, ale znowuż to bracia wszczynają walkę w czasie lotu. Wypada z portalu, dwaj uzbrojeni goście zachowują się wrogo, pytają, gdzie Thor, czyli są stronnikami jednego z braci, biorąc pod uwagę jego zachowanie sprzed chwili, lepiej ich profilaktycznie zaciukać. Znowu - nie jest to specjalnie moralne postępowanie, ale mieści się w psychologiczno-pragmatycznej normie (zwłaszcza u kogoś, kogo ojciec chował na wojowniczkę i egzekutorkę). Nie jest krwiożerczym potworem, oszczędza gościa z miotłą i przeciąga go na swoją stronę.
Dalej Hela na placu przed wojskiem, mówi kim jest i zgłasza swoje roszczenia do tronu. Wypowiada coś w rodzaju "Myślałam, że będziecie zadowoleni, że mnie widzicie". Reakcja? "Kim ty w ogóle jesteś?". Ironiczno-zrezygnowane "Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?" Heli jest tu bardzo na miejscu. I w ogóle już sama ta scena podsumowuje relacje Heli ze "współczesnymi" Asgardczykami. Hela wbrew temu, co mantrują inne postacie i co jest powtarzane w recenzjach i zapowiedziach, nie jest chce niszczyć Asgardu, nie czuje wrogości do Asgardczyków, ba, nawet nie jest napędzana zemstą. Hela chce rządzić Asgardem, szczerze wierzy, że ma do tego prawo i szczerze chce przywrócić Asgardowi dawną chwałę. I nie rozumie, dlaczego Asgardczycy nawet nie próbują zrozumieć jej wizji, w ogóle jej nie słuchają, z miejsca zakładają, że jest bestią, z którą należy walczyć i z którą nie da się rozmawiać, której w ogóle nie warto słuchać. A przecież jej wizja to nie jest coś w stylu "Muszę zniszczyć Asgard, żeby się odrodził nowy i lepszy!" "Muszę wybić słabeuszy i zdrajców, żeby odrodzić naszą rasę". Tylko "Jestem pierworodną córką króla, zostaję królową, prowadzę was do chwalebnych zwycięstw". Oczywiście, ta wizja może się nie podobać - ale nie jest bełkot psychopatki. Hela absolutnie nie chce być wrogiem Asgardu - używając "ziemskiej" terminologii, jest asgardzką patriotką, czy wręcz nacjonalistką.
Wracając do akcji. Dalej następuje masakra, znowuż, podobne zastrzeżenia jak w przypadku walki z walkiriami. Po zakończeniu Hela stwierdza, że "brakowało mi tego", ale po chwili dodaje, że szkoda, że tylu żołnierzy zginęło na próżno i daje jednemu ze swoich przeciwników drugą szansę na uznanie jej władzy. Hela nie jest dobra, na pewno nie według normalnej, słusznej katolickiej moralności, ani tej popularnej w naszych czasach świeckiej humanistyczno-empatycznej-cośtam etyki. Ale biorąc pod uwagę, że, jak to po raz kolejny powtórzę, jej ojciec zrobił z niej swojego kata i "boginię śmierci" i tak zachowuje się całkiem rozsądnie. Tak, lubi walkę i zabijanie, do tego została stworzona - ale jednoczesnie jest na tyle "ogarnięta", że nie zamierza oddawać się tym przyjemnościom bez jakiejś wyższej potrzeby, nie chce wszystkiego załatwiać siłą, jest gotowa negocjować, również z postaciami, z którymi chwilę wcześniej walczyła, wolałaby zdobywać sojuszników, niż kolejne trupy na koniec... Nie jest litościwa, ale nie jest też krwiożercza. Przynajmniej, jeśli chodzi o Asgardian. Całkiem możliwe, że jest rasistką, która nie chce przelewać krwi "rasy panów" i w stosunku do innych nacji przeszłaby natychmiastowo w tryb ludobójstwa - ale na ekranie nie widzimy jej relacji z nieasgardianami, pozostaje tylko te kilka słów o krwawych podbojach w przeszłości.
Hela zajmuje pałac. Widzi malowidła, zapewne rozmawia ze Skurge'em, choćby pobieżnie na temat obecnej sytuacji (byłaby skrajną idiotką, gdyby tego nie zrobiła). Czego się dowiaduje?
- Ojciec wymazał o niej pamięć. Nie ma żadnego "Hela była bohaterką wojenną, ale zaszła za daleko na ścieżce przemocy, bo móc z niej zejść, szkoda", "Musiałem uwięzić moją córkę, to było słuszne, ale smutno mi z tego powodu", "Szkoda, ze tak wyszło". Nie. Zamiast tego "Hela? Kto to taki? Nie miałem córki, Thor jest moim pierworodnym dzieckiem".
- Niejako Hela miała rację, demilitaryzacja doprowadziła Asgard do upadku, w Midgardzie do niedawna uważano go za legendę, lodowe olbrzymy urządzają sobie rajdy na skarbiec, a Odyn zabrania akcji odwetowych, Asgard nie mógł sobie poradzić z jednym statkiem mrocznych elfów, które zrobiły wjazd na chatę, zabiły królową i niemalże doprowadziły do kosmicznej katastrofy.
- Jej prawa do tronu nie są wyssane z palca. Raz, jest pierworodną (to już wiedziała wcześniej). Dwa, Thor oficjalnie zrzekł się korony. Trzy, Loki jest adoptowany, ponadto podobnie jak Hela buntował się przeciwko ojcu i został za to ukarany, więc jeśli to miałoby świadczyć na jej niekorzyść, to jego również.
Dalej. Co Hela robi jako mroczna królowa, niszcząca Asgard, jak prześladuje ten biedny lud? Urządza masakry, pokazowe egzekucje, seanse tortur, wyrzuca ludzi z domów czy chociaz uciska ich podatkami? No nie bardzo. Dopiero w momencie gdy "ruch oporu szturmuje pałac", tworzy armię nieumarłych. Co akurat jest logiczne i uzasadnione - skoro uważa się za królową, musi walczyć z buntownikami. Ale nikogo nie morduje, nie prześladuje z czystej nienawiści lub dla chorej przyjemności. Nikt nie chce jej słuchać - nikt nie próbuje jej słuchać. Nikt nawet nie próbuje z nią dyskutować. Nie jesteś królową, bo nie. Nienawidzimy cię, bo tak. Jest zrozumiałe, że większość mieszkańców nie chce zaakceptować królowej, o której nic nie widzą (a jeśli ktoś z nich coś o niej słyszał, to mogło mu się to nie spodobać), ale żeby nikt, prócz tego jednego Skurge'a? Serio?
Ale Hela dalej nie urządza masakr i prześladowań, żeby zyskać posłuch. Wykonuje coś, co można uznać za przykład tzw "ucieczki do przodu". Chce poprowadzić swoją armię nieumarłych na podbój jakichś krain zewnętrznych. Co może być niefajne dla mieszkańców owych krain, ale nie jest zbrodnią przeciwko Asgardowi... no i jest kompletnie zgodne z systemem wartości, który został swego czasu wpojony Heli i który prawdopodobnie obowiązywał w Asgardzie przez większość jej w nim egzystencji. I to znowu pokazuje, że Hela nie chce Asgardu niszczyć, ale przywrócić mu dawną chwałę. Wygląda na to, że rozumuje w stylu "Ok, nie uznają mnie, Odyn wyprał im mózgi po tym, jak przyjął te dziwne poglądy, ale kiedy poprowadzę, eeee, dawnych bohaterów do walki z wrogami Asgardu, pokażę tym współczesnym słabeuszom, jak możemy zwyciężać, to lud przypomni sobie dni dawnej chwały i stanie u mojego boku". Ale okazuje się, że ktoś zajumał miecz-klucz do Bifrostu. No i tutaj Hela wreszcie zaczyna robić, coś, co można uznać za przejaw prześladowania - spędza ludność Asgardu na placu, każe wyznać, kto ukradł miecz, albo zabije niewinną ofiare wybraną spośród tłumu. Tyle, że jest to zło racjonalne, jakkolwiek by to nie zabrzmiało - o niewielkiej skali - jego ranga nie jest taka, żeby uznać Helę za potwora poza odkupieniem - zwłaszcza, że ostatecznie do rozlewu krwi nie dochodzi. Hela idzie szukać rebeliantów - i znowu, mamy taką grozę, oho, Hela idzie, zaraz wejdzie do kryjówki i wyrządzi jakąś straszną krzywdę tym biednym uchodźcom... A właściwie, to dlaczego kobiety i dzieci gromadzą się w jaskini, czemu uciekają z miasta?Skoro jak do tej pory jedyną formą represji było przymusowe sprowadzenie na miejski rynek? A samo zgromadzenie miało na celu ustalenie, kto ukradł miecz, czyli jak najbardziej sensowny powód?  Znowu, z punktu widzenia Heli to może wyglądać jak jakiś bzdurny, przekorny upór "Ona chce, żebyśmy poszli do miasta, to uciekniemy z miasta!". Ok, powiedzmy, że mieszkańcy mieli powód do paniki, bo jakaś baba wybiła (całą?) armię... ale ona nie chciała jej wybijać, chciała ją zwerbować, to ci żołnierze koniecznie chcieli z nią walczyć.
No ale dalej. Thor przybywa, Hela z nim rozmawia. Znowu mamy moment, gdy twórcy coś próbują wykrzesać, Hela próbuje rozmawiać, mówić o swoich odczuciach względem ojca. Dobra, jest to ucięte, wiadomo, że będzie walka.
No i tutaj Hela faktycznie dąży do tego, żeby zabić Thora, no ale 1) jak wyżej, tak naprawdę nie jest z nim związana, jako siostra, 2) on też chce zabić ją 3) ona przynajmniej na początku próbowała załatwić to pokojowo, Thor nawet nie próbuje, nie rzuca choćby czegoś w stylu "A może to ty klękniesz?" 4) Hela jest już w takim punkcie, że naprawdę może jej odwalać, biorąc pod uwagę zarówno dawne wydarzenia, jak i ostatnie, które z jej punktu widzenia to wygląda tak, żenikt nawet nie próbuje jej wysłuchać, stawiają jej opór, bo tak. Ona chce przywrócić Asgardowi chwałę, wcale nie chce mordować Asgardczyków, ale wszyscy traktują ją jako potwora, bo tak. Posyła nieumarłych przeciwko cywilom na moście, co też jest złe, ale jest w sumie aktem desperacji, biorąc pod uwagę, że lud, który chce poprowadzić do potęgi, woli uciec na wygnanie gdziekolwiek, byle nie uczestniczyć w tej potędze. Czy choćby wysłuchać planów jej dotyczących.
I finał jest taki, że Thor i Loki dochodza do wniosku, że Hela jest tak straszliwym złem, że aby ją zabić, warto poświęcic cały Asgard. I Thor i Loki niszczą Asgard, podczas gdy Hela umiera (?) robiąc to, do czego ją stworzono - walcząc z wrogami Asgardu. Ma to sens?
Nie, nie uważam, że Hela jest dobrą, ale nierozumianą postacią. Jest bezwzględna, ma jeśli nie ludobójcze, to co najmniej imperialistyczne ambicje i tak dalej. Nie chodzi mi o to, ze film powinien ją traktować jako biedne, pokrzywdzone dziewczę, ale widzę tu co najmniej dwie problematyczne kwestie.
Po pierwsze, to, że bez przerwy słyszymy, że Hela jest absolutnym złem, a jakoś tego nie widać.
Po drugie, to, że Thor widzi w swojej siostrze absolutne zło, pomimo tego, że nie za bardzo widać, żeby nim była. Zła Hela próbuje rozmawiać ze swoimi przeciwnikami, w tym Thorem, szuka rozwiązań nie sprowadzających się do zabijania, Thor ma klapki na oczach i prze do walki za wszelką cenę. Hela chce poprowadzić Asgard ku wielkości, ma wizję, z którą można się zgadzać lub nie, ale ją ma. Thor celowo rozwala Asgard, żeby tylko udaremnić tą wizję. Takie "musieliśmy zniszczyć wioskę, żeby ją ocalić". Bardzo kiepsko to rozwiązano.
Po drugie, nikt (poza Helą) nie zwraca uwagi na to, że to wszystko, to jak zwykle - wina Odyna. Ten film powinien dostarczyć kolejnej porcji paliwa do memów "Odin god of crappy parenting", jakie się pojawiały po wcześniejszych częściach. Jak celnie stwierdza Hela - Odyn nie pozbywa się problemów, tylko je pacykuje. Wychowałem córkę w wierze, że przeznaczeniem Asgardu jesy podbijac inne planety/krainy, zrobiłem z niej swojego generała/kata, kazałem malowac obrazy na cześć jej zwycięstw?  I nagle szok, że moja córka jest agresywna i chce podbijać świat, po kim ona to ma? To na pewno nie moja wina. Dobra, doszło do tego, że moja córka stała się zagrożeniem, uwięziłem ją, wiem, że kiedyś wyjdzie na wolność, jak ja umrę, może by ostrzec moich synów, żeby wiedzieli, że mają na karku wściekłą siostrę i jakoś się przygotowali, czy coś. E, nie. Powiem im w ostatniej chwili, zanim umrę, żeby nie mieli czasu na zadawanie niewygodnych pytań. Już nie mówiąc o tym, że czując zbliżająca się śmierć pójdę sobie na jakieś zadupie, najwyżej umrę, zanim mnie znajdą i będa mieli niespodziankę. Aha, oczywiście, wcisnę im kit, że siostra jest psychopatką, bo tak, ni z tego ni z owego odbiło jej i zachciało się podobojów.
A przecież wyraźnie widać, że Odyn kłamie. W pałacu są ukryte sporządzone za jego rządów "propagandowe" malowidła, na których wspólnie z Helą podbijają wszechświat i stoją ramię w ramię jako zdobywcy. Czyli to wersja Heli jest prawdziwa. Odyn ani przez chwilę nie okazuje choćby odrobiny żalu, że tak wyszło z Helą - a przecież nawet jeśli szczerze uważa, że nie ma w tym jego winy, że Hela naprawdę musi zostać zabita i tak dalej, no to kurde, powinno choć trochę go to ruszyć. Ale nie, nawet w chwili, gdy jego dzieci walczą na śmierć i życie.
Odyn niczego nie żałuje, "pacykuje" problemy, udaje, że nie istnieją, a kiedy szambo wybija na wierzch absolutnie nie poczuwa się do winy, gdy odbija się to na jego dzieciach, karze je, wyrzeka się ich, szczuje jedne na drugie, ale ani przez moment nie ma refleksji "a może jest w tym choć trochę winy", ani nie okazuje choć odrobiny współczucia. Jakby nie patrzeć, to Odyn zrobił z Heli i Lokiego złoczyńców, Thor wyszedł jakoś na ludzi, ale jego też Odyn często traktuje instrumentalnie i per noga. A mimo tego, filmy cały czas traktują Odyna jako dobrego władcę i mędrca.