Postapokalipsa to stosunkowo (stosunkowo!!!) młody podgatunek fantastyki. Zdawać by się mogło, że powinien oferować świeże, pozbawione schematów spojrzenie i ciekawe obserwacje. Oczywiście, czasem tak jest... Ale czasem uniwersa tego rodzaju są równie kliszowate, co "tradycyjne, tolkienowskie" fantasy z elfami i krasnoludami. Co gorsza, często są to klisze bardzo absurdalne z punktu widzenia zdrowego rozsądku. Żeby nie było, że tylko narzekam, na koniec podaję przykład, moim zdaniem, sensownej "postapokalipsy", w postaci książki "World War Z".
1. Przecenianie technologii
Spójrzmy prawdzie w oczy - bez wielu współczesnych wynalazków da się żyć. Gdybyśmy w jakiś magiczny sposób utracili dostęp, dajmy na to, do Internetu czy komórek, bez wątpienia wywarłoby to duży wpływ na nasze życie... ale nie doprowadziło do upadku całej cywilizacji, czy nawet rządów. Ponadto, należy pamiętać, że poziom życia, jakim cieszymy się w Polsce, to jest luksus w porównaniu do poziomu życia typowego człowieka XXI wieku. Tak, wiem, że Polakom, z ich ogromnymi kompleksami, narzekactwem i umiłowaniem krytykowania wszystkiego, co polskie, ciężko to sobie uświadomić, ale Polska znajduje się w czołówce krajów rozwiniętych. Większość krajów na świecie boryka się z głodem, chorobami i przestępczością, a znaczna część ludności mieszka w warunkach, które my uznalibyśmy za slumsy/wyjątkowo zapadłą wieś. Brak Internetu, komórek, ba! nawet brak elektryczności nie byłby dla wielu Ziemian szczególną tragedią, bo też na co dzień nie korzystają z tych luksusów. Szczerze mówiąc, dla tzw krajów trzeciego świata taka katastrofa mogłaby być życiową okazją, bo poziom pomiędzy nimi, a "elitą" wyrównałby się, co dałoby im szansę na "wywindowanie się" do niszy, która wcześniej była zablokowana przez dotychczasowe potęgi. No ale w postapo rzadko kiedy mamy do czynienia z taką sytuacją... Głównie dlatego, że większość takich utworów jest tworzona przez Amerykanów (do których z trudem dociera fakt, że na świecie istnieją jakieś państwa poza USA, a nawet jeśli istnieją, to nie mają większego znaczenia i są tylko jakimiś plamami na mapie służącymi do tego, żeby Amerykanie jeździli tam na wczasy/wysyłali wojsko w celu zaprowadzenia demokracji, same z siebie "nie istnieją").
2. Nadmierne bestialstwo
Nierzadko katastrofa w utworach postapo prowadzi do upadku nie tylko cywilizacji, ale i moralności. Oczywiste jest, że w trudnych warunkach ludzie stają się bardziej bezwzględni, ale bez przesady. W niektórych światach jakiś miesiąc po katastrofie 90% populacji staje się kanibalami, gwałcicielami i sadystami. A pozytywny bohater to z reguły ktoś, kto sam nie morduje i nie gwałci, ale też nie kiwnie palcem w obronie osoby trzeciej, bo "takie mamy czasy, Katastrofa wszystko zmieniła, coś tam". Tymczasem, raz, że nawet w najmroczniejszych czasach (czyli wszystko licząc do wczesnego średniowiecza łącznie, a i potem nie było różowo) tak to nie wyglądało.
Po pierwsze, choć generalnie ludzie są źli, to ich zło na ogół nie przejawia się w sadyzmie, tylko chciwości i lenistwie. Dlatego bandy "rozbójników" są jak najbardziej realistyczne, ale już uczynienie z większości populacji histerycznie śmiejących się wariatów mordujących każdego, kogo spotkają, jest absurdalne. Po prostu, większość ludzi w takiej sytuacji popełniałaby złe czyny dla zwiększenia własnych szans przeżycia, a nie dla funu. I nie, mordowanie wszystkiego, co się rusza, nie zwiększa twoich szans przeżycia, o czym poniżej.
Po drugie, bycia samotnikiem zmniejsza twoje szanse przeżycia. Nie zwiększa. Nie zwiększa. Nie. Wszystkie te gadki o tym, że "W grupie pozostali ludzie tworzą wartość ujemną, nie dodaną", "Katastrofa sprawiła, ze każdy musi polegać tylko na sobie", to czysty absurd. Oczywiście, są sytuacje, kiedy dodatkowy członek grupy może być obciążeniem, nie bonusem (np jeśli jest jest chory), są sytuacje, w których zbyt duża grupa może sobie radzić gorzej, niż mniejsza (np gry brakuje pożywienia), ale można spokojnie stwierdzić, że w 99% sytuacji dwóch albo trzech poradzi sobie lepiej, niż jeden. Ot, najprostszy przykład - kiedy śpisz, dobrze, żeby ktoś stał na warcie. Kiedy się zranisz, albo zachorujesz, dobrze, żeby ktoś w czasie twoje niedyspozycji zdobywał pożywienie... i stał na warcie (nawet jeśli nie z altruizmu, to po to, żebyś Ty zrobił to samo dla niego - w ten sposób oboje zwiększacie swoje szanse przeżycia). Ponadto, ludzie są istotami inteligentnymi. Inteligencja jest naszym głównym atutem. A najlepsze wykorzystania inteligencji (w tym jej podstawowego "materialnego" przejawu - korzystania z narzędzi) wymaga specjalizacji. Spotkałem kogoś, kto był przed Katastrofą doktorem medycyny, rolnikiem, inżynierem? Hmm, jego wiedza bardzo by mi pomogła, to istny dar z nieba, ze go spotkałem, dzięki niemu moje życie będzie dużo lepsze.... NIE KURDE CO JA PIERDOLĘ ZGWAŁCĘ GO, ZJEM, A Z KOŚCI ZROBIĘ NASZYJNIK, BO ekhem KATASTROFA ZMIENIŁA WSZYSTKO! Znaczy się bo tak.
Nie bez powodu ludzkość NIGDY ALE TO NIGDY nie była gatunkiem, którego osobnicy prowadzili samotniczy tryb życia (oczywiście pomijając pojedyncze przypadki, które taki tryb wybrały - ale nie bez powodu postrzega się ich jako dziwaków).
Dlatego też przemiana ludzkości w hordę psychopatów błąkających się po pustkowiu i mordujących się nawzajem natychmiast po zauważeniu, jest mniej wiarygodna niż smoki, elfy i krasnoludy. A jeśli chcesz, żeby Twój bohater była "samotnym wilkiem", to niech to wynika z jego konkretnego charakteru, ale nie wciskaj kitu, że to oczywiste, bo tak łatwiej przeżyć.
Po trzecie - ludzie lubią mieć towarzystwo. Nawet wielcy zbrodniarze nierzadko mieli swoje rodziny, które szczerze kochali, towarzyszy broni, za których oddaliby życie itd. (oczywiście, znowu są wyjątki, np Stalin traktował jak gówno nawet najbliższą rodzinę i najbardziej zaufanych współpracowników - ale jednak ich wykorzystywał a nie gwałcił i zjadał). Nawet źli ludzie w złych czasach muszą mieć kogoś, z kim mogą od czasu do czasu pogadać.
2. Upadek rządów
Jak wiadomo, w postapo rządu nie ma, są co najwyżej jakieś lokalne wspólnoty, ewentualnie niedobitki starego reżimu (oczywiście współwinne katastrofy) siedzą w podziemnym bunkrze i planują coś paskudnego.
Z czego wynika popularność takiego motywu?
Po pierwsze, ze wspomnianego faktu, że postapo przyszło z Ameryki. A Amerykanie generalnie nie przepadają za rządem. Ten "anarchizm" przybiera dosyć ciekawą postać. Ichni prawicowcy co do zasady nie lubią rządu federalnego. Na ogół zakładają, że powinien się on zająć wyłącznie bezpieczeństwem, tj. wojskiem i policją... ale wielu uważa, że to bez przesada, że najlepiej zadbają o to jakieś lokalne ochotnicze milicje i sami obywatele, dzięki dostępowi do broni. Poza tym, rząd chodzi na pasku lewaków i próbuje uczyć naszych dzieci o gejach i aborcji. Z kolei wielu lewaków wierzy w to, że rząd jest zły... no bo wydaje pieniądze na wojsko i policję, które to są aparatem opresji (no bo na przykład policja nie pozwala biednym okradać bogatym i w dodatku dyskryminuje Murzynów częściej ich zatrzymując/aresztując/strzelając do nich i nie fakt, że Murzyni częściej popełniają przestępstwa to nie argument). Poza tym, rząd jest zły, bo chodzi na pasku wielkich korporacji!
Oczywiście, jest tam też wielu "propaństwowców", ale generalnie odsetek ludzi, którzy na pytanie "Skoro rząd według ciebie jest zły, co powinien zrobić?" odpowiedziałoby "rozwiązać się" jest bardzo duży. W USA możesz być szczerym patriotą, śpiewać hymn, mieć flagę na domu, samochodzie i kosiarce, szczerze deklarować, że oddałbyś życie za swój kraj i jednocześnie z duszy, serca, nienawidzić rządu. Nie tego konkretnego rządu, ale samej koncepcji. Pomyślmy, ile jest amerykańskich filmów gdzie rząd jest tym złym, gdzie to on ponosi winę za kryzys? A już niemal zawsze, gdy kryzys zajdzie, rząd okazuje się być kompletnie nieprzydatny w jego rozwiązaniu, albo wręcz przeszkadza, próbując wszystko zatuszować, nawet za cenę ofiar. A gdy mowa o "rządowych eksperymentach" to na 99% nie chodzi o lekarstwa na raka, tylko o hodowanie zombie albo konstruowanie broni masowej zagłady.
Oczywiście, to wszystko wynika z amerykańskiej historii, z ducha pionierstwa, z tradycji niezależności stanów itd. Tym niemniej wyraźnie ekranuje to na amerykańską twórczość... a przez nią na twórczość w ogóle. Swoją drogą, Polacy też przejawiają podobne, specyficzne podejście do władzy i patriotyzmu.
Stąd też brak rządu w postapo wynika z jednej strony z 1) braku wiary w jego efektywność "na pewno nie byłby w stanie sobie poradzić z takim kryzysem i by upadł", 2) braku wiary w jego dobrą wolę "zażegnanie kryzysu byłoby dobre, a rząd jest przecież zły".
Tymczasem, jak by to prawdopodobnie wyglądało w realu? Rząd by nie upadł. Znaczy, może konkretny tak, ale na jego miejsce powstałby nowy. Albo wojskowa dyktatura. Rząd ma narzędzia do narzucania swojej władzy - wojsko i policję. Dlaczego miałby pozwolić na rozpad państwa? Oczywiście, w czasie kryzysu miałby kłopoty z utrzymaniem porządku, ale i tak miałby większą siłę przebicia niż jakieś gangi czy tym bardziej, wspomiani samotni psychopaci. Oczywiście, jest możliwe, że na jakiś czas władza nad poszczególnymi regionami by osłabła... Na jakiś czas. Oczywiście, jest też możliwe, że rząd zostałby zmieciony w wyniku rewolucji... Ale rewolucjoniści z założenia musieliby być silniejsi od rządu, bo inaczej by nie obalili. Co zakłada pewien stopień organizacji. Jest też argument "bo wojsko by nie chciało strzelać do obywateli". No cóż, jest wiele krajów, w których wojsko i policja istnieją przede wszystkim po to, żeby strzelać do obywateli, jeśli się zbuntują. Co oznacza, że w razie globalnej katastrofy, prawdopodobnie dyktatury poradziłyby sobie o wiele lepiej, niż demokracje. Raz, że odpadłby problem z rozruchami, dwa - bo nie traciłyby czasu na opracowywanie procedur, które najlepiej zabezpieczą prawa człowieka, reprezentację mniejszości, praworządność i normy unijne, tylko po prostu by działały.
Możliwy jest rozpad państwa na mniejsze społeczności. Natomiast anarchia nie ma sensu. Zresztą, anarchia w ogóle nigdy nie ma sensu, nigdy i nigdzie, bo zorganizowana społeczność jest silniejsza od niezorganizowanej, a organizacja WYMAGA władzy, bo zawsze prędzej czy później pojawi się sytuacja, gdy osiągnięcie konsensusu przez wszystkich członków społeczności jest niemożliwe, a działać trzeba. Więc rządy pokonałyby anarchistów, drogą doboru naturalnego. A nawet gdyby nie, to anarchiści szybko musieliby stworzyć własne rządy.
3. Nie ma świata poza Ameryką
Tak, ten wątek przewija się przez cały artykuł. Dla Amerykanów świat wygląda tak - USA oraz inne kraje, których istnienie jest określane w relacji do USA. Bogate kraje są bogate dzięki opiece USA. Biedne kraje są biedne, bo USA im nie pomaga. Żywa jest również postawa izolacjonistyczna.
Co z tego wynika? Ano, jak powyżej wskazałem - przecenianie technologii (zapominają, że wielu ludzi i tak nie ma dostępu do tej technologii, więc dałoby radę przeżyć bez niej, QED). Ignorowanie sytuacji międzynarodowej - ok, jest postapo. USA upada. A co z resztą świata? Jeśli doszło do wojny nuklearnej, prawdopodobnie część krajów neutralnych nie oberwała, albo oberwała mniej - czy w takim razie te kraje nie powinny stać się bardziej znaczące? Utracono jakąś technologię - jak wyżej, przepaść pomiędzy USA a krajami trzeciego świata się zmniejszyła. Doszło do rozruchów - no chyba nie na całym świecie?
Tymczasem, z reguły mamy próźnię. USA istnieje samo na świecie. Nie ma wzmianki o tym, co się dzieje w innych państwach i jaki to ma wpływ na to nieszczęsne USA, jeśli już tam musi się toczyć akcja (a jakiś wpływ ma na pewno, przecież nawet w dosyć prymitywnych czasach, przed wiekami, wysyłano żaglowce do Ameryki, już nie mówiąc o tym, że na kontynentach amerykańskich istnieje całkiem sporo państw innych niż USA).
Irytujący jest też sam fakt osadzania postapo zawsze właśnie w USA. O ile jest to zrozumiałe w przypadku Amerykanów, o tyle trochę smutno, że Polacy też tak robią. Czy nie fajnie byłoby choć raz, zamiast Neodzikiego Zachodu zobaczyć Neodzikie Pola?
A teraz trochę "rozsądnego" postapo.
Wzorem może tu być książka "World War Z" Maxa Brooksa. Dla tych, którzy oglądali film o tym tytule - z tego co wiem, różnica jest znaczna (nie oglądałem filmu). Nie jest to typowa powieść, to raczej zapis relacji różnych postaci, z różnych krajów na temat (wygranej) "wojny z zombie". Oczywiście, niektóre postaci i wątki się przewijają, ale nie na tyle, żeby wyróżnic jakiegoś głównego bohatera.
Książka omija właściwie wszystkie absurdy, o których wspominałem. Rządy jak najbardziej działają i choć na początku dostają trochę po dupie, to jednak to one są głównym ogniwem walki z kryzysem, co powinno być oczywiste. Nie dochodzi do żadnego rozpadu więzi międzyludzkich, ludzie tworzą wspólnoty albo chociaż łączą się w grupy, oczywiście, są szuje chcące wykorzystać sytuację, ale są też bohaterowie poświęcający życie dla innych. Opisywane są wydarzenia z różnych części świata, pokazane jest, jak lokalna specyfika wpływa na walkę z zombie - np armia rosyjska z początku jest mocno zdemoralizowana i zdeorganizowana, ale jak już się ją bierze za mordę, to doprowadza do powstania nowego caratu (i nowej, parachrześcijańskiej religii), niemieckie wojsko ma trochę spętane ręce (bo pamięć o czasach holocaustu sprawia, że żołnierze są gotowi kwestionować rozkazy typu "poświęćmy część ludności dla wyższego dobra", nawet jeśli jest to konieczne), Brytyjczycy wykorzystują średniowieczne zamki zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, bo mur nie obroni przed bombardowaniem, ale przed hordą zombie, jak najbardziej.... Właśnie, bardzo fajnie i logicznie jest tutaj ukazany sposób walki z zombie i przemiany w militariach. Na początku USA dostaje po dupie dlatego, ze chce walczyć z zombie nowocześnie, a nie tędy droga. Bombowce i rakiety są mało efektywne, bo służą przede wszystkim do niszczenia infrastruktury, której zombie nie mają. Poza tym, rakiety i bomby zabijają wrogich żołnierzy głównie "pośrednio" - raniac ich odłamkami, parząc w wyniku eksplozji, rzucając falą uderzeniową itd - wszystkie te obrażenia są niegroźne dla zombiaków. Dlatego ostatecznie najlepszą metodą walki okazuje się powrót do XVI-XIX wieku - równe rzędy piechurów prażące do nadchodzących hord z broni niemaszynowej (broń maszynowa prowadzi do niepotrzebnej utraty amunicji, lepiej raz trafić zombiaka w łeb, nniż sto razy w korpus), dodatkowo wyposażone w broń do walki wręcz. Oprócz tego, dostajemy opisy sposobów walki w różnych środowiskach i sytuacjach, bo inaczej się walczy pod wodą, inaczej w polu, inaczej w mieście itd. Generalnie, jest to skarbnica pomysłów dla Mistrzów Gry, którzy chcieliby poprowadzić sesję w świecie postapo, ale tak trochę bardziej realistycznie.
Oczywiście, niektórzy po prostu chcą pisać/grać w uniwersum, gdzie samotne wilki przemierzają wyludnione, anarchistyczne pustkowia i naparzają do zombiaków, mutantów i kanibali. Czasem w rozrywce sens świata przedstawionego nie jest najważniejszy, chodzi o czystą zabawę i "regułą fajności" (inna sprawa, że obecnie, przynajmniej w Polsce, zauważam w fandomie erpegowym modę na tępienie "symulacjonizmu", czyli wszelkich przejawów realizmu). Rozumiem to w pełni i nikomu nie zamierzam tego zabraniać. Warto jednak mieć świadomość nielogiczności pewnych rozwiązań i nie iść w zaparte, że "tak to by wyglądało".
To jest blog mój, Adeptusa Gedeona. Grafomana i katola. Publikuję na nim groch z kapustą - swoje gry paragrafowe i planszowe oraz opowiadania, recenzje cudzych dzieł (zwłaszcza tych mało znanych), materiały do RPG, artykuły polityczne/religijne.
Etykiety
- RPG
- religia
- wydarzenie
- recenzja filmu
- opowiadanie
- poltergeist
- światotworzenie
- Marvel
- paragrafówka
- polityka
- recenzja gry komputerowej
- Gwiezdne Wojny
- "Grób pobielany"
- ciekawa strona
- ciekawe miejsce
- recenzja książki
- ciekawe strony
- gra planszowa
- komiks
- prawica
- czasopismo
- fantastyka
- gry komputerowe
- militaria
- powitanie
- recenzja paragrafówki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 maja 2017
wtorek, 11 października 2016
"Zaginiona flota" - recenzja serii książek
"Zaginiona flota" to seria w klimatach space-opery, autorstwa Jacka Cambella (pod tym pseudonimem "ukrywa się" John G. Hemry, były oficer United States Navy). W zasadzie składają się na niego trzy cykle - "podstawka" oraz dwa "dodatki" ("Beyond the Frontier" i "The Lost Stars"). W Polsce wydano wszystkie 6 "podstawowych" tomów i pierwszy książkę z "Beyond the Frontier".
Opowiada ona o losach kapitana (później admirała) Johna "Black Jacka" Geary'ego. Otóż bohater był jednym z dowódców floty Sojuszu (to ci dobrzy). Pewnego dnia na przestrzeń kosmiczną Sojuszu napadli sąsiedzi z Syndykatu (stanowiącego specyficzną mieszankę dzikiego kapitalizmu i komunizmu - z jednej strony wszystko jest zarządzane przez megakorporacje, z drugiej - słyszymy o obozach pracy, reedukacji, a zawołaniem Syndyków jest "W imieniu ludu" - zresztą, osobiście uważam, że "korporacyjny" oligarchiczny kapitalizm i komunizm mają ze sobą wiele wspólnego także w rzeczywistości). Black Jackowi udaje się powstrzymać natarcie wroga, ale jego okręt zostaje zniszczony i kapitan musi salwować się ucieczką w kapsule ratunkowej (oczywiście, jako ostatni z całej załogi). Kapsuła jest uszkodzona, na skutek czego zahibernowany Geary tuła się w przestrzeni kosmicznej przez jakieś kilkadziesiąt, czy nawet i sto lat (nie pamiętam dokładnie). Zostaje odnaleziony i wybudzony tuż przed ważną bitwą z Syndykami. W zasadzce ginie całe dowództwo floty Sojuszu, więc Geary, zgodnie z zasadami starszeństwa, przejmuje dowodzenie (w końcu, jakby nie patrzeć, ma najdłuższy staż ze wszystkich pozostałych przy życiu kapitanów). Na szczęście, na statku flagowym floty znajduje się wykradziona wrogowi tajna broń (w uproszczeniu) mogącą odwrócić losy wojny - o ile Geary'emu uda się przebić przez watahy Syndyków i dolecieć do stołecznej planety Sojuszu, gdzie naukowcy ją zduplikują.
To wszystko dzieje się zaraz na początku pierwszego tomu, więc ciężko uznać powyższe "tajemnice" za spoiler.
No cóż, na razie rzecz nie zapowiada się zbyt oryginalnie - ot, kolejna naparzanka kosmicznych krążowników w rodzaju "bitwy morskie, tyle, że w kosmosie". Jednakże, jestem w stanie dostrzec przynajmniej jeden wyróżniający tę serię aspekt - kwestie psychologiczne.
Archetyp "człowieka z przeszłości wrzuconego do nowych czasów" nie jest niczym nowym, podobnie jak jego przeciwieństwo "człowiek w przyszłości przeniesiony do przeszłości" - tyle, że z reguły to "człowiek z przyszłości" poucza zacofanców o nowych technologiach (i zazwyczaj, pierze im mózgi pod kątem nowoczesnej politycznej poprawności), podczas gdy człowiek z przeszłości aklimatyzuje się w nowych czasach, stopniowo odrzucając swe irracjonalne uprzedzenia. Tu mamy do pewnego stopnia odwrócenie tego motywu. Przez dziesiątki lat nieobecności Geary'ego sytuacja Sojuszu znacznie się pogorszyła. Wieloletnia wojna sprawiła, że w celu uzupełnienia strat, zaczęto wysyłać na front coraz młodszych i mniej doświadczonych rekrutów, w coraz gorszych, kleconych naprędce statkach. Oczywiście, kiepsko wyszkolone załogi mają mniejszą przeżywalność na polu bitwy, więc trzeba jeszcze szybciej szkolić nowe pokolenia młodzieży i jeszcze szybciej (i mniej starannie) budować nowe okręty... i tak spirala się nakręca. Ponadto rzeczywistość "wiecznej wojny" sprawiła, że moralność nieco się rozluźniła i takie rzeczy jak rozstrzeliwanie jeńców czy bombardowanie celów cywilnych stały się się normą, nawet u "tych dobrych". Ku przerażeniu Geary'ego, do takiego stanu rzeczy przyczyniła się jego legenda - czy wręcz kult. Przez lata władze Sojuszu stawiały żołnierzom Black Jacka za wzór męczennika i bohatera, "moralnego zwycięzcy", który był gotów stawić czoła przeważającym siłom wroga nawet za cenę życia.
To wszystko sprawiło, że wojska Sojuszu są na najlepszym drodze do stanie się swego rodzaju "technobarbarzyńcami", a ich jedyną taktyką jest pędzenie na złamanie karku w stronę wroga i naparzenie ze wszystkiego, co konstruktorzy okrętowi dali. Geary jest jedynym oficerem, który przeszedł staranne wyszkolenie i zna zaawansowane strategie bojowe oraz wyznaje stary kodeks honorowy. Oczywiście, jako dowódca stara się zaszczepić te wartości u swoich ludzi... Z różnym skutkiem. Jak już wspomniałem, przez lata w Sojuszu powstał kult Black Jacka - dlatego też znaczna część żołnierzy traktuje jego słowa niczym objawione mądrości głoszone przez proroka. Jednakże, większość "wyznawców" Black Jacka zakładała, że ich idol wyznaje dokładnie te same wartości, co oni (tylko "bardziej"), a gdy powróci do świata żywych, poprowadzi ich do najchwalebniejszej i najkrwawszej szarży w historii - czują się oni nieco rozczarowani konfrontacją z rzeczywistym Geary'm i twierdzą, że legendarnemu dowódcy został "zmiękczony" przez lata hibernacji. Intrygi opozycjonistów próbujących pozbawić protagonisty przywództwa zajmują co najmniej tyle samo stron, co opisy bitew. Opisany stan prowadzi do wielu ciekawych sytuacji - przykładowo, wkrótce po przejęciu dowodzenia przez Geary'ego Sojusz odnosi znaczne zwycięstwo nad Syndykatem - jeden z najświetniejszych triumfów od lat. Ale oficerowie kręcą nosami, że to było takie trochę niesłuszne zwycięstwo, bo oni by chcieli zmiażdżyć wroga w normalnej walce, a nie stosować jakieś "tchórzliwe" manewry i formacje. W pewnym momencie kwatermistrzostwo powiadamia Black Jacka, że flocie brakuje zapasów, paliwa i amunicji... Bo kalkulując zapotrzebowanie, wszyscy zakładali, że straty będą dużo większe (porównywalne z tym, które flota odnosiła przez ostatnie kilkadziesiąt lat), a przecież martwe załogi i zniszczone statki nie potrzebują zaopatrzenia...
Inny aspekt. Kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że te wszystkie space-opery ukazują gwiezdnych kapitanów i komandosów to bzdura, bo przecież te zadania dużo lepiej będą spełniać komputery, czynnik ludzki będzie zbędny. Campbell pokazuje, że tak być nie musi. Z jednej strony, oczywiście, to komputery wyliczają kursy statków i celują do wroga, żaden ludzki umysł nie jest w stanie prowadzić tak skomplikowanych kalkulacji w tak krótkim czasie. Z drugiej strony, żaden komputer nie jest tak elastyczny, jak człowiek, nie potrafi wymyślać tak skomplikowanych podstępów ani stosować niekonwencjonalnych manewrów. Ponadto, komputery są zawodne - oczywiście, ludzie też, ale maszyna i istota żywa mogą się wzajemnie uzupełniać (przykład - wróg hakuje komputery Sojuszu, aby "nie widziały" jego statków - gdyby statki były w pełni zautomatyzowane, komputery dowodzące, nieprzygotowane na taką możliwość, konsekwentnie ignorowałyby istnienie "niewidzialnych" okrętów - żywi ludzie orientują się, co się stało. Oczywiście, wojskowi informatycy mogliby po bitwie wprowadzić do komputerów odpowiednie programy, ale sama bitwa byłaby przegrana).
"Zaginioną Flotę" czytało mi się bardzo dobrze. Akcja jest wartka i jest dobrze opisana. Widać, że autor był wojskowym. Wielu pisarzy opisujących wielkie bitwy staje przed problemami wynikającymi z tego, że sami niezbyt znają się na dowodzeniu armią (w tym przypadku - flotą), więc czytelnik musi im wierzyć na słowo, że dany generał jest genialnym strategiem (i z reguły wierzy, bo sam też się nie zna). Tutaj faktycznie mam wrażenie, że opisywane przez Campbella manewry i rozwiązania taktyczne są błyskotliwe, a Geary jest dobrym dowódcą nie tylko dlatego, że jest głównym bohaterem. Opisy bitew są plastyczne i precyzyjne (choć muszę przyznać, że chwilami się gubiłem - ale generalnie się gubię w takich rzeczach), utarczki z "opozycjonistami" interesujące, jest też odrobinę humoru no a na drugim-trzecim planie wątek romantyczny. Tym, co się rzuca w oczy jest natomiast niemal zupełny brak opisów postaci. Oprócz płci i ewentualnie wieku nie dowiadujemy się praktycznie niczego o ich aparycji (w całej serii naliczyłem tylko dwa momenty, w których padł jakiś konkretniejszy opis - przy czym w jednym wypadku dotyczy to pleców love interest Geary'ego, a w drugim koloru włosów epizodycznej postaci).
Jeśli chodzi o wartości promowane przez Campbella, to jest nieźle. Geary jest urzeczywistnieniem etosu rycerskiego - jest odważny, honorowy, dba o swoich ludzi, wzdryga się przed zbrodniami wojennymi, walczy nie z żądzy zabijania, ale po to, aby jak najszybciej zakończyć wojnę. Z drugiej strony, nie jest przegiętą Mary Sue - ponieważ wydarzenia są opisywane z jego perspektywy, wielokrotnie widzimy, że Black Jack jest nieco przerażony swą własną legendą i boi się, że do niej nie dorośnie, a czasem zwyczajnie nie wie, co robić i musi nadrabiać miną, żeby nie utracić zaufania swych "wyznawców". W kwestiach intymnych jest nieco dwuznacznie - z jednej strony, związki bez ślubu nie są potępianie (chyba, że chodzi o związek zwierzchnika z bezpośrednim podwładnym), z drugiej strony - zdrada małżeńska jest traktowana jako straszliwa zmaza na honorze. Muszę przyznać, że w jednej kwestii nie potrafię się z Geary'm solidaryzować. Otóż, jest wyraźnie pokazane, że znaczna część cywilnych władz Sojuszu jest skorumpowana i niekompetentna, co więcej, rzuca kłody pod nogi protagoniście. Ponadto, większość żołnierzy szczerze gardzi politykami i znaczna część z nich chętnie widziałaby Geary'ego jako dyktatora - ale on broni się przed tym rękoma i nogami. No cóż, dla osób uważających demokrację za jedynie słuszny ustrój (nawet, gdy jest ona de facto oligarchią), zapewne jest to przykład cnotliwości, ja, jako osoba posiadająca pewne monarchistyczne sympatie, mam mieszane uczucia donośnie postawy Geary'ego (tzn. niekoniecznie natury moralnej, bo rozumiem, że honor nie pozwala mu na występowanie przeciwko legalnej władzy itd.... ale osobiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby obwołał się imperatorem ;)
Najbardziej mieszane uczucia mam w kwestii religii. Otóż, jest ona obecna w życiu mieszkańców Sojuszu, ba odgrywa bardzo ważną rolę, a na każdym statku znajduje się kaplica. W zasadzie żadna postać nie wyraża negatywnego stosunku wobec wiary, pojawiają się tylko wzmianki typu "nawet najbardziej zażarty agnostyk (uwaga - nie ateista ;) przyznałby, że...". I mi się to podoba (z drugiej strony, domyślam się, że wojujący ateista czytając tę książkę, będzie zgrzytał zębami, mamrocząc "Ale jak, kurde, jaka religia, jak tak można, przecież to oczywiste, że za chwilę ludzkość porzuci te bzdurne zabobony, w sf nie ma prawa być religii!"). Problem mam z tym, że wiara zaprezentowana przez Campbella nieco trąci pogaństwem. Opiera się ona dwóch filarach - jednym jest kult przodków. Postaci wierzą, że ich dusze ich przodków istnieją w zaświatach, a jednym z głównych obrządków jest swego rodzaju medytacja, kiedy wierny próbuje nawiązać łączność duchową z przodkami i uzyskać od nich radę/pociechę duchową. Jako katolik, mam mieszane uczucia i nie wiem, czy można to podciągnąć bardziej pod kult świętych czy spirytyzm. Drugim filarem jest wiara w "żywe światło gwiazd" - w zasadzie nie jest do końca wyjasnione, czy chodzi o politeistyczny kult gwiazd (co byłoby trochę absurdalne, bo przecież bohaterowie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że gwiazdy to tylko rozżarzone kule gazów i że nie są wieczne, ba, nawet natykają się na czarną dziurę - wbrew temu, co twierdzą ateiści, w niektórych sytuacjach da się przeprowadzić "dowód negatywny" - nie da się udowodnić nieistnienia Boga, ale da się udowodnić, że gwiazdy bogami nie są) czy też chodzi o panteistycznie pojmowaną "siłę życiową", której gwiazdy są jedynie symbolem. Generalnie, nie mam problemów z fikcyjnymi religiami w fantastyce. Np. George Lucas w jednej ze swoich wypowiedzi stwierdził wprost, że ukazując Moc i Jedi nie chciał tworzyć żadnej konrketnej religii, tylko umieścić jakieś ogólnikowe odniesienie do Boga (dlatego też religia Mocy jest tak niesprecyzowana i czytając książki i komiksy z Expanden Universum widziałem, że niektórzy autorzy, zapewne w zalezności od własnych poglądów, starali się iść albo bardziej w stronę buddyzmu czy taoizmu, albo bardziej teistycznego pojmowania Mocy). Domyślam się, że coś podobnego chciał osiągnąć Campbell - z jednej strony, dać swoim bohaterom życie duchowe i religijne motywacje, z drugiej - nie promować żadnego konkretnego, realnie istniejącego wyznania (w duchu amerykańskiej politycznej poprawności). Problem w tym, że Gwiezdne Wojny dzieją się "w odległej galaktyce", więc nieobecność ziemskich religii jest zrozumiała - ja sam zakładam, że jeśli istnieją cywilizacje pozaziemskie, ich droga do Boga będzie wyglądała inaczej, choćby ze względu na inną "historię zbawienia". Tyle, że "Zaginiona Flota" dzieje się w naszym świecie, a jej bohaterowie są potomkami Ziemian, więc myśl, że w świecie Campbella chrześcijaństwo zostało wyparte przez kult "żywego światła gwiazd" nie jest mi miła (co do innych religii, to jako, że jestem katolem, nie zależy mi na ich istnieniu, wolałbym, żebyśmy wszyscy zjednoczyli się w jednej owczarni, choć oczywiście jestem przeciwny nawracaniu siłą). Oczywiście, autor ma prawo pisać, co chce, ja tylko opisuję swoje odczucia z mojego punktu widzenia, a częścią mojego punktu widzenia, są moje poglądy religijne.
Tak czy inaczej, książki mnie wciągnęły, nie jest to wybitna literatura, ale dostarcza dobrej i niegłupiej rozrywki.
Opowiada ona o losach kapitana (później admirała) Johna "Black Jacka" Geary'ego. Otóż bohater był jednym z dowódców floty Sojuszu (to ci dobrzy). Pewnego dnia na przestrzeń kosmiczną Sojuszu napadli sąsiedzi z Syndykatu (stanowiącego specyficzną mieszankę dzikiego kapitalizmu i komunizmu - z jednej strony wszystko jest zarządzane przez megakorporacje, z drugiej - słyszymy o obozach pracy, reedukacji, a zawołaniem Syndyków jest "W imieniu ludu" - zresztą, osobiście uważam, że "korporacyjny" oligarchiczny kapitalizm i komunizm mają ze sobą wiele wspólnego także w rzeczywistości). Black Jackowi udaje się powstrzymać natarcie wroga, ale jego okręt zostaje zniszczony i kapitan musi salwować się ucieczką w kapsule ratunkowej (oczywiście, jako ostatni z całej załogi). Kapsuła jest uszkodzona, na skutek czego zahibernowany Geary tuła się w przestrzeni kosmicznej przez jakieś kilkadziesiąt, czy nawet i sto lat (nie pamiętam dokładnie). Zostaje odnaleziony i wybudzony tuż przed ważną bitwą z Syndykami. W zasadzce ginie całe dowództwo floty Sojuszu, więc Geary, zgodnie z zasadami starszeństwa, przejmuje dowodzenie (w końcu, jakby nie patrzeć, ma najdłuższy staż ze wszystkich pozostałych przy życiu kapitanów). Na szczęście, na statku flagowym floty znajduje się wykradziona wrogowi tajna broń (w uproszczeniu) mogącą odwrócić losy wojny - o ile Geary'emu uda się przebić przez watahy Syndyków i dolecieć do stołecznej planety Sojuszu, gdzie naukowcy ją zduplikują.
To wszystko dzieje się zaraz na początku pierwszego tomu, więc ciężko uznać powyższe "tajemnice" za spoiler.
No cóż, na razie rzecz nie zapowiada się zbyt oryginalnie - ot, kolejna naparzanka kosmicznych krążowników w rodzaju "bitwy morskie, tyle, że w kosmosie". Jednakże, jestem w stanie dostrzec przynajmniej jeden wyróżniający tę serię aspekt - kwestie psychologiczne.
Archetyp "człowieka z przeszłości wrzuconego do nowych czasów" nie jest niczym nowym, podobnie jak jego przeciwieństwo "człowiek w przyszłości przeniesiony do przeszłości" - tyle, że z reguły to "człowiek z przyszłości" poucza zacofanców o nowych technologiach (i zazwyczaj, pierze im mózgi pod kątem nowoczesnej politycznej poprawności), podczas gdy człowiek z przeszłości aklimatyzuje się w nowych czasach, stopniowo odrzucając swe irracjonalne uprzedzenia. Tu mamy do pewnego stopnia odwrócenie tego motywu. Przez dziesiątki lat nieobecności Geary'ego sytuacja Sojuszu znacznie się pogorszyła. Wieloletnia wojna sprawiła, że w celu uzupełnienia strat, zaczęto wysyłać na front coraz młodszych i mniej doświadczonych rekrutów, w coraz gorszych, kleconych naprędce statkach. Oczywiście, kiepsko wyszkolone załogi mają mniejszą przeżywalność na polu bitwy, więc trzeba jeszcze szybciej szkolić nowe pokolenia młodzieży i jeszcze szybciej (i mniej starannie) budować nowe okręty... i tak spirala się nakręca. Ponadto rzeczywistość "wiecznej wojny" sprawiła, że moralność nieco się rozluźniła i takie rzeczy jak rozstrzeliwanie jeńców czy bombardowanie celów cywilnych stały się się normą, nawet u "tych dobrych". Ku przerażeniu Geary'ego, do takiego stanu rzeczy przyczyniła się jego legenda - czy wręcz kult. Przez lata władze Sojuszu stawiały żołnierzom Black Jacka za wzór męczennika i bohatera, "moralnego zwycięzcy", który był gotów stawić czoła przeważającym siłom wroga nawet za cenę życia.
To wszystko sprawiło, że wojska Sojuszu są na najlepszym drodze do stanie się swego rodzaju "technobarbarzyńcami", a ich jedyną taktyką jest pędzenie na złamanie karku w stronę wroga i naparzenie ze wszystkiego, co konstruktorzy okrętowi dali. Geary jest jedynym oficerem, który przeszedł staranne wyszkolenie i zna zaawansowane strategie bojowe oraz wyznaje stary kodeks honorowy. Oczywiście, jako dowódca stara się zaszczepić te wartości u swoich ludzi... Z różnym skutkiem. Jak już wspomniałem, przez lata w Sojuszu powstał kult Black Jacka - dlatego też znaczna część żołnierzy traktuje jego słowa niczym objawione mądrości głoszone przez proroka. Jednakże, większość "wyznawców" Black Jacka zakładała, że ich idol wyznaje dokładnie te same wartości, co oni (tylko "bardziej"), a gdy powróci do świata żywych, poprowadzi ich do najchwalebniejszej i najkrwawszej szarży w historii - czują się oni nieco rozczarowani konfrontacją z rzeczywistym Geary'm i twierdzą, że legendarnemu dowódcy został "zmiękczony" przez lata hibernacji. Intrygi opozycjonistów próbujących pozbawić protagonisty przywództwa zajmują co najmniej tyle samo stron, co opisy bitew. Opisany stan prowadzi do wielu ciekawych sytuacji - przykładowo, wkrótce po przejęciu dowodzenia przez Geary'ego Sojusz odnosi znaczne zwycięstwo nad Syndykatem - jeden z najświetniejszych triumfów od lat. Ale oficerowie kręcą nosami, że to było takie trochę niesłuszne zwycięstwo, bo oni by chcieli zmiażdżyć wroga w normalnej walce, a nie stosować jakieś "tchórzliwe" manewry i formacje. W pewnym momencie kwatermistrzostwo powiadamia Black Jacka, że flocie brakuje zapasów, paliwa i amunicji... Bo kalkulując zapotrzebowanie, wszyscy zakładali, że straty będą dużo większe (porównywalne z tym, które flota odnosiła przez ostatnie kilkadziesiąt lat), a przecież martwe załogi i zniszczone statki nie potrzebują zaopatrzenia...
Inny aspekt. Kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że te wszystkie space-opery ukazują gwiezdnych kapitanów i komandosów to bzdura, bo przecież te zadania dużo lepiej będą spełniać komputery, czynnik ludzki będzie zbędny. Campbell pokazuje, że tak być nie musi. Z jednej strony, oczywiście, to komputery wyliczają kursy statków i celują do wroga, żaden ludzki umysł nie jest w stanie prowadzić tak skomplikowanych kalkulacji w tak krótkim czasie. Z drugiej strony, żaden komputer nie jest tak elastyczny, jak człowiek, nie potrafi wymyślać tak skomplikowanych podstępów ani stosować niekonwencjonalnych manewrów. Ponadto, komputery są zawodne - oczywiście, ludzie też, ale maszyna i istota żywa mogą się wzajemnie uzupełniać (przykład - wróg hakuje komputery Sojuszu, aby "nie widziały" jego statków - gdyby statki były w pełni zautomatyzowane, komputery dowodzące, nieprzygotowane na taką możliwość, konsekwentnie ignorowałyby istnienie "niewidzialnych" okrętów - żywi ludzie orientują się, co się stało. Oczywiście, wojskowi informatycy mogliby po bitwie wprowadzić do komputerów odpowiednie programy, ale sama bitwa byłaby przegrana).
"Zaginioną Flotę" czytało mi się bardzo dobrze. Akcja jest wartka i jest dobrze opisana. Widać, że autor był wojskowym. Wielu pisarzy opisujących wielkie bitwy staje przed problemami wynikającymi z tego, że sami niezbyt znają się na dowodzeniu armią (w tym przypadku - flotą), więc czytelnik musi im wierzyć na słowo, że dany generał jest genialnym strategiem (i z reguły wierzy, bo sam też się nie zna). Tutaj faktycznie mam wrażenie, że opisywane przez Campbella manewry i rozwiązania taktyczne są błyskotliwe, a Geary jest dobrym dowódcą nie tylko dlatego, że jest głównym bohaterem. Opisy bitew są plastyczne i precyzyjne (choć muszę przyznać, że chwilami się gubiłem - ale generalnie się gubię w takich rzeczach), utarczki z "opozycjonistami" interesujące, jest też odrobinę humoru no a na drugim-trzecim planie wątek romantyczny. Tym, co się rzuca w oczy jest natomiast niemal zupełny brak opisów postaci. Oprócz płci i ewentualnie wieku nie dowiadujemy się praktycznie niczego o ich aparycji (w całej serii naliczyłem tylko dwa momenty, w których padł jakiś konkretniejszy opis - przy czym w jednym wypadku dotyczy to pleców love interest Geary'ego, a w drugim koloru włosów epizodycznej postaci).
Jeśli chodzi o wartości promowane przez Campbella, to jest nieźle. Geary jest urzeczywistnieniem etosu rycerskiego - jest odważny, honorowy, dba o swoich ludzi, wzdryga się przed zbrodniami wojennymi, walczy nie z żądzy zabijania, ale po to, aby jak najszybciej zakończyć wojnę. Z drugiej strony, nie jest przegiętą Mary Sue - ponieważ wydarzenia są opisywane z jego perspektywy, wielokrotnie widzimy, że Black Jack jest nieco przerażony swą własną legendą i boi się, że do niej nie dorośnie, a czasem zwyczajnie nie wie, co robić i musi nadrabiać miną, żeby nie utracić zaufania swych "wyznawców". W kwestiach intymnych jest nieco dwuznacznie - z jednej strony, związki bez ślubu nie są potępianie (chyba, że chodzi o związek zwierzchnika z bezpośrednim podwładnym), z drugiej strony - zdrada małżeńska jest traktowana jako straszliwa zmaza na honorze. Muszę przyznać, że w jednej kwestii nie potrafię się z Geary'm solidaryzować. Otóż, jest wyraźnie pokazane, że znaczna część cywilnych władz Sojuszu jest skorumpowana i niekompetentna, co więcej, rzuca kłody pod nogi protagoniście. Ponadto, większość żołnierzy szczerze gardzi politykami i znaczna część z nich chętnie widziałaby Geary'ego jako dyktatora - ale on broni się przed tym rękoma i nogami. No cóż, dla osób uważających demokrację za jedynie słuszny ustrój (nawet, gdy jest ona de facto oligarchią), zapewne jest to przykład cnotliwości, ja, jako osoba posiadająca pewne monarchistyczne sympatie, mam mieszane uczucia donośnie postawy Geary'ego (tzn. niekoniecznie natury moralnej, bo rozumiem, że honor nie pozwala mu na występowanie przeciwko legalnej władzy itd.... ale osobiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby obwołał się imperatorem ;)
Najbardziej mieszane uczucia mam w kwestii religii. Otóż, jest ona obecna w życiu mieszkańców Sojuszu, ba odgrywa bardzo ważną rolę, a na każdym statku znajduje się kaplica. W zasadzie żadna postać nie wyraża negatywnego stosunku wobec wiary, pojawiają się tylko wzmianki typu "nawet najbardziej zażarty agnostyk (uwaga - nie ateista ;) przyznałby, że...". I mi się to podoba (z drugiej strony, domyślam się, że wojujący ateista czytając tę książkę, będzie zgrzytał zębami, mamrocząc "Ale jak, kurde, jaka religia, jak tak można, przecież to oczywiste, że za chwilę ludzkość porzuci te bzdurne zabobony, w sf nie ma prawa być religii!"). Problem mam z tym, że wiara zaprezentowana przez Campbella nieco trąci pogaństwem. Opiera się ona dwóch filarach - jednym jest kult przodków. Postaci wierzą, że ich dusze ich przodków istnieją w zaświatach, a jednym z głównych obrządków jest swego rodzaju medytacja, kiedy wierny próbuje nawiązać łączność duchową z przodkami i uzyskać od nich radę/pociechę duchową. Jako katolik, mam mieszane uczucia i nie wiem, czy można to podciągnąć bardziej pod kult świętych czy spirytyzm. Drugim filarem jest wiara w "żywe światło gwiazd" - w zasadzie nie jest do końca wyjasnione, czy chodzi o politeistyczny kult gwiazd (co byłoby trochę absurdalne, bo przecież bohaterowie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że gwiazdy to tylko rozżarzone kule gazów i że nie są wieczne, ba, nawet natykają się na czarną dziurę - wbrew temu, co twierdzą ateiści, w niektórych sytuacjach da się przeprowadzić "dowód negatywny" - nie da się udowodnić nieistnienia Boga, ale da się udowodnić, że gwiazdy bogami nie są) czy też chodzi o panteistycznie pojmowaną "siłę życiową", której gwiazdy są jedynie symbolem. Generalnie, nie mam problemów z fikcyjnymi religiami w fantastyce. Np. George Lucas w jednej ze swoich wypowiedzi stwierdził wprost, że ukazując Moc i Jedi nie chciał tworzyć żadnej konrketnej religii, tylko umieścić jakieś ogólnikowe odniesienie do Boga (dlatego też religia Mocy jest tak niesprecyzowana i czytając książki i komiksy z Expanden Universum widziałem, że niektórzy autorzy, zapewne w zalezności od własnych poglądów, starali się iść albo bardziej w stronę buddyzmu czy taoizmu, albo bardziej teistycznego pojmowania Mocy). Domyślam się, że coś podobnego chciał osiągnąć Campbell - z jednej strony, dać swoim bohaterom życie duchowe i religijne motywacje, z drugiej - nie promować żadnego konkretnego, realnie istniejącego wyznania (w duchu amerykańskiej politycznej poprawności). Problem w tym, że Gwiezdne Wojny dzieją się "w odległej galaktyce", więc nieobecność ziemskich religii jest zrozumiała - ja sam zakładam, że jeśli istnieją cywilizacje pozaziemskie, ich droga do Boga będzie wyglądała inaczej, choćby ze względu na inną "historię zbawienia". Tyle, że "Zaginiona Flota" dzieje się w naszym świecie, a jej bohaterowie są potomkami Ziemian, więc myśl, że w świecie Campbella chrześcijaństwo zostało wyparte przez kult "żywego światła gwiazd" nie jest mi miła (co do innych religii, to jako, że jestem katolem, nie zależy mi na ich istnieniu, wolałbym, żebyśmy wszyscy zjednoczyli się w jednej owczarni, choć oczywiście jestem przeciwny nawracaniu siłą). Oczywiście, autor ma prawo pisać, co chce, ja tylko opisuję swoje odczucia z mojego punktu widzenia, a częścią mojego punktu widzenia, są moje poglądy religijne.
Tak czy inaczej, książki mnie wciągnęły, nie jest to wybitna literatura, ale dostarcza dobrej i niegłupiej rozrywki.
czwartek, 4 sierpnia 2016
"Pan Lodowego Ogrodu" - recenzja prawicowym okiem
(Uwaga - nie jest to recenzja w powszechnym rozumieniu, a raczej zbiór przemyśleń po przeczytaniu utworu. Mogą pojawić się spoilery. Nie ukrywam, że analiza jest przeprowadzana z punktu widzenia zaciekłego prawaka. Przeczytanie jej może być ciekawym doznaniem także dla osób "z drugiej strony" - wszak zawsze warto poznawać odmienne sposoby myślenia. Przynajmniej ja tak uważam, a Wy, lewicowcy? :).
Niekiedy podnoszą się głosy, że polski pisarze fantastyczni mają poglądy "skrzywione" w prawą stronę (w odróżnieniu od twórców ze Światłego i Postępowego Zachodu). Bogu dzięki, chyba coś w tym jest. Oczywiście, są wyjątki, jak np. Andrzej Sapkowski (nad czym bardzo boleję), czy Witold Jabłoński, ale większość naszych fantastów nie dała się uwieść lewackim herezjom (nawet, jeśli ich prawicowość jest nie do końca ortodoksyjna). Dobrym przykładem jest Jarosław Grzędowicz, a konkretnie czterotomowy cykl jego autorstwa pod tytułem "Pan Lodowego Ogrodu".
Utwór ten ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Vuko Drakkainen, astronauta/komandos/agent specjalny z Ziemi (konkretnie z UE), posiadający korzenie polskie, chorwackie i fińskie. Przybywa na planetę określaną przez Ziemian jako Midgaard, zamieszkaną przez humanoidalnych tubylców żyjących mniej więcej na poziomie średniowiecza... przy czym na owym poziomie utrzymują ich miejscowe ciekawostki - magia i istoty określane jako bogowie. Tu komuś może zazgrzytać - toż to okultyzm i pogaństwo! Spokojnie, istnienie tych fenomenów jest wytłumaczone naukowo (co prawda pod koniec cyklu), zgodnie z zasadą "Odpowiednio rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii" i nie zaprzecza dogmatom Świętej Wiary Katolickiej.
W każdym razie, Vuko przybywa na Midgaard, żeby uratować członków zaginionej ekipy badawczej. Na miejscu okazuje się, że części naukowców nie ma sensu ratować, gdyż umarli i nie żyją, natomiast pozostała czwórka odkryła w sobie Moc i została władcami-magami podporządkowującymi sobie miejscowe ludy.
Drugim bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, następca cesarskiego tronu miejscowego Imperium, który musi uciekać z kraju na skutek przewrotu. Przez baaardzo długi czas oba wątki toczą się w zasadzie niezależnie, obaj protagoniści spotykają się dopiero gdzieś w trzecim-czwartym tomie. Niektórych czytelników może to razić, mnie to nie przeszkadzało (a w porównaniu z taką "Pieśnią Lodu i Ognia" gdzie mamy naraz kilka-kilkanaście wątków i punktów widzenia, prostota aż bije ;)
Prawicowe klimaty widać najbardziej w kreacji przeciwników, to jest "umagicznionych" ziemskich naukowców, którzy de facto reprezentują różne oblicza lewactwa. Pierwszy z nich, Pier van Dyken, jest określany jako "zdeklarowany ateista", a swoich mocy lubi używać do parodiowania cudów Chrystusa (np. tworząc armię zombie krzyczy "Łazarzu, wstań!" itd.). Dowodzi armią znaną jako "Węże", której dosyć prostacka filozofia sprowadza się do "Istnieją tylko Węże i karma dla Węży", co może się kojarzyć z nazizmem (który jest w oczywisty sposób lewacką filozofią - narodowy SOCJALIZM, prawda?).
Druga postać z "głównych bossów", Ulrike Freihoff vel Nahel Ifrija głosi kult miejscowej bogini płodności (i jej dwóch męskich fagasów), który zakłada pogardę dla mężczyzn (lepiej być kobietą, a jeszcze lepiej bezpłciową Oświeconą Istotą), centralne sterowanie gospodarką i całym życiem poddanych (łącznie ze zniszczeniem instytucji rodziny i życiem w kolektywach) oraz regulacje dotyczące rytualnej nieczystości pożywienia (najwyższą cnotą jest wegetarianizm). Czyli taki melanż New Age, feminizmu, LGBT, komunizmu, okraszony lekko radykalnym islamem. Groteskowe połączenie, bez sensu i logiki... Czyli wierny obraz współczesnego lewactwa.
O ile Nahel Ifrija reprezentuje lewactwo wojujące, o tyle ostatnia ze "złych czarodziei" Passionara Callo "Pani Bolesna" symbolizuje lewactwo "politycznie poprawne", "aksamitne". Pani Bolesna wpaja swoim wyznawcom, że wszelkie użycie siły (nawet w obronie własnej) jest złe, ba, nawet silniejsze emocje są złe. Poddani jej niewielkiego królestwa są wprowadzani w magiczny trans, prowadzący aż do utraty osobowości. Oczywiście, nie dotyczy to dzieciarni, która chowana bezstresowo wręcz przeistacza się w potwory.
Ostatni mag to Olaf Fjollsfinn, będący panem tytułowego Lodowego Ogrodu. Jest on sojusznikiem Vuka i w sumie pozytywną postacią. Nie chce nikomu narzucać swojej ideologii, wręcz przeciwnie, przyjmuje uchodźców z różnych narodów i pozwala im żyć po swojemu, pod warunkiem, że przestrzegają stanowionych przez niego praw. Takie multi kulti, tylko działające. Zgrzytem jak dla mnie jest wymyślona przez Olafa religia Drzewa, mająca spajać ludność jego wyspy. Fjollsfinn tworzy iluzję raju i ukazuje ją swoim wyznawcom, żeby mieli motywację do służenia mu. Ja rozumiem, że ani Olaf ani Vuko nie będą ewangelizować Midgaardian, ale świadome tworzenie fałszywej religii trochę mi się nie podoba. Z drugiej strony, religia Drzewa może symbolizować po prostu tak zwaną "religię obywatelską", wiarę w społeczny ład, konstytucję, prawo ponad podziałami, które teoretycznie powinny charakteryzować obywateli współczesnego "demokratycznego państwa prawa". No cóż, mimo wszystko cieszę się, że ta postać nie jest głównym bohaterem, tylko ich sojusznikiem.
A wracając do głównych bohaterów... Czy można uznać ich za wzorzec prawości i prawicowości? Do pewnego stopnia tak.
Ogólne poglądy:
- Vuko jest człowiekiem starej daty. Ma jak najgorszej mniemanie o swoich mocodawcach z Unii Europejskiej, czego nie waha się wyrażać w ostrych słowach. Podoba mu się honor, odwaga i inne cnoty wciąż kultywowane przez wolnych mieszkańców Midgaardu (choć dostrzega również cienie i wady "średniowiecznego" społeczeństwa).
- Filar syn Oszczepnika wierzy w tradycje swojego ludu i cesarstwa, którego miał zostać następcą. Absurd i zbrodniczość haseł głoszonych przez kult Podziemnej Matki na czele którego stoi Ifrija jest dla niego oczywisty.
Tutaj punkt dla obu panów.
Religia:
- Vuko jest raczej wierzący, ale chyba jego wiarę oddaje porzekadło "Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam". To nie jest typ mistyka, raczej twardego wojownika/awanturnika, który generalnie szanuje religię, ale na codzień nie zaprząta sobie nią głowy, działa raczej na zasadzie "Jak trwoga, to do Boga".
- Filar wyznaje miejscowy monoteizm, który nie zaprzecza istnieniu "bogów", ale wychodzi z założenia, że ci bogowie to takie tam duchy natury, a jedynym prawdziwym Bogiem jest Stwórca świata i wszystko, łącznie z "bogami" podlega jemu. Jej prorokiem/mesjaszem jest enigmatyczny "Idący Pod Górę". W sumie fajnie, szkoda tylko, że istnienie tej religii jest zasygnalizowane, nie odgrywa ona większej roli w walce z lewackimi czarownikami.
No cóż... nie jest idealnie, ale jest nieźle. W czasach, gdy twórcy popkultury chętnie wkładają bez powodu w usta swoich bohaterów ateistyczne i antyklerykalne frazesy, ot tak, żeby zaznaczyć, że postacie pozytywne pogardzają ciemnotą i zabobonem, miło jest widzieć, jak autor sygnalizuje, że jego protagoniści wierzą w Boga, nawet jeśli nie jest to wiara szczególnie mocna ani ortodoksyjna... Ponadto, należy pamiętać, że to książka przygodowa, a nie religijna.
Kwestie intymne:
- Vuko puka kosmitkę z Midgaardu, Sylfanę. Nie jest to szczególnie perwersyjne, bo tubylcy są bardzo zbliżeni wyglądem do ludzi (a jak się później okazuje, są z nimi spokrewnieni), a Sylfana jakoś tak całkiem przypadkowo jest jeszcze bardziej ludzka, niż typowa Midgaardka. Pewnym problemem jest natomiast to, że para nie bierze ślubu, nawet w lokalnym obrządku. Cóż, trzeba pamiętać, że przykładanie wagi do czystości przedmałżeńskiej również nie wpisuje się w archetyp "awanturnika". Aczkolwiek warto zaznaczyć, że Vuko nie jest rozpustnikiem i nie korzysta z okazji do spędzenia nocy z żoną lokalnego władyki, czy zakupu seksniewolnicy i można powiedzieć, że ze swoją wybranką tworzy stały związek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wątek romantyczny nie odgrywa pierwszoplanowej roli, a relacja Vuka i Sylfany to bardziej związek towarzyszy broni, zahartowany w boju, który pojawia się "naturalnie" obok właściwych przygód, a nie historia miłosna pełna patetycznych wyznań i opisów bicia serca.
Znowuż - nie jest idealnie, ale ujdzie.
- Jeśli chodzi o Filara, no to tutaj jest trochę mnie różowo. Czy może bardziej? W każdym razie, jeszcze na etapie książęcej edukacji Filar sypia ze swoją powabną i starszą (ale nie starą) nauczycielką. Ot tak, żeby chłopak nabrał "łóżkowego obycia" i w przyszłości nie dał się zmanipulować żadnym uwodzicielkom (ani nie rzucił w wir rozpusty). Później Filar wykorzystuje te "instrumentalne"podejście do kwestii erotycznych, aby zmanipulować kobietę, do której trafił w niewolę. Co prawda to zła kobieta była, ale mimo wszystko pewien posmak moralnej dwuznaczności pozostaje.
Sumując: "Pan Lodowego Ogrodu" moim zdaniem niesie za sobą pozytywne przesłanie. Dobrzy bohaterowie, choć sami niepozbawieni wad, są raczej przyzwoitymi ludźmi, którzy ścierają z jasno określonym złem, stanowiącym ucieleśnienie lewackich herezji. Bolączką wielu nacechowanych światopoglądowo dzieł jest to, że są słabymi książkami/filmami/komiksami - nadętymi, nudnymi, zrobionymi bez polotu i pełnymi sztuczności, które raczej odstręczają do głoszonych w nich idei i stają się pośmiewiskiem dla osób z przeciwnej strony barykady. Uważam, że "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do tej grupy. Nie jest to wybitne dzieło (i dobrze, bo gdyby było, to pewnie trafiłoby w mój niski gust), ale dobrze napisana powieść fantastyczno-przygodowa z ciekawą i dobrze opisaną akcją, gdzie z napięciem czeka się na dalsze losy bohaterów. Osobiście polecam.
Niekiedy podnoszą się głosy, że polski pisarze fantastyczni mają poglądy "skrzywione" w prawą stronę (w odróżnieniu od twórców ze Światłego i Postępowego Zachodu). Bogu dzięki, chyba coś w tym jest. Oczywiście, są wyjątki, jak np. Andrzej Sapkowski (nad czym bardzo boleję), czy Witold Jabłoński, ale większość naszych fantastów nie dała się uwieść lewackim herezjom (nawet, jeśli ich prawicowość jest nie do końca ortodoksyjna). Dobrym przykładem jest Jarosław Grzędowicz, a konkretnie czterotomowy cykl jego autorstwa pod tytułem "Pan Lodowego Ogrodu".
Utwór ten ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Vuko Drakkainen, astronauta/komandos/agent specjalny z Ziemi (konkretnie z UE), posiadający korzenie polskie, chorwackie i fińskie. Przybywa na planetę określaną przez Ziemian jako Midgaard, zamieszkaną przez humanoidalnych tubylców żyjących mniej więcej na poziomie średniowiecza... przy czym na owym poziomie utrzymują ich miejscowe ciekawostki - magia i istoty określane jako bogowie. Tu komuś może zazgrzytać - toż to okultyzm i pogaństwo! Spokojnie, istnienie tych fenomenów jest wytłumaczone naukowo (co prawda pod koniec cyklu), zgodnie z zasadą "Odpowiednio rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii" i nie zaprzecza dogmatom Świętej Wiary Katolickiej.
W każdym razie, Vuko przybywa na Midgaard, żeby uratować członków zaginionej ekipy badawczej. Na miejscu okazuje się, że części naukowców nie ma sensu ratować, gdyż umarli i nie żyją, natomiast pozostała czwórka odkryła w sobie Moc i została władcami-magami podporządkowującymi sobie miejscowe ludy.
Drugim bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, następca cesarskiego tronu miejscowego Imperium, który musi uciekać z kraju na skutek przewrotu. Przez baaardzo długi czas oba wątki toczą się w zasadzie niezależnie, obaj protagoniści spotykają się dopiero gdzieś w trzecim-czwartym tomie. Niektórych czytelników może to razić, mnie to nie przeszkadzało (a w porównaniu z taką "Pieśnią Lodu i Ognia" gdzie mamy naraz kilka-kilkanaście wątków i punktów widzenia, prostota aż bije ;)
Prawicowe klimaty widać najbardziej w kreacji przeciwników, to jest "umagicznionych" ziemskich naukowców, którzy de facto reprezentują różne oblicza lewactwa. Pierwszy z nich, Pier van Dyken, jest określany jako "zdeklarowany ateista", a swoich mocy lubi używać do parodiowania cudów Chrystusa (np. tworząc armię zombie krzyczy "Łazarzu, wstań!" itd.). Dowodzi armią znaną jako "Węże", której dosyć prostacka filozofia sprowadza się do "Istnieją tylko Węże i karma dla Węży", co może się kojarzyć z nazizmem (który jest w oczywisty sposób lewacką filozofią - narodowy SOCJALIZM, prawda?).
Druga postać z "głównych bossów", Ulrike Freihoff vel Nahel Ifrija głosi kult miejscowej bogini płodności (i jej dwóch męskich fagasów), który zakłada pogardę dla mężczyzn (lepiej być kobietą, a jeszcze lepiej bezpłciową Oświeconą Istotą), centralne sterowanie gospodarką i całym życiem poddanych (łącznie ze zniszczeniem instytucji rodziny i życiem w kolektywach) oraz regulacje dotyczące rytualnej nieczystości pożywienia (najwyższą cnotą jest wegetarianizm). Czyli taki melanż New Age, feminizmu, LGBT, komunizmu, okraszony lekko radykalnym islamem. Groteskowe połączenie, bez sensu i logiki... Czyli wierny obraz współczesnego lewactwa.
O ile Nahel Ifrija reprezentuje lewactwo wojujące, o tyle ostatnia ze "złych czarodziei" Passionara Callo "Pani Bolesna" symbolizuje lewactwo "politycznie poprawne", "aksamitne". Pani Bolesna wpaja swoim wyznawcom, że wszelkie użycie siły (nawet w obronie własnej) jest złe, ba, nawet silniejsze emocje są złe. Poddani jej niewielkiego królestwa są wprowadzani w magiczny trans, prowadzący aż do utraty osobowości. Oczywiście, nie dotyczy to dzieciarni, która chowana bezstresowo wręcz przeistacza się w potwory.
Ostatni mag to Olaf Fjollsfinn, będący panem tytułowego Lodowego Ogrodu. Jest on sojusznikiem Vuka i w sumie pozytywną postacią. Nie chce nikomu narzucać swojej ideologii, wręcz przeciwnie, przyjmuje uchodźców z różnych narodów i pozwala im żyć po swojemu, pod warunkiem, że przestrzegają stanowionych przez niego praw. Takie multi kulti, tylko działające. Zgrzytem jak dla mnie jest wymyślona przez Olafa religia Drzewa, mająca spajać ludność jego wyspy. Fjollsfinn tworzy iluzję raju i ukazuje ją swoim wyznawcom, żeby mieli motywację do służenia mu. Ja rozumiem, że ani Olaf ani Vuko nie będą ewangelizować Midgaardian, ale świadome tworzenie fałszywej religii trochę mi się nie podoba. Z drugiej strony, religia Drzewa może symbolizować po prostu tak zwaną "religię obywatelską", wiarę w społeczny ład, konstytucję, prawo ponad podziałami, które teoretycznie powinny charakteryzować obywateli współczesnego "demokratycznego państwa prawa". No cóż, mimo wszystko cieszę się, że ta postać nie jest głównym bohaterem, tylko ich sojusznikiem.
A wracając do głównych bohaterów... Czy można uznać ich za wzorzec prawości i prawicowości? Do pewnego stopnia tak.
Ogólne poglądy:
- Vuko jest człowiekiem starej daty. Ma jak najgorszej mniemanie o swoich mocodawcach z Unii Europejskiej, czego nie waha się wyrażać w ostrych słowach. Podoba mu się honor, odwaga i inne cnoty wciąż kultywowane przez wolnych mieszkańców Midgaardu (choć dostrzega również cienie i wady "średniowiecznego" społeczeństwa).
- Filar syn Oszczepnika wierzy w tradycje swojego ludu i cesarstwa, którego miał zostać następcą. Absurd i zbrodniczość haseł głoszonych przez kult Podziemnej Matki na czele którego stoi Ifrija jest dla niego oczywisty.
Tutaj punkt dla obu panów.
Religia:
- Vuko jest raczej wierzący, ale chyba jego wiarę oddaje porzekadło "Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam". To nie jest typ mistyka, raczej twardego wojownika/awanturnika, który generalnie szanuje religię, ale na codzień nie zaprząta sobie nią głowy, działa raczej na zasadzie "Jak trwoga, to do Boga".
- Filar wyznaje miejscowy monoteizm, który nie zaprzecza istnieniu "bogów", ale wychodzi z założenia, że ci bogowie to takie tam duchy natury, a jedynym prawdziwym Bogiem jest Stwórca świata i wszystko, łącznie z "bogami" podlega jemu. Jej prorokiem/mesjaszem jest enigmatyczny "Idący Pod Górę". W sumie fajnie, szkoda tylko, że istnienie tej religii jest zasygnalizowane, nie odgrywa ona większej roli w walce z lewackimi czarownikami.
No cóż... nie jest idealnie, ale jest nieźle. W czasach, gdy twórcy popkultury chętnie wkładają bez powodu w usta swoich bohaterów ateistyczne i antyklerykalne frazesy, ot tak, żeby zaznaczyć, że postacie pozytywne pogardzają ciemnotą i zabobonem, miło jest widzieć, jak autor sygnalizuje, że jego protagoniści wierzą w Boga, nawet jeśli nie jest to wiara szczególnie mocna ani ortodoksyjna... Ponadto, należy pamiętać, że to książka przygodowa, a nie religijna.
Kwestie intymne:
- Vuko puka kosmitkę z Midgaardu, Sylfanę. Nie jest to szczególnie perwersyjne, bo tubylcy są bardzo zbliżeni wyglądem do ludzi (a jak się później okazuje, są z nimi spokrewnieni), a Sylfana jakoś tak całkiem przypadkowo jest jeszcze bardziej ludzka, niż typowa Midgaardka. Pewnym problemem jest natomiast to, że para nie bierze ślubu, nawet w lokalnym obrządku. Cóż, trzeba pamiętać, że przykładanie wagi do czystości przedmałżeńskiej również nie wpisuje się w archetyp "awanturnika". Aczkolwiek warto zaznaczyć, że Vuko nie jest rozpustnikiem i nie korzysta z okazji do spędzenia nocy z żoną lokalnego władyki, czy zakupu seksniewolnicy i można powiedzieć, że ze swoją wybranką tworzy stały związek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wątek romantyczny nie odgrywa pierwszoplanowej roli, a relacja Vuka i Sylfany to bardziej związek towarzyszy broni, zahartowany w boju, który pojawia się "naturalnie" obok właściwych przygód, a nie historia miłosna pełna patetycznych wyznań i opisów bicia serca.
Znowuż - nie jest idealnie, ale ujdzie.
- Jeśli chodzi o Filara, no to tutaj jest trochę mnie różowo. Czy może bardziej? W każdym razie, jeszcze na etapie książęcej edukacji Filar sypia ze swoją powabną i starszą (ale nie starą) nauczycielką. Ot tak, żeby chłopak nabrał "łóżkowego obycia" i w przyszłości nie dał się zmanipulować żadnym uwodzicielkom (ani nie rzucił w wir rozpusty). Później Filar wykorzystuje te "instrumentalne"podejście do kwestii erotycznych, aby zmanipulować kobietę, do której trafił w niewolę. Co prawda to zła kobieta była, ale mimo wszystko pewien posmak moralnej dwuznaczności pozostaje.
Sumując: "Pan Lodowego Ogrodu" moim zdaniem niesie za sobą pozytywne przesłanie. Dobrzy bohaterowie, choć sami niepozbawieni wad, są raczej przyzwoitymi ludźmi, którzy ścierają z jasno określonym złem, stanowiącym ucieleśnienie lewackich herezji. Bolączką wielu nacechowanych światopoglądowo dzieł jest to, że są słabymi książkami/filmami/komiksami - nadętymi, nudnymi, zrobionymi bez polotu i pełnymi sztuczności, które raczej odstręczają do głoszonych w nich idei i stają się pośmiewiskiem dla osób z przeciwnej strony barykady. Uważam, że "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do tej grupy. Nie jest to wybitne dzieło (i dobrze, bo gdyby było, to pewnie trafiłoby w mój niski gust), ale dobrze napisana powieść fantastyczno-przygodowa z ciekawą i dobrze opisaną akcją, gdzie z napięciem czeka się na dalsze losy bohaterów. Osobiście polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)