Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2019

Odnośnie orzeczenia TK

Przedsiębiorca powinien mieć prawo odmówić wykonania usługi niezgodnej z jego światopoglądem. I oczywiste jest, że jeśli osoba A odmawia udziału w propagowaniu poglądów osoby B, nijak nie narusza wolności osoby B. Wręcz przeciwnie - to osoba B narusza wolność osoby A, jeśli zmusza ją do udziału w propagowaniu poglądów wbrew jej woli. Jak ktoś może w ogóle uważać, że "Żądam, żebyś wziął udział w głoszeniu moich poglądów, a jak nie, to uruchamiam aparat przymusu państwowego" jest bardziej wolnościowe niż "Nie zabraniam Ci głosić Twoich poglądów, ale sam nie wezmę w tym udziału" ? Stosując analogię, która POWINNA trafić do osób o poglądach lewicowych - kto narusza czyją wolność? Katolik mówiący "Domagam się, byś wziął udział w działalności misyjnej", czy ateista mówiący "Nie wezmę, bo nie wyznaję waszej religii i nie zgadzam się z tym, co będziecie głosić na tych misjach"?

I nie, orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nie mówi, że wolno odmówić usługi gejowi. Odnosi się do rodzaju usługi niezgodnej ze światopoglądem ustawodawcy, nie do osoby klienta. Czyli wolno odmówić np. wydrukowania plakatów zachęcających do udziału w Marszu Równości, pochodzie pierwszomajowym, Marszu Niepodległości czy procesji na Boże Ciało, ale nie wolno odmówić dowolnej  usługi dlatego, że klient jest homoseksualistą/komunistą/nacjonalistą/katolikiem. Kto twierdzi inaczej, nie umie rozumieć tekstu czytanego, albo nie chce zrozumieć (bo fajniej jest bezmyślnie powtarzać memy podane przez kolegów). No ale niestety niektóre osoby uważały, że sformułowanie w stylu "zakłada się Niebieską Kartę po drugim przypadku przemocy domowej w rodzinie" jest równoznaczne z "nie karze się za pierwszy przypadek przemocy domowej" - a przecież to nie wynika raczej z głupoty, tylko pewnej... skłonności do pochopnego przyjmowania takiego wytłumaczenia, które wpasowuje się w czyjeś poglądy, miast spokojnej analizy.
Śmieszne są też teksty w stylu "I co teraz katolik będzie mógł odmówić sprzedaży kondoma albo muzułmanin wieprzowiny". No i co w tym złego? Czy ludzie, którzy głoszą takie teksty, uważają, że absolutnie w każdym kiosku powinny być w sprzedaży prezerwatywy, a w każdym mięsnym wieprzowina, a jeśli akurat dany sprzedawca tego w asortymencie nie ma, należy przeprowadzać śledztwo, czy przypadkiem ich brak nie jest wynikiem poglądów sprzedawcy a to byłoby OKROPNE STRASZNE FASZYZM DYSKRYMINACJA? Co z barami wegetariańskimi? Wejdę do takiego, zamówię burgera z mięsem, powiedzą mi "Przepraszamy, ale jesteśmy przeciwko jedzeniu mięsa, takich rzeczy nie robimy"? Czy to naruszy moją godność człowieka, wolność itd? Czy uznawanie, że jakakolwiek niezgoda z czyimiś poglądami, stylem życia itd oznacza naruszenie godności, nie doprowadzi do dewaluacji godności? Czym powinny się przejmować osoby, które cenią sobie tę koncepcję


I dalej, by uprzedzić teksty w rodzaju "miecz obosieczny", "karma wraca" itd - tak, uważam, że IKEA powinna mieć prawo zwolnić pracownika za wyrażanie poglądów niezgodnych z linią firmy. Przedsiębiorca powinien mieć prawo decydować, z kim chce współpracować, komu chce powierzać swoją własność. I jeśli ważniejsza dla niego jest ideologia, niż np. wydajność pracownika - to wyłącznie jego sprawa.

A zatem - gdyby właściciel drukarni chciał zwolnić drukarza za odmowę wydrukowania plakatu LGBT, spoko, drukarnia jest własnością tego przedsiębiorcy i ON ma prawo wymagać, by pracownik korzystał z powierzonej mu własności w sposób zgodny z wolą jej właściciela, z którym ów drukarz z własnej woli zawarł umowę i zobowiązał się do wykonywania poleceń pracodawcy. Natomiast klienci nie powinni mieć absolutnie żadnego prawa do przymuszania ani drukarza, ani właściciela drukarni do zawarcia z nimi umowy.

Gdyby ktoś do mnie podszedł i powiedział "Aha, jesteś z zawodu murarzem, to od dzisiaj pracujesz w mojej ekipie, tak postanowiłem" mógłbym powiedzieć mu "coooo, skądże znowu, nie pracuję dla ciebie, w Polsce nie ma niewolnictwa, jeśli zechcę, zawrę z tobą umowę o pracę, ale nie chcę" i nie ma znaczenia, jaka jest moja motywacja. Ale jeśli prowadziłbym sklepik czy drukarnię, ktoś mógłby do mnie wejść i powiedzieć "OK, to ja sobie życzę taką usługę i MUSISZ ze mną zawrzeć umowę jej wykonania, bo jak tak mówię" to nie miałbym prawa odmówić? Dlaczego? Można się powoływać na etykę, ale dlaczego etyka osoby, która uważa, że nie wolno odmówić usługi, miałaby być "mocniejsza" od etyki osoby, która uważa, że nie wolno jej wykonać takiej usługi? Czy wymuszanie przez Państwo etyki tej pierwszej osoby kosztem tej drugiej nie jest dyskryminacją i złamaniem zasady neutralności światopoglądowej? Poddaję pod rozwagę, a jeśli w swojej wypowiedzi byłem zbyt złośliwy, to przepraszam, moją intencją nie było obrażanie, tylko zwrócenie uwagi na pewne paradoksy.



sobota, 8 czerwca 2019

"Miłość nie wyklucza"

 (Oczywiście, jak zawsze chętnie mam nadzieję na komentarze i chętnie wejdę w polemikę - ale proszę, by jeśli ktoś miał ochotę napisać coś w stylu "uuu nienawiść faszyzm", jednocześnie ustosunkował się do wypowiedzi osoby z tego nagrania: https://twitter.com/rutkowski1PiS/status/1137422690174885889)


Z okazji tzw. "Pride Month" (tj. miesiąca pychy gejowskiej) oraz Parady - za przeproszeniem - Równości, przypominam stanowisko biblijne w kwestii praktyk homoseksualnych:

"9 Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, 10 ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego"

Tyle 1 List do Koryntian, rozdział 6. Oczywiście, ten temat jest poruszony również w innych miejscach, zwłaszcza w Starym Testamencie, ale akurat tych fragmentów celowo nie cytuję, gdyż należą do Prawa Mojżeszowego, które z założenia nie dotyczy chrześcijan.

 Nie można być katolikiem i twierdzić, że praktyki homoseksualne nie są grzechem. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że nie kieruje się Słowem Bożym i Wolą Bożą, ale jakąś świecką, heretycką moralnością.

Chrześcijaństwo opiera się na przykazaniu miłości, a "miłość nie wyklucza". Lecz chrześcijańska miłość nie polega na poklepywaniu po pleckach by było miło i przyjemnie oraz okłamywaniu innych, wmawiając im, że nie są grzesznikami - to jest domena Szatana. Wręcz przeciwnie - jednym z podstawowych jej przejawów jest napominanie innych i ostrzeganie ich przed grzechem (przy czym oczywiście samemu trzeba mieć świadomość, że również jest się grzesznikiem - może nawet gorszym od napominanego). Dlatego nie wykluczajmy wyznawców herezji LGBT oraz osób dokonujących praktyk homoseksualnych (a te dwie grupy nie są 100% tożsame) - nie wykluczajmy ich z naszych modlitw, prosząc Pana Boga, by wspomógł ich, wzmocnił, oświecił i natchnął, aby zrozumieli swój błąd i się nawrócili. Módlmy się - grzesznicy za grzeszników. I przepraszajmy Boga za naszą słabość, lenistwo i tchórzostwo, za to, że my słowem i przykładem nie potrafimy nawracać naszych bliźnich, że nawet jeśli jesteśmy wolni od tego konkretnego grzechu, to popełniamy inne, dając zły przykład i siejąc zgorszenie. No, może nie "my" wszyscy, ale ja na pewno mam za co przepraszać.

Bóg kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, to prawda. I właśnie ze względu na tą miłość, pragnie byśmy stawali się lepszymi, niż jesteśmy.

Aha, fajnie, że hasłem Netflixa na bannerach z okazji Miesiąca Pychy jest "Bądź kim chcesz". No chyba, że jesteś homoseksualistą, a chcesz być heteroseksualistą albo aseksualistą, wtedy nie wolno. Jesteś niezadowolony z posiadanych genitaliów? To takie wspaniałe, że możesz zrobić sobie operację i być kim chcesz. Terapia konwersyjna? Nie wolno, powinieneś akceptować się takim, jakim jesteś. Aborcja? Twoje ciało, twoja sprawa, nikt nie ma prawa za Ciebie decydować, krytykować, ani straszyć depresją. Terapia konwersyjna? Nie, nie pozwolimy Ci zadecydować, homoseksualista, to powoduje depresję, lepiej wiemy, co dla Ciebie dobre, zakażemy.

A dla zbudowania, piękna inicjatywa: https://www.facebook.com/Freedom2March/
Można wyzwolić się od zwierzęcych popędów i instynktów, kierować się Bożym Słowem, Wolą i Miłością, a nie "miłością" rozumianą jako prymitywny, zwierzęcy popęd seksualny, emocje i ckliwe romantyczne uniesienia tudzież szkodliwe, osłabiające uzależnienie. Jest to nawrócenie, którego potrzebujemy my wszyscy - nie tylko homoseksualiści.

niedziela, 24 marca 2019

Kilka pytań odnośnie aborcji

Z okazji Dnia Świętości Życia, kilka pytań:

  1. Dlaczego osoby wspierające "prawo do wyboru" tak strasznie bulwersują plakaty pokazujące skutki aborcji? Przecież według nich to tylko zwykły zabieg, a abortowane dziecko to zlepek komórek. Więc przechodząc obok powinni tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć „Ale po co ten krzyk? Na tych zdjęciach nie ma niczego szokującego”.
  2. Dlaczego jeśli publiczne pieniądze pójdą na cokolwiek związanego z religią, to jest to straszna rzecz i wykluczenie obywateli, bo przecież nie każdy jest wierzący i państwo należy do wszystkich i „ja nie chcę finansować waszych zabobonów”, ale jednocześnie aborcja powinna być finansowana z podatków opłacanych przez katolików, którzy uważają ją za zbrodnię?
  3. Dlaczego osoby o poglądach lewicowych tak dbają o empatię, polityczną poprawność i ciągle aktualizują listę zakazanych słów, które mogą sprawić, że komuś zrobi się przykro... Ale jednocześnie wielu z nich bez ogródek mówi, że adopcja zamiast aborcji to nie jest rozwiązanie, albo że usuwanie chorych płodów jest dla ich dobra, bo lepiej się nie narodzić, niż być niechcianym/chorym i cierpiącym – jak się czuje osoba wychowana w domu dziecka albo posiadająca wady genetyczne, gdy słyszy, że lepiej byłoby, gdyby się nie narodziła?
  4. Dlaczego od dawna lewicowcy  powtarzali (i dalej powtarzają) „katolom zależy tylko, żeby się dziecko urodziło, a po porodzie kopią matkę i dziecko w dupę i mają je gdzieś”, a jednocześnie wielu z tak mówiących nienawidzi programu 500+ oraz pogardza matkami wielodzietnymi ?
  5. Dlaczego feministki protestujące przeciwko ocenianiu kobiet przez pryzmat ich wyglądu nie protestują, kiedy ktoś twierdzi, że działaczki przeciwaborcyjne to "brzydkie lub stare baby, którym i tak ciąża nie grozi" (zresztą wbrew faktom – przecież choćby taka Kaja Godek jest matką).
  6. Dlaczego w mediach nieplanowe poronienie jest traktowane jako tragedia i utrata dziecka, matki głaszczące się po brzuchu i mówiące do swojego dziecka są słodkie, ale kiedy dochodzi do aborcji to tylko zwykły zabieg, usunięcie zlepku komórek, a każdy, kto próbuje humanizować ten zlepek jest ukazany jako idiota i oszołom?
  7. Dlaczego lewicowcy uważają, że tylko kobieta ma prawo podjąć decyzję o aborcji, bo „jej ciało, jej sprawa”, a jednocześnie chcą odgórnie zakazać terapii konwersyjnych, zamiast pozostawić każdemu homoseksualiście decyzję o przystąpieniu lub nie? Nawet jeśli lewicowcy uważają takie terapie za szkodliwe, to... „ich (homoseksualistów) ciało, ich sprawa”, prawda?

niedziela, 24 lutego 2019

Biblia a niewolnictwo

Jestem otwarty na dyskusję, ale proszę, żeby krytyczny komentarz był poprzedzony przeczytaniem całego tekstu i odnosił się do zawartych w nim argumentów, a nie sprowadzał się do "Uga buga, ciemnota i zabobon, to jest głupie, bo katolstwo jest głupie". A jeśli chcesz napisać "Nawet mi się nie chciało tego czytać", to spokojnie możesz sobie to darować. Grubo ponad pięć miliardów ludzi tego tekstu nie przeczytało i jakoś nie mają potrzeby się tym chwalić.



Jednym z ulubionych zaklęć ateistów spod znaku "Ja znam Biblię lepiej, niż katolicy, bo widziałem jakiś wyrwany z kontekstu cytat użyty w memie na Kwejku" jest "Biblia jest zła, bo dopuszcza niewolnictwo". Oczywiście, z mojego punktu widzenia zarzut jest absurdalny - bo tylko Bóg może być źródłem moralności (na pewno nie "empatia", "przyrodzona godność człowieka" czy inne lewackie fetysze) i wierzę, że Biblia jest wyrazem woli Boga, więc gdyby Biblia dopuszczała niewolnictwo, to znaczyłoby to, że niewolnictwo jest OK, a nie, że Biblia zła.
Spotkałem się jednak z dotkliwszym zarzutem, który może wspomagać propagowanie heretyckiego, niehomofobicznego pseudochrześcijaństwa - "Biblia naucza, że homoseksualizm to grzech, ale Biblia naucza też, że niewolnictwo jest dozwolone - a jednak Kościół zmienił w tej drugiej kwestii stanowisko i mówi, że niewolnictwo jest niedopuszczalne, to dlaczego nie mógłby zmienić nauczania również w kwestii homoseksualizmu?". Gdyby faktycznie Kościół Katolicki potępiał niewolnictwo wbrew Biblii, nie oznaczałoby to, że odejście od Biblii jest dopuszczalne (także w kwestii praktyk homoseksualnych), tylko że KK dopuścił się herezji.
Tym niemniej, niewolnictwo o jakim mowa w Biblii ciężko uznać za "niewolnictwo" w rozumieniu współczesnym.
Społeczeństwo ludzkie jest zhierarchizowane, opiera się na wzajemnych zależnościach i podległości. I to jest dobre i to jest słuszne - i nie dostrzega tego tylko skrajny lewak-anarchista, który wierzy, że jego z sufitu wzięta ideologia może zaprzeczyć rzeczywistości. Pracownik podlega zwierzchnikowi, żołnierz oficerowi, dziecko rodzicowi, mieszkaniec kraju - jego władzy. Czy to oznacza, że każdy stosunek podległości jest równoznaczny z niewolnictwem? I znowuż - "tak" odpowie jedynie anarchista. Dlaczego opisane relacje nie są równoznaczne z niewolnictwem? Dlatego, że chociaż wyraźnie można w nich wyróżnić władającego i władanego, to w każdym z tych przypadków władza władającego nie jest absolutna, a władany ma pewne określone prawa, których władający nie może naruszyć - co więcej, jeśli władający przekroczy swoje kompetencje, władany ma prawo się temu przeciwstawić, a prawo stoi po jego stronie. Jak ujmuje to Wikipedia niewolnictwo to zjawisko społeczne, którego istotą jest stosunek zależności, polegający na tym, iż pewna grupa ludzi (niewolnicy) stanowi przedmiot własności innych osób, grup ludzi (rodzina, plemię itd.) lub instytucji (państwo, świątynia itp.), mogących nimi swobodnie rozporządzać. "Swobodnie rozporządzać". Jeśli zakres rozporządzenia przez "pana" nie jest swobodny, nie mamy do czynienia z niewolnictwem. Jeśli uznamy inaczej, to musielibyśmy uznać, że każda komórka społeczna opiera się na niewolnictwie, a bez niewolnictwa nie ma cywilizacji.

Dlatego do czynienia z niewolnictwem sensu stricto mieliśmy na przykład w starożytnym Rzymie. Rzymskie prawo stało zdecydowanie na stanowisku, że niewolnik jest wyłącznie rzeczą, przedmiotem własności rozumianej jako "nieograniczone władztwo". Był uznawany za "narzędzie mówiące" w odróżnieniu od "narzędzi milczących" (czyli np. młotka czy łopaty). Pan mógł zrobić z niewolnikiem co tylko chciał - mógł go okaleczyć, zabić, zgwałcić, zjeść, obedrzeć ze skóry, cokolwiek. Rzymska literatura z lubością dawała różne skrajne przykłady mające pokazywać, jak bardzo niewolnik jest śmieciem. Na przykład takie zagadnienie prawne - "Czy jeśli pan porzuci chorego niewolnika na śmierć, a niewolnik cudem wyzdrowieje, niewolnik może odejść, czy dalej pozostaje własnością?". Odpowiedź - oczywiście, że dalej pozostaje własnością, to, że pan go nie leczył nie ma żadnego znaczenia, przecież pan nie jest niewolnikowi ABSOLUTNIE nic winien i NIC nie usprawiedliwia nieposłuszeństwa niewolnika. Człowiek wolny mógł odpowiadać za zabójstwo/okaleczenie niewolnika wyłącznie gdy dotyczyło to cudzego niewolnika - przy czym absolutnie nie było traktowane to jako zbrodnia, taki sprawca odpowiadał po prostu na podstawie przepisu nakazującego zapłacenie odszkodowania za zniszczenie/uszkodzenie cudzej rzeczy (i oczywiście poszkodowanym był pan cudzego niewolnika, nie niewolnik). Uprzedmiotowienie niewolnika sięgało tak daleko, że niewolnik nie miał praw nie tylko w stosunku do swego pana - nie miał praw w ogóle. Nawet czysto prywatnych. Nie mógł np. zawrzeć małżeństwa - również z niewolnicą. Nie mógł być z nikim spokrewniony - rzeczy nie mają krewnych. Jeśli niewolnica urodziła dziecko, nie była jego matką (co ciekawe, paradoksalnie, niewolnica mogła urodzić człowieka wolnego - jeśli przez część okresu ciąży była wolna, to i dziecko było wolne - ale z punktu widzenia prawa nie było jej potomkiem). Akurat tę ostatnią kwestię zmieniono, bo ktoś wpadł na pomysł, że niewolnica mogłaby urodzić syna, potem oboje mogliby zostać wyzwoleni i zawrzeć małżeństwo jako ludzie wolni (bo przecież nie są spokrewnieni), a kazirodztwo jest obrazą  bogów.

Jest jasne, że takiego niewolnictwa chrześcijaństwo nie dopuszcza.

Tymczasem, jak wyglądało niewolnictwo, o którym mowa w Biblii? Najpierw przyjrzyjmy się Staremu Testamentowi. Jakkolwiek, zgodnie z Biblią, Prawo Mojżeszowe chrześcijan nie dotyczy, to jednak faktem jest, że stanowiło ono prawo, które z woli Bożej miało dotyczyć starożytnych Izraelitów na czas Starego Przymierza.
- Pan, który zabił swojego niewolnika podlegał karze. W tym przypadku niektórzy krytycznie odnoszą się do zastrzeżenia, że pan nie podlegał karze, jeśli niewolnik umarł po upływie dwóch dni od pobicia. Tu nie chodziło o jakieś rytualne przesądy, tylko o ustalenie odpowiedzialności - w czasach, gdy sekcje zwłok nie istniały, ciężko było jednocześnie określić, co stanowiło bezpośrednią przyczynę śmierci człowieka, stąd przyjmowano, że jeśli niewolnik umarł w ciągu dwóch dni od pobicia, domniemuje się, że to pobicie było przyczyną śmierci, a jeśli później - że zginął z jakiegoś innego powodu, niezależnego od pana,
- jeśli pan uderzył niewolnika nie zabijając go, ale powodując trwałe uszkodzenie ciała (wybił oko lub ząb), tracił nad nim władzę i musiał go wyzwolić,
- jeśli facet wziął sobie niewolnicę (w domyśle na "żonę"), a potem mu się znudziła i wziął inną, w dalszym ciągu musiał zapewniać jej pożywienie, odzież i mieszkanie - nie miał prawa jej np. sprzedać - a jeśli ją zaniedbywał, miała prawo odejść bez żadnego wykupu,
- "Kto by porwał człowieka i sprzedał go, albo znaleziono by go jeszcze w jego ręku, winien być ukarany śmiercią" (skąd zatem brali się niewolnicy? O tym dalej),
- niewolnicy, tak samo, jak ludzie wolni nie wykonywali pracy w szabat,
- jeszcze większe ograniczenia dotyczyły władzy nad niewolnikami-Izraelitami, no ale domyślam się, że większości z nas to nie dotyczy, więc nie będę się rozpisywał.

A zatem niewolnictwo starotestamentowe NIE BYŁO niewolnictwem sensu stricto. W porównaniu z niewolnictwem rzymskim było bardzo łagodną instytucją. Niewolnik nie był rzeczą - był podwładnym, ale nie rzeczą. Miał konkretne prawa w stosunku do swojego pana i mógł je egzekwować. Co to za niewolnictwo, jeśli niewolnik ma prawo powiedzieć "Gdzie z tym kijem, draniu! Wybiłeś mi zęba, ty bandyto! Nie godzę się na to, koniec, już nie jesteś moim panem, mam cię gdzieś, odchodzę, pocałuj mnie w dupę, żegnam"? Albo jeśli niewolnica może powiedzieć "Nie dbasz o mnie, TY JUŻ MNIE NIE KOCHASZ, odchodzę"? Już nie mówiąc o tym, że niewolnik miał ustawowo zagwarantowany jeden dzień wolny w tygodniu - coś, czego w innych krajach nie mieli nawet ludzie wolni!
Oczywiście, ktoś może mieć zastrzeżenie, że jakkolwiek Prawo Mojżeszowe zakazywało skrajnych przejawów przemocy, to jednak generalnie dopuszczało "umiarkowane" bicie - tyle, że przecież w ówczesnych czasach dotyczyło to również wolnych ludzi, a kara chłosty była powszechna (zresztą, mam wrażenie, że warto byłoby rozważyć jej przywrócenie we współczesnych czasach - byłaby tańsza niż więzienie, a bardziej resocjalizująca niż "zawiasy" - oczywiście, zgodnie z biblijnymi zasadami nie mówię o okaleczaniu).
W ogóle to śmieszne, że dzisiaj wielu postępowców twardo twierdzi, że podstawą europejskiej cywilizacji jest Grecja i Rzym, a Biblia to syf, ciemnota i barbarzyństwo. Trzeba przyznać, że prawo rzymskie z czysto "materialistycznego" punktu widzenia jest precyzyjniejsze i lepiej służy obrotowi gospodarczemu - dlatego też współczesne prawo cywilne w znacznej mierze na nim bazuje - ale pod względem moralności - właśnie z "humanistycznego" i "opartego na empatii" punktu widzenia, który ponoć przyjmują lewacy - nawet Stary Testament bije wymysły Rzymian na głowę.
Aha, miałem się odnieść do tego, skąd Izraelici brali niewolników, skoro porywanie w tym celu ludzi było zakazane.
1. Jako jeńców wojennych - można się zastanawiać, czy to sprawiedliwe, żeby czynić niewolnika z wrogiego żołnierza, który tylko wykonywał rozkazy, czy tym bardziej z cywilnej ludności podbitej osady. Ale jaka była alternatywa? Lepiej, żeby wojownik miał motywację do zachowywania wrogów przy życiu, niż żeby beztrosko ich mordował i gwałcił, prawda? Oczywiście, lepsza jest sytuacja, gdy człowiek postępuje zgodnie z wolą Bożą ze względu na głęboką wiarę i szacunek dla Boga, a nie łaskawie idzie na kompromis ze względu na materialne korzyści, ale mimo wszystko lepsze to, niż gdyby szedł na całość i wybierał najgorszą opcję. A przecież Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapem, prowadzącym Izraelitów do pełnego poznania Prawa Bożego. "Miłuj swoich nieprzyjaciół" jest lepsze, niż "Daruj życie wrogowi, żeby musiał na ciebie pracować", ale zawsze lepsza taka motywacja do miłosierdzia, niż żadna.
2. Jako złapanych przestępców - chyba jesteśmy zgodni co do tego, że ukaranie przestępcy polega na ograniczeniu jego praw - czy to wolności osobistej (więzienie), czy własności (grzywna). Zrobienie z niego pracownika przymusowego to po prostu inna forma kary i nie ma nic wspólnego z potępianym przez Kościół niewolnictwem polegającym na niewoleniu niewinnych.
3. Jako dłużników niespłacających swych długów - zmuszenie dłużnika do spłaty długu w naturze jest po prostu inną formą wyegzekwowania należności. W sumie dlaczego wierzyciel ma ponosić straty? Czy dzisiaj np. zajęcie komuś rachunku i zmuszenie, żeby oddawał część owoców swojej pracy komornikowi jest nieludzkim traktowaniem?
4. Jako ludzie dobrowolnie oddający się w niewolę. Z punktu widzenia współczesnego człowieka, który na każdym kroku deklaruje, jak to kocha wolność, to szokujące. Ale łatwo mówić, że wolność jest wartością najwyższą, gdy żyjesz w kraju pierwszego świata. W starożytności o wiele ważniejsze było przetrwanie. Lepiej zrezygnować z części swojej wolności (podkreślam - części - bo jak wyżej wskazałem, starotestamentowe niewolnictwo nie oznaczało uprzedmiotowienia) było oddać się pod opiekę kogoś mocniejszego, kto zapewni ci ochronę, niż stać się ofiarą dzikiej przyrody czy zbójów (zresztą, tak działają współczesne państwa - i to jeszcze gorzej, bo nawet nie masz prawa zadecydować, czy chcesz się oddać w taką niewolę!). Taki przykład - Abraham na skutek nacisków swojej żony Sary oddalił niewolnicę Hagar wraz z synem Izmaelem. Hagar błąkała się po pustyni, zanosząc modły do Boga. I Bóg jej wysłuchał - zesłał anioła, który nakazał Abrahamowi ponowne przyjęcie Hagar. Z punktu widzenia Hagar wolność nie była stanem pożądanym - tylko "pożywienie, odzież i wspólne mieszkanie", które miał obowiązek zagwarantować jej pan. Prawo Mojżeszowe zawierało nawet specjalną procedurę "Co zrobić w sytuacji, gdy wyzwalasz niewolnika, a on mówi, że chce zostać".
5. Zakup niewolnika - no tak, to brzmi brzydko. Ale przecież niewolnik w Prawie Mojżeszowym nie był rzeczą - "kupując niewolnika" nie nabywało się prawo do niego tak, jak np. do stołu czy osła. Nabywało się określone prawa w stosunku do niewolnika - prawa, które były ograniczone, jak to wyżej wskazałem. Już nie mówiąc o tym, że jeśli Izraelita nabywał niewolnika od cudzoziemca, to status niewolnika mógł ulec znacznej poprawie - bo wówczas przechodził on pod Prawo Mojżeszowe, dzięki czemu jego życie i w znacznej mierze zdrowie zyskiwały ochronę, jakiej nie miał przedtem.

Ale jak wspomniałem wyżej - Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapie w planie Bożym. Gdyby Stary Testament zawierał pełne objawienie, Nowy byłby niepotrzebny. Tymczasem w Nowym Testamencie przechodzimy na nowy poziom - również w kwestii tzw. niewolnictwa.

Święty Paweł w rozdziale 6 Listu do Efezjan pisze co następuje:
"5 Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym2 panom, jak Chrystusowi, 6 nie służąc tylko dla oka, by ludziom się podobać, lecz jako niewolnicy Chrystusa, który z duszy pełnią wolę Bożą 7 Z ochotą służcie, jak gdybyście [służyli] Panu, a nie ludziom, 8 świadomi tego, że każdy - jeśli uczyni co dobrego, otrzyma to z powrotem od Pana - czy to niewolnik, czy wolny".
Na te wersety powoływali się np. posiadacze niewolników z amerykańskiego południa, uzasadniając swój system. Na ten wersety powołują się antychrześcijanie, twierdząc, że pokazuje on stosunek Biblii do niewolnictwa. Tylko, że jedni i drudzy pomijają następny werset: "A wy, panowie, tak samo wobec nich postępujcie: zaniechajcie groźby, świadomi tego, że w niebie jest Pan zarówno ich, jak wasz, a u Niego nie ma względu na osoby". A zatem - tak, niewolnik ma służyć panu, ale pan ma wobec niego zaniechać groźby. Czyli już nawet nie "możesz bić, ale nie okaleczaj". Masz się powstrzymać nawet od groźby stosowania przemocy. Tylko wtedy możesz być "panem niewolnika". Co więcej - św. Paweł pisze "A wy, panowie, TAK SAMO wobec nich (niewolników) postępujcie". Tak samo, czyli - niewolnicy służcie panom, ale i panowie służcie niewolnikom. O co w tym chodzi? W kulturze grecko-rzymskiej dominującej w ówczesnym imperium "służenie" było traktowane jako coś haniebnego. To, że niewolnik był pogardzany, to oczywiste, ale nawet wolni rzemieślnicy byli traktowani jako ktoś gorszy - w tym artyści, jak np. rzeźbiarze. Prawdziwie wolny człowiek oddawał się dyskusjom filozoficznym, polityce, poezji, a jeśli brudził sobie ręce i męczył ramię, to co najwyżej robiąc mieczem i włócznią. A św. Paweł mówi - służenie jest dobre, służenie jest słuszne. Niewolnicy, nie traktujcie służenia jako coś hańbiącego - każdy powinien służyć innym i samemu Bogu. Panowie również.  Św. Paweł nakazuje przemodelowanie stosunków międzyludzkich i wyrównanie pozycji obu stron relacji - ale nie polega ono na odrzuceniu służby, jak to czynią komuniści, ale wręcz przeciwnie - na założeniu, że obie strony mają obowiązek służyć sobie nawzajem. I obie strony mają obowiązek powstrzymać się od "groźby" wobec drugiej strony. Stąd też niewolnictwo pawłowe jest niewolnictwem jedynie z nazwy - to jest relacja pomiędzy uczciwym pracodawcą i uczciwym pracownikiem, gdzie owszem, jedna strona sprawuje kierownictwo, ale obie strony mają wobec siebie obowiązki, a relacja jest oparta na poszanowaniu tych obowiązków i wzajemnych korzyściach, a nie przymusie i groźbie. Św. Paweł używa słowa "niewolnik" jako "osoba podlegająca czyjemuś kierownictwu", a nie jako "przedmiot własności". Nie liczy się termin, a jego znaczenie. Kto cieszył się większą wolnością w XX wieku? Poddany królowej brytyjskiej, czy obywatel Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich? Przypomina mi się taka scenka z książki "Pomniejsi bogowie" Pratchetta, kiedy główny bohater, mieszkaniec Omnii, Brutha pyszni się przed niewolnikiem z innego kraju - Efebu, że jest wolnym człowiekiem. Do momentu, gdy uświadamia sobie, że w Efebie pan ma obowiązek dobrze opłacać i żywić niewolnika oraz dawać mu dni wolne, a wolny człowiek Brutha w Omnii takich przywilejów nie ma. I tak też było z tym biblijnym niewolnictwem.

A przechodząc od ogółu do konkretu -  list św. Pawła do Filemona dotyczy sytuacji, w której Apostoł Narodów odsyła do Filemona jego zbiegłego niewolnika, Onezyma. Ha! Można zakrzyknąć - no i wyszło szydło z worka, św. Paweł niby tak kocha niewolników, tu odsyła zbiega z powrotem w niewolę, zamiast pomóc mu uciec. Ale co pisze św. Paweł do pana Onezyma:
"Bo, być może, że dlatego utraciłeś go na krótki czas, abyś go odzyskał na wieki, i to już nie jako sługę, ale więcej niż sługę, bo jako brata umiłowanego, zwłaszcza dla mnie, a tym bardziej dla ciebie, tak według ciała, jak i w Panu. Jeżeli więc masz mnie za przyjaciela, przyjmij go jak mnie. A jeżeli ci jakąś szkodę wyrządził albo jest ci coś winien, mnie to przypisz. Ja, Paweł, piszę własnoręcznie, ja zapłacę; nie mówię już o tym, żeś mi siebie samego winien".

Zresztą, w innym miejscu św. Paweł wprost potępia handel niewolnikami:
"8 Wiemy zaś, że Prawo jest dobre, jeśli je ktoś prawnie stosuje, 9 rozumiejąc, że Prawo nie dla sprawiedliwego jest przeznaczone4, ale dla postępujących bezprawnie i dla niesfornych, bezbożnych i grzeszników, dla niegodziwych i światowców, dla ojcobójców i matkobójców, dla zabójców, 10 dla rozpustników, dla mężczyzn współżyjących z sobą, dla handlarzy niewolnikami, kłamców, krzywoprzysięzców i [dla popełniających] cokolwiek innego, co jest sprzeczne ze zdrową nauką, 11 w duchu Ewangelii chwały błogosławionego Boga, którą mi zwierzono" (1 List do Tymoteusza, rozdział 1).

 A zatem - św. Paweł nawołuje do tego, by relacje pan-niewolnik, które zgodnie z prawem rzymskim sprowadzały się do własności rzeczy zostały zmienione w relacje oparte na wzajemnej służbie, gdyż chrześcijanie powinni służyć sobie nawzajem (a osoba sprawująca władzę również powinna służyć swoim podwładnym), jednocześnie zakazuje handlu niewolnikami. Czyli - ewolucja niewolnictwa w stronę braterstwa i relacji opartych na wzajemnych korzyściach i poszanowaniu kierowników i kierowanych, a  jednocześnie "wygaszanie" tej instytucji poprzez zakaz handlu niewolnikami. Św. Paweł nie twierdzi, że niewolnictwo jest święte i wieczne, a jedynie chce rozwiązać ten problem w taki sposób, że niewolnicy nie będą zrywać relacji z panami, ale dalej pracować pod ich kierownictwem, pod warunkiem, że panowie będą ich traktować na równi, nie jako sługi, lecz "braci umiłowanych". Program dużo bardziej realniejszy niż nawoływanie do powszechnej rewolucji, która doprowadziłaby do powszechnej masakry, a nawet w przypadku zwycięstwa niewolników, wyrżnięcia panów i całkowitego zniszczenia systemu - straszliwym kryzysem gospodarczym (można by powiedzieć "katastrofą humanitarną").
W grę może tu wchodzić tutaj pragmatyzm innego rodzaju - możliwe, że św. Paweł nie chciał się narazić władzom rzymskim, które niewolnictwem stały (a początkowo władze rzymskie nie prześladowały tak ostro wyznawców Chrystusa). Więc zamiast pisać "Zdelegalizować niewolnictwo", co byłoby nawoływaniem do buntu, pisze "No tak, niewolnictwo, rozumiem, coś takiego działa. Ja nie mówię - znieść niewolnictwo. Niewolnictwo może być, pod warunkiem, że pan nie stosuje groźby wobec niewolnika. Ja tylko mówię - zreformować niewolnictwo tak dalece, że nie zostanie z niego nic, oprócz nazwy". Albo inaczej - niewolnictwo w imperium rzymskim było instytucją tak powszechną, tak oczywistą, że coś takiego jak "zdelegalizowanie niewolnictwa" w ogóle nie mieściło się w aparacie pojęciowym ówczesnych ludzi, w tym św. Pawła. To trochę tak, jakby ktoś wychowany w komunizmie, kto nie zna innego ustroju wpadł na pomysł sprywatyzowania własności państwowej, ale dalej nazywałby to, powiedzmy "komunizmem wolnorynkowym", bo w głowie by mu się nie mieściło, że jakiś system może nie być komunizmem - i zamiast mówić "odejdźmy od komunizmu", mówiłby "no ten nasz komunizm powinien działać tak, żeby zamiast komunistycznej własności publicznej była komunistyczna własność prywatna".

Stąd też Kościół może potępiać niewolnictwo takie jak w starożytnym Rzymie, jak w USA przed wojną secesyjną, czy jak współczesny "handel żywym towarem", niewolnictwo takie, jak je rozumie współczesne prawo i konwencje międzynarodowe - a jednocześnie nie wyrzucać z Biblii wersetów mówiących o niewolnictwie. I nie jest to żadna niekonsekwencja - po prostu te "niewolnictwa" nie są tym samym. Rzymscy patrycjusze, amerykańscy plantatorzy nie przestrzegali w tym względzie Biblii - ani Nowego, ani nawet Starego Testamentu. I nie czynią tego współcześni gangsterzy.

Natomiast w przypadku homoseksualizmu, sprawa jest jasna. Przytoczyłem wyżej cytat odnoszący się m.in. do mężczyzn współżyjących ze sobą. Teraz drugi:

"9 6 Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, 10 ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. 11 A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego" (1 List do Koryntian, rozdział 6).

I tak, jak w przypadku "niewolnictwa", po dokładnym wczytaniu się widać wyraźnie, że "niewolnik", o którym pisze św. Paweł, to nie jest "niewolnik" w takim znaczeniu, w jakim używa go współczesne prawo, o tyle nie ma najmniejszych podstaw do twierdzenia, że "mężczyźni współżyjący ze sobą" dotyczy wyłącznie męskich prostytutek czy "ale to nie dotyczy sytuacji, kiedy ci mężczyźni się kochają". Stąd też Kościół, wierny biblijnemu nauczaniu, potępia współcześnie niewolnictwo i uznaje za grzech praktyki homoseksualne. 







piątek, 29 grudnia 2017

Rozum urojony

(To nie jedyna notka na tym blogu! Serio! Zerknijcie też na inne, są co najmniej tak samo denne)


Ja jestem katolikiem, ale to nie znaczy, że każdy argument mający wspierać wiarę katolicką uznaję za rozsądny. Analogicznie, to, że ktoś jest ateistą nie oznacza, że każdy argument za ateizmem musi uznawać za trafny. Niestety, mam wrażenie, że wielu ateistów wychodzi z założenia "religia jest głupia, a ateizm=racjonalizm, dlatego każde stwierdzenie skierowane przeciwko religii jest z założenia racjonalne". Dlatego zachęcam ateistów, do próby wspólnego, uczciwego i obiektywnego pochylenia się nad kilkoma popularnymi argumentami często kierowanymi przeciwko religii, a katolicyzmowi w szczególności.

A jeśli widzicie w moim rozumowaniu jakieś błędy logiczne, to proszę wytknijcie je. Pokażcie, że faktycznie jesteście racjonalni i oświeceni. Bo do tej pory niestety większość moich dyskusji z ateistami polegała na:
"- Religia be!
- Dlaczego?
- Bo X!
- Ale wcale nie jest X, to nie prawda, masz tu dowody.
- To nie są dowody, to jest gówno, bo religia jest be, więc jeśli coś ma dowodzić, że religia nie jest be, to jest gównem, bo gdyby nie było, to religia nie byłaby be, a przecież jest! W ogóle to jesteś głupi, masz zamknięty umysł na argumenty, przecież piszę, że X, a Ty zamiast przyznać mi rację, próbujesz dyskutować, wyzwól się od prania mózgu i zacznij myśleć samodzielnie, EOT, blokuję Cię, żeby nie czytać tych bzdur".

EDIT:
Notabene, świetną ilustracją powyższego zachowania jest wypowiedź Seweryna pod notką. Dzięki chłopie, że pomagasz mi udowodnić słuszność tego, o czym piszę! Ale już wystarczy, naprawdę chciałbym podyskutować z Tobą na poważnie, wiem, że potrafisz, więc czekam z nadzieją.


 Kwestia ewolucji itp.
Po pierwsze, Kościół Katolicki nie występuje przeciwko teorii ewolucji. Nie, po prostu nie. Kościół jako taki nie ma z nią żadnego problemu. Oczywiście, niektórzy katolicy czy księżą mogą tej teorii nie uznawać, ale nie ma to nic wspólnego z oficjalnym nauczaniem Kościoła. Zażarta wiara niektórych ateistów w to, że KK nienawidzi ewolucji wywodzi się głównie z faktu, że owi ateiści czerpią swoją wiedzę głównie z anglojęzycznego Internetu - głównie ze śmiesznych memów, czy skeczy kabaretowych, czasem z wywodów Dawkinsa czy innego autorytetu. Siłą rzeczy, owe materiały odnoszą się do kwestii, które pojawiają się w krajach anglojęzycznych, przede wszystkim w USA. Otóż, faktycznie, w niektórych amerykańskich kościołach "ewangelicznych" przeczy się teorii ewolucji. Owszem, niektórzy z owych ewangelików mają problem z tym, że w szkołach uczy się o ewolucji. Nie ma to wpływu na stanowisko polskich katolików. W ogóle, straszne utrapienie z tym amerykanocentryzmem. Otóż, wśród owych amerykańskich ewangelików istnieje jeszcze mniejsza grupa, która wierzy w tzw. "Rapture". Jest to bardzo niszowa koncepcja, która nie jest właściwie obecna poza tym wąskim kręgiem, do tego stopnia, że ten termin nie ma nawet oficjalnego polskiego tłumaczenia, a KK nigdy nie wypowiadał się oficjalnie, że to herezja, bo w ogóle nikogo ta idea wśród katolików nie rusza, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ale są ludzie, wychowania na wywodach amerykańskich ateistach, którzy święcie wierzą, że katolicy wierzą w te "Rapture". I nie ma siły im wytłumaczyć, że tak nie jest.
Ale wracając do ewolucji. Niektórzy ateiści łaskawie przyjmują do wiadomości, że KK uznał ewolucję. I wtedy pojawia się argument "No tak, jak nie mogliście tego obalić, bo dowody są zbyt silne, to zmieniliście zdanie!". Hmm, wydawało mi się, że "jeśli istnieją silne dowody na prawdziwość jakiejś tezy i nie mogę ich obalić, to znaczy, że powinienem uznać prawdziwość tej tezy" to zachowanie wymagane od światłego racjonalisty, czyli zdawać by się mogło, że owym ateistom powinno się ono spodobać... No ale wszystko jest złe, jeśli robią to katolicy.
Dalej - Kościół Katolicki nigdy oficjalnie nie występował przeciwko teorii ewolucji. "O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego" nigdy nie była na Indeksie Ksiąg Zakazanych. Kościół Katolicki przez długi czas nie wyrażał żadnego oficjalnego stanowiska na temat tej teorii. Dopiero w 1950 r. papież Pius XII wydał encyklikę "Humani Generis", w której napisał:
Nie zakazuje więc kościelny Nauczycielski Urząd, by teoria ewolucjonizmu, o ile bada, czy ciało pierwszego człowieka powstało z istniejącej poprzednio, żywej materii - że bowiem dusze stwarzane są bezpośrednio przez Boga, tego niewątpliwie uczy nas katolicka wiara - stała się przedmiotem dociekań i dyskusji uczonych obydwu obozów, zgodnie z obecnym stanem nauk ludzkich i świętej teologicznej wiedzy.
 

 Oczywiście, ateiści mogą ironizować "hoho, łaskawie pozwolił, żeby badano teorię ewolucji, a mógł wysłać na stos" (oczywiście, nie mógł) - ale faktem jest, że pierwsze oficjalne stanowisko Kościoła w kwestii ewolucji nie zaprzeczało tej teorii, a traktowało ją jako jedną z równorzędnych. W miarę czasu, stanowisko KK stawało się coraz bardziej przychylne (co jest logiczne - im więcej dowodów, tym większa pewność).
Notabene, jeszcze przed ową encykliką, niektórzy księża-naukowcy opowiadali się za teorią ewolucji, jak np. John A. Zahm, Dalmas Leroy, Henri de Dorlodot.
Nie jest też tak, że jak Darwin opublikował swoje dzieło, to katolicy wpadli w popłoch "YYyyy, co to robić, dobra, powiemy, że opis stworzenia to metafora, ufff". Taki sposób interpretowania można znaleźć już u św. Augustyna, który uznawał, że w symbolicznych "sześciu dniach stworzenia", Bóg powołał nie tyle konkretne, materialne byty w formach ostatecznych, co "przyczyny zalążkowe", z których dopiero stopniowo rozwinęły się zwierzęta i rośliny, a samo stworzenie rozumiał nie tyle jako punktowy moment, tylko jako stałe, bezustanne podtrzymywanie przez Boga istnienia świata (i procesów w nim zachodzących). Święty sformułował również zasadę, że w razie sprzeczności między dosłownym zapisem biblijnym a wiedzą, tak reinterpretować Biblię, aby tego konfliktu uniknąć. To u św. Augustyna po raz pierwszy pojawia się stwierdzenie, że wiara zajmuje się czymś innym, niż nauka, toteż nie należy traktować opisów biblijnych, jako dosłownych, naukowych teorii : „Nie czytamy w Ewangelii, by Pan powiedział: ‘Posyłam wam Pocieszyciela, który by was pouczał i biegu słońca i księżyca’. Chrześcijan bowiem chciał wykształcić, nie matematyków”. Biblia nie zawiera teorii naukowych, bo nie o tym ma być.
A argument "Aha, to skoro opis stworzenia świata jest metaforą, to  wszystko jest metaforą, łącznie z Jezusem" jest bez sensu. W wielu książkach można znaleźć zarówno wypowiedzi metaforyczne, jak i dosłowne. Ba, na co dzień ci sami ludzie czasem wypowiadają się dosłownie, czasem metaforycznie. Również ateiści. I nie mają z tym problemu. Ale gdy chodzi o Biblię, nagle załącza się schemat "Albo wszystko dosłownie, albo nic! Tertium non datur". Od zawsze wiedziano, że część Biblii to metafory. Kościół traktował przypowieści Jezusa jako no cóż, przypowieści. Ale kiedy okazuje się, że świat nie został stworzony w siedem literalnych dób i Kościół oświadcza "Aha, ok, czyli w  świetle nauki interpretowanie tego opisu nie jest trafne, czyli to jeden z tych wielu fragmentów w Biblii, gdzie liczby i okresy czasu są traktowane symbolicznie, spoko".
W ogóle to zabawne. Ateiści uważają, że Kościół jest przeciwny nauce, a kiedy Kościół zgadza się  z nauką, bulwersują się "Hej, no jak to, przecież Wy jesteście przeciwni nauce, nie udawajcie!". To trochę na zasadzie
"- Hehehe, Kościół jest taki zacofany, uważa że Internet to dzieło Szatana.
 - Kościół wcale tak nie uważa, bzdury gadasz, wielu księży pisze w Internecie, nawet papież.
- Hehehe, hipokryci, mówią, że Internet to dzieło Szatana, a sami używają.
- Ale przecież wcale tak nie mówią...
- Na pewno mówią, przecież Kościół jest zacofany, więc na pewno jest przeciwko Internetowi".

Kwestia dowodu negatywnego
Jednym z najczęstszych haseł powtarzanych przez ateistów jest "Nie da się przeprowadzić dowodu negatywnego, to jest niemożliwe, więc nie da się udowodnić nieistnienia Boga, więc to wy macie udowodnić Jego istnienie". Wiedzą, że gdzieś dzwoni, ale nie wiedzą gdzie. Oczywiście, że da się przeprowadzić dowód negatywny (dowód na nieistnienie czegoś). Załóżmy, że mówię "w mojej wyciągniętej dłoni znajduje się widzialna, materialna piłka o średnicy 10 cm". Patrzysz na moją dłoń, dotykasz jej, nie ma piłki, gratuluję, dokonałeś (rzekomo) niemożliwego i udowodniłeś nieistnienie.

Albo ktoś mówi "Istnieje Pan Czokoloko, który za każdym razem, gdy ktoś mówi <<Czokotubka>> zsyła mu czekoladę. Podkreślam, nie duchową, metaforyczną czekoladę, tylko normalną, materialną czekoladę o wymiarach 10 cm na 10 cm. I nie ma znaczenia stan umysłu mówiącego, ani absolutnie nic innego, w absolutnie każdym przypadku czekolada zostaje zesłana wprost do jego dłoni". Ponieważ pomimo powiedzenia "Czokotubka" czekolada nie została zesłana, został udowodniony fałsz powyższego stwierdzenia i fakt NIEISTNIENIA Pana Czokoloko posiadającego taką cechę, o jakiej mowa w tym stwierdzeniu (może istnieje jakiś inny Pan Czokoloko, ale faktem jest, że byt taki, jak opisano w stwierdzeniu, nie istnieje). Proste?

Ateiści często odwołują się do prawa stanowionego i "domniemania niewinności" oraz ciężaru dowodu. Owszem, w  prawie stanowionym na ogół przyjmuje się, że ciężar dowodu leży po stronie tego, który twierdzi, że jakiś fakt jest prawdziwy i wywodzi z niego określone skutki, a nie po stronie tego, który mu przeczy, ale to nie znaczy, że "dowód negatywny jest niemożliwy". Jeśli oskarżyciel twierdzi, że oskarżony był obecny na miejscu zbrodni, oskarżony oczywiście może udowodnić, że go tam nie było, zakazu nie ma - tyle tylko, że jeśli ani oskarżyciel, ani oskarżony nie przedstawi żadnych dowodów, PRZYJMUJE się, nie był obecny. Ponadto, niekiedy faktem, którego należy dowieść, jest właśnie fakt niezaistnienia jakiegoś bytu/stanu. W artykule 2 Kodeksu Karnego czytamy: "Odpowiedzialności karnej za przestępstwo skutkowe popełnione przez  zaniechanie  podlega  ten  tylko,  na  kim  ciążył  prawny,  szczególny  obowiązek  zapobiegnięcia skutkowi". A zatem, można popełnić przestępstwo nie tylko robiąc coś, czego nie powinniśmy, ale również nie robiąc czegoś, co powinniśmy zrobić - i w tym drugim przypadku na oskarżycielu ciąży ciężar dowodu, zgodnie z którym musi przedstawić dowód negatywny na niezaistnienie jakiegoś stanu. Przykładowo, art. 296 Kodeksu Karnego dotyczy przestępstwa, którego jedną z form jest wyrządzenie szkody majątkowej na skutek niedopełniania obowiązków, z kolei art. 93 Kodeksu Wykroczeń dotyczy wykroczenia polegającego na nieudzieleniu pomocy ofierze wypadku. I oskarżyciel, będący wojującym ateistą, w takiej sytuacji powinien powiedzieć "Wysoki Sądzie, no przecież nie będę udowadniał, że ten pan nie dopełnił swoich obowiązków albo nie udzielił pomocy ofierze, tak samo, jak nie będę udowadniał, że Święty Mikołaj nie roznosi prezentów, a skrzaty nie szczają do mleka, bądźmy poważni".
Dalej - brak dowodów na prawdziwość jakiegoś twierdzenia (przy czym ten fakt sam w sobie może oznaczać nieistnienie bytu/stanu), nie oznacza, że te twierdzenie jest fałszywe. W żadnym uzasadnieniu wyroku nie przeczytacie "Oskarżyciel nie udowodnił, że oskarżony dokonał morderstwa, a zatem oskarżony na pewno nie był mordercą, na pewno jest niewinny, a każdy, kto ma co do tego wątpliwości, ten debil", tylko "Oskarżyciel nie udowodnił, że oskarżony dokonał morderstwa, a zatem zgodnie z zasadami postępowania karnego, wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego, należy UZNAĆ oskarżonego za niewinnego". W sytuacji, w której nie ma dowodów na to, że oskarżony zabił i nie ma dowodów na to, że oskarżony nie zabił, sąd NIE WIE, czy oskarżony zabił, czy nie zabił - ale jakiś wyrok musi wydać, więc wprowadzono zasadę, że w takiej sytuacji wydaje wyrok na korzyść oskarżonego.
Podobnie je w naukach ścisłych. To, że nie ma dowodu na to, że Bóg istnieje, nie oznacza, że Bóg nie istnieje. To oznacza tyle, że istnienie Boga nie jest naukowo udowodnione, więc nauka nie uwzględnia Boga. "Nie uwzględnia" nie oznacza "zaprzecza jego istnieniu". Przykładowo - nie ma naukowych dowodów na istnienie kosmitów, więc teoria zakładająca, że homo sapiens zostali sztucznie wyhodowani przez kosmitów nie jest teorią naukową. To nie znaczy, że żaden naukowiec nie może wierzyć w istnienie kosmitów - tak długo, jak długo rozumie, że wiara nie jest tym samym, co nauka. Może mówić "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, ale ja uważam, że istnieją" albo "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, ale ja uważam, że nie" albo "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją, osobiście nie zastanawiam się nad tą kwestią". Stwierdzenie "Nie ma dowodów na istnienie kosmitów, więc nie wiadomo, czy istnieją" jest stwierdzeniem zgodnym z metodą naukową. WSZYSTKO, co zostanie wypowiedziane dalej, jest poglądem, wiarą. To samo dotyczy Boga.
Powiedzmy, że do pokoju przychodzi człowiek z pudełkiem i pokazuje go ludziom. Pudełka nie da się otworzyć, jest też na tyle masywne, że ciężko ocenić po ciężarze, czy w środku znajduje się jakiś drobny przedmiot. Ludzie mówią "Nie wiadomo, co tam jest i czy coś w ogóle jest - wstrzymam się z osądem, aż się uda otworzyć", inni "Nie wiadomo, co tam jest. Obstawiam, że nic", inni "Nie wiadomo, co tam jest, może grzebień?". No i w końcu ten gość - światły, racjonalny wojujący ateista, który wrzeszczy "Skoro nie ma dowodu, że tam coś jest, to znaczy, że tam nic nie ma! NIC! Ani grzebienia, ani niczego! Doskonała próżnia, nie inaczej! A ten, kto ma jakiekolwiek wątpliwości, ten jest debilem o zamkniętym umyśle!".


Dowód z mnogości

Bardzo chętnie powtarzanym argumentem jest "Dowodem na to, że wszystkie religie są fałszywe, jest to, że jest ich tak dużo!!!".
Powiedzmy, że mamy działanie matematyczne. Ludzie podają różne wyniki. Żeby stwierdzić, czy któryś z nich racji, należałoby rozwiązać działanie. Człowiek, używający powyższego argumentu, to ktoś, kto twierdzi, że sam fakt, że ludzie proponują różne rozwiązania, oznacza, że oni wszyscy się mylą... Oczywiście, oprócz samego "racjonalisty", który mówi, że wynikiem jest "zero". Tymczasem, nie ma żadnego logicznego związku pomiędzy ilością potencjalnych odpowiedzi, a prawdziwością którejkolwiek z nich. Gdyby tak było, każde twierdzenie można by obalić, wymyślając od ręki mnóstwo alternatywnych odpowiedzi na daną kwestię. Absurdalne jest również twierdzenie "skoro ludzie udzielają tak wielu różnych odpowiedzi, to dowód, że wszystkie są błędne.... oprócz mojej, rzecz jasna!". Tak, ateizm jest jedną z wielu odpowiedzi na pytanie "Czy jest Bóg, a jeśli tak, to jaki jest". Ateiści mogą mantrować "ateizm to nie wiara, to brak wiary", ale to właśnie dowodzi braku logiki. Odpowiedź "Boga nie ma" jest jasnym zajęciem stanowiska, takim samym jak "istnieje Bóg chrześcijański", czy "Istnieje wielu bogów". Brakiem stanowiska jest milczenie, albo odpowiedź "Nie wiem". Odpowiedź "wynik wynosi zero" nie jest sama w sobie lepsza, ani gorsza do jakiejkolwiek odpowiedzi - a rozumowanie "jeśli nie potrafimy rozwiązać jakiegoś działania, to znaczy, że wynik wynosi zero" nie ma nic wspólnego z logiką. Jeśli nie potrafimy rozwiązać działania, to nie potrafimy rozwiązać działania, kropka. Wynik może wynosić zero, może wynosić tysiąc i każda z odpowiedzi w tej sytuacji będzie gdybaniem.
Nie lubię, kiedy ateiści stękają, że agnostycy to "ateiści, którzy nie mają jaj, żeby przyznać, że nimi są". To właśnie agnostycy są konsekwentnymi racjonalistami, nie Wy. Ateista to agnostyk, który myli brak wiedzy z wiedzą, na zasadzie "Nie wiadomo, czy istnieje Bóg, więc wiadomo, że nie istnieje". Ktoś powiedział "Ateizm jest religią w takim samym sensie, w jakim niezbieranie znaczków jest hobby". Ale ateizm nie jest niezbieraniem znaczków. Niezbieraniem znaczków jest agnostycyzm. Ateizm można porównać raczej do zbierania jednolicie białych nalepek, na których nie ma obrazków ani oznaczeń (a wojującym ateizm na jednoczesnym powtarzaniu, jacy to zbieracze znaczków są denni i jak bardzo nalepki są lepsze od znaczków i niemające z nimi nic wspólnego).

Ateizm jest tym, co nam pasuje
Ateizm jest według wojujących ateistów czymś bardzo płynnym i nieokreślonym. Z jednej strony, ateiści chlubią się, jakoby sam fakt bycia ateistą czynił z nich bardziej moralnych i inteligentniejszych ludzi. Z drugiej strony, kiedy ktoś odpierając te twierdzenia, mówi "Ateista Stalin zamordował miliony ludzi" nagle się okazuje, że "Ateizm oznacza jedynie brak wiary w Boga, nie wiąże się z jakimiś konkretnymi poglądami politycznymi, to że Stalin był ateistą i mordował, nie oznacza, że jego ateizm jakoś wpłynął na mordowanie". Z trzeciej strony, padają też głosy "Stalin wprowadzał totalitarny kult własnej osoby, co jest zaprzeczeniem ateizmu, więc nie był ateistą!". Ale zaraz.... jeśli ateizm to tylko brak wiary w Boga, to dlaczego totalitarne poglądy polityczne miałyby być sprzeczne z ateizmem?
Idąc dalej. Swego czasu użyłem wobec ateistów argumentu "Chrześcijanie nie dokonywali ludobójstwa, bo Chrystus zakazuje mordować, a chrześcijanin to ten, kto postępuje zgodnie z nauką Chrystusa, więc ludobójca z definicji nie jest chrześcijaninem". Oczywiście, wyśmieli mnie, coś tam pomamrotali o "no true Scotsman fallacy".
Ale to ciekawe - kiedy jakaś osoba mieniąca się chrześcijaninem popełnia zbrodnię, niezgodną z określonymi, skodyfikowanymi zasadami chrześcijaństwa, według ateistów, jest to dowód na to, że chrześcijaństwo jest złe. Kiedy zadeklarowany ateista, jak Stalin, popełnia zbrodnię (której nie można uznać za niezgodną z określonymi, skodyfikowanymi zasadami ateizmu, gdyż takowych nie ma), według ateistów... oznacza to, że Stalin nie był prawdziwym ateistą i w ogóle jego zbrodnie nie miały nic wspólnego z jego ateizmem, no skąd.

Religia a moralność
Wielu ateistów mówi "Religia nie jest potrzebna, żeby być dobrym, ludzie są dobrzy ze zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, a religia może w tym przeszkodzić, bo wmawia im, że złe rzeczy są dobre, jeśli są popełnianie w imię religii".
Owszem, żeby być dobrym, potrzebna jest religia - albo jakaś inna ideologia. Dlaczego? Bo to właśnie wyznawana przez Ciebie ideologia wyznacza to, co uważasz za dobro. Nauka nie odpowiada na pytanie, co to znaczy być dobrym. Nauka może odpowiedzieć na pytanie "Co należy zrobić, żeby osiągnąć określony cel?", ale nie odpowie na pytanie "jaki cel jest dobry?". Niektórzy ateiści mówią np. "Bycie altruistą jest dobre, bo to zwiększa szanse przeżycia gatunku, masz tu badania, którego tego dowodzą. Widzisz? Żeby być dobrym, nie potrzeba religii, wystarczy rozum!!!". Ale ze stwierdzenia "Altruizm zwiększa szanse przeżycia gatunku" (nawet jeśli przyjmiemy je za naukowo udowodniony fakt) nijak nie wynika, że altruizm jest dobry. Jest wiele innych strategii i przystosowań ewolucyjnych, które mogą równie dobrze - albo lepiej - zwiększać szanse przetrwania gatunku, więc czemu gloryfikować akurat tę? Możliwe, że gatunek, którego przedstawiciele przejawiają zachowania altruistyczne i odczuwają współczucie ma większe szanse przetrwania, niż gatunek, który działa wyłącznie na zasadzie rywalizacji... Ale jeszcze większe szanse na przetrwanie miałby gatunek, który stosowałby ściśle wyrachowany rachunek zysków i strat. "Ten osobnik jest chory/ranny, ale można go wyleczyć kosztem niewielkich zasobów, a jego dalsze życie przyniesie wspólnocie więcej zasobów, leczymy. Tego teoretycznie można by wyleczyć, ale jest to nieopłacalne, niech zdycha. A uśmierzania bólu śmiertelnie chorych w ogóle nie rozważamy, bo przecież z punktu widzenia przetrwania gatunku nie ma znaczenia, czy jego osobniki umierają w bólu, czy nie, właściwie to wizja śmierci w bólu nawet wzmacnia instynkt samozachowawczy". Jeśli wyznacznikiem "dobra" ma być "przetrwanie gatunku", to ideałem byłoby totalitarne technokratyczne społeczeństwo z przymusową eugeniką, eutanazją oraz brakiem leczenia paliatywnego.
Ale idąc dalej - właściwie, dlaczego "przetrwanie gatunku" miałoby w ogóle być miernikiem "dobra"? Istnieją tzw. ruchy antynatalistyczne, które twierdzą, że najlepszym, co mogłoby spotkać ludzkość, jest wymarcie. Bo statystycznie rzecz biorąc, życie składa się głównie z cierpienia. Nawet nieliczna garstka szczęśliwców żyjąca w krajach rozwiniętych, poświęca je głównie na pracę nie przynoszącą żadnej przyjemności, a służącej jedynie podtrzymywaniu egzystencji (błędne koło) oraz spanie (a sam fakt, że dla wielu ludzi jednym z najprzyjemniejszych elementów życia jest to, że około 1/3 jego czasu spędzają pozbawieni świadomości, świadczy o tym, jakie piękne jest to życie). Dlatego nie ma sensu żyć, a sprowadzanie na ten świat nowych ludzi to po prostu świństwo. Antynataliści (na ogół) nie nawołują do ludobójstwa, raczej do stosowania antykoncepcji (a jeśli ktoś nie potrafi powstrzymać swojego instynktu rodzicielskiego, to niech adoptuje jakąś sierotę, która miała nieszczęście się urodzić, zamiast nakręcać spiralę nienawiści i płodzić kolejnych męczenników). I przecież nie da się przedstawić naukowego dowodu, że ci ludzie nie mają racji. OK, takie a takie zachowanie służy życiu - ale sam fakt, że uznajesz życie za (bez)wartościowe jest Twoją subiektywną, irracjonalną oceną.
Inni twierdzą, że "racjonalną, rozumną, świecką" moralnością jest moralność oparta na empatii, współczuciu i "maksymalizacji szczęścia". To zabawne - nauka pokazuje, że ludzie są kolejnym gatunkiem istot żywych, łażących po jakiejś z grubsza kulistej skale pędzącej przez kosmiczną pustkę, a nasze uczucia, kultura itd. to produkt ewolucji, który sam w sobie nie jest bardziej wartościowy, niż skrzela u ryb. Ba, samo życie, czy świadomość z punktu widzenia nauki nie są "wartością" - człowiek nie jest bardziej "wartościowy", niż kupka skał. Ale wielu ateistów uważa, że moralność oparta na tym, czy dany czyn wywołuje określone reakcje chemiczne w jakichś gąbczastych glutach znajdujących się w czaszkach jakichś śmierdzących bezogoniastych i (niemal) nieowłosionych małpiszonów (czy, jak to ponoć ujął Platon "istot dwunożnych nieopierzonych"), jest bardziej "naukowa".... tylko dlatego, że nie jest religią.
Weźmy pod uwagę dwie możliwości:
- Bóg nie istnieje. W takim wypadku, religia jest po prostu jednym z wielu poglądów wyznawanych przez ludzi. Ani lepszym, ani gorszym. Jest oparta na konstrukcie kulturowym "Boga". Tak samo, jak wszystkie inne systemy etyczne. Czy istnienie "nienaruszalnej godności człowieka", na której opierają się Prawa Człowieka i Obywatela jest bardziej "obiektywne i naukowe" niż istnienia Boga, na którym opiera się Biblia? Twierdzisz, że Bóg nie istnieje? To daj mi dowód, że istnieje "nienaruszalna godność człowieka" i że wynikają z niej dokładnie takie prawa, jak twierdzisz. Jakiś wzór matematyczny na prawa człowieka albo zdjęcie atomów godności? Nie? To dlaczego twierdzisz, że system etyczny obejmujący Prawa Człowieka jest bardziej "racjonalny" niż ten biblijny? Ateiści często mówią "Jest tysiąc religii i wszystkie są fałszywe, ale nie Twoja, co nie?". Abstrahując od absurdalności tego argumentu, o czym pisałem wyżej, to powinno brzmieć raczej "Jest nieskończona ilość systemów etycznych i wszystkie to ideologie i religie, ale nie Twój, prawda? Twój to prostu zwyczajna, ludzka przyzwoitość".
- Bóg istnieje, a wtedy religia (jakaś) ma przewagę nad świeckimi systemami etycznymi, bo jest oparta na woli istoty wyższej, niż ludzie.

Dalej. Skoro nie trzeba być wierzącym, żeby być moralnym, to dlaczego ateiści nie oddają czci Bogu? Bo według mnie "czcij Boga" jest takim samym nakazem moralnym, jak "nie zabijaj", czy "nie kradnij". Według Was nie? A wiecie dlaczego? Bo wyznajecie inną moralność, niż ja. Jeśli ktoś uważa, że zabijanie jest złe, stwierdzenie "Można być mordercą i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Jeśli ktoś uważa, że kapitalizm jest zły, stwierdzenie "Można być liberałem gospodarczym i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Jeśli ktoś uważa, że ateizm jest zły, stwierdzenie "Można być ateistą i moralnym człowiekiem" nie ma sensu. Większość ludzi definiuje "moralność" jako "to, co ja uważam za dobre". I potem stosuje taki tok rozumowania "Ty też uważasz, że nie należy zabijać i kraść? Ja też tak uważam, to jest zwykła ludzka przyzwoitość, widzisz, nie potrzebujesz religii/ideologii by być moralnym. Uważasz również, że należy się modlić/dbać o zabytki/szanować rodziców/nie jeść wieprzowiny? Ja nie wyznaję takich zasad. Czyli to nie jest moralność, to jest tylko Twoja religia/ideologia. Z drugiej strony, ja uważam, że należy walczyć o prawa gejów, czyli to jest moralne i wymaga tego ludzka przyzwoitość, a Ty się z tym nie zgadzasz, czyli nie jesteś całkiem porządny. Zapewne przeszkadza Ci w tym Twoja religia, która sprawia, że skupiasz się na przestrzeganiu jakichś głupich zasad, które Ty uważasz za słuszne, zamiast na mądrych zasadach, które ja uważam za słuszne. Gdybyś tylko miał bardziej otwarty umysł, zaczął myśleć samodzielnie i zrozumiał, że moje poglądy są lepsze od Twoich...".
Inaczej mówiąc - twierdzenie, że krytykowanie zachowań seksualnych innych osób jest złe, bo jest niezgodne z empatią, ma tyle samo sensu, co twierdzenie, że określone zachowania seksualne są złe, bo są niezgodne z Biblią. Nie chcesz, żebym wmuszał w Ciebie swoje poglądy? To czemu wmuszasz mi swoje? Jakieś poglądy państwo musi realizować - i jakie by to poglądy nie były, ZAWSZE będzie to narzucanie jakiejś moralności. Neutralność światopoglądowa jest mrzonką. Rozdział religii od moralności jest mrzonką. Dlaczego świeckie ideologie mają być traktowane inaczej? Dlaczego według Was konstytucja powinna zakazywać sytuacji, w której ktoś powie "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo moja święta księga mówi, ze to jest dobre", ale sytuacja w której ktoś powie "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo tak mówi "Kapitał" Marksa" jest ok? Albo wręcz "Ja jestem za redystrybucją dóbr, bo ona jest dobra, bo tak czuję i tak czuje każdy porządny człowiek, nie ma sensu tego tłumaczyć, jak nie rozumiesz, to jesteś pozbawiony serca i empatii"?


Oczywiście, żeby nie było - ja osobiście WIERZĘ, że istnieje Bóg w Trójcy Jedyny i że Jego wola - w takim zakresie, w jakim możemy ją pojąć - jest taka, jak naucza Kościół Rzymskokatolicki.

niedziela, 24 grudnia 2017

Życzenia

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, życzę wszystkiego dobrego. Niech nie będą one jedynie "Świętami Wzmożonej Konsumpcji", ale przede wszystkim, przeżyciem duchowym.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Rozmyślania na temat Lovercrafta

Inspiracją do napisania tej notki był wywiad udzielony przez niejaką N. K. Jemisin: https://www.tor.com/2017/08/18/nk-jemisin-lovecraft-trilogy/
Jak się okazuje, jest to pisarka. Pierwszy raz o nie usłyszałem przy okazji tego wywiadu, ale OK, to nie świadczy, że jest zła pisarką, w końcu, jak wielu dobrych zagranicznych pisarzy nie znam? Co ważne, jest czarnoskóra. W tym momencie jakiś lewak mógłby podnieść krzyk "I CO Z TEGO, CZEMU PODKREŚLASZ, ŻE JEST CZARNA, JAKBY BYŁA BIAŁA, TO BYŚ NIE ZWRÓCIŁ NA TO UWAGI!!!". Mógłby, ale nie podniesie, bo ku mojemu ubolewaniu lewaki nie chcą się ze mną kłócić, więc napisałem to za nich. Żeby było jasne - zdecydowanie bardziej cenię czarnoskórą kobietę o katolickich poglądach politycznych (choć akurat Jemisin raczej nie grozi zaliczenie do tej grupy), niż białego jak śnieg lewaka pochodzącego w prostej linii od Piasta Kołodzieja (no ale nie uważam, że największym problemem na świecie i zbrodnią przeciwko jest to, że we "Wiedźminie" nie ma Murzynów, więc jestem rasistą). Dlaczego podkreślam jej kolor skóry? No bo najwyraźniej dla niej samej jest to kwestia niesamowicie istotna.
Otóż, Jemisin napisała opowiadanie, które zamierza rozwinąć w cykl powieści. Tyczy się ono mieszkańców Nowego Jorku (no bo czyż otwartych na świat i różne kultury, światłych, postępowych, wrażliwych amerykańskich lewaków istnieje coś poza Nowym Jorkiem?), którzy tworzą coś w rodzaju awatara "ducha Nowego Jorku" (nie zdziwiłbym się, gdyby ów awatar był czarną transeksualną lesbijką oraz islamską ateistką), który walczy z czymś, co Jemisin określa jako "basically Cthulhu". Osoba przeprowadzająca wywiad zapytała, czy to znaczy, że Jemisin jest fanką Lovercrafta - i otrzymała taką odpowiedź:
"Oh, hell no.

This is deliberately a chance for me to kind of mess with the Lovecraft legacy. He was a notorious racist and horrible human being. So this is a chance for me to have the “chattering” hordes—that’s what he called the horrifying brown people of New York that terrified him. This is a chance for me to basically have them kick the ass of his creation. So I’m looking forward to having some fun with that."
 Żeby było jasne - Jemisin ma rację. Lovercraft był rasistą. Zdecydowanie. Takim prawdziwym, nie osobą, która uważa, że białą postać w filmie mógłby zagrać biały aktor (na tej samej zasadzie, na jakiej karła nie powinien grać dryblas). Aczkolwiek nie uważam, żeby był paskudnym człowiekiem. Raczej - godnym litości. Był smutnym, nieszczęśliwym, pełnym fobii, znerwicowanym człowiekiem, który sam o sobie mówił, że "życie nigdy mnie tak nie interesowało, jak ucieczka przed nim". Wątpię, żeby widząc Murzyna złapał za kij, żeby go obić. Raczej zastygłby, oczekując na to, że ten Murzyn obije jego i wyobrażając sobie, z jaką moralną wyższością będzie przyjmował ciosy. Bo owszem, Lovercraft wierzył, że kolorowi reprezentują zło i chaos - ale wierzył również, że zło i chaos muszą zatriumfować, taki jest porządek natury i w sumie nie da się nic z tym zrobić.
Tyle, że mam wrażenie, że poza tym ogólnikiem, że Lovercraft był rasistą, Jemisin nie za bardzo kojarzy, o co chodzi w jego twórczości. Jeśli chce brać odwet na Lovercrafcie, nie powinna przeciwstawiać pozytywne ukazanych "hord brązowych ludzi" jako antagonistów Cthulhu. U Lovercrafta Cthulhu jest (między innymi) właśnie ucieleśniem zła i chaosu, jakie przypisuje "brązowym ludziom". W najsłynniejszym i najbardziej ikonicznym opowiadaniu Samotnika, czyli "Zewie Cthulhu" (jakkolwiek osobiście nie uważam go za najlepszy tekst, choć ładnie wprowadza w "uniwersum") jest to bardzo jasno pokazane. Cthulhu jest czczony przez  różnego rodzaju "barbarzyńców" na całym świecie, różne plemiona oraz zakonspirowanych w "normalnych" społeczeństwach dzikusów , którzy marzą o tym, że pewnego dnia ich pan powstanie i obali ten śmieszny cywilizowany ład, a wtedy oni będą mogli "śpiewać, tańczyć i zabijać" na jego gruzach. Oczywiście, tylko się łudzą, bo generalnie w świecie Lovercrafta nie ma bardziej żałosnej istoty rozumnej niż człowiek i w planach Wielkich Przedwiecznych raczej nie ma dla nich miejsca, nawet w charakterze sług - może ewentualnie w charakterze pożywienia, ale raczej w roli insektów, które należy zgnieść, w sumie bez większego wysiłku. Co w kontekście rasowym, może symbolizować, że kolorowi niczego nie potrafią stworzyć i dążą nie tylko do zagłady cywilizacji białego człowieka, ale ostatecznie i do autodestrukcji. Co nie zmienia faktu, że tworzenie z Chtulhu symbolu poglądów Lovercrafta i traktowanie opowieści, w której "brązowi ludzie" skopią mu tyłek, oznacza zwyczajny brak zrozumienia. Cthulhu symbolizuje to, czego Lovercraft się boi, w tym dominację "brązowych ludzi". Jeśli Jemisin chciałaby na poważnie podjąć z nim dyskusję, powinna ukazać to raczej w ten sposób, że gdy Cthulhu, symbolizujący multi-kulti, tolerancję, swobodę obyczajową itd itp wreszcie wstaje ze swojego snu i wspólne z "brązowymi ludźmi" obala opresyjny, biały, patriarchalny (oraz oczywiście, "heteronormatywny") system, to w jego miejsce zaprowadza lewacką utopię. 

Natknąłem się na inna wypowiedź, również napisaną przez czarnoskórą osobę. Punktem wyjścia był - przyznaję, paskudny - wiersz Lovercrafta On the Creation of Niggers. W rozważaniach padło takie stwierdzenie:
"This is something people of color, women, minorities must deal with more than most when striving to be the greatest that they can be in the arts: The fact that many of The Elders we honor and need to learn from hate or hated us"
Jest to problem, który mają nie tylko kolorowi, kobiety i mniejszości, ale również my, katolicy (choć oczywiście nasze problemy lewicowców nie obchodzą - i dzięki Bogu, już wolę, żeby traktowali nas jako wrogów, niż jako biedne owieczki, które muszą uszczęśliwiać na siłę). I dotyczy nie tylko szacownych "starszych", ale współczesnych twórców. Jako katolik i fan fantastyki, czytając, oglądając i grając, czuję się bez przerwy opluwany. Sapkowski to jeden z moich ulubionych pisarzy, ale jak wygłasza łopatologiczne proaborcyjne wykłady w "Chrzcie Ognia", czy opluwa samą ideę chrześcijaństwa w "Trylogii Husyckiej"... (choć antykatolicyzm bym mu prędzej wybaczył niż to, że łyka wiccańskie brednie). Podobnie z Kingiem - może chrześcijaństwa tak nie opluwa (czuć u niego sceptycyzm wobec "zinstytucjonalizowanej religii", ale jest też wiele motywów ukazujących chrześcijaństwo, czy wiarę w ogóle, w raczej pozytywnym świetle), ale widać wyraźnie sympatie w stosunku do płodobójców. Jak oglądam "Grę o Tron", to niesmaczy mnie to ciągłe dosrywanie religii, doczepiane wyjątkowo na siłę (książki są zdecydowanie bardziej wyważone). I co? I jajco. Nie, w przeciwieństwie do lewicowców nie uważam, że autorzy nie mają prawa wyrządzać mi przykrości, bo "empatia" czy inna bzdura. To, że przez nich czuję się niekomfortowo, nie znaczy, że mam prawo domagać się od nich, by przestali ujawniać swoje poglądy. Co najwyżej, mogę ich nie czytać/nie oglądać.
Rzecz w tym - wracając do tematu - że do cenionych przeze mnie, antyreligijnych autorów, należy równiez Lovercraft. Przy czym, słowo "antyreligijny" nie pasuje tu do końca, bo sugeruje jakieś aktywne przeciwstawianie się religii. A jakikolwiek aktywizm w wydaniu Lovercrafta jest nie pomyślenia. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że światem rządzi chaos i zło (przy czym jest to zło jedynie z ludzkiego, nieistotnego punktu widzenia - można powiedzieć, że to zło, które faktycznie jest jedynie "brakiem dobra" - tyle, że ten brak dobra występuje w calutkim wszechświecie z tego prostego powodu, że sama koncepcja dobra jest bzdurna i czegoś takiego nie ma). I owszem, istnieje jakiś określony ład społeczny, który Lovercraft sobie ceni - ale jednocześnie jest przekonany, że ten ład to mrzonka, coś skazanego z góry na zagładę, co nie może się ostać wobec nieprzyjaznego wszechświata, co z punktu widzenia tego wszechświata w ogóle nie ma sensu. Mrówki też sobie cenią porządnie zorganizowane mrowisko, ale co z tego, gdy ktoś dla zabawy albo przez nieuwagę je rozdepcze? I mam wrażenie, że u tego pisarza religia w pewnym stopniu wpisuje się w ten ład, choć nie jest jego najważniejszym elementem. Ostatecznie, Lovercraft uważał się za brytyjskiego dżentelmena (choć z USA), a takie podejście stanowi odbicie podejścia brytyjskich elit owego czasu. Dżentelmen generalnie powinien być protestantem, czy też w jakiś stopniu utożsamiać się z protestanckimi wartościami i tradycjami, ale nadmierne zaangażowanie w kwestii religii trochę nie uchodzi. I Lovercrafta to chrześcijaństwo "kulturowe" się pojawia gdzieś tam, w tle i rzadko, ale raczej w pozytywnym kontekście. Na przykład opisując piękne miasto będące symbolem cywilizacji, wspomni o strzelistych wieżach czy tez pięknych kopułach kościołów, albo pisząc o tłumie porządnych obywateli Nowej Anglii atakujących złowrogich kultystów doda, że zagrzewał ich pastor. Gwoli sprawiedliwości, co najmniej tak samo często pojawiają się u niego nawiązania do religii helleńskiej, znowuż, jako symbolu pewnego ładu kulturowego. Wydaje się, że Lovercraft nie jest przeciwny religii na poziomie moralnym, nie uważa jej za coś złego. Paradoksalnie, wręcz przeciwnie - właśnie dlatego, że religia przekazuje pozytywne wartości, jest dla niego mrzonką. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że wszechświat jest zimny i wrogi (niekoniecznie w sposób aktywny i świadomy - raczej w takim sensie, w jakim wrogi jest pożar czy powódź), nie rządzi nim żadna miłosierna siła (a jeśli istnieją jakieś wyższe siły, to są one tak niepojęte i tak odbiegają od ludzkiego pojmowania dobra i zła, że w najlepszym przypadku człowiek nie odniesie żadnych korzyści z ich istnienia, a w najgorszym przypadku stanowią dla niego śmiertelne niebezpieczeństwo), ludzka moralność to wymysł, a sami ludzie to tylko kawałki mięsa, a religia wynika z niezrozumienia tych przerażających prawd i prób antropomorfizowania nieludzkich, nieczułych sił i naiwnej wiary w to, że można jakoś uzyskać ich opiekę. Stąd też chrześcijanstwo jest mrzonką, bo próbuje dawać ludziom nadzieję, że jest inaczej. Jest jedno opowiadanie Lovercrafta, które niektórzy uważają za otwarcie antychrześcijańskie - "Koszmar w Dunwich". Tak, nie spoilerując za bardzo - kosmiczna, wszechobecna, przedwieczna, wielowymairowa, niepojęta potęg w niepojęty sposób zapładnia ludzką kobietę, której potomstwo ma przemienić oblicze Ziemi, oczyścić ją, odnowić i przygotować na to, by stała się siedliskiem wybranych. Brzmi znajomo? Z tym, że boskie potomstwo ma oczyścić świat z ludzkości jako takiej, a wybranymi mają być przerażającymi słudzy papy przybyli z kosmicznych otchłani. I to też moim zdaniem wpisuje się w to, co napisałem wyżej. Lovercraft nie tyle chce powiedzieć "Bóg jest zły i Jezus jest zły!", tylko raczej "To smutne, ale nie wierzę, żeby istniał dobry Bóg. A jeśli jakaś ponadludzka potęga zwróci uwagę na nasz padół i zechce go ulepszyć przy pomocy syna-posłańca, to moim zdaniem wyglądałoby to raczej tak". 
I powiem tak... W pewnym sensie, moja duchowość współgra z tym, co pisał Lovercraft. W pewnym sensie, ortodoksyjna katolicka duchowość z tym współgra. Oczywiście, wierzymy w istnienie dobrego Boga. Postawa Lovercrafta jest trochę nielogiczna. Kojarzy mi się z tymi "nie do końca ateistami", którzy mówią "A może nawet istnieje jakiś Bóg... ale jeśli tak, to na pewno nie jest taki, jak twierdzi Kościół!". A dlaczego nie? Lovercraft zakłada, że jeśli istnieją wyższe siły, to są one niepojęte z ludzkiego punktu widzenia, jednocześnie twierdzi, że to absurdalne, żeby istniał miłosierny Bóg. Ale zaraz - co z tego, że z punktu widzenia ludzkiej logiki istnienie miłosiernego Boga jest absurdalne, skoro przecież bóstwo z definicji nie ma żadnego związku z ową prymitywną logiką, wymyka się jej. To jest niekonsekwencja. To, że wszechpotężny Bóg kocha marnego człowieka jest bezsensowne... z punktu widzenia, naszej, ludzkiej logiki - która przecież Boga nijak nie wiąże. Tacy ateiści - i Lovercraft też pozostaje w tym duchu - często używają argumentu "Bo jeśli istnieje Bóg, to ludzie znaczą dla niego tyle, co dla człowieka mrówka!". No i co z tego? Większość ludzi olewa mrówki, o ile nie włażą im do domu i nie wyżerają jedzenia - wówczas tępią je bez litości. Zdarzają się też tacy, którzy czerpią radość z dręczenia mrówek (u Lovercrafta ich odpowiednikiem jest Nyarlathotep). Ale są też tacy, którzy budują wokół mrowisk drewniane ogrodzenia i stawiają tabliczkę, żeby nikt go nie niszczył.
Ponadto - Lovercraft odrzuca koncepcję Boga, która tak naprawdę nie jest koncepcją katolicką. Owszem, popularna duchowość antropomorfizuje Boga, a także aniołów. Ale Bóg Biblii to nie jest poczciwy miły dziadek spełniający życzenia. To przerażająca, bezcielesna, niepojęta siła, potężniejszą, niż cały wszechświat razem wzięty, która owszem, czasem (rzadko) objawia się jako "ktoś podobny do starca" (a czasem jako słup ognia, albo jako "zasiadający na tronie, podobny do jaspisu albo krwawnika" - co to w ogóle znaczy?), a gdyby objawił się w swojej prawdziwej postaci nawet swojemu najwierniejszemu słudze, sam widok wypaliłby mu mózg. Nie dlatego, że Bóg jest zły - tylko dlatego, że tak bardzo przekracza granice pojmowania tego mózgu. Podobnie z aniołami. No dobra, głowy nie dam, może w jakimś zakamarku Biblii pojawia się ich opis jako ludzi ze skrzydłami, ale na ogół są opisywane jako układy stworzone z wirujących kół, istoty utkane z czystego ognia, groteskowe stwory pokryte oczami, albo wielogłowe monstra większe od gwiazdozbiorów (Szatan to w końcu też anioł). No, antropomorfizm pełną gębą. Ale kwestie wizualne to rzecz drugorzędna. Lovercraft twierdzi, że ludzka moralność z punktu widzenia wszechświata to absurd i nie ma co oczekiwać, że jakaś przerastająca człowieka siła będzie ją realizować dla naszej przyjemności. Popatrzcie, to dokładnie tak samo, jak Biblia. Bez przerwy tam powtarzają "Myśli moje nie są myślami waszymi", "Ani oko ludzkie nie widziało, ani ucho ludzkie nie słyszało, ani umysł ludzki nie jest w stanie pojąć", "Teraz widzimy jak przez ciemne zwierciadło", "Jeszcze się nie objawiło, czym będziemy". Ludzie słyszą "Bóg jest miłosierny", a potem mówią "Ej, jak jest taki miłosierny, to czemu wybił pierworodnych Egipcjan i czemu pozwolił, żeby moje dziecko umarło? Głupie gadanie, wcale nie jest miłosierny, albo w ogóle Go nie ma!". No i pytanie - dlaczego wszechwiedząca, wszechmocna, pozostająca poza czasem i przestrzenią istota miałaby się kierować definicją miłosierdzia ukutą przez jakieś śmieszne prymitywne stworki? Czy Ty konsultujesz swoje decyzje z psem lub kotem albo budujesz swój system moralny na podstawie ich odczuć, choć pragniesz ich dobra? ZWŁASZCZA jeśli pragniesz ich dobra? Bóg jest ponad wymysły ludzkich moralistów i filozofów. Oczywiście, używamy ich, z braku lepszych określeń, bo tego, jaki naprawdę jest Bóg, nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć, ani pojąć. W szczególności, Bóg nie spełnia ludzkich zachcianek. Jezus mówił ludziom rzeczy w stylu "Nie myślcie sobie, że przyniosłem pokój - nie, ja przynoszę miecz. Jeśli pójdziecie za mną, wszyscy Was znienawidzą, będziecie prześladowani i wielu z Was zginie". Więc skąd to zdziwko "Ojej, jestem dobrym chrześcijaninem, a inni co mają wywalone na Boga mają w życiu łatwiej, coś tu nie gra"? Kiedy lewicowce krytykują chrześcijaństwo, mówiąc, że to zasady przez nie głoszone są nieludzkie, absurdalne - mają rację. I takie właśnie mają być. Chrześcijaństwo nie ma być pasem transmisyjnym głoszącym "ogólnoludzkie wartości" i poprawiającym samopoczucie ludzi. Ma być głosem nieludzkiej, niepojętej, niesamowitej istoty nie z tego świata - czy raczej, jego uproszczoną wersją, nagiętą do naszych prymitywnych móżdżków. Z punktu widzenia "ogólnoludzkich, uniwersalnych wartości opartych na empatii", Biblia jest księgą o wiele bardziej bluźnierczą, niż Necronomicon.
Zatem, w "lovercraftowskim" układzie, prawdziwi chrześcijanie, którzy troszczą się wypełnianie woli Boga, a nie tworzenie sobie bożka, któremu w usta włożą swoje własne koncepcja na temat dobra i sprawiedliwości, bynajmniej nie są po stronie tego naiwnego, ludzkiego, cywilizowanego, skazanego na zagładę ładu. To my jesteśmy tymi kultystami, którzy wznoszą pradawne hymny i składają krwawe ofiary (z krwi i ciała naszego Boga, nie inaczej) i czekają z utęsknieniem, aż świat ulegnie zniszczeniu i odnowieniu, a potem powróci nasz Pan, który umarł, lecz żyje, a wówczas sama śmierć umrze, rzeczywistość zostanie wymazana, a my, jeśli będziemy wiernie służyć naszemu Panu.






piątek, 28 kwietnia 2017

To, że nie chcesz, żebyśmy mówili o religii, to Twoja prywatna sprawa.

Niedawno, tuż przed Wielkanocą niejaka Ewa Chodakowska, ponoć znana instruktorka fitness, opublikowała na swojej stronie na fejsbuku obraz przedstawiający Pana Jezusa na krzyżu oraz tekst o treści:
 "W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II".
Jak się łatwo spodziewać, wywołało to masę negatywnych reakcji, z czego większość sprowadzała się do "ale czemu piszesz o religii, przecież RELIGIA TO SPRAWA PRYWATNA!".
I nie chodzi tutaj już konkretnie o P. Chodakowską  (oczywiście, niektórzy katoliccy moraliści mogą mieć wątpliwości, czy występowanie w dosyć skromnych strojach, nawet w kontekście "sportowym" jest w pełni zgodne z katolicką moralnością, ale nie podejmuję się w tym miejscu rozstrzygać tej kwestii i w ogóle nie o tym jest ta notka), tylko o samo zjawisko. Lewacy mają takie swoje ulubione "magiczne zaklęcia", których użycie w ich mniemaniu powinno zamykać wszelką dyskusję (a jeśli po ich użyciu dalej próbujesz się stawiać, to według nich tylko potwierdzasz, że jesteś tępym fanatykiem odpornym na "argumenty"). "Jesteś homofobem", "Dzielisz ludzi", "To prowadzi do faszyzmu", "Wierzysz w to, bo rodzice wyprali Ci mózg", Jesteś pozbawiony empatii", "Religia to sprawa prywatna". A niby kurde dlaczego religia ma być sprawą prywatną? Bo Wy tak mówicie? A dlaczego Wy macie o tym decydować? To tak, jakbym ja nie lubił, dajmy na to sportu i za każdym razem, jak ktoś porusza ten temat, próbował go zakrzyczeć, bo "To, czy ktoś uprawia sport, czy nie, to jego sprawa prywatna, ja nie uprawiam i nie lubię, jak ktoś mi wciska sportową propagandę, to uraża moje uczucia, bo w jakiś sposób sugeruje, że jak nie uprawiam sportu, to jestem gorszy!".
Wypychanie religii z życia politycznego nie ma sensu, bo jest motywowane niemożliwym do spełnienia postulatem neutralności światopoglądowej. Pisałem już o tym wcześniej - twierdzenie "X powinno być nielegalne, bo jest niezgodne z wolą Bożą" jest dokładnie tak samo zideologizowane i tak samo naukowo udowadnialne, jak twierdzenie "X powinno być nielegalne, bo jest niesprawiedliwe/narusza godność człowieka". Sprawowanie władzy polega na narzucaniu ludziom konieczności postępowania z poglądami innymi, niż ich własne - od ustroju zależy tylko to, czyje to są poglądy (władcy/grupy trzymającej władzę/grupy, która najgłośniej krzyczy). Ale przecież lewakom nie wystarcza rozdział religii od polityki. Obecnie dążą do rozdziału religii od... w zasadzie wszystkiego. Nie musisz dążyć do zmiany prawa na zgodne z religią, nie musisz chodzić po domach i ewangelizować, nie musisz komuś mówić, że jego zachowanie jest niezgodne z religią.... Wystarczy, że w JAKIKOLWIEK sposób okażesz, że jesteś osobą wierzącą. Złożysz życzenia świąteczne zawierające jakiekolwiek nawiązanie do wydarzenia, którego dane święto dotyczy, założysz krzyż, pomodlisz się w miejscu, w którym ktokolwiek może Cię zobaczyć, powiesz, że idziesz do kościoła - już krzyk. Dlatego też z lewakami nie ma sensu iść na kompromis, bo pomijając kwestie etyczne, kompromis z nimi po prostu nie jest możliwy - dla nich, dopóki nie ustąpisz w 100% ze swojego stanowiska, będziesz faszystą urażającym ich uczucia. To są ludzie, którym jak dasz palec, to nie tylko urwą Ci całą rękę, ale jeszcze będą wyrażać głębokie (i najwyraźniej szczere) oburzenie faktem, że nie chcesz im dobrowolnie oddać drugiej.
Ponadto, zabawne jest to, że lewacy jednocześnie bardzo się rozczulają nad Paradami Równości i generalnie wszelkimi publicznymi przejawami gejostwa, a każde zdanie typu "Nie mam nic przeciwko gejom, ale to ich prywatna sprawa, co lubią w łóżku, czemu muszą tym epatować" (a jest to chyba najczęściej wyrażana w Polsce reakcja, której nie podzielam, bo przecież praktyki homoseksualne to grzech niezależnie, czy są jawne, czy ukryte, co rzecz jasna nie znaczy, ze gejów nie dotyczy wolność słowa) spotyka się z ich strony z natychmiastowym potępieniem, bo przecież pederaści mają prawo wyrażać siebie. Irytująca jest ta lewacka obsesja na punkcie obrony "wolności seksualnej". Walczą z wolnością gospodarczą, z wolnością słowa, w zasadzie w każdej dziedzinie chcą wszystko kontrolować i uszczęśliwiać ludzi na siłę... Ale jeśli chodzi o cokolwiek związanego z seksem, to bronią jak lwy, nie masz prawa nawet złego słowa powiedzieć.
Ale od lewaków jeszcze bardziej irytujący są pseudokatolicy. Otóż jest taki typ katolików, którzy do kościoła nie chodzą, w niemal każdej sprawie mają stanowisko niezgodne z zasadami chrześcijańskimi, w sumie nierzadko nawet w Boga nie wierzą... Więc na czym polega ich katolicyzm? Otóż na tym, że kiedy ktoś zetnie krzyż czy nasra na święty obrazek i normalni katolicy są oburzeni, on się budzi i krzyczy "A JA JAKO KATOLIK nie czuję się urażony, o widziecie, to ja jestem normalnym, przywoitym katolikiem i tak się powinien katolik zachowywać, a Wy to jakieś fanatyki". Albo kiedy lewica próbuje stłamsić religię, wtedy jest drugi przypadek, kiedy się budzą i krzyczą "JA JAKO KATOLIK popieram tą inicjatywę, bo RELIGIA TO SPRAWA PRYWATNA! O widzicie, nawet my katolicy, jesteśmy przeciwko katolicyzmowi, a tamte ludzie, co twierdzą inaczej, to jakieś mohery i margines społeczny".
Otóż sprawa jest prosta. Jeśli uważasz, że religia jest sprawą prywatną i nie ma dla niej miejsca w sferze publicznej (niekoniecznie  nawet w polityce), to w ogóle nie jesteś katolikiem. I nie, to że się za katolika uważasz, NIE MA ZNACZENIA. Na tej samej zasadzie, jak jedząc schabowe nie jesteś wegetarianinem, choćbyś nie wiem jak mocno w to wierzył. Jezus kilka razy mówił - Idźcie i nauczajcie wszystkie narody świata. Nie mówił "Nie obnoście się ze swoją wiarą, żeby przypadkiem nie urazić uczuć kogoś, kto jej nie podziela". W ogóle Jezus w bodajże nigdy nie wspomniał, aby urażanie czyichkolwiek uczuć miało jakiś związek z oceną moralną danego czynu.
Ponadto - katolik to, ktoś, kto w swoim życiu kieruje się zasadami swojej religii. Jeśli z założenia oddzielasz jakąkolwiek sferę swojego życia od religii, bo "religia to moja prywatna sprawa, w tej dziedzinie nie mogę się nią kierować", nie jesteś katolikiem (oczywiście, czym innym jest uleganie słabościom i sprzeniewierzanie się zasadom z tego powodu, co się zdarza każdemu, ale świadome i planowe odrzucenie zasad chrześcijańskich jest po prostu wyparciem się Chrystusa, koniec kropka). Śmieszy mnie, kiedy katolicy w ramach krytykowania islamu mówią "Bo Islam to nie tylko religia, to jest system, który reguluje całe życie". Chrześcijaństwo też reguluje całe życie chrześcijanina. Nie istnieją sytuacje życiowe, które byłyby neutralne moralnie z punktu widzenia nauki Jezusa. To, że dałeś sobie wmówić inaczej, to zwycięstwo lewaków.


W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175

W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175

niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka polskich paradoksów

Trochę ciekawych paradoksów.

1. Na mównicę wchodzi poseł, zaczyna rzucać jakimiś żarcikami. Marszałek mówi mu, że przeszkadza w obradach i próbuje zdyscyplinować. Poseł luzacko-złośliwym tonem odpowiada "Panie marszałku kochany, muzyka łagodzi obyczaje", co jego koledzy partyjni kwitują wybuchem śmiechu. Marszałek wyłącza mu mikrofon i wyłącza z obrad. Wyobraźmy sobie sytuację, że np. w sądzie rejonowym podczas rozprawy adwokat rzuca tekstami "Panie sędzia, spokojnie, po co ta powaga". Wyleciałby z sali, dostałby karę pieniężną i wniosek o ukaranie dyscyplinarne. No ale z marszałka można sobie robić smichy-chichy, bo marszałek jest z PiS, czyli nie jest człowiekiem, jest jakąś humanoidalną kreaturą, której można nasrać na głowę, a jeśli będzie z tego powodu czyniał jakieś wyrzuty, to wstyd, hańba i terror.

2. Posłowie opozycji blokują mównicę, uniemożliwiając prowadzenie obrad Sejmu. Mają ze sobą ładne wydrukowane transparenty, co potwierdza, że ich protest był spontaniczną reakcją na odebranie głosu ich koledze. Wobec faktu, że opozycjoniści fizycznie uniemożliwiają działanie konstytucyjnego organu państwa w przeznaczonej do tego sali, posłowie partii rządzącej opuszczają przedmiotową salę na zasadzie "jak chcecie pajacować, to pajacujcie, ale bez nas". Postępowe i światłe autorytety traktują to jako próbę zamachu stanu... ze strony partii rządzącej. Mam wrażenie, że dla owych autorytetów każde zachowanie pisiaków nosi znamiona zamachu stanu, pisiaki powinny uchwalić ustawę, w której pozbawiają siebie samych wszelkich prawa publicznych, a potem popełnić zbiorowe samobójstwo, to, że tego nie robią, to faszyzm. Normalnie, zachowują się, jakby fakt wygrania wyborów dawał im jakieś uprawnienia, bezczelni.

3.  Przed Pałacem Prezydenckim co miesiąc odbywa się miesięcznica. Czy to mądrze, czy głupio, kwestia ocenna, ale prawo do wolności zgromadzeń oznacza, że ludzie mają prawo organizować manifestacje, którzy inni uważają za niepotrzebne, o ile nikomu nie szkodzą. Pewnej grupie to strasznie nie pasuje. Blokuje miejsce przez Pałacem, nie pozwalają "ludowi smoleńskiemu" przejść. Pojawia się Policja, rozdziela obie grupy, żeby obie manifestacje mogły się odbyć. Antymiesięcznicy szarpią się z Policją i koniecznie chcą się przebić do smoleńszczyków, żeby nie dać im odprawić miesięcznicy. Nie chodzi im to, żeby oni mogli zamanifestować swoje zdanie i uczucia, chodzi o to, żeby "tamci" nie mogli. Ostatecznie antysmoleniaki stwierdzają, że doszło do złamania ich wolności zgromadzeń... bo nie pozwolono im zablokować cudzego zgromadzenia. Kodowa logika mocno.

4. Za każdym razem, gdy śp Lech Kaczyński używał prawa weta, podnosił się krzyk. Że niby prezydent ma takie prawo, ale nie powinien z niego korzystać, bo tak. Bo to paraliżuje prace parlamentu, a zresztą, wyborcy zadecydowali, że wybierają takich posłów, więc prezydent powinien uszanować, co większość parlamentarna uchwali. Był nawet tuskowy projekt, żeby wykreślić z konstytucji prawo weta. Kiedy Andrzej Duda został prezydentem, co chwili podnosi się krzyk "Czemu nie wetuje? Czemu nie wetuje?". Widać jest zmanipulowaną marionetką prezesa. Bo przecież to NIEMOŻLIWE ŻEBY ŚWIADOMIE I DOBROWOLNIE zgadzał się z tym, co uchwali pisowska większość sejmowa. Nie ma opcji. Nie dotyczy to tylko prezydenta. Kodziarze nie są w stanie do siebie dopuścić myśli, że ktoś może świadomie i dobrowolnie mieć inne zdanie. Swego czasu ich guru, ten od alimentów, ogłosił, że istnieje coś takiego jak "Homo pis" (oczywiście, ten epitet to nie jest żadne "dzielenie ludzi"), którego charakteryzuje to, że jest bierny, bezmyślny, głosuje na PiS. No bo gdyby pomyślał, choć chwilę, to natychmiast stałby się zażartym antypisowcem. Ilekroć w dyskusji staję po stronie PiS, zaraz pojawia się ktoś, kto mówi "Oho, jesteś pisowskim trollem, ile Ci płacą? 5 groszy za komentarz?" albo "No tak, ciemny motłoch dostał 500 plus, więc głosuje za PiS". Nie, nie głosowałem na PiS, bo 500 plus. Nie mam dzieci, nie jestem w żaden sposób beneficjentem tego programu. Głosowałem na PiS właśnie dlatego, że wnerwia mnie postawa tych światłych, postępowych, niedzielącychludzi antypisowców. Bo jakkolwiek w PiS-ie jest sporo głupoty, chamstwa i obłudy, to jego oponencie biją PiS na głowę. Podniecają się w nieskończoność tekstem o gorszym sorcie, a sami wylewają z siebie tyle pogardy, że hej. A najgorsze jest właśnie to, że nie potrafią traktować wyborców PiS jako oponentów - nie potrafią powiedzieć "To jest Twoje zdanie, ale ono jest głupie i szkodliwe, chciałbym żebyś je zmienił, a jeśli go nie zmienisz, to będę się starał, żeby moje zdanie przeważyło", tylko "Ty wcale nie masz takiego zdania! Jesteś zmanipulowany i ogłupiony! NIE MASZ PRAWA MÓWIĆ, ŻE MASZ TAKIE ZDANIE! W ogóle nie będziemy podejmować z Tobą dyskusji, to poniżej naszej godności. Przecież i tak nie masz żadnych argumentów, bo gdybyś miał, to mogłoby znaczyć, że my nie mamy 100% racji, a to przecież niemożliwe. Fuj, jakiś pisowcie śmie nam zadawać pytania. Dawaj wuwuzelę, zagłuszymy chama". I jeszcze te teksty "Wszyscy Polacy mają dosyć rządów PiS! Kaczyński, odwal się od narodu polskiego!". W sumie logiczne. Tym sposobem kodziarze unikają śmiertelnego grzechu "dzielenia Polaków na lepszych i gorszych". Nie ma lepszych i gorszych Polaków, bo ci, którzy głosują na PiS, to nie gorsi Polacy, tylko wcaleniepolacy!
Mam wrażenie, że nasza konstytucja potrzebuje kilku poprawek, żeby stać się prawdziwie światła i postępowa, jak np.
a) Jeśli na karcie do głosowania brak jest zaznaczonej partii, albo wyborca zaznaczył kilka partii, albo zaznaczył PiS, głos uznaje się za nieważny.
b) Sejm podejmuje ustawy co do zasady zwykłą większością głosów, w określonych przypadkach większością bezwzględną lub kwalifikowaną. Przy liczeniu nie uwzględnia się głosów oddanych przez posłów PiS.
c) Jeśli członek PiS obejmie jakiś urząd państwowy, wszelkie uprawnienia związane z tym urzędem ulegają zawieszeniu do czasu zakończenia kadencji.
d) Jeśli jakiś organ podejmie w dowolnej kwestii decyzję zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, decyzja jest nieważna.

5. Za poprzednich rządów PiS, jak i za obecnych, mamy to samo. Bez przerwy dziennikarze, artyści, celebryci wylewają hektolitry jadu na PiS. Co samo w sobie nie jest dla mnie problemem, bo jestem za wolnością słowa. Problemem jest to, że owi wylewacza jadu pozują na męczenników. "PiS to gówno, PiS to gówno, PiS to gówno. O jaki ja jestem odważny, przecież żyjemy w kraju totalitarnym, co prawda jeszcze nie zdarzył się przypadek, żeby kaczystowscy siepacze kogoś zgarnęli za krytykę PiS, no ale NA PEWNO jutro kogoś zgarną. Spotykają mnie takie straszne represje, za to, że mówię, że PiS to gówno. Pewnie ABW już po mnie jedzie, za parę minut mnie odstrzelą. To dziś na tyle, jutro znowu się spotkamy, żeby jak kulturalni i otwarci ludzie podyskutować o tym, dlaczego PiS to gówno".

6. Od dawna się mówi, że awantury na Marszach Niepodległości były wynikiem prowokacji inspirowanych przez niechętny rząd. Są nagrania, z których wynika, że peowski minister kazał podpalić budkę przed rosyjską ambasadą, żeby zwalić to na narodowców. Zmienia się władza, na nieco bardziej przychylną narodowcom... I nagle okazuje się, że Marsz Niepodległości może przejść bez żadnych incydentów, jest spokojnie, wesoło. Światły i postępowy dziennikarz maluje się na czarno i udaje Murzyna. Idzie na marsz. Nie spotyka go nic złego, w pewnej chwili ktoś go zaczepia, ale, jak sam przyznaje, pozostali "marszownicy" stają w jego obronie. Co więcej, okazuje się, że w Marszu uczestniczy prawdziwy Murzyn, działacza pro-life, któremu bardzo się podoba ta impreza. Czy to daje cokolwiek dziennikarzowi do myślenia? Nie. Stwierdza, że "oni się jakoś tak na mnie dziwnie patrzyli". Więc jednak, faszyzm. Nie muszą bić, nie muszą wyzywać, nie muszą niczego robić, sam fakt, że ośmielają się istnieć i mieć inne poglądy, jest strasznym świństwem.
Jednocześnie co chwila słyszymy o kolejnych zbrodniach dokonywanych przez islamskich uchodźców. Tu ktoś rozjechał kilkadziesiąt ludzi, tu ktoś zarąbał maczetą ciężarną kobietę, tu ktoś zastrzelił antyislamskiego dziennikarza. Nie słyszy się, żeby "skrajna prawica" dokonywała takich aktów... Ale nie szkodzi! Oficjalna wersja jest taka, że islamscy uchodźcy są cacy, nie wolno poddawać się panice, zresztą to odciąga naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia, jakim jest NACJONALIZM! To, że islamiści mordują jeszcze nie znaczy, że są mordercami. To, że nacjonaliści nie mordują, jeszcze nie znaczy, że nie są mordercami.

Żeby nie było - jak wskazałem wyżej, wiem, że PiS ma swoje za uszami. Ale chamstwem, pogardą i głupotą nie dorasta do pięt PO, Nowoczesnej czy KOD-owi. Jeśli krytykujesz PiS i głosujesz na Kukiza, Korwina, Ruch Narodowy itd - szanuję to. Jeśli popierasz kodziarzy, "Bo obronią nas przed pisem!!!", to zachowujesz się, jak ktoś, komu nie podoba się, że w restauracji podano mu przypalonego kotleta, więc żąda, żeby wymieniono go na krowi placek.