Na Polterze swego czasu działał taki człowiek o pseudonimie "Slann". Zapamiętałem go głównie jako, jak sam się określał "skrajnego centrystę". Ów centryzm przejawiał się głównie w ten sposób, że kiedy ktoś prezentował wyraziste poglądy w jakiejś kwestii, Slann pojawiał się z komentarzami sprowadzającymi się do "lewacy i prawacy są tacy sami, skrajności są złe i prawda leży pośrodku". Przy czym konsekwentnie odmawiał sprecyzowania swoich zarzutów pod adresem "lewaków i prawaków" czy wyjaśnienia, na czym polega jego centrowa filozofia, poza tym, że jest centrowa i dlaczego jest lepsza od innych.
Zniknął z Poltera, wydaje mi się, że kiedyś sugerował, że miałem z tym swój związek, bo nie podobało mu się, że próbowałem go skłonić, by wyjaśnił, skąd ten jego negatywny stosunek do prawaków i lewaków i przekonanie, że enigmatyczny "centryzm" jest z założenia lepszy. Mnie z kolei bardzo frustrowała jego taktyka "napiszę, że nie macie racji, ale choćby nie wiem co, nie wyjaśnię dlaczego, sami się domyślcie". Więc kiedy zobaczyłem wzmiankę o nim na Polterze, od razu mnie to zaciekawiło.
No i dowiedziałem się, że jest zbiórka w związku ze schorzeniem Slanna... nie, nie centryzmem, ale czymś, co się nazywa "rdzeniowy zanik mięśni". W zasadzie, to chyba licytacja jakichś fantów, nie wiem, jak to dokładnie działa, bo ją olałem, można przecież wpłacić na rachunek bez udziału w zabawie. W każdym razie, szczegóły poniżej:
https://www.facebook.com/groups/2061137844200629?view=permalink&id=2137447933236286
A Slannowi życzę Bożego błogosławieństwa.
To jest blog mój, Adeptusa Gedeona. Grafomana i katola. Publikuję na nim groch z kapustą - swoje gry paragrafowe i planszowe oraz opowiadania, recenzje cudzych dzieł (zwłaszcza tych mało znanych), materiały do RPG, artykuły polityczne/religijne.
Etykiety
- RPG
- religia
- wydarzenie
- recenzja filmu
- opowiadanie
- poltergeist
- światotworzenie
- Marvel
- paragrafówka
- polityka
- recenzja gry komputerowej
- Gwiezdne Wojny
- "Grób pobielany"
- ciekawa strona
- ciekawe miejsce
- recenzja książki
- ciekawe strony
- gra planszowa
- komiks
- prawica
- czasopismo
- fantastyka
- gry komputerowe
- militaria
- powitanie
- recenzja paragrafówki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poltergeist. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poltergeist. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 lutego 2019
sobota, 22 lipca 2017
Rocznica
Niniejszy blog został założony około roku temu - 18 lipca 2016 r. Nadeszła zatem pora na pobieżne podsumowanie.
Od początku istnienia, blog został wyświetlony 7.644 razy. Nie ma porównania z innymi blogami, ale domyślam się, że to kiepski wynik. Co gorsza, jak bardzo słusznie zauważył pewien anonim w komentarzu pod poprzednią notką, zapewne wynik wyświetlania nie przekłada się na wynik czytania (o czym świadczy choćby żałośnie niska liczba komentarzy).
Opublikowałem 73 posty. Zdecydowanymi faworytami, jeśli chodzi o zainteresowanie są posty: "Kilka polskich paradoksów" (249 wyświetleń, 22 komentarze)
http://adgedeon.blogspot.com/2016/12/kilka-polskich-paradoksow.html
oraz
Recenzja gry "Tyranny" (198 wyświetleń, 25 komentarzy)
http://adgedeon.blogspot.com/2017/02/recenzja-tyranny.html
Zdecydowana większość wejść to przekierowania ze strony http://blogirpg.blogspot.com/ , którą swoją drogą polecam wszystkim osobom, które prowadzą blogi erpegowe, czy nawet okołofantastyczne - naprawdę warto poprosić o dodanie do tej listy.
Kto czytał "Powitanie", ten wie, że blog niniejszy powstał na skutek zbanowania mnie na Poltergeiście przez "koordynatora społeczności", niejakiego Kamulca. Po roku stwierdzam, że moja negatywna ocena sposobu "koordynowania społeczności" przez owego osobnika (która to była bezpośrednią przyczyną mojego bana) znalazła pełne potwierdzenie. Po zbanowaniu części aktywnych użytkowników i wprowadzeniu do regulaminu bzdurnego zapisu "nie wolno komentować działań moderacji", co skutkowało dobrowolnym odejściem kilku kolejnych blogerów, nie chcących brać udziału w tej hucpie, skutek jest taki, że polterowa blogosfera niemal przestała istnieć. Obecnie jakieś 80% wpisów to notki Zegarmistrza, będące zresztą reklamą treści z jego bloga zewnętrznego. Swego czasu żartowałem, że Kamulcowi tak bardzo zależy na tym, żeby nikt nie komentował jego działań (na punkcie czego ma on obsesję), że wolałby, żeby na Polterze nie było żadnych użytkowników, niż żeby któryś z miał "komentować działania". Niestety, najwyraźniej nie potraktował tego jako przytyk, tylko jako plan działania.
Tyle o przeszłości i teraźniejszości - teraz pora skupić się na przyszłości. Mam pytanie - co należy poprawić na blogu? Kilka osób mówiło mi, że coś jest nie tak, że blog jest brzydki, że ciężko się go czyta... Ale jakoś nikt nie potrafił sprecyzować, z czym jest problem. Nie taki druk? Źle dobrane kolory? Proszę o podpowiedź.
Od początku istnienia, blog został wyświetlony 7.644 razy. Nie ma porównania z innymi blogami, ale domyślam się, że to kiepski wynik. Co gorsza, jak bardzo słusznie zauważył pewien anonim w komentarzu pod poprzednią notką, zapewne wynik wyświetlania nie przekłada się na wynik czytania (o czym świadczy choćby żałośnie niska liczba komentarzy).
Opublikowałem 73 posty. Zdecydowanymi faworytami, jeśli chodzi o zainteresowanie są posty: "Kilka polskich paradoksów" (249 wyświetleń, 22 komentarze)
http://adgedeon.blogspot.com/2016/12/kilka-polskich-paradoksow.html
oraz
Recenzja gry "Tyranny" (198 wyświetleń, 25 komentarzy)
http://adgedeon.blogspot.com/2017/02/recenzja-tyranny.html
Zdecydowana większość wejść to przekierowania ze strony http://blogirpg.blogspot.com/ , którą swoją drogą polecam wszystkim osobom, które prowadzą blogi erpegowe, czy nawet okołofantastyczne - naprawdę warto poprosić o dodanie do tej listy.
Kto czytał "Powitanie", ten wie, że blog niniejszy powstał na skutek zbanowania mnie na Poltergeiście przez "koordynatora społeczności", niejakiego Kamulca. Po roku stwierdzam, że moja negatywna ocena sposobu "koordynowania społeczności" przez owego osobnika (która to była bezpośrednią przyczyną mojego bana) znalazła pełne potwierdzenie. Po zbanowaniu części aktywnych użytkowników i wprowadzeniu do regulaminu bzdurnego zapisu "nie wolno komentować działań moderacji", co skutkowało dobrowolnym odejściem kilku kolejnych blogerów, nie chcących brać udziału w tej hucpie, skutek jest taki, że polterowa blogosfera niemal przestała istnieć. Obecnie jakieś 80% wpisów to notki Zegarmistrza, będące zresztą reklamą treści z jego bloga zewnętrznego. Swego czasu żartowałem, że Kamulcowi tak bardzo zależy na tym, żeby nikt nie komentował jego działań (na punkcie czego ma on obsesję), że wolałby, żeby na Polterze nie było żadnych użytkowników, niż żeby któryś z miał "komentować działania". Niestety, najwyraźniej nie potraktował tego jako przytyk, tylko jako plan działania.
Tyle o przeszłości i teraźniejszości - teraz pora skupić się na przyszłości. Mam pytanie - co należy poprawić na blogu? Kilka osób mówiło mi, że coś jest nie tak, że blog jest brzydki, że ciężko się go czyta... Ale jakoś nikt nie potrafił sprecyzować, z czym jest problem. Nie taki druk? Źle dobrane kolory? Proszę o podpowiedź.
wtorek, 8 listopada 2016
Parę pomysłów nt kolektywnej świadomości
(Artykuł, który dawno temu publikowałem na Poltergeiście, zanim nastała tam kamulcokracja i cenzura).
Istoty dzielące wspólny umysł nie są pomysłem nowym, występują zarówno w światach fantasy, jak i s-f. Mogą mieć różną postać - od rojowiska insektów różnego rodzaju, z których pełni inną rolę w organizmie, po humanoidy. Ale nie chcę snuć rozważań nt cielesnej powłoki takich stworzeń, ile podać kilka - mam nadzieję, ciekawych - pomysłów na to, jaką rolę mogą odegrać w świecie gry i scenariuszu.
Odpowiedzialność zbiorowa.
Gracze natrafiają na żyjącą w izolacji i okrytą tajemnicą społeczność istot dzielących kolektywną świadomość. Natychmiast zostają aresztowani za "zbrodnię". Kiedy próbują się dowiedzieć, o jaką zbrodnię chodzi, dowiadują się, że ponad sto lat temu kilka osobników ludzkich dotarło do tej tajemnej społeczności, zabiło kilka istot wchodzących w jej skład, a potem uciekło. Dla kolektywniaków (czy raczej - dla ich Umysłu) jest oczywiste, że gracze ponoszą za to odpowiedzialność. Przecież należą do tego samego gatunku, a zatem niepodważalnym faktem jest, że muszą być częścią tego samego Umysłu, co zbrodniarze sprzed wieków. Nie ma znaczenia, że są innymi osobnikami niż tamci - to tak jakby uciąć komuś lewą rękę za to, co zrobił prawą. Argument, że nie mogą odpowiadać za coś, co wydarzyło się przed ich urodzeniem również jest absurdalny - przecież na pewno mają dostęp do kolektywnej pamięci swego gatunku, a zatem pamiętają zbrodnię tak samo dokładnie, jakby byli przy niej obecni. Kolektywniaków w żaden sposób nie da się przekonać, że ludzie nie posiadają kolektywnego umysłu, że każdy z nich podejmuje decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność indywidualnie. Jeśli gracze będą próbowali argumentować w ten sposób, jedynie pogorszą swoją sytuację - Umysł Kolektywniaków uzna, że oskarżeni (czy raczej - fragment jednego oskarżonego, gatunku ludzkiego) próbuje robić z niego głupiego, wciskając ewidentny absurd. Gracze mogą spróbować oprzeć swoją obronę na stwierdzeniach, które Umysł jest w stanie zaakceptować - np. stwierdzić, że tamci zbrodniarze to były "komórki rakowe" ludzkości, nad którymi ludzkość straciła kontrolę (wówczas kara będzie łagodniejsza, bo gracze - jako kawałek ludzkości - będą odpowiadali jedynie za zaniedbanie, które doprowadziło do utraty kontroli nad częścią osobników, a nie za umyślną zbrodnię). Mogą też próbować wywodzić, że ludzkość od tego czasu zmieniła swe nastawienie i żałuje swych czynów, za które pragnie odpokutować (wówczas Umysł obarczy ich jakiś questem w ramach zadośćuczynienia). Możliwe, że na podstawie zachowań graczy ludzkość zostanie uznana za niepoczytalną - "Jak to możliwe, że dwa osobniki rozmawiają ze sobą, przecież należą do tego samego gatunku, więc mają dokładnie taką wiedzę i takie samo zdanie na każdy temat... Co więcej, kiedy jeden osobnik mówi o sobie samym, mówi "ja", a kiedy o innych "oni' - tak, jakby.... wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale tak jakby... każdy z osobników był traktowany jako oddzielny byt i oddzielna osoba?" Kolektywny Umysł Ludzkości (który z pewnością istnieje, bo skoro jest to inteligenty gatunek, musi być i jego kolektywna świadomość) musi być wariatem, który kwestionuje własne istnienie! W takiej sytuacji Umysł kolektywniaków odłoży egzekucję, dając sobie czas na zastanowienie, co zrobić ze schwytanymi "organami" szaleńca-ludzkiego gatunku.
Uderzysz jednego, to tak, jakbyś uderzył wszystkich.
Jeśli jeden Kolektywniak wie o czymś, wiedzą o tym wszyscy. Jeśli jeden coś odczuwa, to samo czują pozostali. Jeśli zachowasz się źle wobec jednego z nich, grabisz sobie u całego gatunku. Jeśli pomożesz jednemu z nich, cały gatunek jest wdzięczny. Dokonanie infiltracji terytorium zajętego przez Kolektywniki jest szczególnie trudne. Jeśli choć jeden z wartowników cię zauważy, cały gatunek będzie znał twoją twarz. Zabijanie wartowników tak, żeby nie zdążyli cię zauważyć również na niewiele się zda - gatunek wyczuje śmierć swego "organu" i natychmiast na miejsce zbrodni przybiegnie kilka osobników. Jedynym sposobem na niezauważone zinfiltrowanie terytorium Kolektywniaków jest unikanie jakiejkolwiek interakcji z jakimkolwiek z członków tego gatunku.
Ani króla, ani pana.
Kolektywniaki nie mają żadnej formy przywództwa. Żadnej Królowej Ostrzy, Nadświadomości ani Mózgowców. Są de facto jedną osobą w wielu ciałach. W związku z tym absurdem byłoby istnienie wodza, który wydawałby rozkazy, albo jakiejś rady, która by debatowała nad najlepszym rozwiązaniem - cały gatunek ma jedną wolę i cały gatunek podejmuje taką samą decyzję, w tym samym momencie (co nie znaczy, że wszystkie osobniki muszą robić naraz to samo, bo ta decyzja może brzmieć "Mojego osobnika 754 przesunę tutaj, oczami 395 obejrzę ten las, a ustami 271 przemówię do innego gatunku".) Aczkolwiek, Umysłowi Kolektywniaków może przyjść do głowy pewien fortel... Oczywiście ów pomysł może mu przyjść do głów dopiero wtedy, gdy wreszcie przyjmie do wiadomości, że ludzie nie posiadają zbiorowej swiadomości, a co za tym idzie, mają taką koncepcję jak "przywództwo". Umysł może rozpuścić plotki, że istnieje ktoś taki jak "Król kolektywniaków" który kieruje działaniem wszystkich pozostałych osobników. A potem ubrać jednego z osobników w strojne szaty, zasiąść nim na tronie i otoczyć zbrojnymi ochroniarzami. Jeśli wybuchnie wojna pomiędzy Kolektywniakami, a ludźmi, ludzie swe wysiłki skoncentrują na uśmierceniu "króla"... Tylko po to, żeby pojąć, że to była strata sił i czasu - "król" tak naprawdę nie odgrywał w procesie decyzyjnym i dowodzeniu armią roli większej, niż "robotnik" który wykopał fosę wokół jego zamku.
Spółdzielnia usługowa.
Kolektywniaki nie muszą być odizolowane od innych ras, ani wrogo do nich nastawione. Równie dobrze mogą z nimi koegzystować, wykorzystując swe zdolności dla polepszenia bytu swego gatunku. W settingach low-tech niekiedy jest problem z efektywną komunikacją na odległość - można tu wykorzystać magię, ale ona z reguły dostępna jest dla nielicznych osób. można też wykorzystać Kolektywniaki, które oferują usługę "telegraficzną" - powiedz coś do jednego z nich z prośbą o przekazanie innej osobie (wręczając przy okazji wynagrodzenie), a wszystkie Kolektywniaki poznają treść twoje wiadomości i ten z nich, który będzie najbliżej adresata, powtórzy mu ją. Oczywiście, rodzi to pewne niebezpieczeństwa. Np. kto wie, czy Umysł Kolektywniaków faktycznie jest przyjaźnie nastawiony do ludzi... A może wykorzystuje "usługodawstwo" aby gromadzić tajemnice, które kiedyś wykorzysta, gdy nadejdzie czas ofensywy....?
Istoty dzielące wspólny umysł nie są pomysłem nowym, występują zarówno w światach fantasy, jak i s-f. Mogą mieć różną postać - od rojowiska insektów różnego rodzaju, z których pełni inną rolę w organizmie, po humanoidy. Ale nie chcę snuć rozważań nt cielesnej powłoki takich stworzeń, ile podać kilka - mam nadzieję, ciekawych - pomysłów na to, jaką rolę mogą odegrać w świecie gry i scenariuszu.
Odpowiedzialność zbiorowa.
Gracze natrafiają na żyjącą w izolacji i okrytą tajemnicą społeczność istot dzielących kolektywną świadomość. Natychmiast zostają aresztowani za "zbrodnię". Kiedy próbują się dowiedzieć, o jaką zbrodnię chodzi, dowiadują się, że ponad sto lat temu kilka osobników ludzkich dotarło do tej tajemnej społeczności, zabiło kilka istot wchodzących w jej skład, a potem uciekło. Dla kolektywniaków (czy raczej - dla ich Umysłu) jest oczywiste, że gracze ponoszą za to odpowiedzialność. Przecież należą do tego samego gatunku, a zatem niepodważalnym faktem jest, że muszą być częścią tego samego Umysłu, co zbrodniarze sprzed wieków. Nie ma znaczenia, że są innymi osobnikami niż tamci - to tak jakby uciąć komuś lewą rękę za to, co zrobił prawą. Argument, że nie mogą odpowiadać za coś, co wydarzyło się przed ich urodzeniem również jest absurdalny - przecież na pewno mają dostęp do kolektywnej pamięci swego gatunku, a zatem pamiętają zbrodnię tak samo dokładnie, jakby byli przy niej obecni. Kolektywniaków w żaden sposób nie da się przekonać, że ludzie nie posiadają kolektywnego umysłu, że każdy z nich podejmuje decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność indywidualnie. Jeśli gracze będą próbowali argumentować w ten sposób, jedynie pogorszą swoją sytuację - Umysł Kolektywniaków uzna, że oskarżeni (czy raczej - fragment jednego oskarżonego, gatunku ludzkiego) próbuje robić z niego głupiego, wciskając ewidentny absurd. Gracze mogą spróbować oprzeć swoją obronę na stwierdzeniach, które Umysł jest w stanie zaakceptować - np. stwierdzić, że tamci zbrodniarze to były "komórki rakowe" ludzkości, nad którymi ludzkość straciła kontrolę (wówczas kara będzie łagodniejsza, bo gracze - jako kawałek ludzkości - będą odpowiadali jedynie za zaniedbanie, które doprowadziło do utraty kontroli nad częścią osobników, a nie za umyślną zbrodnię). Mogą też próbować wywodzić, że ludzkość od tego czasu zmieniła swe nastawienie i żałuje swych czynów, za które pragnie odpokutować (wówczas Umysł obarczy ich jakiś questem w ramach zadośćuczynienia). Możliwe, że na podstawie zachowań graczy ludzkość zostanie uznana za niepoczytalną - "Jak to możliwe, że dwa osobniki rozmawiają ze sobą, przecież należą do tego samego gatunku, więc mają dokładnie taką wiedzę i takie samo zdanie na każdy temat... Co więcej, kiedy jeden osobnik mówi o sobie samym, mówi "ja", a kiedy o innych "oni' - tak, jakby.... wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale tak jakby... każdy z osobników był traktowany jako oddzielny byt i oddzielna osoba?" Kolektywny Umysł Ludzkości (który z pewnością istnieje, bo skoro jest to inteligenty gatunek, musi być i jego kolektywna świadomość) musi być wariatem, który kwestionuje własne istnienie! W takiej sytuacji Umysł kolektywniaków odłoży egzekucję, dając sobie czas na zastanowienie, co zrobić ze schwytanymi "organami" szaleńca-ludzkiego gatunku.
Uderzysz jednego, to tak, jakbyś uderzył wszystkich.
Jeśli jeden Kolektywniak wie o czymś, wiedzą o tym wszyscy. Jeśli jeden coś odczuwa, to samo czują pozostali. Jeśli zachowasz się źle wobec jednego z nich, grabisz sobie u całego gatunku. Jeśli pomożesz jednemu z nich, cały gatunek jest wdzięczny. Dokonanie infiltracji terytorium zajętego przez Kolektywniki jest szczególnie trudne. Jeśli choć jeden z wartowników cię zauważy, cały gatunek będzie znał twoją twarz. Zabijanie wartowników tak, żeby nie zdążyli cię zauważyć również na niewiele się zda - gatunek wyczuje śmierć swego "organu" i natychmiast na miejsce zbrodni przybiegnie kilka osobników. Jedynym sposobem na niezauważone zinfiltrowanie terytorium Kolektywniaków jest unikanie jakiejkolwiek interakcji z jakimkolwiek z członków tego gatunku.
Ani króla, ani pana.
Kolektywniaki nie mają żadnej formy przywództwa. Żadnej Królowej Ostrzy, Nadświadomości ani Mózgowców. Są de facto jedną osobą w wielu ciałach. W związku z tym absurdem byłoby istnienie wodza, który wydawałby rozkazy, albo jakiejś rady, która by debatowała nad najlepszym rozwiązaniem - cały gatunek ma jedną wolę i cały gatunek podejmuje taką samą decyzję, w tym samym momencie (co nie znaczy, że wszystkie osobniki muszą robić naraz to samo, bo ta decyzja może brzmieć "Mojego osobnika 754 przesunę tutaj, oczami 395 obejrzę ten las, a ustami 271 przemówię do innego gatunku".) Aczkolwiek, Umysłowi Kolektywniaków może przyjść do głowy pewien fortel... Oczywiście ów pomysł może mu przyjść do głów dopiero wtedy, gdy wreszcie przyjmie do wiadomości, że ludzie nie posiadają zbiorowej swiadomości, a co za tym idzie, mają taką koncepcję jak "przywództwo". Umysł może rozpuścić plotki, że istnieje ktoś taki jak "Król kolektywniaków" który kieruje działaniem wszystkich pozostałych osobników. A potem ubrać jednego z osobników w strojne szaty, zasiąść nim na tronie i otoczyć zbrojnymi ochroniarzami. Jeśli wybuchnie wojna pomiędzy Kolektywniakami, a ludźmi, ludzie swe wysiłki skoncentrują na uśmierceniu "króla"... Tylko po to, żeby pojąć, że to była strata sił i czasu - "król" tak naprawdę nie odgrywał w procesie decyzyjnym i dowodzeniu armią roli większej, niż "robotnik" który wykopał fosę wokół jego zamku.
Spółdzielnia usługowa.
Kolektywniaki nie muszą być odizolowane od innych ras, ani wrogo do nich nastawione. Równie dobrze mogą z nimi koegzystować, wykorzystując swe zdolności dla polepszenia bytu swego gatunku. W settingach low-tech niekiedy jest problem z efektywną komunikacją na odległość - można tu wykorzystać magię, ale ona z reguły dostępna jest dla nielicznych osób. można też wykorzystać Kolektywniaki, które oferują usługę "telegraficzną" - powiedz coś do jednego z nich z prośbą o przekazanie innej osobie (wręczając przy okazji wynagrodzenie), a wszystkie Kolektywniaki poznają treść twoje wiadomości i ten z nich, który będzie najbliżej adresata, powtórzy mu ją. Oczywiście, rodzi to pewne niebezpieczeństwa. Np. kto wie, czy Umysł Kolektywniaków faktycznie jest przyjaźnie nastawiony do ludzi... A może wykorzystuje "usługodawstwo" aby gromadzić tajemnice, które kiedyś wykorzysta, gdy nadejdzie czas ofensywy....?
środa, 3 sierpnia 2016
Broń biała w modernistycznych światach
(Nieco przerobiona wersja artykułu, który wcześniej opublikowałem na Polterze).
Załóżmy, że tworzysz współczesny/futurystyczny świat do swojej gry (ewentualnie powieści), ale chciałbyś, żeby odgrywała z nim dużą rolę broń biała, czy też tworzysz mechanikę, która bierze pod uwagę nowoczesną technologię, ale chcesz, żeby znalazło się w niej miejsce na pojedynki na miecze. Z pozoru wydaje się to absurdalne - w XXI wieku (w XX zresztą też) z mieczami biegają głównie aktorzy/członkowie bractw rycerskich i grup rekonstrukcyjnych/idioci. Ok, komandosi mają noże do cichego podrzynania gardeł, ale to taki dodatek. Oczywiście, można machnąć na to ręką i powiedzieć "Głupie to, ale fajne", ale po co, skoro wbrew pozorom da się stworzyć w miarę sensowne wytłumaczenie dla powszechności i przydatności broni białej (to samo dotyczy sztuki walki bez broni).
1. Dostępność
To, że zaawansowana broń palna istnieje, nie znaczy, że w każdym środowisku jest dostępna. Weźmy jakiś system typu "Zwykłym ludziom przydarzają się niezwykłe rzeczy" typu np. "Zew Cthulhu". Zwykły człowiek (przynajmniej w Europie) nie ma dostępu do broni palnej - żadnej. Nawet wiatrówki (o ile coś, co nie używa prochu, to broń palna) posiadają nieliczni. W razie sytuacji konfliktowej taki człowiek może liczyć na własną sprawność fizyczną, albo łatwą do zdobycia broń palną (wiadomo, nie miecz, ale nóż czy pałkę). Co za tym idzie, spokojnie można stworzyć mechanikę, w której walka bronią białą/bez broni będzie odgrywała dużą rolę - może nawet większą niż umiejętności strzeleckie. W takiej sytuacji broń palna może być porównana do artefaktu z settingu fantasy - jak już wejdzie do gry, to da potężnego kopa, ale jej wejście w cale nie jest pewne.
Wariantem jest sytuacja, gdy broń palna jest dostępna, ale nie za bardzo można jej używać. Po co policjant nosi pałkę obok pistoletu, skoro w 90% sytuacji pistolet jest skuteczniejszą bronią od pałki? Ano dlatego, że w 90% sytuacji wymagających użycia siły policjant nie ma prawo użyć pistoletu (jako broni, nie jako wsparcia autorytetu). W efekcie, poza przypadkami należącymi do zbioru wspólnego tych dwóch kategorii, policjant użyje raczej pałki niż pistoletu, albo obezwładni przeciwnika bez użycia broni. W przypadku większości bandytów (przynajmniej w Polsce) zachodzi wariant podstawowy - brak dostępu. Dlatego system o policjantach i złodziejach może się skupiać na walce bez broni palnej.
2. Opancerzenie
Zasada "miecza i tarczy" dotyczy także broni palnej - i hipotetycznie może doprowadzić do sytuacji, w której to miecz zdobędzie przewagę nad bronią palną. Oczywiście, wymaga to pewnego wyjścia poza ramy współczesnej technologii i wejścia choć odrobinę na grunt s-f. Powiedzmy, że jesteśmy w stanie wyprodukować pancerz, który całkowicie broni przed dostępnymi na rynku orężami (przynajmniej dopóki nikt nie wymyśli czegoś lepszego). Oczywiście, chroni on zarówno przed bronią palną, jak i białą... Ale nie jest w stanie ochronić całego ciała, muszą zostać jakieś szpary - otwory oddechowe, wizjery na oczy, przerwy umożliwiające ruszanie kończynami. Te niewielkie słabe punkty to jedyne miejsca pozwalające wyprowadzić skuteczny atak... co utrudnia walkę na odległość i w pewnym stopniu wyrównuje szanse pomiędzy strzelcem a szermierzem.
Inny wariant - tarcze energetyczne. Na początku cyklu "Diuna" walka wręcz jest esencją wojny. Sprawiły to osobiste tarcze energetyczne. Spowalniają one małe, szybko poruszające się obiekty - takie jak pociski. Żołnierza da się ciachnąć mieczem, ale nie da się zastrzelić. Istnieją lasery, ale one też są mało użyteczne. Strzał z lasera pozwala zabić żołnierza bronionego przez tarczę... razem ze wszystkim w promieniu wielu kilometrów, bo zetknięcie się wiązki laserowej z tarczą wywołuje potężną eksplozję. Jeśli ktoś nie jest zamachowcem samobójcą, nie polecam. W późniejszych tomach się to nieco zmienia, bo Bóg Imperator (nie ten Bóg Imperator w Wh40k, tylko inny) wprowadza zakaz używania tarcz.
3. Broń palna nie istnieje i koniec
(W sumie to wariant rozwiązania nr 1).
W cyklu o Amberze autorstwa Zelaznego pojawia się w świat, w którym ziemska broń palna nie działa. Nie działa i już, bo tam obowiązują inne prawa fizyki i proch nie wywołuje potrzebnej eksplozji. Potem zostaje to rozwiązane - bohaterowie opracowują inną mieszanką, która w innym wymiarze działa w podobny sposób jak proch i dzięki temu mogą spokojnie skopiować pozostałą część technologii stojącej za bronią palną. Ale jeśli ktoś chce, może pominąć te "potem". Nie wiem na ile możliwy jest do pomyślenia świat, w którym część naszych praw przyrody zostaje złamana, a jednocześnie w innych aspektach działa on dosyć podobnie do naszego... Ale skoro takiej klasy pisarz jak Zelazny skorzystał z tego rozwiązania, to i nam się powinno upiec.
Z drugiej strony, niemożność stworzenia broni palnej nie powinna petryfikować rozwoju technologii w innych dziedzinach na wieki - a zatem teoretycznie możemy pokazać świat, w którym żołnierze są dowożeni na pole bitwy przez samochody, naparzają się na topory i pałki, a po bitwie relaksują się przed telewizorem.
4. "Specjalny" element
Broń palna istnieje, ale broń biała dotrzymuje jej pola skutecznością... Oczywiście, nie taka zwykła broń wykuwana przez wiejskiego kowala, ale niezwykła. Na przykład miecz wykuty z metalu, który pozwala przebić każdy pancerz. Powiedzmy, że jest artefaktem z dawnych czasów, wykonanym ze stopu, którego nie da się już wytworzyć, bo ta sztuka zaginęła w czasie jakichś lokalnych Mrocznych Wieków. Więc możesz mieć cudowny miecz (o ile go wykopiesz z jakichś ruin) albo konwencjonalny karabin - ale zalet obu technologii nie da się połączyć.
5. Środowisko walki
W jednym z pierwszych koncepcji Star Wars miecze świetlne nie miały być elitarną bronią rycerzy Jedi, tylko standardowym wyposażeniem żołnierzy przebywających na statkach kosmicznych. W czasie walki w takim statku, jej areną są na ogół ciasne korytarze i sale, co umniejsza przewagę zasięgu, a walczący raczej nie chcą uszkodzić ścian oraz komputerów innych delikatnych instrumentów.
Oczywiście, można łączyć poszczególne warianty. Np. system o życiu w bunkrze atomowym, w którym mieszkańcy podzielili się na walczące ze sobą frakcje. Broń palna nie powszechnie dostępna (1), a plątanina korytarzy sprawia, że zasięg broni nie jest aż tak ważny (5).
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380903132278331&id=380885352280109
Załóżmy, że tworzysz współczesny/futurystyczny świat do swojej gry (ewentualnie powieści), ale chciałbyś, żeby odgrywała z nim dużą rolę broń biała, czy też tworzysz mechanikę, która bierze pod uwagę nowoczesną technologię, ale chcesz, żeby znalazło się w niej miejsce na pojedynki na miecze. Z pozoru wydaje się to absurdalne - w XXI wieku (w XX zresztą też) z mieczami biegają głównie aktorzy/członkowie bractw rycerskich i grup rekonstrukcyjnych/idioci. Ok, komandosi mają noże do cichego podrzynania gardeł, ale to taki dodatek. Oczywiście, można machnąć na to ręką i powiedzieć "Głupie to, ale fajne", ale po co, skoro wbrew pozorom da się stworzyć w miarę sensowne wytłumaczenie dla powszechności i przydatności broni białej (to samo dotyczy sztuki walki bez broni).
1. Dostępność
To, że zaawansowana broń palna istnieje, nie znaczy, że w każdym środowisku jest dostępna. Weźmy jakiś system typu "Zwykłym ludziom przydarzają się niezwykłe rzeczy" typu np. "Zew Cthulhu". Zwykły człowiek (przynajmniej w Europie) nie ma dostępu do broni palnej - żadnej. Nawet wiatrówki (o ile coś, co nie używa prochu, to broń palna) posiadają nieliczni. W razie sytuacji konfliktowej taki człowiek może liczyć na własną sprawność fizyczną, albo łatwą do zdobycia broń palną (wiadomo, nie miecz, ale nóż czy pałkę). Co za tym idzie, spokojnie można stworzyć mechanikę, w której walka bronią białą/bez broni będzie odgrywała dużą rolę - może nawet większą niż umiejętności strzeleckie. W takiej sytuacji broń palna może być porównana do artefaktu z settingu fantasy - jak już wejdzie do gry, to da potężnego kopa, ale jej wejście w cale nie jest pewne.
Wariantem jest sytuacja, gdy broń palna jest dostępna, ale nie za bardzo można jej używać. Po co policjant nosi pałkę obok pistoletu, skoro w 90% sytuacji pistolet jest skuteczniejszą bronią od pałki? Ano dlatego, że w 90% sytuacji wymagających użycia siły policjant nie ma prawo użyć pistoletu (jako broni, nie jako wsparcia autorytetu). W efekcie, poza przypadkami należącymi do zbioru wspólnego tych dwóch kategorii, policjant użyje raczej pałki niż pistoletu, albo obezwładni przeciwnika bez użycia broni. W przypadku większości bandytów (przynajmniej w Polsce) zachodzi wariant podstawowy - brak dostępu. Dlatego system o policjantach i złodziejach może się skupiać na walce bez broni palnej.
2. Opancerzenie
Zasada "miecza i tarczy" dotyczy także broni palnej - i hipotetycznie może doprowadzić do sytuacji, w której to miecz zdobędzie przewagę nad bronią palną. Oczywiście, wymaga to pewnego wyjścia poza ramy współczesnej technologii i wejścia choć odrobinę na grunt s-f. Powiedzmy, że jesteśmy w stanie wyprodukować pancerz, który całkowicie broni przed dostępnymi na rynku orężami (przynajmniej dopóki nikt nie wymyśli czegoś lepszego). Oczywiście, chroni on zarówno przed bronią palną, jak i białą... Ale nie jest w stanie ochronić całego ciała, muszą zostać jakieś szpary - otwory oddechowe, wizjery na oczy, przerwy umożliwiające ruszanie kończynami. Te niewielkie słabe punkty to jedyne miejsca pozwalające wyprowadzić skuteczny atak... co utrudnia walkę na odległość i w pewnym stopniu wyrównuje szanse pomiędzy strzelcem a szermierzem.
Inny wariant - tarcze energetyczne. Na początku cyklu "Diuna" walka wręcz jest esencją wojny. Sprawiły to osobiste tarcze energetyczne. Spowalniają one małe, szybko poruszające się obiekty - takie jak pociski. Żołnierza da się ciachnąć mieczem, ale nie da się zastrzelić. Istnieją lasery, ale one też są mało użyteczne. Strzał z lasera pozwala zabić żołnierza bronionego przez tarczę... razem ze wszystkim w promieniu wielu kilometrów, bo zetknięcie się wiązki laserowej z tarczą wywołuje potężną eksplozję. Jeśli ktoś nie jest zamachowcem samobójcą, nie polecam. W późniejszych tomach się to nieco zmienia, bo Bóg Imperator (nie ten Bóg Imperator w Wh40k, tylko inny) wprowadza zakaz używania tarcz.
3. Broń palna nie istnieje i koniec
(W sumie to wariant rozwiązania nr 1).
W cyklu o Amberze autorstwa Zelaznego pojawia się w świat, w którym ziemska broń palna nie działa. Nie działa i już, bo tam obowiązują inne prawa fizyki i proch nie wywołuje potrzebnej eksplozji. Potem zostaje to rozwiązane - bohaterowie opracowują inną mieszanką, która w innym wymiarze działa w podobny sposób jak proch i dzięki temu mogą spokojnie skopiować pozostałą część technologii stojącej za bronią palną. Ale jeśli ktoś chce, może pominąć te "potem". Nie wiem na ile możliwy jest do pomyślenia świat, w którym część naszych praw przyrody zostaje złamana, a jednocześnie w innych aspektach działa on dosyć podobnie do naszego... Ale skoro takiej klasy pisarz jak Zelazny skorzystał z tego rozwiązania, to i nam się powinno upiec.
Z drugiej strony, niemożność stworzenia broni palnej nie powinna petryfikować rozwoju technologii w innych dziedzinach na wieki - a zatem teoretycznie możemy pokazać świat, w którym żołnierze są dowożeni na pole bitwy przez samochody, naparzają się na topory i pałki, a po bitwie relaksują się przed telewizorem.
4. "Specjalny" element
Broń palna istnieje, ale broń biała dotrzymuje jej pola skutecznością... Oczywiście, nie taka zwykła broń wykuwana przez wiejskiego kowala, ale niezwykła. Na przykład miecz wykuty z metalu, który pozwala przebić każdy pancerz. Powiedzmy, że jest artefaktem z dawnych czasów, wykonanym ze stopu, którego nie da się już wytworzyć, bo ta sztuka zaginęła w czasie jakichś lokalnych Mrocznych Wieków. Więc możesz mieć cudowny miecz (o ile go wykopiesz z jakichś ruin) albo konwencjonalny karabin - ale zalet obu technologii nie da się połączyć.
5. Środowisko walki
W jednym z pierwszych koncepcji Star Wars miecze świetlne nie miały być elitarną bronią rycerzy Jedi, tylko standardowym wyposażeniem żołnierzy przebywających na statkach kosmicznych. W czasie walki w takim statku, jej areną są na ogół ciasne korytarze i sale, co umniejsza przewagę zasięgu, a walczący raczej nie chcą uszkodzić ścian oraz komputerów innych delikatnych instrumentów.
Oczywiście, można łączyć poszczególne warianty. Np. system o życiu w bunkrze atomowym, w którym mieszkańcy podzielili się na walczące ze sobą frakcje. Broń palna nie powszechnie dostępna (1), a plątanina korytarzy sprawia, że zasięg broni nie jest aż tak ważny (5).
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380903132278331&id=380885352280109
wtorek, 2 sierpnia 2016
"Oblężenie Wiecznego Miasta" - gra planszowo-karciana
Jest to
dwuosobowa gra strategiczna mojego autorstwa, która wykorzystuje system walki
"pozycyjno-dwuliniowy", znany m.in. z gier komputerowych z serii
Disciples, czy niektórych cRPG - to znaczy, gracze ustawiają swoje
postacie w dwóch liniach - z przodu wojownicy, z tyłu łucznicy i
magowie, przy czym wojownicy jednego gracza nie mogą atakować strzelców
gracza drugiego, dopóki nie wyeliminują jego własnych zbrojnych. Otoczka
(100% sztampowa), jest taka, że hordy
Ciemności atakują twierdzę "tych dobrych". Gra jest asymetryczna -
postaci Obrońcy są silniejsze, ale Obrońca nie może (poza pewnymi
wyjątkami) uzupełniać strat, natomiast Napastnik ma prawo wykładać coraz
to nowe karty potworów. Ma to oddać klimat obrony wąskiego przejścia
przez grupkę bohaterów przeciwko (niemal) nieskończonym hordom wrogów.
Ponadto każdy z graczy ma do dyspozycji specjalne karty, które pozwolą
mu odmienić losy bitwy. Miasta broni nie tylko oddział herosów, więc
Obrońca będzie mógł wydać rozkazy żołnierzom na murach aby ostrzelali
wroga z balisty czy skąpali go w gorącym oleju, zaś Napastnik, dzięki
mocy Władcy Ciemności użyje złowrogich zaklęć.
Z dotychczasowych testów wynika, że jedna rozgrywka trwa ok. pół godziny.
Link do pobrania:
http://www.mediafire.com/file/b3crrmz31nbzn6e/Obl%C4%99%C5%BCenie+Wiecznego+Miasta+1.5.pdf
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380900205611957&id=380885352280109
Link do pobrania:
http://www.mediafire.com/file/b3crrmz31nbzn6e/Obl%C4%99%C5%BCenie+Wiecznego+Miasta+1.5.pdf
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380900205611957&id=380885352280109
sobota, 30 lipca 2016
"Opowieść o Nekromancie" - opowiadanie
Dzisiaj opowiem wam o
nekromancie... Nie o jakimś nekromancie, tylko o TYM Nekromancie...
O tym, który jako pierwszy zawarł pakt ze Śmiercią, który jako
pierwszy poznał jej mroczne tajemnice, który ułożył wyznanie
wiary pradawnego bractwa cmentarnych czarnoksiężników....
Ale zacznijmy od początku.
Ale zacznijmy od początku.
Wieki temu... Nie,
więcej niż wieki, tysiące lat temu – trudni powiedzieć, jak
dawno, bo nie istnieją kroniki tak stare, aby sięgały tamtych
czasów... W pewnym kraju na Wschodzie – nazwa owej krainy, miano
ludu, który ją zamieszkiwał, język jakim ów lud przemawiał,
nazwy miast, które zamieszkiwał – to wszystko zaginęło w
mrokach niepamięci...
A zatem, jak powiadam,
tysiące lat temu, w pewnym kraju na Wschodzie, żył sobie człowiek.
Prosty rzemieślnik, wyrabiał garnki z gliny. Nie można było go
nazwać bogaczem, ale z pewnością nie był biedny. Ot, zarabiał
tyle, aby zapewnić sobie samemu, swojej żonie i dwóm synom
przyzwoity byt. A nawet od czasu do czasu mógł pozwolić sobie na
drobne przyjemności, jak dzban wina do obiadu czy drobna błyskotka
dla swojej ukochanej...
Ale, choć jego żona
była piękna i gospodarna, a synowie zdrowi i silni, to ów człowiek
był głęboko nieszczęśliwy. Jak była tego przyczyna? Jego zawód.
Po pierwsze, kiedy
człowiek siedzi przy kole garncarskim i wykonuje monotonne, znane na
pamięć ruchy, nierzadko robi to mimochodem, podczas gdy jego umysł
jest zatopiony w rozmyślaniach.
Po drugie, życie i praca garncarza dostarczały mu wiele materiałów do rozmyślań niezbyt wesołych.
Ale zanim przejdę dalej, powinniście coś wiedzieć. Otóż lud, pośród którego mieszkał ów człowiek, żył w strachu przed upiorami, żywymi trupami, które chodzą po ziemi, by nękać żyjących (o ironio, naród ten obawiał się nieumarłych w czasach, kiedy jeszcze nie było żadnego nekromanty, który by ich mógł przywołać zza grobu...). Dlatego też nie grzebał zwłok, jak my to robimy dzisiaj. Ciało wędrowało na stos z suchego drewna, który podpalali kapłani. Stos płonął tak długo, aż z nieboszczyka pozostawał tylko popiół, a w tym czasie zgromadzona rodzina wysławiała zasługi zmarłego i wznosiła lament. Rytuał pożegnania miał zapewnić, że umarły nie będzie się mścił na żyjących, a unicestwienie ciała miało mu to uniemożliwić, gdyby sam obrządek nie wystarczył. Gdy ogień wygasał, kapłani zbierali prochy i wsypywali do glinianej urny, którą potem zakopywano w ziemi.
Po drugie, życie i praca garncarza dostarczały mu wiele materiałów do rozmyślań niezbyt wesołych.
Ale zanim przejdę dalej, powinniście coś wiedzieć. Otóż lud, pośród którego mieszkał ów człowiek, żył w strachu przed upiorami, żywymi trupami, które chodzą po ziemi, by nękać żyjących (o ironio, naród ten obawiał się nieumarłych w czasach, kiedy jeszcze nie było żadnego nekromanty, który by ich mógł przywołać zza grobu...). Dlatego też nie grzebał zwłok, jak my to robimy dzisiaj. Ciało wędrowało na stos z suchego drewna, który podpalali kapłani. Stos płonął tak długo, aż z nieboszczyka pozostawał tylko popiół, a w tym czasie zgromadzona rodzina wysławiała zasługi zmarłego i wznosiła lament. Rytuał pożegnania miał zapewnić, że umarły nie będzie się mścił na żyjących, a unicestwienie ciała miało mu to uniemożliwić, gdyby sam obrządek nie wystarczył. Gdy ogień wygasał, kapłani zbierali prochy i wsypywali do glinianej urny, którą potem zakopywano w ziemi.
A trzeba nam pamiętać,
że przyszły Nekromanta zajmował się obróbką gliny. Ale, jak już
wiecie, jego wyroby nie służyły tylko do przechowywania wina,
piwa, wody czy mleka... Były również miejscem spoczynku zmarłych
członków jego społeczności. Zatem Nekromanta był nie tylko
zwykłym garncarzem, ale i po trosze grabarzem. Za każdym razem,
kiedy ktoś zmarł, rodzina nieszczęśnika przychodziła do
garncarskiego warsztatu, aby zamówić nowe naczynie, w którym miały
zostać umieszczone prochy. Dlatego też rzemieślnik był świadom
każdego zgonu następującego w okolicy.
Na początku ów
człowiek odczuwał pewną dumę z ważnej roli, jaką pełnił w
społeczeństwie. Wszak zapewniał duszom zmarłych spokojny
odpoczynek, stał na straży granicy między światem żywych a
zaświatami...Miał w tym swój udział na równi z kapłanami –
wszak wiedzieli oni, jakie modlitwy odmawiać w czasie pogrzebu, ale
sami nie potrafili tworzyć urn, które były co najmniej tak samo
ważne jak zanoszone przez nich modły.
Nierzadko zdarzało się,
że garncarz szedł na pogrzeb, aby patrzeć, jak to, co pozostało z
doczesnej powłoki zmarłego trafia do urny. Ciało człowieka, całe
ziemskie życie, na koniec mieściło się w naczyniu, które
sporządziły jego dłonie...
Tak, na początku ta
refleksja była dla rzemieślnika przyczyną dumy. Był wtedy młody
i głupi. Ale z czasem myśl, że każdy, prędzej czy później,
stanie się tylko kupką popiołów zamkniętą w urnie zakopanej w
ziemi, stała się dla niego powodem niepokoju i zgorzknienia.
Każdy umierał. Każdy. Nie było odwrotu. Ta myśl nie opuszczała przyszłego Nekromanty we dnie i w nocy. Kiedy gładził włosy i skórę swojej żony, nie potrafił się tym rozkoszować – cały czas myślał o tym, że jej piękno pewnego dnia zacznie znikać, gdy nadejdzie nieubłagana starość, aż całkiem zniknie, gdy nadejdzie nieuchronna śmierć. Patrząc na swych synów, pełnych radości życia i sił, nie potrafił być z nich dumnym – cały czas myślał o tym, że ich młodość była zaledwie odroczeniem wyroku. Lepiąc kolejną urnę, nie potrafił cieszyć się z przyszłego zarobku – cały czas myślał o tym, że pewnego dnia ktoś do takiego naczynia wsypie prochy jego i jego bliskich. Kiedy kładł się spać, myślał o tym, jak sen jest podobny do śmierci, a kiedy budził się rano, myślał o tym, jak bezsensowne jest wstawanie z łóżka – przecież wszystko, co robił było tylko igraszką w obliczu tego, co musiało nadejść. Równie dobrze mógłby leżeć i czekać, aż umrze.
Każdy umierał. Każdy. Nie było odwrotu. Ta myśl nie opuszczała przyszłego Nekromanty we dnie i w nocy. Kiedy gładził włosy i skórę swojej żony, nie potrafił się tym rozkoszować – cały czas myślał o tym, że jej piękno pewnego dnia zacznie znikać, gdy nadejdzie nieubłagana starość, aż całkiem zniknie, gdy nadejdzie nieuchronna śmierć. Patrząc na swych synów, pełnych radości życia i sił, nie potrafił być z nich dumnym – cały czas myślał o tym, że ich młodość była zaledwie odroczeniem wyroku. Lepiąc kolejną urnę, nie potrafił cieszyć się z przyszłego zarobku – cały czas myślał o tym, że pewnego dnia ktoś do takiego naczynia wsypie prochy jego i jego bliskich. Kiedy kładł się spać, myślał o tym, jak sen jest podobny do śmierci, a kiedy budził się rano, myślał o tym, jak bezsensowne jest wstawanie z łóżka – przecież wszystko, co robił było tylko igraszką w obliczu tego, co musiało nadejść. Równie dobrze mógłby leżeć i czekać, aż umrze.
I tak myśl o śmierci
zaprawiła goryczą każdą chwilę życia garncarza. Wznosił do
bogów modły, aby zesłali mu ukojenie, ale bogowie pozostawali
niemi. Zresztą, jakiż sens miała modlitwa, choć ponoć Potęgi
mieszały się do ludzkich spraw i życia, to czy ktoś słyszał o
tym, aby bogowie kogoś wybawili od nieuchronnego losu wszystkich
istot, od śmierci? Nie, jak widać, nawet oni byli wobec niej
bezsilni. A może w ogóle nie istnieli? Przecież na własne oczy
ich nie widział.
Ale... Nawet jeśli
bogowie nie istnieli, to przecież istniała inna siła rządząca
wszechświatem. Przemożna, wszechpotężna... Nie można było w nią
wątpić, wszak każdego dnia okazywała swoją władzę. Jedyny
pewnik w całym tym chaosie. Była to sama śmierć.
I tak Nekromanta
przestał się modlić do bogów, a zaczął zanosić błagania do
Śmierci.
I tym razem został
wysłuchany.
Cóż się tak naprawdę
wtedy stało? Współcześni nekromanci różnie powiadają.
Jedni mówią: „Owszem,
istnieje coś takiego jak Bóg Śmierci, Straszliwy, wszechwładna
istota, spod której ręki nikt się nie wymknie. Gdzieś tam, poza
zasłoną materii, skryta głęboko w niedostępnych, pierwotnych
warstwach przedwiecznego Chaosu spoczywa i obserwuje świat i
śmiertelników, swoich poddanych... A czasem, gdy jej wzrok spoczywa
na obiecującej istocie, czyni ją swoim prorokiem... Któż pojmie
Jej zamysły?”
Inni kręcą głowami,
odpowiadając: „Nie, Śmierć nie jest bóstwem. Jest czymś
więcej. Jest podstawową mocą we Wszechświecie, jest podstawową
naturą wszystkiego, co istnieje, jest siłą, która napędza
szprychy Wielkiego Koła... Można próbować się jej przeciwstawić,
ale po co? Nic to nie da. Nie można też pozyskać jej łaski.
Ale... Tak jak statek, który płynie z prądem, który ustawia się
tak, żeby wiatr dął w jego żagle, pruje bez przeszkód fale, tak
ty możesz podążać za tą wielką mocą, jaką jest Śmierć... A
wtedy jej siła stanie się twoją siłą, a prądy życia traconego
przez innych popłyną wprost do twej duszy”.
Tak czy inaczej, w życiu
Nekromanty zaszły wielkie zmiany. Z początku ich nie zauważał, aż
pewnego dnia przypadkiem pojął, którędy wiedzie droga do
realizacji jego marzeń. Żona poprosiła go, aby kupił kozę, tak
aby ich rodzina miała codziennie świeże mleko. Nekromanta udał
się do pobliskiego gospodarstwa, gdzie wymienił świeżo wypalone
garnki na zwierzę. Prowadził kozę na w stronę swojego domu. W
pewnej chwili stworzenie stanęło. Nie pomagało szarpanie
postronka, nie pomagały krzyki, koza ani myślała się ruszyć,
tylko stała i beczała. Widząc, że jego próby nie przynoszą
rezultatów, pełen złości Nekromanta siadł na pobliskim kamieniu.
„Przeklęte bydlę!”
– warknął pod adresem nieposłusznej kozy. ,,Życie jest takie
krótkie, a przez ciebie tracę jego kawał na głupią szarpaninę!”
– mruczał, wyładowując na zwierzęciu cały swój żal do
świata. Co? Nic nie powiesz? Może jakoś byś mi wynagrodziła
stracony czas, STRACONE ŻYCIE!” – wrzasnął, wyciągając rękę
w stronę kozy. Niespodziewanie zwierzę, które do tej pory
pozostawało nieczułe na wyrzuty, zabeczało rozpaczliwie, dużo
głośniej niż do tej pory i cofnęło się parę kroków.
Jednocześnie Nekromanta
poczuł... siłę. Zmęczenie zniknęło. Czuł się rześki, jakby
dopiero wstał z łóżka. To uczucie było tak nagłe, że
mężczyźnie zdało się podejrzane. A jego podejrzenia szły w
określonym kierunku...
,,No, już spokojnie,
chodź tutaj, nie zrobię ci krzywdy...” – starał się nadać
swojemu głosowi kojące i uspokajające brzmienie, kiedy zbliżał
się do przerażonej kozy. W końcu wpił swoje palce w jej sierść.
,,No, oddaj mi trochę
swojego życia, kózko...” – wymruczał. Starał się wyobrazić
sobie, jak siła przepływa z ciała zwierzęcia do jego własnego. I
faktycznie, im dłużej to robił, tym lepiej się czuł. Energia go
rozpierała. Powiedzieć, że czuł się wypoczęty, to mało...
Teraz czuł się, jakby ubyło mu lat! Tak, wiedział, że nie do
końca tak jest... Nie młodniał... Ale może... Może gdyby
bardziej się postarał... Udałoby mu się to!
W tej chwili uświadomił
sobie, że biedna koza ledwo stoi na nogach, drży i pojękuję
cicho. Oderwał od niej swoje dłonie. Przecież nie chciał
uśmiercić zwierzęcia.
,,Nie bój się,
kózko... Po prostu oprócz mleka będziesz mi dawać też coś dużo
cenniejszego” – powiedział. Tym razem w jego głosie było czuć
sympatię – w końcu to zwierzę dało mu nadzieję na
przezwyciężenie lęków.
Od tej pory Nekromanta
regularnie karmił się siłą życiową kozy, starając się czerpać
tyle, aby jej nie uśmiercić. Zresztą nie była jego jedyną
,,karmicielką”. Garncarz stał się stałym bywalcem targów
bydła. Można było go zauważyć, jak chodził od jednego
zwierzęcia do drugiego, od czasu do poklepując szczególnie dorodną
sztukę, aby sprawdzić jej tłuszcz i mięśnie. Co ciekawe, nigdy
żadnej nie kupował.
Pewnego dnia Nekromanta
pomyślał: ,,Skoro mogę odbierać, to może mogę też dawać?”.
Zaczął przeprowadzać próby. Część sił, które odbierał
zwierzętom, zatrzymywał dla siebie, część przesyłał żonie i
dzieciom. Działało.
Dla garncarza nastały
dobre dni. Owszem, nie znalazł jeszcze sposobu na uniknięcie zgonu,
ale wreszcie zyskał nadzieję, że to możliwe! Wystarczyło, żeby
co jakiś czas wypełniał swoje ciało odebraną siłą życiową.
Co więcej, mógł nią karmić także swoich bliskich!
Garncarz radował się z tego, że jego żona jest zawsze pełna sił i wypoczęta, że obdarowana nowym życiem staje się jeszcze piękniejsza, pełna energii i radości. Radował się, że jego synowie stają się zdrowsi i mocniejsi od wszystkich innych młodzieńców, że przodują pośród rówieśników. Radował się, kiedy pracował, a jego ręce się nie męczyły. Z radością szedł spać, wiedząc, że zbudzi się rześki i wypoczęty, z radością wstawał, wiedząc, że dzięki jego nowym mocom tak wiele będzie w stanie dziś zdziałać.
Garncarz radował się z tego, że jego żona jest zawsze pełna sił i wypoczęta, że obdarowana nowym życiem staje się jeszcze piękniejsza, pełna energii i radości. Radował się, że jego synowie stają się zdrowsi i mocniejsi od wszystkich innych młodzieńców, że przodują pośród rówieśników. Radował się, kiedy pracował, a jego ręce się nie męczyły. Z radością szedł spać, wiedząc, że zbudzi się rześki i wypoczęty, z radością wstawał, wiedząc, że dzięki jego nowym mocom tak wiele będzie w stanie dziś zdziałać.
Miał nadzieję, że tak
będzie zawsze.
Doskonale wiedział,
komu należały się podziękowania za te zmiany. Och, tak, wciąż
udawał, że oddaje cześć bogom, aby uniknąć potępienia ze
strony swych ziomków. Ale dla niemych, bezsilnych bóstw miał tylko
bezgłośne ruchy warg, podczas kiedy w trakcie każdej modlitwy w
głębi serca śpiewał pełne wdzięczności hymny na cześć
Śmierci, która raczyła odsunąć od niego swoją karzącą rękę.
Nadszedł dzień, kiedy
jego nowa wiara została wystawiona na próbę. Siedział w swoim
warsztacie, spokojnie szykując kolejną partię garnków go
wypalenia. Pogwizdywał przy pracy – czemu miałby tego nie robić?
Wszystko układało się doskonale.
Nagle usłyszał jakieś
krzyki. Wyszedł przed dom, aby sprawdzić, co się dzieje. Jakie
było jego przerażenie, kiedy zobaczył swojego syna niesionego na
rękach przez przyjaciół. Szmata zawiązana na jego głowie była
przesiąknięta krwią. Wchodząc na pobliskie skały, spadł i
uderzył się w skroń.
Przyjaciele zanieśli
nieprzytomnego młodzieńca do domu rodziny garncarza i ułożyli na
łóżku. Przyszedł kapłan, ale jedyne, co był w stanie zrobić,
to pomachać kadzielnicą nad chłopakiem i wyrecytować parę
formułek. Przyszła znachorka, ale jedyne, co była w stanie zrobić,
to nasączyć opatrunek naparem z ziół – bo ranny nie byłby w
stanie go przełknąć. Matka i brat nieprzytomnego czuwali przy jego
łożu, ale jedyne, co byli w stanie zrobić, to płakać i
lamentować.
W tym czasie garncarz szukał sposobu, aby NAPRAWDĘ pomóc swojemu dziecku. Potrafił wyczuć, jak siły życiowe opuszczają jego ciało niczym krew sącząca się z rany. Próbował uzupełnić ubytki swoimi własnymi, ale bez skutku – to było niczym próba napełnienia przeciekającego wiadra za pomocą wody przelewanej maleńkim durszlakiem.
W tym czasie garncarz szukał sposobu, aby NAPRAWDĘ pomóc swojemu dziecku. Potrafił wyczuć, jak siły życiowe opuszczają jego ciało niczym krew sącząca się z rany. Próbował uzupełnić ubytki swoimi własnymi, ale bez skutku – to było niczym próba napełnienia przeciekającego wiadra za pomocą wody przelewanej maleńkim durszlakiem.
Mężczyznę ogarnęła
rozpacz. Cóż z tego, że był w stanie uchronić siebie i rodzinę
przed starością i ubytkiem sił, skoro wciąż mogli umrzeć na
skutek zwykłego nieszczęśliwego wypadku? Wyzwolenie od strachu
przed śmiercią było tylko mrzonką...
Nagle garncarz
zrozumiał, że musi za jednym zamachem podarować synowi tyle sił,
aby jego ciało było w stanie ozdrowieć, zanim znowu je utraci.
Jednocześnie Nekromanta czuł, że nie jest w stanie tego zrobić.
Oddał już zbyt wiele, gdyby teraz próbował przekazać dziecku
resztę, sam by umarł, a rannemu nie pomógł. Potrzebował więcej
sił...
Czym prędzej pobiegł
przed dom, gdzie przywiązana do słupka stała koza. Wczepił swoje
palce w jej sierść niczym jastrząb zatapiający szpony w ciele
ofiary, a potem zaczął czerpać. I nie przestał nawet, kiedy
zwierzę padło trupem, czerpał, aż wycisnął ostatnie ,,krople”
energii, tak, że trup kozy stał się wyschniętym, rozpadającym w
proch zewłokiem. Potem wrócił do domu.
Była już noc. Jego
żonę i drugiego syna, zmęczonym czuwaniem przy rannym, zmorzył
sen. Garncarz nachylił się nad nieprzytomnym, a potem delikatnie
dotknął jego głowy tuż obok rany. Zamknął oczy, wziął głęboki
oddech, a potem zaczął oddawać swojemu synowi zgromadzone siły.
Po chwili zaczęło to przynosić skutki. Oczywiście garncarz nie
był wykształconym lekarzem, nie znał zasad działania ludzkiego
organizmu, ale dzięki swojej władzy nad energią życiową wyczuwał
instynktownie, co się dzieje. Ciało, które dostało tak wielkie
wzmocnienie, zaczynało walczyć ze zdwojoną siłą. Czuł, jak
organizm jego syna zaczyna wytwarzać nową krew, aby uzupełnić
ubytki, czuł, jak rana na głowie zaczyna się pomału goić, a
kości – zrastać. Nie był to proces natychmiastowy, ale krok w
dobrym kierunku. Kiedy garncarz oderwał dłoń od głowy dziecka,
wiedział, że ono przeżyje.
Wyszedł na dwór,
zakopać kozie truchło. Jego widok mógł wzbudzić czyjąś
podejrzliwość. Garncarz nie miał wyrzutów sumienia. Skoro
zabijano zwierzęta, aby jeść ich mięso, czyż tym bardziej
usprawiedliwione nie było poświęcenie życia bydlęcia, aby
uratować własnego syna?
Tym niemniej Nekromanta przekroczył pewną granicę. Po raz pierwszy zabił za pomocą magii. Nie przywiązywał do tego wagi, zwłaszcza w obliczu radości, jaką cała rodzina odczuwała następnego dnia rano, kiedy ranny otworzył oczy i słabym głosem zapytał, co się stało... Ale, patrząc z perspektywy tego, co stało się później, był to pierwszy krok w ciemność.
Tym niemniej Nekromanta przekroczył pewną granicę. Po raz pierwszy zabił za pomocą magii. Nie przywiązywał do tego wagi, zwłaszcza w obliczu radości, jaką cała rodzina odczuwała następnego dnia rano, kiedy ranny otworzył oczy i słabym głosem zapytał, co się stało... Ale, patrząc z perspektywy tego, co stało się później, był to pierwszy krok w ciemność.
Mijały kolejne dni, a
garncarz był jeszcze szczęśliwszy niż przedtem. Bo teraz
wiedział, że jest w stanie uchronić swoją rodzinę przed każdym
zagrożeniem. O ile znajdzie odpowiednie źródło
mocy...
Oczywiście to nie koniec tej historii. Do krainy zawitała zaraza. Ludzie marli dziesiątkami. Było tak wiele trupów, że nawet nie dbano o godny pochówek zgodnie z rytuałem – rzucano ciała na kupę, aby płonęły razem, a potem popioły zsypywano do zbiorowego grobu. Na ulicach leżeli umierający, pokryci ohydnymi wrzodami. Ich bliscy wyrzucali ich z domów, w nadziei, że w ten sposób sami uchronią się przed zarażeniem. Kapłani krążyli pomiędzy domami, śpiewając pieśni i wymachując swoimi kadzielnicami. Akurat tutaj powiedzenie ,,Pomogło to jak umarłemu kadzidło” doskonale pasowało.
Oczywiście to nie koniec tej historii. Do krainy zawitała zaraza. Ludzie marli dziesiątkami. Było tak wiele trupów, że nawet nie dbano o godny pochówek zgodnie z rytuałem – rzucano ciała na kupę, aby płonęły razem, a potem popioły zsypywano do zbiorowego grobu. Na ulicach leżeli umierający, pokryci ohydnymi wrzodami. Ich bliscy wyrzucali ich z domów, w nadziei, że w ten sposób sami uchronią się przed zarażeniem. Kapłani krążyli pomiędzy domami, śpiewając pieśni i wymachując swoimi kadzielnicami. Akurat tutaj powiedzenie ,,Pomogło to jak umarłemu kadzidło” doskonale pasowało.
Rzecz jasna, podczas gdy
Śmierć zbierała tak obfite żniwo, jej wybraniec unikał
straszliwego losu. Ale nie bez kosztów. Dzień w dzień, bez przerwy
garncarz musiał pompować energię do swojego ciała i ciał swoich
bliskich, tak aby w każdej chwili miały siłę na odpieranie ataków
choroby. Wysysanie życia ze zwierząt nie wystarczało... Musiał
zdobyć nowe, lepsze źródło mocy. Na szczęście na ulicach było
tego pełno...
Garncarz stał się
prawdziwym aniołem miłosierdzia. Chodził od jednego chorego
leżącego na bruku do drugiego, nachylając się nad każdym z nich.
Każdemu szeptał dobre słowo, każdego gładził po głowie...
Każdy z nich umierał szybko i bezboleśnie. Jak się pewnie
domyślacie, każdemu z nich Nekromanta pomagał przenieść się na
tamten świat.
Garncarz nie miał
wyrzutów sumienia. Ci ludzie i tak umierali. Ich siła życiowa sama
by się ulotniła, gdyby jej nie wyssał. Nie pozwalał, aby się
marnowała. Cóż znaczy skrócenie życia umierającemu o parę
godzin w zamian za możliwość zapewnienia długiego i zdrowego
życia własnej rodzinie? W dodatku skracał im cierpienia. Nie robił
niczego złego.
Tym niemniej, nekromanta
przekroczył pewną granicę. Zaczął zabijać ludzi za pomocą
magii. A chociaż jedynie poświęcał życie tych, którzy musieli
umrzeć, aby uratować tych, którzy mieli szansę, to z późniejszej
perspektywy był to kolejny krok w ciemność.
Pomiędzy jego ziomkami
rozniosły się wieści o człowieku, który przechadza się pomiędzy
chorymi i umierającymi, niosąc im ukojenie w chwili śmierci,
podczas gdy jego samego zaraza nie tyka. Niektórzy zaczęli
przebąkiwać coś o ,,wybranym przez bogów”. Garncarz nie zwracał
na to uwagi. Miał inne sprawy na głowie.
Choć czerpał moc na
prawo i lewo, zdawał sobie sprawę, że długo tak nie wytrzyma. Nie
był w stanie bez przerwy umacniać wszystkich członków swojej
rodziny, dzień w dzień odsuwać od każdego z nich groźbę rozwoju
choroby. Zrozumiał, że jeśli będzie robił to dalej, sam opadnie
z sił, ulegnie chorobie... A kto wtedy ocali jego rodzinę? Nie mógł
próbować ratować wszystkich, jeśli chciał uratować kogokolwiek.
Musiał podjąć decyzję, kogo poświęcić.
Jego wybór padł na
młodszego syna. Był słabszy od brata. No i... mniej go kochał.
Nie, nie to, żeby w ogóle go nie obchodził. Z ciężkim sercem
przeznaczył go na śmierć. Ale kogoś musiał.
Po prostu przestał udzielać mu siły życiowej. W ciągu paru dni u młodszej z jego latorośli pojawiły się pierwsze plamy na skórze. Wkrótce syn był w stanie jedynie zwijać się z bólu i jęczeć. Serce krajało się garncarzowi w piersiach, kiedy na to patrzył... Ale wiedział, że to konieczne.
Nadeszła chwila, kiedy żona Nekromanty i jego starszy syn wyszli z domu, żeby zdobyć coś do jedzenia. On sam miał zostać z chorym, aby go doglądać. Siedział tuż obok jego łoża, gotów, aby w razie potrzeby podać mu wodę czy usłużyć w inny sposób. Co prawda nie było takiej potrzeby. Umierający zapadł w niespokojny sen, chyba nawiedzały go majaki, bo cicho pojękiwał. Garncarz usiadł tuż obok. Patrząc na pokrytą znakami choroby twarz syna, zaczął ponownie odczuwać wyrzuty sumienia. A może zbyt pochopnie skazał go na śmierć? Może jednak byłby w stanie utrzymać przy życiu całą rodzinę?
Po prostu przestał udzielać mu siły życiowej. W ciągu paru dni u młodszej z jego latorośli pojawiły się pierwsze plamy na skórze. Wkrótce syn był w stanie jedynie zwijać się z bólu i jęczeć. Serce krajało się garncarzowi w piersiach, kiedy na to patrzył... Ale wiedział, że to konieczne.
Nadeszła chwila, kiedy żona Nekromanty i jego starszy syn wyszli z domu, żeby zdobyć coś do jedzenia. On sam miał zostać z chorym, aby go doglądać. Siedział tuż obok jego łoża, gotów, aby w razie potrzeby podać mu wodę czy usłużyć w inny sposób. Co prawda nie było takiej potrzeby. Umierający zapadł w niespokojny sen, chyba nawiedzały go majaki, bo cicho pojękiwał. Garncarz usiadł tuż obok. Patrząc na pokrytą znakami choroby twarz syna, zaczął ponownie odczuwać wyrzuty sumienia. A może zbyt pochopnie skazał go na śmierć? Może jednak byłby w stanie utrzymać przy życiu całą rodzinę?
Kiedy tak rozmyślał,
nagle jego potomek otworzył oczy i spojrzał na swego ojca.
Rozchylił też spierzchnięte usta i wyszeptał głosem pełnym
cierpienia i rozpaczy ,,Pomóż mi, ojcze!”.
I ojciec pomógł mu, jak mógł. Zbyt późno było na zmianę planów, na próby uleczenia syna, choroba poczyniła w jego ciele zbyt duże spustoszenie. Jedynym, co mógł zrobić było skrócenie jego cierpień...
I ojciec pomógł mu, jak mógł. Zbyt późno było na zmianę planów, na próby uleczenia syna, choroba poczyniła w jego ciele zbyt duże spustoszenie. Jedynym, co mógł zrobić było skrócenie jego cierpień...
Nekromanta zaczął
wysysać ze swojego potomka życie. Młodzieniec był tak słaby, że
już po chwili stracił przytomność i nie odzyskał jej aż do
śmierci.
Kilka dni później
zaraza się zakończyła. Choć tak wielu mieszkańców krainy
zginęło straszną śmiercią, tym, którzy przeżyli, udało się
podnieść z tej klęski.
Ludzie zapamiętali to,
jak garncarz doglądał chorych na ulicach, podczas gdy sam nie
ulegał chorobie. Co prawda nikogo z tych biedaków nie uleczył, ale
i tak wielu ludzi uważało, że jest człowiekiem ,,dotkniętym
przez bogów”. Niektórzy przebąkiwali, że raczej przez demony
niż bogów... Ofiarował złym duchom swego syna w zamian za własne
życie, mówili. Nagle okazało się, że garncarz był na językach
wszystkich. Niestety, jego przeciwnicy stawali się coraz
liczniejsi... i coraz głośniejsi. Dużo głośniejsi niż ci,
którzy uważali go za obdarzonego łaską przez bogów. No cóż,
zawsze kiedy na jakąś społeczność spadają dotkliwe klęski,
ludzie są chętni do szukania kozła ofiarnego...
Garncarz zrozumiał, że musi coś z tym zrobić, jeśli nie chce doczekać dnia, kiedy histeria stanie się tak silna, że ktoś podłoży nocą podłoży ogień pod jego dom... Wybrał kilku prowodyrów, a potem zaczął nad nimi ,,pracować”... Systematycznie wysysał z nich siły życiowe tak, że stali się apatyczni i ospali... Stracili ochotę do podburzania tłumu przeciwko niemu. Prócz jednego z nich, miejscowego rzeźnika. Pełen zawiści mężczyzna wciąż rozgłaszał plotki na temat garncarza. Nekromanta zrozumiał, że musi uciszyć go na dobre. W owym czasie nauczył się już wysysać życie na odległość. Pewnego dnia, kiedy rzeźnik przechadzał się w południe pomiędzy kramami rozstawionymi na targowisku, nagle padł na ziemię. Gdy inni podbiegli, aby sprawdzić, co się stało, okazało się, że mężczyzna był martwy. Nikogo to nie zdziwiło. Stary tłuścioch nie cieszył się najlepszym zdrowiem, a to był parny i słoneczny dzień... Takie rzeczy się zdarzają.
Garncarz zrozumiał, że musi coś z tym zrobić, jeśli nie chce doczekać dnia, kiedy histeria stanie się tak silna, że ktoś podłoży nocą podłoży ogień pod jego dom... Wybrał kilku prowodyrów, a potem zaczął nad nimi ,,pracować”... Systematycznie wysysał z nich siły życiowe tak, że stali się apatyczni i ospali... Stracili ochotę do podburzania tłumu przeciwko niemu. Prócz jednego z nich, miejscowego rzeźnika. Pełen zawiści mężczyzna wciąż rozgłaszał plotki na temat garncarza. Nekromanta zrozumiał, że musi uciszyć go na dobre. W owym czasie nauczył się już wysysać życie na odległość. Pewnego dnia, kiedy rzeźnik przechadzał się w południe pomiędzy kramami rozstawionymi na targowisku, nagle padł na ziemię. Gdy inni podbiegli, aby sprawdzić, co się stało, okazało się, że mężczyzna był martwy. Nikogo to nie zdziwiło. Stary tłuścioch nie cieszył się najlepszym zdrowiem, a to był parny i słoneczny dzień... Takie rzeczy się zdarzają.
Kiedy rzeźnik umarł,
przeciwnicy garncarza, pozbawieni prowodyra, ucichli. Atmosfera
zdecydowanie się polepszyła. Nekromanta nie uważał, żeby zrobił
coś złego. Ofiara była głupkiem i zawistnikiem... Co gorsza, jej
głupota i zawiść stwarzały niebezpieczeństwo. Świat stał
się lepszym miejscem po śmierci rzeźnika.
Tym niemniej, Nekromanta
przekroczył pewną granicę. Po raz pierwszy zabił człowieka,
który nie był skazany na śmierć, którego sam wybrał na ofiarę.
A chociaż garncarz był przekonany, że zabił osobnika zbędnego
czy wręcz szkodliwego, to z późniejszej perspektywy był to jego
finalny krok w ciemność...
Od tej pory zdarzało mu
się uśmiercać tych, którzy stanęli mu na drodze – pijaka,
który napastował jego żonę, skąpego bogacza, który nie miał
zamiaru mu zapłacić za nową wazę, wyniosłego wojownika, który
spojrzał na niego z pogardą... Człowieka, który chciał założyć
konkurencyjny warsztat garncarski.
Jednocześnie zwiększał
swoją wiedzę i moc. Kiedy zrozumiał, jaką broń dostał w swoje
ręce, zapragnął jeszcze bardziej ją wzmocnić. Chciwie chłonął
wszelkie okruchy wiedzy, które był w stanie zdobyć.
Odwiedzał starą
znachorkę w jej chatce, przynosząc wino. Kiedy staruszka sobie
popiła, wdzięczna za dar i rozochocona trunkiem, snuła mu
opowieści o dobrych i złych duchach i o tym, jak pozyskiwać sobie
ich przychylność.
Od dawna miał pewne
kontakty z kastą kapłanów, dzięki swojej pracy dostarczyciela urn
pogrzebowych. Znalazł pewnego duchownego, mądrego, choć próżnego
człowieka. Udawał przed nim prostaczka, oszołomionego tym, że
może obcować z tak wielkim mędrcem i ciekawego jego wiedzy (to
ostatnie akurat nie było udawane). A kapłan protekcjonalnym głosem
wprowadzał go w tajniki swojej sztuki – mówił, jak poznać,
kiedy gwiazdy są we właściwym położeniu i zasłona między
światami staje się cienka. Opowiadał o bogach i zaświatach. Uczył
podstaw pisma. Zapewne był przekonany, że garncarz nic z tego nie
zrozumie, ot, niech pokorny kmiotek ma przyjemność ze słuchania
opowieści mędrca... I niech czuje respekt przed jego
mądrością.
Pewnego dnia do osady zawitał człowiek, który mienił się wędrownym wróżbitą i zaklinaczem. Przez parę dni wypędzał złe duchy, sprzedawał amulety i wróżył z ręki. Potem ruszył w dalszą podróż. Garncarz zaczekał na niego w pobliskim wąwozie. Wyszedł na spotkanie zaklinaczowi. Zaproponował mu, żeby wspólnie szukali wiedzy i mocy. Magik wyśmiał szalonego wieśniaka, który stanął mu na drodze. Cóż miał zrobić Nekromanta? Wyssał z zaklinacza życie do cna. Chyba wędrowiec nie był prawdziwym magiem, inaczej potrafiłby się obronić. Ale nawet jeśli nieboszczyk okazał się być szarlatanem, spotkanie z nim pomogło Nekromancie poszerzyć wiedzę. W torbie trupa odnalazł kilka zwojów traktujących o magii. W większości był to okultystyczny bełkot, pełen dziwacznych metafor i symboliki mającej oszołomić czytającego... Ale między wierszami dało wyczytać co nieco przydatnych rzeczy.
Pewnego dnia do osady zawitał człowiek, który mienił się wędrownym wróżbitą i zaklinaczem. Przez parę dni wypędzał złe duchy, sprzedawał amulety i wróżył z ręki. Potem ruszył w dalszą podróż. Garncarz zaczekał na niego w pobliskim wąwozie. Wyszedł na spotkanie zaklinaczowi. Zaproponował mu, żeby wspólnie szukali wiedzy i mocy. Magik wyśmiał szalonego wieśniaka, który stanął mu na drodze. Cóż miał zrobić Nekromanta? Wyssał z zaklinacza życie do cna. Chyba wędrowiec nie był prawdziwym magiem, inaczej potrafiłby się obronić. Ale nawet jeśli nieboszczyk okazał się być szarlatanem, spotkanie z nim pomogło Nekromancie poszerzyć wiedzę. W torbie trupa odnalazł kilka zwojów traktujących o magii. W większości był to okultystyczny bełkot, pełen dziwacznych metafor i symboliki mającej oszołomić czytającego... Ale między wierszami dało wyczytać co nieco przydatnych rzeczy.
Zatem garncarz gromadził
okrawki wiedzy tajemnej. A potem starał się je zebrać w jakąś
całość... i wykorzystać w praktyce. Medytował nad poznanymi
tajemnicami, pijąc wywary z ziół wskazanych przez znachorkę,
recytując półgłosem formułki przekazane przez kapłana,
wpatrując się w symbole wyrysowane na zwojach zaklinacza. Czynił
to tak długo, że zapadał w dziwny półsen, w czasie którego jego
zmysły otwierały się na nieznane mu dotąd zjawiska... W jego
uszach... Nie w uszach, wprost w umyśle... Rozbrzmiewały szepty
dziwnych, nieludzkich głosów, które obiecywały mu władzę i
potęgę ponad wszelkie pojmowanie... W tle słyszał niesamowitą
muzykę – odczuwał ją na granicy słyszalności, jej źródło
zdawało się być bardziej odległe niż najdalsze gwiazdy, ale
jednocześnie każdy najdrobniejszy ton odczuwał całym swoim
jestestwem... Pełną dysonansów i chaosu, ale hipnotyzująca i
chwytająca za duszę...
Czasem, nocami, garncarz
wymykał się na cmentarz, gdzie pod ziemią zagrzebano tysiące urn
– wiele z nich stworzonych jego ręką. Rysował na cmentarnej
ziemi pradawne symbole i intonował pieśń przyzwania. A potem
zapadał w trans. Kiedy zaczynał słyszeć muzykę, ruszał w tan,
kręcąc piruety na grobach zmarłych... I wtedy miał wrażenie, że
kątem oka, pośród ciemności, dostrzega niewyraźne kształty
istot, które tańczą wraz z nim... Zarysy skrzydeł, szponów...
Upiornych paszczy rozwartych w krwiożerczych uśmiechach – tak
strasznych, że czuł, iż gdyby patrzył na nie zbyt długo, serce
stanęłoby mu ze strachu... I pięknych twarzy o rysach tak
cudownych, że czuł, iż gdyby spojrzał wprost na nie, serce by mu
pękło ze szczęścia.
Mężczyzna przeszedł
długą drogę. Już nie był tym samym człowiekiem, co kiedyś –
prostym, choć nieco zgorzkniałym i za dużo myślącym
rzemieślnikiem. Stał się wyniosły i cyniczny. Korzystał ze swych
mocy, aby podporządkować sobie innych. Niektórzy wciąż pamiętali
o tym, co robił w czasie zarazy, niektórzy wciąż uważali, że
jest wybrańcem bogów (przeciwnicy ucichli wraz ze śmiercią
rzeźnika). Pewnego dnia jeden z sąsiadów przyszedł do garncarza z
prośbą, aby ten spróbował pomóc mu wyleczyć skręcony
nadgarstek. Chyba sam nie wierzył w to, że rzemieślnik spełni
jego prośbę... Ot tak, na wszelki wypadek go poprosił, bo zależało
mu, żeby móc wrócić do pracy i chwytał się wszystkiego.
Garncarz dotknął zranionej dłoni sąsiada... A następnego dnia
była jak nowa!
I tak Nekromanta zyskał
pierwszego wyznawcę. Uzdrowiony opowiedział o cudzie swoim
znajomym, którzy wkrótce udali się do garncarza, prosząc, aby
pomógł im w ich problemach. I garncarz pomógł. Ludzie z osady
zaczęli go traktować z wielkim szacunkiem. Już przedtem, jako
osoba mająca swój udział w rytuale pogrzebowym, był traktowany
jako ktoś związany ze światem duchowym... Ale teraz w oczach
swoich ziomków urósł do rangi czarownika, cudotwórcy,
mistyka.
Zresztą już nie lepił garnków. W swoim warsztacie zatrudnił kilku ,,wyznawców”. Oni wykonywali całą pracę, on jedynie rył na przygotowanych naczyniach tajemne symbole, które ujrzał w księgach zaklęć złupionych zabitemu zaklinaczowi. To jeszcze dodawało mu majestatu i tajemniczości.
Starał się nie rozbudzać podejrzliwości wśród kapłanów. I udawało mu się, traktowali go z dużą pobłażliwością. W tamtych czasach nie było niczego dziwnego, jeśli na przykład ojciec rodziny czy przywódca jakiejś społeczności sam odprawiał obrzędy religijne, a po świecie krążyło wielu ekstatycznych mistyków i samozwańczych proroków. Duchowni tego nie zwalczali – o ile ktoś nie nawoływał ludzi do zaprzestanie składania ofiar w ich świątyniach i płacenia dziesięciny na ich utrzymanie.
Garncarz jedynie garstce najwierniejszych i najbardziej zaufanych wyznawców zdradzał okrawki swojej wiedzy – starannie ją dawkował, na początku rzucając tylko enigmatyczne i mało znaczące uwagi, aby wybadać ich reakcje i poglądy... A kiedy widział, że są gotowi, aby przyjąć jego nauki, wtajemniczał ich w nie. Opowiadał o potężnej sile, jaką jest Śmierć. Mówił, że jest to siła dobroczynna dla tych, którzy na to zasługują – w końcu to Śmierć eliminuje słabych, aby zrobić miejsce dla tych, którzy są coś warci. Czasem sam się dziwił, jak gładko przychodziło mu formułowanie tych tez. Tak, zaiste, przeszedł drugą drogę... Rozwinął się.
Zresztą już nie lepił garnków. W swoim warsztacie zatrudnił kilku ,,wyznawców”. Oni wykonywali całą pracę, on jedynie rył na przygotowanych naczyniach tajemne symbole, które ujrzał w księgach zaklęć złupionych zabitemu zaklinaczowi. To jeszcze dodawało mu majestatu i tajemniczości.
Starał się nie rozbudzać podejrzliwości wśród kapłanów. I udawało mu się, traktowali go z dużą pobłażliwością. W tamtych czasach nie było niczego dziwnego, jeśli na przykład ojciec rodziny czy przywódca jakiejś społeczności sam odprawiał obrzędy religijne, a po świecie krążyło wielu ekstatycznych mistyków i samozwańczych proroków. Duchowni tego nie zwalczali – o ile ktoś nie nawoływał ludzi do zaprzestanie składania ofiar w ich świątyniach i płacenia dziesięciny na ich utrzymanie.
Garncarz jedynie garstce najwierniejszych i najbardziej zaufanych wyznawców zdradzał okrawki swojej wiedzy – starannie ją dawkował, na początku rzucając tylko enigmatyczne i mało znaczące uwagi, aby wybadać ich reakcje i poglądy... A kiedy widział, że są gotowi, aby przyjąć jego nauki, wtajemniczał ich w nie. Opowiadał o potężnej sile, jaką jest Śmierć. Mówił, że jest to siła dobroczynna dla tych, którzy na to zasługują – w końcu to Śmierć eliminuje słabych, aby zrobić miejsce dla tych, którzy są coś warci. Czasem sam się dziwił, jak gładko przychodziło mu formułowanie tych tez. Tak, zaiste, przeszedł drugą drogę... Rozwinął się.
Jednocześnie
wykorzystując kunszt czytania i pisania, którego podstaw nauczył
się od próżnego kapłana, a który rozwinął, wertując zwoje
zabrane zaklinaczowi, zaczął spisywać swoją wiedzę. I tak
powstały pierwsze zaczątki księgi, która została później
rozwinięta przez niezliczone pokolenia nekromantów, wiedźm i
czarnoksiężników. Księgi, którą dzisiaj niektórzy zwą
Necronomiconem... Umarłym Prawem... Skowytem Demonów...
A inni boją się o niej
w ogóle mówić.
Co warte wspomnienia, Nekromanta starał się nie wciągać swojej rodziny w te ciemne sprawki. Jego żona i syn wiedzieli, że ojciec rodziny gromadzi akolitów, podejrzewali, że wtajemnicza ich w jakieś dziwne praktyki – ale nie znali szczegółów. Paradoksalnie, choć Nekromanta nie miał wątpliwości, że podąża właściwą ścieżką, to jednak zdawał sobie sprawę, że dotyka mrocznej Pustki leżącej poza materialnym światem i współdziała z niepojętymi i groźnymi istotami, które ją zamieszkują. I nie chciał, żeby jego bliscy stykali się z tymi bytami czy choćby o nich nie wiedzieli. Wystarczało, że on brudził sobie ręce... i duszę. Oni mieli pozostać czyści. W końcu dla nich to wszystko robił.
Co warte wspomnienia, Nekromanta starał się nie wciągać swojej rodziny w te ciemne sprawki. Jego żona i syn wiedzieli, że ojciec rodziny gromadzi akolitów, podejrzewali, że wtajemnicza ich w jakieś dziwne praktyki – ale nie znali szczegółów. Paradoksalnie, choć Nekromanta nie miał wątpliwości, że podąża właściwą ścieżką, to jednak zdawał sobie sprawę, że dotyka mrocznej Pustki leżącej poza materialnym światem i współdziała z niepojętymi i groźnymi istotami, które ją zamieszkują. I nie chciał, żeby jego bliscy stykali się z tymi bytami czy choćby o nich nie wiedzieli. Wystarczało, że on brudził sobie ręce... i duszę. Oni mieli pozostać czyści. W końcu dla nich to wszystko robił.
No dobrze, w znacznej
mierze dla nich.
Nadszedł dzień, kiedy
Nekromanta uznał, że kilku z jego uczniów jest gotowych, aby razem
z nim wziąć udział w obrzędach na cmentarzu. Zapowiedział im, że
po zmroku mają się stawić na polu pogrzebowym. Stawili się
wszyscy, których zaprosił. Podekscytowanymi głosami wypytywali
swojego ,,mistrza”, co też zaplanował na dzisiejszą noc.
Odpowiedział im, że sami zobaczą. Usiadł w kucki, a potem zaczął
medytować. Uczniowie stali dookoła niego, nie rozumiejąc, co robi.
Nekromanta zaczynał już słyszeć nieziemską muzykę. Machinalnym
ruchem zza swojej sukni wyciągnął prostą fujarkę, a potem zaczął
grać. Nie był utalentowanym muzykiem, a dźwięki, które wydobywał
z instrumentu, były jedynie bladym odbiciem tych, które
rozbrzmiewały w jego umyśle... Ale to wystarczyło, aby wprowadzić
zgromadzonych w trans. Po chwili uczniowie krążyli dookoła swego
nauczyciela w nieco nieporadnym, ale ekstatycznym tańcu. Co więcej,
Nekromanta wyczuwał, że dołączają do nich jego przyjaciele z
Tamtej Strony... A nawet dostrzegał pierwsze znaki ich obecności.
Być może jego akolici nie byli w stanie dostrzec dziwnych kształtów
rysujących się w mroku tuż obok nich... A może tak się
zapamiętali w tańcu, że im one nie przeszkadzały.
Okazało się, że rytuał przeprowadzany w grupie działa jeszcze wspanialej niż odprawiany w samotności. Być może Nekromanta czerpał siłę z więzi ze swoimi akolitami... A może duchy wynagrodziły go łaskawie za to, że pozyskał nowych wyznawców?
W każdym razie mag czuł się cudownie. Wypełniało go poczucie mocy, a jego zmysły rozszerzyły się do niesamowitych granic. Słyszał każdy oddech, każde uderzenie serca wirujących wokół niego uczniów. I nie tylko ich. W jakiś niezrozumiały dla niego samego sposób postrzegał każdą żywą istotę w okolicy... Był świadom tego, że polna mysz drży ze strachu w swojej norze, zwierzęcym instynktem wyczuwając, że tuż obok jej legowiska dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca. Zauważał, jak ćmy i komary przecinające powietrze wokół niego gubią tory swoich lotów, oszołomione natężeniem mocy.
Okazało się, że rytuał przeprowadzany w grupie działa jeszcze wspanialej niż odprawiany w samotności. Być może Nekromanta czerpał siłę z więzi ze swoimi akolitami... A może duchy wynagrodziły go łaskawie za to, że pozyskał nowych wyznawców?
W każdym razie mag czuł się cudownie. Wypełniało go poczucie mocy, a jego zmysły rozszerzyły się do niesamowitych granic. Słyszał każdy oddech, każde uderzenie serca wirujących wokół niego uczniów. I nie tylko ich. W jakiś niezrozumiały dla niego samego sposób postrzegał każdą żywą istotę w okolicy... Był świadom tego, że polna mysz drży ze strachu w swojej norze, zwierzęcym instynktem wyczuwając, że tuż obok jej legowiska dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca. Zauważał, jak ćmy i komary przecinające powietrze wokół niego gubią tory swoich lotów, oszołomione natężeniem mocy.
W dodatku postrzegał
wyraźnie siłę życiową każdego z tych stworzeń. Świetliste
aury otaczające i przenikające ciała jego uczniów... Mniejsze
punkciki symbolizujące pomniejsze istoty... Czuł, że może czerpać
z tych źródeł do woli. Sięgnął jednocześnie po życie
wszystkich zwierząt i owadów w okolicy i wchłonął je niczym
pijak wychylający kufel jednym haustem. Po chwili jedynymi żywymi
stworzeniami w okolicy byli on i jego uczniowie (choć było to
trudne, powstrzymał się przed wyssaniem ich energii... byli zbyt
przydatni, by tak głupio ich poświęcać).
No tak. Były jeszcze duchy, ale ich chyba nie można było nazwać żywymi stworzeniami...
Percepcja Nekromanty wciąż się poszerzała i przyjmowała nowe aspekty... Teraz mógł się rozkoszować pełnym brzmieniem zaświatowej symfonii. Każdy jej ton wprawiał w drganie wszystkie członki jego ciała. Rozpoznawał poszczególne dźwięki i oczyma duszy widział, skąd się biorą. Gdzieś tam za morzem pośrodku buszu, wymalowany krwią wrogów szaman bił miarowo w bębny. Gdzieś tam na równinie trębacz intonował sygnał do wymarszu dla żołnierzy – Nekromanta czuł, że żaden z nich nie przeżyje tej bitwy. Gdzieś tam w innym świecie, szalony skrzypek z natchnioną twarzą i szaleństwem w oczach grał z zapamiętaniem, jako strun używając własnych żył. Gdzieś tam w piekle potępieńcy zawodzili, a demony rechotały – głosy jednych i drugich były jednakowo przepełnione cierpieniem. Gdzieś tam, w Pustce między światami błyskawice mocy trzaskały podczas astralnych sztormów.
No tak. Były jeszcze duchy, ale ich chyba nie można było nazwać żywymi stworzeniami...
Percepcja Nekromanty wciąż się poszerzała i przyjmowała nowe aspekty... Teraz mógł się rozkoszować pełnym brzmieniem zaświatowej symfonii. Każdy jej ton wprawiał w drganie wszystkie członki jego ciała. Rozpoznawał poszczególne dźwięki i oczyma duszy widział, skąd się biorą. Gdzieś tam za morzem pośrodku buszu, wymalowany krwią wrogów szaman bił miarowo w bębny. Gdzieś tam na równinie trębacz intonował sygnał do wymarszu dla żołnierzy – Nekromanta czuł, że żaden z nich nie przeżyje tej bitwy. Gdzieś tam w innym świecie, szalony skrzypek z natchnioną twarzą i szaleństwem w oczach grał z zapamiętaniem, jako strun używając własnych żył. Gdzieś tam w piekle potępieńcy zawodzili, a demony rechotały – głosy jednych i drugich były jednakowo przepełnione cierpieniem. Gdzieś tam, w Pustce między światami błyskawice mocy trzaskały podczas astralnych sztormów.
Być może Nekromanta
zatraciłby kompletnie duszę i umysł w kontemplacji niesamowitych
zjawisk, które zostały mu objawione, gdyby nie to, że nagle coś
zakłóciło jego trans i wyrwało z ekstazy. Błyskawicznie zawęził
swoją percepcję do najbliższej okolicy. Tak, zgadzało się... W
pobliżu cmentarza wyczuł dwa nowe skupiska ludzkiej siły życiowej,
które nie należały do jego wyznawców... Dwóch profanów kryło
się w krzakach, obserwując ceremonię! Nie można było pozwolić,
żeby opowiedzieli o wszystkim ludziom z osady!
Nekromanta wyciągnął
dłoń w stronę zarośli i wykrzyczał słowa rozkazu. O dziwo,
demony usłuchały jego słów i pomknęły we wskazaną stronę.
Krzewy zasłoniły widok, ale wrzaski dobiegające zza nich
świadczyły o tym, że duchy dopadły podglądaczy. Głos jednego z
nich wydał się Nekromancie znajomy... bardzo znajomy! Poczuł, jak
serce podchodzi mu do gardła. Natychmiast kazał demonom, aby
zostawiły dwóch profanów w spokoju. Duchy nie chciały usłuchać,
podniecone bólem i strachem ofiar, ale siłą swej woli zmusił je,
aby poszły precz, z powrotem do Pustki i piekielnych światów które
się w niej unoszą.
Jeden z podglądaczy z
pewnością przeżył. Nekromanta kątem oka zauważył uciekającą
w stronę osady postać, ale nie obchodziło go to. Podobnie jak to,
że jego wyznawcy, oszołomieni nagłym wyrwania z transu i
przerażeni nagłą świadomością tego, w czym uczestniczyli,
rozbiegli się po okolicy. Mag nie zważał na to, liczyło się
tylko to, żeby jak najszybciej znaleźć umierającego w krzakach
człowieka. Kiedy Nekromanta do niego dotarł, spełniły się jego
najgorsze przypuszczenia.
Syn dawnego garncarza leżał w kałuży własnej krwi. Zapewne wraz z jednym ze swoich przyjaciół wymknął się, aby podejrzeć, co też robi ojciec po nocach. Towarzysz wymknął się, ale dziecko maga nie miało tyle szczęścia. Jego ciało było naznaczone czerwonymi pręgami po szponach demonów. Jego twarz miała wyraz straszliwego bólu i przerażenia. Nekromanta chciał natychmiast podjąć próbę uzdrowienia potomka, ale było za późno. Młodzieniec wydał ostatnie tchnienie i esencja jego życia zaczęła się ulatniać.
Syn dawnego garncarza leżał w kałuży własnej krwi. Zapewne wraz z jednym ze swoich przyjaciół wymknął się, aby podejrzeć, co też robi ojciec po nocach. Towarzysz wymknął się, ale dziecko maga nie miało tyle szczęścia. Jego ciało było naznaczone czerwonymi pręgami po szponach demonów. Jego twarz miała wyraz straszliwego bólu i przerażenia. Nekromanta chciał natychmiast podjąć próbę uzdrowienia potomka, ale było za późno. Młodzieniec wydał ostatnie tchnienie i esencja jego życia zaczęła się ulatniać.
Mag jakiś czas trwał
przy ciele syna. W końcu otrząsnął się z rozpaczy – nie była
ona tak wielka, aby sam chciał iść w ślady swego dziecka. Dlatego
musiał czym prędzej wrócić do osady i podjąć wysiłki, żeby
uniknąć samosądu ze strony swych ziomków. Zapewne przyjaciel
zmarłego syna już zdążył ze szczegółami im opisać straszliwe
rytuały, których był świadkiem.
Kiedy Nekromanta wrócił
do miasta, usłyszał jakieś głosy dobiegające z głównego placu
i dojrzał światło pochodni. Wyglądało na to, że mieszkańcy już
nie spali... Pewnie cała osada już wiedziała o jego mrocznej
sztuce, a teraz ludzie naradzali się, co zrobić z magiem. Nie było
sensu próbować z nimi rozmawiać, trzeba było uciekać. Nekromanta
otulił się płaszczem mroku i przemknął uliczkami do swojego
domu. Tam zastał swoją żonę – obudziła się, a teraz
zaniepokojona nasłuchiwała okrzyków z oddali. Miał szczęście,
że nie rozmawiała z nikim – mógł przekazać jej swoją wersję
wydarzeń. Oczywiście dla jej dobra, nie chciał pomnażać jej
bólu.
Okłamał ją, mówiąc,
że jego wrogowie podburzyli ludność przeciwko niemu. Ich syn
zginął z rąk rozszalałego tłumu, a lada chwila nienawistnicy
podejdą pod dom z pochodniami. Kobieta zaczęła płakać i
lamentować nad losem ich ostatniego dziecka, ale Nekromancie udało
się jej przemówić do rozsądku na tyle, aby zrozumiała, że muszą
uciekać. Żona chciała spakować chociaż najpotrzebniejsze rzeczy,
ale w tej chwili na zewnątrz dały się słyszeć wściekłe głosy
ludzi idących w stronę ich domostwa. Musieli odejść natychmiast.
Mag osłonił siebie i kobietę mrokiem, tak że nikt ich nie
dostrzegł, kiedy uciekali z miasta.
Biegli, nie patrząc za
siebie. W końcu, już nad ranem, kobieta stanęła, ciężko dysząc.
Poprosiła o chwilę odpoczynku, nie była już w stanie ustać na
nogach. Nekromanta zgodził się – po pierwsze dlatego, że mimo
wszystko wciąż kochał swoją żonę, a po drugie dlatego, że
uświadomił sobie, że sam też już pada ze zmęczenia.
Przysiedli na jakimś
kamieniu. Mężczyzna zaczął się rozglądać. Uświadomił sobie,
że uciekając, opuścili zamieszkane i w miarę urodzajne tereny
wokół osady i teraz znajdowali się pustkowiu... Nie wiedział,
gdzie dokładnie. Wiedział za to, że są na pustyni, bez wody i
jedzenia, wymęczeni po nocnym biegu, a wkrótce słońce wzejdzie
wysoko i zacznie prażyć, co tylko pogorszy sytuację. Musieli
znaleźć jakieś schronienie i wodopój... Ale nie byli w
stanie.
Nekromanta spojrzał na żonę. Półleżała z zamkniętymi oczami, chyba przysnęła wymęczona nocnymi przeżyciami. Mag przez chwilę się wahał, ale uznał, że nie ma wyboru. Musiał zabrać żonie trochę siły życiowej, aby samemu być w stanie udać się na poszukiwanie schronienia i wody, a potem wrócić po kobietę i ją tam zaprowadzić, aby odzyskała siły. Inaczej oboje by zginęli.
Nekromanta spojrzał na żonę. Półleżała z zamkniętymi oczami, chyba przysnęła wymęczona nocnymi przeżyciami. Mag przez chwilę się wahał, ale uznał, że nie ma wyboru. Musiał zabrać żonie trochę siły życiowej, aby samemu być w stanie udać się na poszukiwanie schronienia i wody, a potem wrócić po kobietę i ją tam zaprowadzić, aby odzyskała siły. Inaczej oboje by zginęli.
Zaczął czerpać.
Pomału i delikatnie, tak by nie zbudzić żony i żeby nie zrobić
jej krzywdy. Czuł, jak zmęczenie znika, ale mówił sobie:
,,Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę... Nic się nie stanie, a
muszę mieć pewność, że starczy mi sił na poszukiwania”.
Czerpał, aż w końcu jego żonie pozostało tylko odrobina siły,
ścisły rdzeń, który utrzymywał ją przy życiu... Nekromanta
oczyma duszy postrzegał go jako pulsujące niczym serce splot
energii... Nie mógł się powstrzymać, nie był w stanie. Pożarł
także tę ostatnią rezerwę, wysączył siły swojej żony do cna.
Pulsowanie ustało – zarówno energii, jak i prawdziwego serca –
i kobieta osunęła się na ziemię.
Kiedy Nekromanta
uświadomił sobie, co zrobił, wpadł w rozpacz. Uświadomił sobie,
że właśnie zabił ostatnią osobę, którą kochał – i która
kochała jego. Uświadomił sobie też okrutną ironię losu. Oto
oddał się Śmierci, aby uchronić swoich bliskich przed nią... a w
efekcie wszyscy jego bliscy zginęli z jego własnych rąk!
Ale...
Może nie wszystko było
stracone?
Przecież mógł nie
tylko odbierać ludziom siły, mógł też im je dawać. To działało
w obie strony. Zatem... Skoro mógł uśmiercać... mógł też i
wskrzeszać!
Natychmiast zaczął
oddawać energię żonie. Ku jego radości – udało się! Kobieta
otworzyła oczy. Nawet zaczęła się ruszać. Ale... choć wyczuwał
w jej ciele oddane siły, nie wyczuwał tego pulsowania energii...
Nie wyczuwał życia... A jej otwarte oczy patrzyły pusto i
bezmyślnie.
Może i był w stanie przywrócić swojej zmarłej żonie jej energię życiową... Ale to coś ulotnego, co nazywamy ,,duszą” bądź ,,umysłem” odeszło bezpowrotnie. Jego ukochana była zaledwie bezmyślną kukłą. Nie była żywa. Była co najwyżej... nieumarła.
Może i był w stanie przywrócić swojej zmarłej żonie jej energię życiową... Ale to coś ulotnego, co nazywamy ,,duszą” bądź ,,umysłem” odeszło bezpowrotnie. Jego ukochana była zaledwie bezmyślną kukłą. Nie była żywa. Była co najwyżej... nieumarła.
Mag wstał i zaczął
iść szybkim krokiem, byle dalej od tego plugastwa, w jakie zamienił
żonę. Usłyszał kroki. Odwrócił się. Kobieta szła za nim,
powolnym, niezdarnym krokiem, patrząc tępo przed siebie.
,,Odejdź! Zostaw mnie!”
– wrzasnął. Nieumarła wykonała powolny zwrot w tył, a potem
zaczęła się od niego oddalać. Potknęła się na kamieniu,
nieomal wywracając, ale kontynuowała marsz, wiernie wykonując
rozkazy swojego... męża? Pana? Twórcy?
,,Jesteś odpowiedzialny
za to, co stworzyłeś” – przemknęło przez myśl
Nekromancie.
,,Wracaj” – powiedział. Kobieta odwróciła się w jego stronę. Wyszedł na jej spotkanie. Kiedy stanął przed nią, położył jej ręce na ramionach. Chwilę tak trwali. W końcu Nekromanta wybuchnął śmiechem. Rechotał histerycznie, jakby chciał wypluć własne płuca, rechotał tak, że wszystkie szakale kuliły się w swoich norach ze strachu. Żona stała, spokojna spokojem danym przez Śmierć, a w jej szklistych oczach mężczyzna odnalazł akceptację dla swoich planów.
,,Chodź, kochana! Wracamy do domu!” – krzyknął, a potem w porywie wycisnął pocałunek na zimnych ustach kobiety. Wciąż się śmiejąc, ruszył w stronę osady, a jego nieumarła towarzyszka wiernie szła krok w krok za nim.
,,Wracaj” – powiedział. Kobieta odwróciła się w jego stronę. Wyszedł na jej spotkanie. Kiedy stanął przed nią, położył jej ręce na ramionach. Chwilę tak trwali. W końcu Nekromanta wybuchnął śmiechem. Rechotał histerycznie, jakby chciał wypluć własne płuca, rechotał tak, że wszystkie szakale kuliły się w swoich norach ze strachu. Żona stała, spokojna spokojem danym przez Śmierć, a w jej szklistych oczach mężczyzna odnalazł akceptację dla swoich planów.
,,Chodź, kochana! Wracamy do domu!” – krzyknął, a potem w porywie wycisnął pocałunek na zimnych ustach kobiety. Wciąż się śmiejąc, ruszył w stronę osady, a jego nieumarła towarzyszka wiernie szła krok w krok za nim.
Cóż tak bawiło byłego
garncarza?
Dlaczego stał się
Nekromantą? Bo konieczność robienia urn pogrzebowych natchnęła
go niewesołymi myślami, które doprowadziły go do paktu ze
Śmiercią. A dlaczego musiał robić urny? Bo jego ziomkowie
wierzyli, że kremowanie zmarłych uchroni ich przed żywymi trupami.
Cóż, już niedługo
ich najgorsze lęki przybiorą realne kształty.
,,Już niedługo
będziesz miała towarzystwo, kochanie! Wiele sług... A kto wie,
może nawet uda mi się sprawić, że nasi synkowie powrócą... Co
prawda jeden z nich już nieco przegnił, ale czego się nie robi z
miłości?” – krzyknął Nekromanta. A potem, w nagłym
przebłysku, wygłosił słowa, które miały stać się kredo
wszystkich nekromantów, aż po krańce czasów, aż świat sczeźnie
i powróci do Pustki, z której powstał:
,,Życie ze śmierci
wyrasta. Życie śmiercią się karmi. Życie ku śmierci podąża”.
Nadszedł
dzień, kiedy Nekromanta uznał, że kilku z jego uczniów jest
gotowych, aby razem z nim wziąć udział w obrzędach na cmentarzu.
Zapowiedział im, że po zmroku mają się stawić na polu
pogrzebowym. Stawili się wszyscy, których zaprosił.
Podekscytowanymi głosami, wypytywali swojego ,,mistrza", co też
zaplanował na dzisiejszą noc. Odpowiedział im, że sami zobaczą.
Usiadł w kucki, a potem zaczął medytować. Uczniowie stali dookoła
niego, nie rozumiejąc, co robi. Nekromanta zaczynał już słyszeć
nieziemską muzykę. Machinalnym ruchem zza swojej sukni wyciągnął
prostą fujarkę, a potem zaczął grać. Nie był utalentowanym
muzykiem, a dźwięki, które wydobywał z instrumentu były jedynie
bladym odbiciem tych, które rozbrzmiewały w jego umyśle... Ale to
wystarczyło, aby wprowadzić zgromadzonych w trans. Po chwili
uczniowie krążyli dookoła swego nauczyciela w nieco nieporadnym,
ale ekstatycznym tańcu. Co więcej, Nekromanta wyczuwał, że
dołączają do nich jego przyjaciele z Tamtej Strony... A nawet
dostrzegał pierwsze znaki ich obecności. Być może jego akolici
nie byli w stanie dostrzec dziwnych kształtów rysujących się w
mroku tuż obok nich... A może tak się zapamiętali w tańcu, że
im one nie przeszkadzały.
Okazało
się, że rytuał przeprowadzany w grupie działa jeszcze wspanialej,
niż odprawiany w samotności. Być może Nekromanta czerpał siłę
z więzi ze swoimi akolitami... A może duchy wynagrodziły go
łaskawie za to, że pozyskał nowych wyznawców?
W
każdym razie, mag czuł się cudownie. Wypełniało go poczucie
mocy, a jego zmysły rozszerzyły się do niesamowitych granic.
Słyszał każdy oddech, każde uderzenie serca wirujących wokół
niego uczniów. I nie tylko ich. W jakiś niezrozumiały dla niego
samego sposób postrzegał każdą żywą istotę w okolicy... Był
świadom tego, że polna mysz drży ze strachu w swojej norze,
zwierzęcym instynktem wyczuwając, że tuż obok jej legowiska
dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca. Zauważał, jak ćmy
i komary przecinające powietrze wokół niego gubią tory swoich
lotów, oszołomione natężeniem mocy.
W
dodatku, postrzegał wyraźnie siłę życiową każdego z tych
stworzeń. Świetliste aury otaczające i przenikające ciała jego
uczniów... Mniejsze punkciki, symbolizujące pomniejsze istoty...
Czuł, że może czerpać z tych źródeł do woli. Sięgnął
jednocześnie po życie wszystkich zwierząt i owadów w okolicy i
wchłonął je, niczym pijak wychylający kufel jednym haustem. Po
chwili jedynymi żywymi stworzeniami w okolicy byli on i jego
uczniowie (choć było to trudne, powstrzymał się przed wyssaniem
ich energii... byli zbyt przydatni, by tak głupio ich poświęcać).
No
tak. Były jeszcze duchy, ale ich chyba nie można było nazwać
żywymi stworzeniami...
Percepcja
Nekromanty wciąż się poszerzała i przyjmowała nowe aspekty...
Teraz mógł się rozkoszować pełnym brzmieniem zaświatowej
symfonii. Każdy jej ton wprawiał w drganie wszystkie członki jego
ciała. Rozpoznawał poszczególne dźwięki i oczyma duszy widział,
skąd się biorą. Gdzieś tam, za morzem pośrodku buszu wymalowany
krwią wrogów szaman bił miarowo w bębny. Gdzieś
tam, na równinie trębacz intonował sygnał do wymarszu dla
żołnierzy - Nekromanta czuł, że żaden z
nich nie przeżyje tej bitwy. Gdzieś tam, w innym świecie, szalony
skrzypek z natchnioną twarzą i szaleństwem w oczach grał z
zapamiętaniem, jako strun używając własnych żył. Gdzieś tam, w
piekle potępieńcy zawodzili, a demony rechotały - głosy jednych i
drugich były jednakowo przepełnione cierpieniem. Gdzieś tam, w
Pustce między światami błyskawice mocy trzaskały podczas
astralnych sztormów.
Być
może Nekromanta zatraciłby kompletnie duszę i umysł w
kontemplacji niesamowitych zjawisk, które zostały mu objawione,
gdyby nie to, że nagle coś zakłóciło jego trans i wyrwało
z ekstazy. Błyskawicznie zawęził swoją percepcję do
najbliższej okolicy. Tak, zgadzało się... W
pobliżu cmentarza wyczuł dwa nowe skupiska ludzkiej siły życiowej,
które nie należały do jego wyznawców... Dwóch profanów kryło
się w krzakach, obserwując ceremonię! Nie można było pozwolić,
żeby opowiedzieli o wszystkim ludziom z osady!
Nekromanta
wyciągnął dłoń w stronę zarośli i wykrzyczał słowa rozkazu.
O dziwo, demony usłuchały jego słów i pomknęły we wskazaną
stronę. Krzewy zasłoniły widok, ale wrzaski dobiegające zza nich
świadczyły o tym, że duchy dopadły podglądaczy. Głos jednego z
nich wydał się Nekromancie znajomy... bardzo znajomy! Poczuł jak
serce podchodzi mu do gardła. Natychmiast kazał demonom, aby
zostawiły dwóch profanów w spokoju. Duchy nie chciały usłuchać,
podniecone bólem i strachem ofiar, ale siłą swej woli zmusił je,
aby poszły precz, z powrotem do Pustki i
piekielnych światów które się w niej unoszą.
Jeden
z podglądaczy z pewnością przeżył. Nekromanta kątem oka
zauważył uciekającą w stronę osady postać, ale
nie obchodziło go to. Podobnie jak to, że jego wyznawcy,
oszołomieni nagłym wyrwania z transu i przerażeni nagłą
świadomością tego, w czym uczestniczyli, rozbiegli się po
okolicy. Mag nie zważał na to, liczyło się tylko to, żeby jak
najszybciej znaleźć umierającego w krzakach człowieka. Kiedy
Nekromanta do niego dotarł, spełniły się jego najgorsze
przypuszczenia.
Syn
dawnego garncarza leżał w kałuży własnej krwi. Zapewne, wraz z
jednym ze swoich przyjaciół wymknął się, aby podejrzeć, co też
robi ojciec po nocach. Towarzysz wymknął się, ale dziecko maga nie
miało tyle szczęścia. Jego ciało było naznaczone czerwonymi
pręgami po szponach demonów. Jego twarz miała wyraz straszliwego
bólu i przerażenia. Nekromanta chciał natychmiast podjąć próbę
uzdrowienia potomka, ale było za późno. Młodzieniec wydał
ostatnie tchnienie i esencja jego życia zaczęła się ulatniać.
Mag
jakiś czas trwał przy ciele syna. W końcu otrząsnął się z
rozpaczy - nie była ona tak wielka, aby sam chciał iść w ślady
swego dziecka. Dlatego musiał czym prędzej wrócić do osady
i podjąć wysiłki, żeby uniknąć samosądu ze strony swych
ziomków. Zapewne przyjaciel zmarłego syna już zdążył ze
szczegółami im opisać straszliwe rytuały, których był
świadkiem.
Kiedy
Nekromanta wrócił do miasta, usłyszał jakieś głosy dobiegające
z głównego placu i dojrzał światło pochodni.
Wyglądało na to, że mieszkańcy już nie spali... Pewnie cała
osada już wiedziała o jego mrocznej sztuce, a teraz ludzie
naradzali się, co zrobić z magiem. Nie było sensu próbować z
nimi rozmawiać, trzeba było uciekać. Nekromanta otulił się
płaszczem mroku i przemknął uliczkami do
swojego domu. Tam zastał swoją żonę - obudziła się, a teraz
zaniepokojona nasłuchiwała okrzyków z oddali. Miał szczęście,
że nie rozmawiała z nikim - mógł przekazać jej swoją wersję
wydarzeń. Oczywiście, dla jej dobra, nie chciał pomnażać jej
bólu. Okłamał ją, mówiąc, że jego wrogowie podburzyli ludność
przeciwko niemu. Ich syn zginął z rąk rozszalałego tłumu, a lada
chwila wrogowie podejdą pod dom z pochodniami. Kobieta zaczęła
płakać i lamentować nad losem ich ostatniego dziecka, ale
Nekromancie udało się jej przemówić do rozsądku na tyle, aby
zrozumiała, że muszą uciekać. Żona chciała spakować chociaż
najpotrzebniejsze rzeczy, ale w tej chwili na zewnątrz dały się
słyszeć wściekłe głosy ludzi idących w stronę ich domostwa.
Musieli uciekać natychmiast. Mag osłonił siebie i kobietę
mrokiem, tak że nikt ich nie dostrzegł, kiedy uciekali z miasta.
Biegli,
nie patrząc za siebie. W końcu, już nad ranem, kobieta stanęła,
ciężko dysząc. Poprosiła o chwilę odpoczynku, nie była już w
stanie ustać na nogach. Nekromanta zgodził się - po pierwsze
dlatego, że mimo wszystko wciąż kochał swoją żonę, a po drugie
dlatego, że uświadomił sobie, że sam też już pada ze zmęczenia.
Przysiedli
na jakimś kamieniu. Mężczyzna zaczął się rozglądać.
Uświadomił sobie, że uciekając, opuścili zamieszkane i w miarę
urodzajne tereny wokół osady i teraz znajdowali się pustkowiu...
Nie wiedział, gdzie dokładnie. Wiedział za to, że są na pustyni,
bez wody i jedzenia, wymęczeni po nocnym biegu, a wkrótce słońce
wzejdzie wysoko i zacznie prażyć, co tylko pogorszy sytuację.
Musieli znaleźć jakieś schronienie i wodopój... Ale nie byliby w
stanie.
Nekromanta
spojrzał na żonę. Półleżała z zamkniętymi oczami, chyba
przysnęła wymęczona nocnymi przeżyciami. Mag przez chwilę się
wahał, ale uznał, że nie ma wyboru. Musiał zabrać żonie trochę
siły życiowej, aby samemu być w stanie udać się na poszukiwanie
schronienia i wody, a potem wrócić po kobietę i ją tam
zaprowadzić, aby odzyskała siły. Inaczej, oboje by zginęli.
Zaczął
czerpać. Pomału i delikatnie, tak by nie zbudzić żony i żeby nie
zrobić jej krzywdy. Czuł jak zmęczenie znika, ale mówił sobie
,,Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę... Nic się nie stanie, a
muszę mieć pewność, że starczy mi sił na poszukiwania".
Czerpał, aż w końcu jego żonie pozostało tylko odrobina siły,
ścisły rdzeń, który utrzymywał ją przy życiu... Nekromanta
oczyma duszy postrzegał go jako pulsujące niczym serce splot
energii... Nie mógł się powstrzymać, nie był w stanie. Pożarł
także tę ostatnią rezerwę, wysączył siły swojej żony do cna.
Pulsowanie ustało - zarówno energii, jak i
prawdziwego serca - i kobieta osunęła się na ziemię.
Kiedy
Nekromanta uświadomił sobie, co zrobił, wpadł w rozpacz.
Uświadomił sobie, że właśnie zabił ostatnią osobę, którą
kochał - i która kochała jego. Uświadomił sobie też, okrutną
ironię losu. Oto oddał się Śmierci, aby uchronić swoich bliskich
przed nią... a w efekcie, wszyscy jego bliscy zginęli z jego
własnych rąk!
Ale...
Może
nie wszystko było stracone?
Przecież
mógł nie tylko odbierać ludziom siły, mógł też im je dawać.
To działało w obie strony. Zatem... Skoro mógł uśmiercać...
mógł też i wskrzeszać!
Natychmiast
zaczął oddawać energię żonie. Ku jego radości - udało się!
Kobieta otworzyła oczy. Nawet zaczęła się ruszać. Ale... choć
wyczuwał w jej ciele oddane siły, nie wyczuwał tego pulsowania
energii... Nie wyczuwał życia... A jej otwarte oczy patrzyły pusto
i bezmyślnie.
Może
i był w stanie przywrócić swojej zmarłej żonie jej energię
życiową... Ale to coś ulotnego, co nazywamy ,,duszą" bądź
,,umysłem" odeszło bezpowrotnie. Jego ukochana... Była
zaledwie bezmyślną kukłą. Nie była żywa. Była co najwyżej...
nieumarła.
Mag
wstał i zaczął iść szybkim krokiem, byle dalej od tego
plugastwa, w jakie zamienił żonę. Usłyszał kroki. Odwrócił
się. Kobieta szła za nim, powolnym, niezdarnym krokiem, patrząc
tępo przed siebie.
,,Odejdź!
Zostaw mnie!" - wrzasnął. Nieumarła wykonała powolny zwrot w
tył, a potem zaczęła się od niego oddalać. Potknęła się na
kamieniu, nieomal wywracając, ale kontynuowała marsz, wiernie
wykonując rozkazy swojego... męża? Pana? Twórcy?
,,Jesteś
odpowiedzialny za to, co stworzyłeś" - przemknęło przez myśl
Nekromancie.
,,Wracaj"
- powiedział. Kobieta odwróciła się w jego stronę. Wyszedł na
jej spotkanie. Kiedy stanął przed nią, położył jej ręce na
ramionach. Chwilę tak trwali. W końcu Nekromanta wybuchnął
śmiechem. Rechotał histerycznie, jakby chciał wypluć własne
płuca, rechotał tak, że wszystkie szakale kuliły się w swoich
norach ze strachu. Żona stała, spokojna spokojem danym przez
Śmierć, a w jej szklistych oczach mężczyzna odnalazł akceptację
dla swoich planów.
,,Pójdź,
kochana! Wracamy do domu!" - krzyknął, a potem w porywie
wycisnął pocałunek na zimnych ustach kobiety. Wciąż się
śmiejąc, ruszył w stronę osady, a jego nieumarła towarzyszka
wiernie szła krok w krok za nim.
Cóż
tak bawiło byłego garncarza?
Dlaczego
stał się Nekromantą? Bo konieczność robienia urn pogrzebowych
natchnęła go niewesołymi myślami, które doprowadziły go do
paktu ze Śmiercią. A dlaczego musiał robić urny? Bo jego
ziomkowie wierzyli, że kremowanie zmarłych uchroni ich przed żywymi
trupami.
Cóż,
już niedługo ich najgorsze lęki przybiorą realne kształty.
,,Już
niedługo będziesz miała towarzystwo, kochanie! Wiele sług... A
kto wie, może nawet uda mi się sprawić, że nasi synkowie
powrócą... Co prawda jeden z nich już nieco przegnił, ale czego
się nie robi z miłości?" - krzyknął Nekromanta. A potem, w
nagłym przebłysku, wygłosił słowa, które miały stać się
kredo wszystkich nekromantów, aż po krańce czasów, aż świat
sczeźnie i powróci do Pustki, z której powstał.
,,Życie
ze śmierci wyrasta. Życie śmiercią się karmi. Życie ku śmierci
podąża".
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380898775612100&id=380885352280109
Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380898775612100&id=380885352280109
poniedziałek, 18 lipca 2016
"Wielka Wojna Sukcesyjna" - gra paragrafowa
Oto druga (po "Krętych Drogach) moja paragrafówka. Jest
odrobinę (ale tylko odrobinę) bardziej oryginalna i rozbudowana.
Założenie jest dosyć sztampowe, choć w "interaktywnej fikcji" chyba nie
było jeszcze użyte. Miejscem akcji jest niegdyś potężne Imperium (jak
wspominałem, sztampa). Ostatni cesarz umarł, nie pozostawiając męskiego
potomka, w związku z czym imperialni możnowładcy rozpoczęli krwawy spór o
koronę. Do konfliktu mieszają się też
inne potężne frakcje, takie jak Imperialny Senat czy Kościół
Hierarchistyczny, a także stłamszeni wyznawcy starych, pogańskich bogów
pragnący wykorzystać wojenny chaos, by wyjść z podziemia i na nowo
wznieść sztandar swojej wiary. Co gorsza, ościenne mocarstwa są gotowe
wkroczyć z interwencją, by ugrać coś dla siebie. Alter ego gracza jest
dawnym żołnierzem, który po zakończeniu służby osiadł na wsi, aby pędzić
żywot spokojnego kmiecia. Ale pewnego dnia wojna domowa wkracza do jego
osady i bohater zostaje wplątany w wir wydarzeń.
Z początku gracz kieruje jedynie własną osobą i niewielką grupą towarzyszy broni, ale w miarę rozwoju historii może uzyskać większy wpływ na wydarzenia rozgrywające się w Imperium. Czytelnik będzie dowodził oddziałami i armiami, piął się w hierarchii, zawierał sojusze i zdradzał swoich mocodawców, knuł spiski lub dokonywał bohaterskich czynów. Od jego wyborów będzie zależało to, czy jego frakcja zwycięży w wojnie, czy pomoże zasiąść na tronie komuś innemu, czy też sam zdobędzie władzę nad Imperium, czy doprowadzi państwo do rozkwitu, czy upadku, czy utwierdzi cesarską władzę, czy przekształci kraj w republikę, czy ugnie kolana przed Kościołem, czy poprowadzi wyznawców starych bogów do zemsty - i tak dalej, i tak dalej. Przewidziane są też wątki romantyczne (choć muszę przyznać, że wyszły mi wyjątkowo sztywno i kiczowato), choćby dlatego, że mariaże też są narzędziem polityki.
Gra liczy 813 paragrafów, ale ze względu na bardzo duże rozgałęzienie fabuły, jednorazowe ukończenie gry zamyka się w liczbie 8-13 wyborów, choć w ten sposób czytelnik ujrzy jedynie niewielki fragment wszystkich możliwości. Paragrafy są dosyć długie, większość z nich zajmuje ok. strony A4.
Niestety, nie jestem zadowolony z jakości mojej własnej pracy. Konieczność opisania każdej możliwości sprawiła, że nie miałem czasu, sił i natchnienia by skupić się na rozbudowanych i "literackich" opisach oraz dialogach - w efekcie, miejscami gra bardziej przypomina streszczenie wydarzeń, niż "interaktywną powieść", a w niektóre fragmenty są dosyć grafomańskie. Tym niemniej, jeśli ktoś ma czas i ochotę, zapraszam do zapoznania się z tym wytworem i wyrażenia swojej opinii.
Format pdf - http://www.mediafire.com/file/5jzmdeyuqpogtyo/Wielka_Wojna_Sukcesyjna_1.5.pdf/file
Tutaj link do polubienia facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380890482279596&id=380885352280109
Z początku gracz kieruje jedynie własną osobą i niewielką grupą towarzyszy broni, ale w miarę rozwoju historii może uzyskać większy wpływ na wydarzenia rozgrywające się w Imperium. Czytelnik będzie dowodził oddziałami i armiami, piął się w hierarchii, zawierał sojusze i zdradzał swoich mocodawców, knuł spiski lub dokonywał bohaterskich czynów. Od jego wyborów będzie zależało to, czy jego frakcja zwycięży w wojnie, czy pomoże zasiąść na tronie komuś innemu, czy też sam zdobędzie władzę nad Imperium, czy doprowadzi państwo do rozkwitu, czy upadku, czy utwierdzi cesarską władzę, czy przekształci kraj w republikę, czy ugnie kolana przed Kościołem, czy poprowadzi wyznawców starych bogów do zemsty - i tak dalej, i tak dalej. Przewidziane są też wątki romantyczne (choć muszę przyznać, że wyszły mi wyjątkowo sztywno i kiczowato), choćby dlatego, że mariaże też są narzędziem polityki.
Gra liczy 813 paragrafów, ale ze względu na bardzo duże rozgałęzienie fabuły, jednorazowe ukończenie gry zamyka się w liczbie 8-13 wyborów, choć w ten sposób czytelnik ujrzy jedynie niewielki fragment wszystkich możliwości. Paragrafy są dosyć długie, większość z nich zajmuje ok. strony A4.
Niestety, nie jestem zadowolony z jakości mojej własnej pracy. Konieczność opisania każdej możliwości sprawiła, że nie miałem czasu, sił i natchnienia by skupić się na rozbudowanych i "literackich" opisach oraz dialogach - w efekcie, miejscami gra bardziej przypomina streszczenie wydarzeń, niż "interaktywną powieść", a w niektóre fragmenty są dosyć grafomańskie. Tym niemniej, jeśli ktoś ma czas i ochotę, zapraszam do zapoznania się z tym wytworem i wyrażenia swojej opinii.
Format pdf - http://www.mediafire.com/file/5jzmdeyuqpogtyo/Wielka_Wojna_Sukcesyjna_1.5.pdf/file
Tutaj link do polubienia facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380890482279596&id=380885352280109
"Kręte drogi" - gra paragrafowa
Tytułem wyjaśnienia. Gra paragrafowa jest to utwór stanowiący
połączenie literatury i gry. Czytelnik co jakiś czas może podjąć
decyzję, mającą wpływ na dalszy rozwój fabuły. Przykładowo - czytam o
tym, jak główny bohater idzie przez las. W pewnym momencie dowiaduję, że
że bohater natyka się na zbójców i otrzymuję dwie opcje do wyboru -
niech bohater odda bandytom swój dobytek, albo niech spróbuje walczyć. W
zależności od wyboru, przechodzę do strony,
która opisuje wydarzenia związane z daną opcją (paragrafówek nie czyta
się linearnie, od strony pierwszej do ostatniej - jest ona podzielona na
"paragrafy", czyli swego rodzaju sceny/rozdziały, które razem tworzą
drzewko/sieć rozgałęzień fabuły). Dlatego też każdą paragrafówkę warto
czytać kilka razy (no chyba, że jest bardzo słaba ;),
tak, aby zobaczyć, jak historia zmienia się w zależności od wyborów
gracza. Niektóre paragrafówki idą bardziej w stronę typowych gier i
wprowadzają elementy mechaniki rodem z RPG, czy też elementy losowe.
"Kręte drogi" to moja pierwsza gra paragrafowa. Fabuła jest dosyć sztampowa - ratujemy krainę przed zagładą (albo pomagamy siłom zła siać wzmiankowaną zagładę). Nie jest również długa - zawiera kilkadziesiąt paragrafów (rozbudowane gry mają po kilkaset), a jej pojedyncze "przejście" zabiera max. pół godziny. Była ona dla mnie swoistą "wprawką", na której uczyłem się tworzyć paragrafówki, a dla osób nie znających tego gatunku może stanowić wprowadzenie w świat paragrafówek.
Gra została zrecenzowana na portalu Paragrafka: http://www.paragrafka.pl/krete-drogi/
Tutaj link do pobrania:
http://www.mediafire.com/?3u57crvdz9cj5y6
Tutaj link do polubienia na Facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380889162279728&id=380885352280109
"Kręte drogi" to moja pierwsza gra paragrafowa. Fabuła jest dosyć sztampowa - ratujemy krainę przed zagładą (albo pomagamy siłom zła siać wzmiankowaną zagładę). Nie jest również długa - zawiera kilkadziesiąt paragrafów (rozbudowane gry mają po kilkaset), a jej pojedyncze "przejście" zabiera max. pół godziny. Była ona dla mnie swoistą "wprawką", na której uczyłem się tworzyć paragrafówki, a dla osób nie znających tego gatunku może stanowić wprowadzenie w świat paragrafówek.
Gra została zrecenzowana na portalu Paragrafka: http://www.paragrafka.pl/krete-drogi/
Tutaj link do pobrania:
http://www.mediafire.com/?3u57crvdz9cj5y6
Tutaj link do polubienia na Facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380889162279728&id=380885352280109
Fantastyczne ideologie
(Notka jest zmodyfikowaną wersją tekstu, który kiedyś opublikowałem na Poltergeiście).
Spokojnie, ta notka nie ma na celu flejmu światopoglądowego. Bo też nie nie będę się zajmował ocenianiem realnie istniejących religii i filozofii. Chodzi mi raczej o prezentowanie propozycji nurtów myślowych i organizacji, które można by wprowadzić na sesji RPG. Generalnie w tej dziedzinie z oryginalnością w większości istniejących systemów jest dosyć krucho - np. jeśli chodzi o religię, to na ogół mamy do czynienia ze sztampowymi panteonami typu "Bóg gromów, bóg morza, bóg śmierci" albo z wariacjami na temat jakiegoś "parachrześcijaństwa". Oczywiście, są wyjątki - tu np. warto wskazać na Planescape ze swoimi frakcjami. Będę starał się podawać pomysły na nurty, które w jakiś sposób się odróżniają do "kanonu" i nie są też prostą kalką realnie istniejących światopoglądów. Będą to opisy na tyle ogólnikowe i generyczne, żeby można je było zastosować do wszystkich/większości settingów. Jeśli pomysł spotka się z jakimkolwiek zainteresowaniem, będę kontynuować serię (stąd dopisek w nawiasie w tytule, bo raczej się tego nie spodziewam).
Dodam, że opisywanie ideologie mogą zawierać pewne logiczne niespójności, a nawet być celowo idiotyczne. Bo też nie mam na celu stworzyć Jedynie Słusznego systemu filozoficznego, a potem na Was na niego nawrócić, ile po prostu powymyślać różne nurty, których zwolennikami mogą być członkowie fantastycznych frakcji w fantastycznych światach. Z większością zaprezentowanych poglądów sam się nie zgadzam :D
Na początek dwa przykłady - jeden czysto religijny, drugi nie.
Wojujący Kościół Milczącego Stwórcy
Deizm nie jest ideą nową. Tyle, że w realu na ogół prowadzi do obojętności religijnej - skoro Bóg/bogowie nie ingerują w świat, to nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Co jednak, jeśli weźmiemy deistów, który wierzą w biernego Boga tak głęboko i żarliwie, aż do tego stopnia, że gotowi są zabić w w imię swych poglądów?
WKMS zasadza się na założeniu, że jeśli Bóg jest doskonały, to stworzony przez niego świat także jest doskonały. W związku z tym, przyjmowanie jakichkolwiek bieżących ingerencji bóstwa w rzeczywistość materialną jest bluźnierstwem. Bóg, który dokonuje cudów, jest kiepskim mechanikiem, który stworzył kiepską, zawodną machinę, która nie potrafi funkcjonować bez ciągłego nadzoru i którą trzeba praktycznie bez przerwy naprawiać i ulepszać. Wg WKMS Stwórca jest doskonałym architektem, który stworzył doskonałe, a co za tym idzie - samowystarczalne dzieło.
Jak te założenia przekładają się na praktykę? Kult w WKMS mocno odbiega od tego, obecnego w innych religiach. Brak jest jakiegokolwiek składania ofiar, czy choćby modlitw błagalnych. Są one nie tylko nie zalecane, ale zdecydowanie zakazane. Bóg jest doskonały i wszechwiedzący, sposób, w jaki zaplanował świat jest najlepszym z możliwych, więc śmiertelna istota, która próbuje za pomocą szantażu emocjonalnego czy przekupstwa wpłynąć na Boga w celu zmiany jest głupcem (bo jej działanie jest bezsensowne) i heretykiem (bo prosząc Stwórcę o ingerencję zakłada, że boski plan zawiódł i jego twórca musi wprowadzić poprawkę). Funkcjonują jedynie modlitwy dziękczynne - aczkolwiek Stwórcy do niczego nie potrzebne są hołdy składane przez śmiertelników, to moralnym jest wysławianie Jego doskonałości i dziękowanie za stworzenie (podobnie, jak np. moralnym jest, aby żebrak podziękował bogaczowi za jałmużnę, choć realnie temu bogaczowi podziękowanie żebraka w niczym nie pomoże ani nie zaszkodzi). Drugim ważnym elementem nabożeństw są umoralniające kazania. Swoisty fatalizm WKMS nie zakłada bierności jego wyznawców - wręcz przeciwnie. Rozwijając swoje ciało, umysł i ducha. aktywnie działając dla dobra swego otoczenia stajesz się w pełni funkcjonującym trybikiem Boskiej Maszyny. Oczywiście, jeśli tego nie będziesz robić, to i tak owa Maszyna nie zawiedzie - wszak jest doskonała - ale nie zmienia to faktu, że będziesz godnym pogardy śmieciem.
Natomiast zdecydowanie aktywnie wyznawcy WKMS podchodzą do osób innego wyznania. Aktywnie i nieodmiennie agresywnie. Konflikty mogą prowadzić do ciekawych dyskusji, ukazujących odmienność rozumowania wyznawców Milczącego Stwórcy. Załóżmy, że w tym samym świecie istnieje normalny, sztampowy panteon fantasy z bogami, którzy wtrążalają się w sprawy swoich czcicieli, dają kapłanom czary itd. Wyznawca takiego panteonu powie członkowi WKMS "Ale przecież nasi bogowie są prawdziwi, pomagają nam, zresztą szwagier na własne oczy widział, jak Bóg Sprawiedliwości zstąpił na ziemię, żeby porazić przestępców". Na co wyznawca Milczącego Stwórcy odpowie "No właśnie przecież to, że wam pomagają świadczy o tym, że są fałszywymi bogami! Prawdziwy bóg od początku stworzyłyby świat taki, jakim chciałby, żeby był. A to są jacyś podszywacze, którzy próbują zdobyć popularność dzięki jarmarcznym sztuczkom". Dyskusja z ateistą też byłaby ciekawa. "Udowodnij, że twój bóg jest prawdziwy!" "Nic prostszego. Mój bóg jest prawdziwy, gdyż nikt go nigdy nie widział i nie zobaczy, nigdy się do nas nie odezwał i nie odezwie, nigdy nie uczynił dla nas żadnego znaku ani cudu. Mogę ci wykazać, że nigdy, w całej ludzkiej historii nie ma ani jednego przypadku jego objawienia, a ni pokazu mocy, które by mogło dowieść, że to fałszywy bożek". Dodajmy, że jeśli kiedyś w łonie WKMS pojawi się jakiś prorok, głoszący że otrzymuje wizje od Stwórcy i czyniący cuda, to z miejsca zostanie uznany za heretyka. A jeśli jego cuda będą faktycznie działać, to dodatkowo za groźnego czarnoksiężnika - przecież prawdziwy bóg nigdy, przenigdy nie uzdrowiłby chorego, ani nie wskrzesiłby zmarłego.
Z jednej strony członkowie WKMS mogą być ekstremalnymi konserwatystami, doprowadzającymi do skrajności zasadę, że nie nalezy poprawiać Boga. Budowanie wozów jest herezją, bo gdyby Stwórca planował, że ludzie mają się poruszać w taki sposób, od początku stworzyłby ich z kołami zamiast nóg. Z drugiej strony mogą być, przy całym swoim braku tolerancji, największymi orędownikami postępu i poszerzania wiedzy - głęboka wiara w brak możliwości boskiej interwencji sprawia, że zakładają, że człowiek musi sam, własnym rozumem i siłami dbać o siebie. Ponadto, skoro świat stworzony przez Stwórcę jest doskonałym mechanizmem, to grzechem byłoby nie poznawać doskonałych praw nim rządzących i wykorzystywać ich. Równie dobrze, mogą występować obie frakcje i może dochodzić między nimi do wojen.
Nekromanci, jako darwiniści społeczni
Dlaczego nekromancie są nekromantami? Najczęstsze są dwie odpowiedzi. Pierwsza opcja ukazuje ich jako cynicznych, egoistycznych łotrów, którzy mroczną sztukę stosują dla zwyczajnej korzyści, dla stworzenia armii nieumarłych i zdobycia władzy nad światem. Druga, wręcz przeciwnie - jako fanatyków, wierzących, że życie to ohydna abominacja, którą za wszelką cenę trzeba usunąć (czyli nie tyle zapanować nad światem, co go zniszczyć). Czasem pojawia się też trzecia opcja - nekromanci jako "taoiści", którzy walczą o otrzymanie równowagi pomiędzy życiem a śmiercią.
Ideologia, którą chcę zaprezentować, najbliższa jest opcjom 1 i 2. Z tymże, "moi" nekromanci nie wychodzą z idealistycznego założenia, że równowaga między życiem a śmiercią jest wartością, o którą trzeba walczyć. Oni stwierdzają, że z empirycznej obserwacji wynika, że obiektywnym faktem jest to, że bez śmierci nie może istnieć życie, czy się to komu podoba, czy nie. Nie ma sensu walczyć o "śmierć", bo to jakby walczyć w obronie grawitacji. To dzięki śmierci możliwe są akty będące najczystszą afirmacją życia - poczęcie i narodziny. Gdyby nie istniała śmierć, nie mogłyby rodzić się nowe istoty, gdyż po prostu zabrakłoby miejsca i zasobów. Z drugiej strony, śmierć "umacnia" życie - eliminuje najsłabsze osobniki, pozostawiając miejsce i możliwość rozwoju dla silniejszych, tym samym przyczyniając się do wzmocnienia całego gatunku, a szerzej - zbiorowości wszystkich żyjących stworzeń. Śmierć, jest jak ogrodnik, który przycina pędy winorośli, dzięki czemu cała roślina lepiej rośnie.
A skoro tak to działa, to czemu z tego nie korzystać? Wszak lepiej być silniejszym, niż słabszym. Dodatkowo, dążenie do własnej potęgi po trupach słabszych od siebie nie jest jedynie aktem egoizmu - jest działaniem dla dobra ogółu! A najdoskonalszym do tego środkiem jest właśnie nekromancja. Nekromancja nie tylko eliminuje słabych (dzięki zaklęciom ofensywnym), ale sprawia, że nawet po śmierci mogą się oni przysłużyć silniejszym - jako nieumarli słudzy. Co więcej, wymiatając słabych, pozwala przedłużać egzystencję najbardziej wartościowych jednostek (dzięki wampiryzmowi, przemianie w lisza itd.). A zatem jest jeszcze efektywniejszym sposobem na rozwój społeczeństwa, niż zwykły dobór naturalny!
Z tego punktu tok myślenia nekromantów może iść w dwóch kierunkach. Jeden to kierunek "totalitaryzmu" - nekromanci powinni przejąć władzę a potem decydować, kto może żyć, kto przyda się jedynie jako zombie, a kto powinien otrzymać nieśmiertelność. Drugi to kierunek "liberalny" - żadnego centralnego sterowania, najlepszy jest ciągły konflikt, w którym w praktyce okaże się kto zasługiwał na dalszą egzystencję, a kto nie. Bo jeśli ktoś przegrał i został zamieniony w zombie, to znaczy, że był słaby i na to zasługiwał.
Odmienny od stereotypowego może być też styl bycia takich nekromantów. Nekromanta nie musi być bladym chudzielcem w przesiąkniętej trupim zapachem czarnej szacie. Może być charyzmatycznym liderem grupy ludzi, myślących, podobnie jak on. Może być żyjącym pełnią życia hedonistą i sybarytą. Może posiadać rodzinę. Może być całkiem normalnym człowiekiem, który wychodzi z założenia, że "Świat funkcjonuje tak, a nie inaczej. Śmierć wynosi silnych, niszczy słabych. W porządku. Ale to nie znaczy, że mam się poświęcać walce o eliminację słabych, biegać po ulicy i mordować ludzi. Mnie obchodzi tyle, żebym to ja i moi bliscy znaleźli się w gronie silnych. Więc będę działał na rzecz dobra swojego i ich, a reszta mnie nie obchodzi. Innych będę miażdżył wtedy, gdy wejdą nam w drogę - a jeśli nam nie przeszkadzają, niech sobie żyją, co mnie to obchodzi".
Odkupiciele
Wiele prawdziwych religii zakłada, że "cierpienie uszlachetnia", np. pomagając odkupić winy, co pozwala po śmierci uzyskać raj, lub lepsze wcielenie w przypadku reinkarnacji. Jednocześnie większość religii zakłada, że zadawanie innym cierpienia jest czymś złym. Ktoś mógłby uznać, że zachodzi tu pewna niekonsekwencja - i kimś takim są Odkupiciele.
Odkupiciele zakładają, że najszlachetniejszym czynem wobec bliźniego jest dręczenie go. Im więcej jego dusza wycierpi na ziemi, tym bardziej się oczyści i tym większych łask dostąpi w zaświatach. Tortury są najskuteczniejszym sakramentem. Tortury nieodmiennie kończą się śmiercią. Skoro Odkupiciele oczyścili jakąś duszę poprzez ból, chcą ją natychmiast posłać do raju, żeby nie było ryzyka, że w międzyczasie na nowo splami się przyjemnością i ziemskim szczęściem. Kiedy hordy Odkupicieli przybywają do miasta, jedynym sposobem na przeżycie jest dołączenie do nich i zadeklarowanie, że jest się gotowym odsunąć w czasie własne zbawienie, tak, aby móc ponieść łaskę cierpienia innym. Z czasem tacy akolici, którzy dołączyli do kultu tylko po to, żeby uniknąć śmierci, biorąc udział w niezliczonych torturach na "parafianach" z innych miast degenerują się, osiągając podobny stopień szaleństwa i fanatyzmu, co starzy członkowie.
Z drugiej strony, dobrobyt prowadzi do nadmiernego przywiązania do dóbr materialnych, co może przeszkadzać w zbawieniu... więc dalejże, niszczyć pola i manufaktury.
Oczywiście, Odkupiciele uważają się za prawowiernych wyznawców lokalnych dobrych bóstw. Z tego powodu zwalczają z wielkim zapałem kultystów należących do religii czczących bóstwa uznawane za złe lub demoniczne. Aczkolwiek w takim przypadku Odkupiciele starają się zadawać śmierć w możliwie bezbolesny i humanitarny sposób - tak, aby nie otwierać heretykom drogi do raju. Znane są nawet sytuacje, kiedy Odkupiciele przed wykonaniem egzekucji na demonolatrach urządzali im orgie, żeby ich dusze nasiąknięte przyjemnością powędrowały po śmierci prosto do piekła.
Odkupiciele różnią się od stereotypowych "obłudnych i złych inkwizytorów" postawą. O ile Ci drudzy na ogół tortury i egzekucje motywują w stylu:"Przykro mi, że muszę ci zadawać ból, uwierz mi, nie sprawi mi to przyjemności, to zło konieczne, aby uratować twą duszę", o tyle Odkupiciele entuzjastycznie stwierdzają: "Bardzo się cieszę, że mogę ci pomóc! Nie martw się, jestem jednym z najlepszych katów, przeżyjesz ból, jakiego do tej pory nie byłeś w stanie sobie wyobrazić! Raduj się, bo twoje zbawienie jest pewne!"
Porzućcie wszelką nadzieję
Ten pomysł w pewnym stopniu wpisuje się w tzw "mitologię Cthulhu" tyle, że zakłada otwartą walkę z niewypowiedzianymi horrorami.
Większość ideologii opiera się na nadziei. Nawet zbudowane na agresji i ksenofobii doktryny zawierają swego rodzaju optymizm "Obcy spiskują, niszczą Naszych, są straszliwym zagrożeniem... Ale pod kierunkiem Wodza dokopiemy Obcym i pokażemy, że Nasi są silniejsi!". Nawet religie przepowiadające widowiskową apokalipsę z reguły zakładają, że to będzie wstęp do powstania nowego, lepszego świata...
A co, jeśli ludzie przyznają, że nie ma żadnej nadziei? Wynik walki dobra ze złem nie jest przesądzony na korzyść tego pierwszego, ba, nawet nie jest niepewny. Dobro przegrało tę walkę, jeszcze zanim się ona zaczęła. Zło nie jest brakiem dobra - jest istotą wszechrzeczy, to dobro jest ewenementem i efemerydą.
Bogowie to zgraja psychopatów i sadystów. Wieki temu stworzyli ludzkość po to, żeby czerpać przyjemność z jej dręczenia... a może jako źródło pożywienia? W każdym razie pośród bogów pojawił się jakiś odszczepieniec, który z niejasnych powodów zapałał sympatią do ludzi... a może po prostu chciał zrobić na złość innym bóstwom? Niezależnie co nim kierowało, odgrodził świat ludzi przed ich wpływami. Od tej pory bogowie bezustannie szturmują tę barierę. Jak na razie osłabili ją na tyle, że mogą przenikać przez nią tylko demony - ich słudzy. Ale z każdym stuleciem zapora słabnie. Przedziera się przez nią coraz więcej demonów. Pewnego dnia przedrą się sami bogowie - pytaniem jest tylko "kiedy" - a Bóg Zdrajca ich nie powstrzyma, większość swojej mocy zużył na stworzenie bariery (a może wręcz poświęcił się, zmieniając w nią?). Zemsta panteonu będzie straszna.
I nie ma absolutnie żadnej nadziei na to, że uda się uniknąć zwycięstwa bogów. Nie ma też nadziei na żadne życie po śmierci, które wynagrodziłoby cierpienia przez nich zadawane. Jeśli nawet Bogu-Zdrajcy udało się stworzyć jakieś własne zaświaty, gdzie mogą w spokoju istnieć dusze zmarłych, to pewnego dnia bogowie dotrą i do nich i zamienią w najokropniejsze piekło, jakie można sobie wyobrazić.
Oczywiście, nie wszyscy wyznawcy Boga Zdrajcy muszą znać tę historię. Może prawdziwy obraz rzeczy mają jedynie hierarchowie kościoła, a wiernych mamią opowieściami o tym, jak to ich Bóg - rzecz jasna Najwyższy Bóg i Stwórca świata - chroni ich przed podłymi, upadłymi demonami oraz o tym, że wydawać się może czasem, że zło przeważy, ale w ostatecznym rozrachunku dobro zwycięży. I wcale nie muszą kłamać z powodu cynizmu, czy ocieplania wizerunku. Po prostu uznają, że jeśli i tak wszystko jest stracone, to nie ma po co straszyć ludzi, lepiej pozwolić ich choć trochę pożyć w spokoju ze złudną nadzieją...
Ponoć Oscar Wilde powiedział "Nie ma książek moralnych i niemoralnych. Są książki napisane dobrze, lub źle". Każdy Tkacz przyklasnąłby tym słowom i dodałby "W ogóle nie ma dobra, ani zła. Zdarzenia, czyny i ludzi należy dzielić na nudne i przyziemne oraz na te, które są warte opowieści". Tkacz Opowieści nie ogranicza się do przelewania na papier, czy układania na piśmie opisów zaszłych wydarzeń, lub wymyślania fikcyjnych historii... On sztukę tworzenia opowieści przenosi na wyższy wymiar - kształtuje życie swoje i innych tak, aby warte było eposu, czy chociaż ballady.
Problem w tym, że opowieść potrzebuje konfliktu. Problemów, z którymi mogliby zmierzyć się jej bohaterowie. Spokojne, szczęśliwe, pozbawione trosk i niepokoju życie to coś, o czym marzy ogromna większość ludzi... I coś, czym Tkacze gardzą najbardziej na świecie. A kiedy brakuje konfliktu, trzeba go stworzyć. Takie działania mogą mieć różny charakter. Jeśli Tkacz chce stworzyć historię obyczajową, na przykład dramat, może ograniczyć się do towarzyskich intryg - na przykład skłócenia przykładnego małżeństwa. Jeśli pragnie eposu o bohaterskich czynach może dajmy na to, sprowadzić potwora, który będzie nękał miasto, albo wywołać wojnę między dwoma narodami. Pół biedy, gdy Tkacz chce stworzyć opowieść z happy endem. Wówczas pozwoli "bohaterom opowieści" pokonać przeszkody, albo nawet sam im w tym pomoże. Gorzej, jeśli marzy mu się prawdziwa tragedia i będzie dążył do tego, żeby zniszczyć swoje "postaci"... Oczywiście po to, żeby później móc wzruszyć się ich tragicznym losem.
Spokojnie, ta notka nie ma na celu flejmu światopoglądowego. Bo też nie nie będę się zajmował ocenianiem realnie istniejących religii i filozofii. Chodzi mi raczej o prezentowanie propozycji nurtów myślowych i organizacji, które można by wprowadzić na sesji RPG. Generalnie w tej dziedzinie z oryginalnością w większości istniejących systemów jest dosyć krucho - np. jeśli chodzi o religię, to na ogół mamy do czynienia ze sztampowymi panteonami typu "Bóg gromów, bóg morza, bóg śmierci" albo z wariacjami na temat jakiegoś "parachrześcijaństwa". Oczywiście, są wyjątki - tu np. warto wskazać na Planescape ze swoimi frakcjami. Będę starał się podawać pomysły na nurty, które w jakiś sposób się odróżniają do "kanonu" i nie są też prostą kalką realnie istniejących światopoglądów. Będą to opisy na tyle ogólnikowe i generyczne, żeby można je było zastosować do wszystkich/większości settingów. Jeśli pomysł spotka się z jakimkolwiek zainteresowaniem, będę kontynuować serię (stąd dopisek w nawiasie w tytule, bo raczej się tego nie spodziewam).
Dodam, że opisywanie ideologie mogą zawierać pewne logiczne niespójności, a nawet być celowo idiotyczne. Bo też nie mam na celu stworzyć Jedynie Słusznego systemu filozoficznego, a potem na Was na niego nawrócić, ile po prostu powymyślać różne nurty, których zwolennikami mogą być członkowie fantastycznych frakcji w fantastycznych światach. Z większością zaprezentowanych poglądów sam się nie zgadzam :D
Na początek dwa przykłady - jeden czysto religijny, drugi nie.
Wojujący Kościół Milczącego Stwórcy
Deizm nie jest ideą nową. Tyle, że w realu na ogół prowadzi do obojętności religijnej - skoro Bóg/bogowie nie ingerują w świat, to nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Co jednak, jeśli weźmiemy deistów, który wierzą w biernego Boga tak głęboko i żarliwie, aż do tego stopnia, że gotowi są zabić w w imię swych poglądów?
WKMS zasadza się na założeniu, że jeśli Bóg jest doskonały, to stworzony przez niego świat także jest doskonały. W związku z tym, przyjmowanie jakichkolwiek bieżących ingerencji bóstwa w rzeczywistość materialną jest bluźnierstwem. Bóg, który dokonuje cudów, jest kiepskim mechanikiem, który stworzył kiepską, zawodną machinę, która nie potrafi funkcjonować bez ciągłego nadzoru i którą trzeba praktycznie bez przerwy naprawiać i ulepszać. Wg WKMS Stwórca jest doskonałym architektem, który stworzył doskonałe, a co za tym idzie - samowystarczalne dzieło.
Jak te założenia przekładają się na praktykę? Kult w WKMS mocno odbiega od tego, obecnego w innych religiach. Brak jest jakiegokolwiek składania ofiar, czy choćby modlitw błagalnych. Są one nie tylko nie zalecane, ale zdecydowanie zakazane. Bóg jest doskonały i wszechwiedzący, sposób, w jaki zaplanował świat jest najlepszym z możliwych, więc śmiertelna istota, która próbuje za pomocą szantażu emocjonalnego czy przekupstwa wpłynąć na Boga w celu zmiany jest głupcem (bo jej działanie jest bezsensowne) i heretykiem (bo prosząc Stwórcę o ingerencję zakłada, że boski plan zawiódł i jego twórca musi wprowadzić poprawkę). Funkcjonują jedynie modlitwy dziękczynne - aczkolwiek Stwórcy do niczego nie potrzebne są hołdy składane przez śmiertelników, to moralnym jest wysławianie Jego doskonałości i dziękowanie za stworzenie (podobnie, jak np. moralnym jest, aby żebrak podziękował bogaczowi za jałmużnę, choć realnie temu bogaczowi podziękowanie żebraka w niczym nie pomoże ani nie zaszkodzi). Drugim ważnym elementem nabożeństw są umoralniające kazania. Swoisty fatalizm WKMS nie zakłada bierności jego wyznawców - wręcz przeciwnie. Rozwijając swoje ciało, umysł i ducha. aktywnie działając dla dobra swego otoczenia stajesz się w pełni funkcjonującym trybikiem Boskiej Maszyny. Oczywiście, jeśli tego nie będziesz robić, to i tak owa Maszyna nie zawiedzie - wszak jest doskonała - ale nie zmienia to faktu, że będziesz godnym pogardy śmieciem.
Natomiast zdecydowanie aktywnie wyznawcy WKMS podchodzą do osób innego wyznania. Aktywnie i nieodmiennie agresywnie. Konflikty mogą prowadzić do ciekawych dyskusji, ukazujących odmienność rozumowania wyznawców Milczącego Stwórcy. Załóżmy, że w tym samym świecie istnieje normalny, sztampowy panteon fantasy z bogami, którzy wtrążalają się w sprawy swoich czcicieli, dają kapłanom czary itd. Wyznawca takiego panteonu powie członkowi WKMS "Ale przecież nasi bogowie są prawdziwi, pomagają nam, zresztą szwagier na własne oczy widział, jak Bóg Sprawiedliwości zstąpił na ziemię, żeby porazić przestępców". Na co wyznawca Milczącego Stwórcy odpowie "No właśnie przecież to, że wam pomagają świadczy o tym, że są fałszywymi bogami! Prawdziwy bóg od początku stworzyłyby świat taki, jakim chciałby, żeby był. A to są jacyś podszywacze, którzy próbują zdobyć popularność dzięki jarmarcznym sztuczkom". Dyskusja z ateistą też byłaby ciekawa. "Udowodnij, że twój bóg jest prawdziwy!" "Nic prostszego. Mój bóg jest prawdziwy, gdyż nikt go nigdy nie widział i nie zobaczy, nigdy się do nas nie odezwał i nie odezwie, nigdy nie uczynił dla nas żadnego znaku ani cudu. Mogę ci wykazać, że nigdy, w całej ludzkiej historii nie ma ani jednego przypadku jego objawienia, a ni pokazu mocy, które by mogło dowieść, że to fałszywy bożek". Dodajmy, że jeśli kiedyś w łonie WKMS pojawi się jakiś prorok, głoszący że otrzymuje wizje od Stwórcy i czyniący cuda, to z miejsca zostanie uznany za heretyka. A jeśli jego cuda będą faktycznie działać, to dodatkowo za groźnego czarnoksiężnika - przecież prawdziwy bóg nigdy, przenigdy nie uzdrowiłby chorego, ani nie wskrzesiłby zmarłego.
Z jednej strony członkowie WKMS mogą być ekstremalnymi konserwatystami, doprowadzającymi do skrajności zasadę, że nie nalezy poprawiać Boga. Budowanie wozów jest herezją, bo gdyby Stwórca planował, że ludzie mają się poruszać w taki sposób, od początku stworzyłby ich z kołami zamiast nóg. Z drugiej strony mogą być, przy całym swoim braku tolerancji, największymi orędownikami postępu i poszerzania wiedzy - głęboka wiara w brak możliwości boskiej interwencji sprawia, że zakładają, że człowiek musi sam, własnym rozumem i siłami dbać o siebie. Ponadto, skoro świat stworzony przez Stwórcę jest doskonałym mechanizmem, to grzechem byłoby nie poznawać doskonałych praw nim rządzących i wykorzystywać ich. Równie dobrze, mogą występować obie frakcje i może dochodzić między nimi do wojen.
Nekromanci, jako darwiniści społeczni
Dlaczego nekromancie są nekromantami? Najczęstsze są dwie odpowiedzi. Pierwsza opcja ukazuje ich jako cynicznych, egoistycznych łotrów, którzy mroczną sztukę stosują dla zwyczajnej korzyści, dla stworzenia armii nieumarłych i zdobycia władzy nad światem. Druga, wręcz przeciwnie - jako fanatyków, wierzących, że życie to ohydna abominacja, którą za wszelką cenę trzeba usunąć (czyli nie tyle zapanować nad światem, co go zniszczyć). Czasem pojawia się też trzecia opcja - nekromanci jako "taoiści", którzy walczą o otrzymanie równowagi pomiędzy życiem a śmiercią.
Ideologia, którą chcę zaprezentować, najbliższa jest opcjom 1 i 2. Z tymże, "moi" nekromanci nie wychodzą z idealistycznego założenia, że równowaga między życiem a śmiercią jest wartością, o którą trzeba walczyć. Oni stwierdzają, że z empirycznej obserwacji wynika, że obiektywnym faktem jest to, że bez śmierci nie może istnieć życie, czy się to komu podoba, czy nie. Nie ma sensu walczyć o "śmierć", bo to jakby walczyć w obronie grawitacji. To dzięki śmierci możliwe są akty będące najczystszą afirmacją życia - poczęcie i narodziny. Gdyby nie istniała śmierć, nie mogłyby rodzić się nowe istoty, gdyż po prostu zabrakłoby miejsca i zasobów. Z drugiej strony, śmierć "umacnia" życie - eliminuje najsłabsze osobniki, pozostawiając miejsce i możliwość rozwoju dla silniejszych, tym samym przyczyniając się do wzmocnienia całego gatunku, a szerzej - zbiorowości wszystkich żyjących stworzeń. Śmierć, jest jak ogrodnik, który przycina pędy winorośli, dzięki czemu cała roślina lepiej rośnie.
A skoro tak to działa, to czemu z tego nie korzystać? Wszak lepiej być silniejszym, niż słabszym. Dodatkowo, dążenie do własnej potęgi po trupach słabszych od siebie nie jest jedynie aktem egoizmu - jest działaniem dla dobra ogółu! A najdoskonalszym do tego środkiem jest właśnie nekromancja. Nekromancja nie tylko eliminuje słabych (dzięki zaklęciom ofensywnym), ale sprawia, że nawet po śmierci mogą się oni przysłużyć silniejszym - jako nieumarli słudzy. Co więcej, wymiatając słabych, pozwala przedłużać egzystencję najbardziej wartościowych jednostek (dzięki wampiryzmowi, przemianie w lisza itd.). A zatem jest jeszcze efektywniejszym sposobem na rozwój społeczeństwa, niż zwykły dobór naturalny!
Z tego punktu tok myślenia nekromantów może iść w dwóch kierunkach. Jeden to kierunek "totalitaryzmu" - nekromanci powinni przejąć władzę a potem decydować, kto może żyć, kto przyda się jedynie jako zombie, a kto powinien otrzymać nieśmiertelność. Drugi to kierunek "liberalny" - żadnego centralnego sterowania, najlepszy jest ciągły konflikt, w którym w praktyce okaże się kto zasługiwał na dalszą egzystencję, a kto nie. Bo jeśli ktoś przegrał i został zamieniony w zombie, to znaczy, że był słaby i na to zasługiwał.
Odmienny od stereotypowego może być też styl bycia takich nekromantów. Nekromanta nie musi być bladym chudzielcem w przesiąkniętej trupim zapachem czarnej szacie. Może być charyzmatycznym liderem grupy ludzi, myślących, podobnie jak on. Może być żyjącym pełnią życia hedonistą i sybarytą. Może posiadać rodzinę. Może być całkiem normalnym człowiekiem, który wychodzi z założenia, że "Świat funkcjonuje tak, a nie inaczej. Śmierć wynosi silnych, niszczy słabych. W porządku. Ale to nie znaczy, że mam się poświęcać walce o eliminację słabych, biegać po ulicy i mordować ludzi. Mnie obchodzi tyle, żebym to ja i moi bliscy znaleźli się w gronie silnych. Więc będę działał na rzecz dobra swojego i ich, a reszta mnie nie obchodzi. Innych będę miażdżył wtedy, gdy wejdą nam w drogę - a jeśli nam nie przeszkadzają, niech sobie żyją, co mnie to obchodzi".
Odkupiciele
Wiele prawdziwych religii zakłada, że "cierpienie uszlachetnia", np. pomagając odkupić winy, co pozwala po śmierci uzyskać raj, lub lepsze wcielenie w przypadku reinkarnacji. Jednocześnie większość religii zakłada, że zadawanie innym cierpienia jest czymś złym. Ktoś mógłby uznać, że zachodzi tu pewna niekonsekwencja - i kimś takim są Odkupiciele.
Odkupiciele zakładają, że najszlachetniejszym czynem wobec bliźniego jest dręczenie go. Im więcej jego dusza wycierpi na ziemi, tym bardziej się oczyści i tym większych łask dostąpi w zaświatach. Tortury są najskuteczniejszym sakramentem. Tortury nieodmiennie kończą się śmiercią. Skoro Odkupiciele oczyścili jakąś duszę poprzez ból, chcą ją natychmiast posłać do raju, żeby nie było ryzyka, że w międzyczasie na nowo splami się przyjemnością i ziemskim szczęściem. Kiedy hordy Odkupicieli przybywają do miasta, jedynym sposobem na przeżycie jest dołączenie do nich i zadeklarowanie, że jest się gotowym odsunąć w czasie własne zbawienie, tak, aby móc ponieść łaskę cierpienia innym. Z czasem tacy akolici, którzy dołączyli do kultu tylko po to, żeby uniknąć śmierci, biorąc udział w niezliczonych torturach na "parafianach" z innych miast degenerują się, osiągając podobny stopień szaleństwa i fanatyzmu, co starzy członkowie.
Z drugiej strony, dobrobyt prowadzi do nadmiernego przywiązania do dóbr materialnych, co może przeszkadzać w zbawieniu... więc dalejże, niszczyć pola i manufaktury.
Oczywiście, Odkupiciele uważają się za prawowiernych wyznawców lokalnych dobrych bóstw. Z tego powodu zwalczają z wielkim zapałem kultystów należących do religii czczących bóstwa uznawane za złe lub demoniczne. Aczkolwiek w takim przypadku Odkupiciele starają się zadawać śmierć w możliwie bezbolesny i humanitarny sposób - tak, aby nie otwierać heretykom drogi do raju. Znane są nawet sytuacje, kiedy Odkupiciele przed wykonaniem egzekucji na demonolatrach urządzali im orgie, żeby ich dusze nasiąknięte przyjemnością powędrowały po śmierci prosto do piekła.
Odkupiciele różnią się od stereotypowych "obłudnych i złych inkwizytorów" postawą. O ile Ci drudzy na ogół tortury i egzekucje motywują w stylu:"Przykro mi, że muszę ci zadawać ból, uwierz mi, nie sprawi mi to przyjemności, to zło konieczne, aby uratować twą duszę", o tyle Odkupiciele entuzjastycznie stwierdzają: "Bardzo się cieszę, że mogę ci pomóc! Nie martw się, jestem jednym z najlepszych katów, przeżyjesz ból, jakiego do tej pory nie byłeś w stanie sobie wyobrazić! Raduj się, bo twoje zbawienie jest pewne!"
Porzućcie wszelką nadzieję
Ten pomysł w pewnym stopniu wpisuje się w tzw "mitologię Cthulhu" tyle, że zakłada otwartą walkę z niewypowiedzianymi horrorami.
Większość ideologii opiera się na nadziei. Nawet zbudowane na agresji i ksenofobii doktryny zawierają swego rodzaju optymizm "Obcy spiskują, niszczą Naszych, są straszliwym zagrożeniem... Ale pod kierunkiem Wodza dokopiemy Obcym i pokażemy, że Nasi są silniejsi!". Nawet religie przepowiadające widowiskową apokalipsę z reguły zakładają, że to będzie wstęp do powstania nowego, lepszego świata...
A co, jeśli ludzie przyznają, że nie ma żadnej nadziei? Wynik walki dobra ze złem nie jest przesądzony na korzyść tego pierwszego, ba, nawet nie jest niepewny. Dobro przegrało tę walkę, jeszcze zanim się ona zaczęła. Zło nie jest brakiem dobra - jest istotą wszechrzeczy, to dobro jest ewenementem i efemerydą.
Bogowie to zgraja psychopatów i sadystów. Wieki temu stworzyli ludzkość po to, żeby czerpać przyjemność z jej dręczenia... a może jako źródło pożywienia? W każdym razie pośród bogów pojawił się jakiś odszczepieniec, który z niejasnych powodów zapałał sympatią do ludzi... a może po prostu chciał zrobić na złość innym bóstwom? Niezależnie co nim kierowało, odgrodził świat ludzi przed ich wpływami. Od tej pory bogowie bezustannie szturmują tę barierę. Jak na razie osłabili ją na tyle, że mogą przenikać przez nią tylko demony - ich słudzy. Ale z każdym stuleciem zapora słabnie. Przedziera się przez nią coraz więcej demonów. Pewnego dnia przedrą się sami bogowie - pytaniem jest tylko "kiedy" - a Bóg Zdrajca ich nie powstrzyma, większość swojej mocy zużył na stworzenie bariery (a może wręcz poświęcił się, zmieniając w nią?). Zemsta panteonu będzie straszna.
I nie ma absolutnie żadnej nadziei na to, że uda się uniknąć zwycięstwa bogów. Nie ma też nadziei na żadne życie po śmierci, które wynagrodziłoby cierpienia przez nich zadawane. Jeśli nawet Bogu-Zdrajcy udało się stworzyć jakieś własne zaświaty, gdzie mogą w spokoju istnieć dusze zmarłych, to pewnego dnia bogowie dotrą i do nich i zamienią w najokropniejsze piekło, jakie można sobie wyobrazić.
Oczywiście, nie wszyscy wyznawcy Boga Zdrajcy muszą znać tę historię. Może prawdziwy obraz rzeczy mają jedynie hierarchowie kościoła, a wiernych mamią opowieściami o tym, jak to ich Bóg - rzecz jasna Najwyższy Bóg i Stwórca świata - chroni ich przed podłymi, upadłymi demonami oraz o tym, że wydawać się może czasem, że zło przeważy, ale w ostatecznym rozrachunku dobro zwycięży. I wcale nie muszą kłamać z powodu cynizmu, czy ocieplania wizerunku. Po prostu uznają, że jeśli i tak wszystko jest stracone, to nie ma po co straszyć ludzi, lepiej pozwolić ich choć trochę pożyć w spokoju ze złudną nadzieją...
Dalsza część notki zawierać będzie opis
trzech filozofii/frakcji, ale mimo tego będzie w pewnym sensie
monotematyczna. A to dlatego, że wszystkie trzy zaprezentowane nurty
będzie łączyć ten sam motyw - uwielbienie dla piękna, uwielbienie dla
sztuki. Ich zwolennicy będą realizować się na polu trzech różnych
dziedzin - literatury (czy może raczej - szeroko pojmowane "tworzenia
opowieści"), muzyki oraz... powiedzmy, rzeźbiarstwa. Tym razem, oprócz
samej prezentacji pogląd postaram się podać przykładowe pomysły na
konkretne wykorzystanie danych frakcji w grze.
Tkacze Opowieści
Ponoć Oscar Wilde powiedział "Nie ma książek moralnych i niemoralnych. Są książki napisane dobrze, lub źle". Każdy Tkacz przyklasnąłby tym słowom i dodałby "W ogóle nie ma dobra, ani zła. Zdarzenia, czyny i ludzi należy dzielić na nudne i przyziemne oraz na te, które są warte opowieści". Tkacz Opowieści nie ogranicza się do przelewania na papier, czy układania na piśmie opisów zaszłych wydarzeń, lub wymyślania fikcyjnych historii... On sztukę tworzenia opowieści przenosi na wyższy wymiar - kształtuje życie swoje i innych tak, aby warte było eposu, czy chociaż ballady.
Problem w tym, że opowieść potrzebuje konfliktu. Problemów, z którymi mogliby zmierzyć się jej bohaterowie. Spokojne, szczęśliwe, pozbawione trosk i niepokoju życie to coś, o czym marzy ogromna większość ludzi... I coś, czym Tkacze gardzą najbardziej na świecie. A kiedy brakuje konfliktu, trzeba go stworzyć. Takie działania mogą mieć różny charakter. Jeśli Tkacz chce stworzyć historię obyczajową, na przykład dramat, może ograniczyć się do towarzyskich intryg - na przykład skłócenia przykładnego małżeństwa. Jeśli pragnie eposu o bohaterskich czynach może dajmy na to, sprowadzić potwora, który będzie nękał miasto, albo wywołać wojnę między dwoma narodami. Pół biedy, gdy Tkacz chce stworzyć opowieść z happy endem. Wówczas pozwoli "bohaterom opowieści" pokonać przeszkody, albo nawet sam im w tym pomoże. Gorzej, jeśli marzy mu się prawdziwa tragedia i będzie dążył do tego, żeby zniszczyć swoje "postaci"... Oczywiście po to, żeby później móc wzruszyć się ich tragicznym losem.
Jak wspomniałem, Tkacze nie widzą
niczego złego w swoim postępowaniu... Ba, wręcz uznają, że wyświadczają
swoim "bohaterom" przysługę! Dają im nieśmiertelność i to niewielkim
kosztem. Ich cierpienia są chwilowe. Nie ma znaczenia, czy swoje życie
przeżyjesz w bólu czy w radości - kiedy umrzesz, wszystko to odejdzie w
nicość... No chyba, że twe losy staną się tematem opowieści - wówczas
"nie wszystek umrzesz", cząstka ciebie stanie się nieśmiertelna i na
zawsze będzie żyła w ludzkiej pamięci! Tkacze są jak cesarz Neron, który
podpala własną stolicę (tak, wiem, że to prawdopodobnie legenda), po
to, żeby móc stworzyć przejmujący lament nad tragicznym losem
mieszkańców zniszczonego miasta.
Kim mogą być Tkacze? Prawdopodobnie będą
to ludzie bogaci i wpływowi. Po pierwsze dlatego, że to właśnie takie
osoby mają środki do tego, aby tworzyć "opowieści" na szeroką skalę. Po
drugie - to osobnicy żyjący w dobrobycie mają największe predyspozycje
do wykształcenia takich właśnie poglądów. Życie w dobrobycie wywołuję
nudę, którą niektórzy gotowi są zwalczać nawet kosztem krzywdy innych...
Poza tym, człek bogaty, który nie musi się martwić o codzienny byt
częśtokroć gardzi "zjadaczami chleba", który zajmują się swoimi
przyziemnymi sprawami... Po prostu ma za dużo czasu na myślenie i
dlatego przychodzą mu do głowy różne odjechane pomysły. Oczywiście,
Tkaczami są nie tylko zblazowani bogacze. Świat pełen jest artystów,
którzy przedkładają sztukę ponad wszystko. A nawet pojedynczy psychopata
może w "sprzyjających" okolicznościach sporo namieszać...
Jaką rolę mogę odgrywać Tkacze na sesji?
Najczęściej przeciwników. Wyobraźcie sobie zdziwienie graczy, gdy
okazuje się, że ten sam mędrzec, który zdradził im sposób, jak można
pokonać smoka jest tym, który tego smoka wcześniej sprowadził...
Mentalność Tkacza może wyjaśnić także pewne elementy, które na ogół
uznaje się absurdy. Czemu każda pułapka zastawiona przez przeciwnika
posiada jakąś "furtkę", która umożliwia graczom uniknięcie śmierci? Bo
do niczego jest taka opowieść, w której bohaterowie giną na samym
początku zmiażdzeni przez ściany korytarza. Dlaczego wróg pozostawia
wskazówki, umożliwiające graczom odnalezienie jego kwatery głównej? Bo
zaplanował już sobie finałowy akt i teraz chce się upewnić, ze aktorzy
przybędą na przygotowaną scenę . Nawet po ostatecznym pokonaniu
nieprzyjaciela gracze mogą zadać sobie pytanie - czy wygraliśmy dlatego,
że byliśmy tacy dobrzy... Czy może w scenariuszu stworzonym przez
przeciwnika od początku było wiadomym, że historia zakończy się jego
śmiercią? Bo chciał stworzyć opowieść o bohaterach pokonujących czarny
charakter... i gotów był za to zapłacić własnym życiem? A co jeśli okaże
się, że całe życie graczy jest zaplanowane przez jakiegoś Tkacza?
Wiesz, czemu twoi rodzice zginęli, kiedy byłeś mały? Bo Tkacz wie, że
sieroty stanowią dobry materiał na bohaterów-mścicieli... Ci wszyscy
ludzie, którzy z niewiadomych względów zwracali się do ciebie, obcej
osoby, żebyś pomógł im w ich problemach (wykonał questa) byli
podstawieni... Tak, twoja ukochana enpecka też - Tkaczowi zamarzył się
wątek romantyczny... Albo jeszcze lepiej - co jeśli cała historia
świata, wszystkie te wojny, zarazy, rewolucje to kreacja całej siatki
Tkaczy, istniejącej od wieków i przez pokolenia kreującej najbardziej
"epicką" opowieść wszechczasów? Oczywiście, wprowadzenie takiego NPC-a
jest ryzykowne i wymaga dużo wyczucia ze strony MG. Tkacz nie powinien
przerodzić się w jego własne "alter ego" - dodajmy, wypieszczone i
przeszarżowane alter ego. Z drugiej strony, taka idea może spodobać się
graczom, którzy sami są nieco "artystycznie" nastawieni - "Więc w tym
scenariuszu stworzonym przez ciebie jesteśmy tak naprawdę postaciami,
które grają w scenariuszu wymyślonym przez jedną z postaci? Czysty
postmodernizm".
Oczywiście, gracze sami mogą wcielić się
w Tkaczy. W jeden "zespół autorski", a może w konkurencyjnych
"twórców", z których każdy próbuje przeforsować swoją wizję "opowieści"?
Oczywiście, taki typ rozgrywki będzie pasował tylko części (możliwe, że
niewielkiej) erpegowców - będzie wymagał "trzymania się w cieniu" i
polegał głównie na manipulowania NPC-ami.
Kult Muzyki
Po cóż szukać mistycznych przeżyć w
relacjach z jakimiś domniemanymi bóstwami, albo w uprawianiu magii, gdy
możliwe jest obcowanie z czymś dalece bardziej niezwykłym? Mowa o
muzyce. Muzyka jest pięknem w stanie czystym. wszystkie inne tak zwane
"sztuki" są tylko imitacją rzeczywistości, kolejną formą brudnej
materii. Muzyka to czysty duch, coś wymykające się ludzkiemu
zrozumieniu, co nie służy jakimś praktycznym celom, ale istnieje samo
dla siebie. Och, oczywiście, do muzyki można dodać słowa, ale właśnie
"dodać" - w gruncie rzeczy są one nieistotne i niepotrzebne, bo muzyka
sama w sobie to czysta melodia. O ile słowa mogą trafiać do umysłu, o
tyle muzyka trafia wprost do duszy. Kto wytłumaczy, dlaczego jedne
melodie wzbudzają w człowieku radość i chęć do zabawy, inne żal i
smutek, jeszcze inne zapał do walki? To jest cud, dalece większy niż
wszelka magia.
A muzyka tworzona przez ludzi, choć
cudowna, jest jedynie nikłym odbiciem prawdziwej Muzyki, Harmonii Sfer
(tą ideę skradłem Pitagorasowi, który wbrew obiegowej wiedzy był
bardziej mistykiem, niż matematykiem... czy może raczej mistycznym
matematykiem?). Cały Wszechświat jest jednym wielkim instrumentem
muzycznym. Głosy żywych istot, odgłosy natury, oraz miliardy dźwięków
umykających ludzkiemu uchu składają się razem na najwspanialszą
symfonię, jaką można sobie wyobrazić... ale ponieważ Harmonia Sfer
rozbrzmiewa nieustannie wokół nas, nasze wątłe zmysły przyzwyczaiły się
do niej i po prostu przestają ją zauważać. Jedynie bez przerwy
rozwijając swój słuch, wrażliwość muzyczną i samemu próbując tworzyć jak
najdoskonalsze melodie, jak najbliższe tej Prawdziwej człowiek jest w
stanie osiągnąć stan, w którym wreszcie usłyszy i pojmie Muzykę Sfer... A
wówczas jego dusza rozpłynie się w zachwycie i na zawsze zjednoczy z
Wielką Symfonią. To jest prawdziwe osiągnięcie Absolutu, zbawienie,
nirwana.
Niektórzy Kultyści próbują wprowadzić do
swojej filozofii aspekt moralny - mówią, że tylko osoba czystego serca
jest w stanie tworzyć naprawdę piękną muzykę, i tylko taka może w pełni
pojąć Harmonię Sfer... Inni odrzucają to stanowisko. Mówią "Nie, nie
należy do tego mieszać takich wymyślonych przez moralistów kategorii jak
dobro i zło. To tylko zafałszuje nasze postrzeganie. Muzyka jest
pięknem samym w sobie i nie potrzebuje dodatkowych uzasadnień czy
dowartościowywania przez jakieś inne idee".
Na pierwszy rzut oka kultyści mogą
zdawać się frakcją egzotyczną, niemającą szans na zdobycie jakiejś
szerszej popularności... Ale czy na pewno? Wszak nawet w naszym świecie
są ludzie, dla których muzyka jest bardzo ważna, ważniejsza od
tradycyjnych wartości, które stanowią fundament większości doktryn,
takich jak religia, ojczyzna itd. W wielu tzw. subkulturach muzyka jest
jednym z podstawowych elementów identyfikujących jej członków. Są grupy
ludzi, które zatracają się w muzyce, które są od niej wręcz uzależnione -
np. niektórzy wielbiciele techno. Kultyści Muzyki po prostu idą o krok
dalej...
Jaką rolę mogą pełnić Kultyści Muzyki?
Najróżniejszą. Ot, choćby zleceniodawców - trzeba odszukać jakiś
wymyślny instrument, a może partyturę zapisaną przez legendarnego
kompozytora? Siedziby Kultystów wciąż rozbrzmiewają najróżniejszymi
niezwykłymi dźwiękami. Niektóre z nich są piękne ponad wyobrażenie, inne
budzą niepokój, czy wręcz lęk... To okazja dla MG do popisu przy
tworzeniu finezyjnych opisów oddziałujących na zmysły i wyobraźnię
graczy.
A może trzeba rozwikłać konflikt
pomiędzy subfrakcjami? Dwie grupy preferują odmienne style muzyczne i
gotowe są zabić za tworzenie, czy choćby słuchanie innych. A gdzieś
pośrodku tego stoją wyznawcy Muzyki Niepodzielonej, którzy próbują
przekonać swych zwaśnionych braci, że każda muzyka jest piękna na swój
sposób i ma swoje miejsce w Harmonii Sfer... Innym przykładem konfliktu
frakcyjnego mogą być zamieszki wywołane przez ruch, który uznaje
zapisywanie nut za bluźnierstwo, które redukuje Muzykę do jakiś kropek i
kresek na papierze - ten odłam można porównać do ikonoklastów, czy - w
pewnym aspekcie - muzułmanów.
Gracze mogą też wstąpić do frakcji.
Będzie się to wiązało z uzyskaniem umiejętności i mocy opartych na
dźwiękach. W takim np. D&D najprościej wykorzystać w tym celu
zdolności barda. Zdolności kultystów powinny mieć mistyczną otoczkę,
powinny oddziaływać na ducha innych ludzi - Kultysta śpiewając
odpowiednią pieśń jest w stanie wywołać w istotach całe spektrum emocji,
od miłości poprzez nienawiść. Odpowiednie wibracje głosu mogą
oddziaływać na rzeczywistość (co daje moce podobne do telekinezy - i w
mniemaniu kultystów potwierdza ich teorie o tym, że w gruncie rzeczy
muzyka jest prawdziwą strukturą wszechrzeczy i kształtuje nawet materię -
bardzo ładnie coś podobnego wyłożył Karczmarz w komentarzach pod
tekstem). Oczywiście, można też wprowadzić bardziej "przyziemne" moce -
np. umiejętność doskonałego imitowania głosów innych ludzi, czy słuch
absolutny (co pozwala zdawać wszystkie testy nasłuchiwania oraz obywać
się bez zmysłu wzroku np. w ciemnościach). Ostatecznym celem gracza,
który wstąpił do frakcji będzie usłyszenie i pojęcie Harmonii Sfer...
Opisanie finałowej sceny ascendencji będzie prawdziwym wyzwaniem dla MG.
Czciciele Ciała
Nie będziemy się tutaj zagłębiać w body
horror. Czciciele Ciała za najpiękniejszą rzecz na świecie uznają ludzką
sylwetkę, ale mają dosyć
stereotypowe pojmowanie piękna -
zachwycają ich regularne twarze, proporcjonalnie zbudowane kończyny,
kobiece krągłości czy męska muskulatura, a nie jakieś sadomasochistyczne
konstrukcje z wyrwanych flaków. Zdawać by się mogło, że nie jest to w
takim razie nazbyt groźna frakcja - ot, mogą co najwyżej budzić
zgorszenie u ascetów i kaznodziei, którym nie podoba się przedkładania
ciała ponad ducha. Zdawać by się mogło...
Rzecz w tym, że za swoją misję Czciciele
uznają wynajdowanie najpiękniejszych ludzi i utrwalanie ich piękna na
wieki. W jaki sposób? Malarstwo i fotografię (o ile ta ostatnia istnieje
w danym settingu) odrzucają ze wzgardą. Jakieś płaskie obrazki są
jedynie nędzną imitacją ciała, bladym odbiciem, które ukazuje zaledwie
niewielką część aspektów jego piękna. Dużo lepszym rozwiązaniem jest
rzeźba, która pozwala ukazać urodę danej osoby w skali jeden do jednego.
Ale to wciąż jedynie kopia... Nie chodzi o to, aby kopiować. Chodzi o
to, żeby unieśmiertelnić piękno w jego prawdziwej istocie.
I tu zaczyna się mroczny aspekt tej
frakcji. Jeśli rzecz dzieje się w settingu fantasy, Czciciele
petryfikują "wybrańców" za pomocą magii. Jeśli w settingu s-f - mogą
wybrać inne sposoby, na przykład umieszczać ich ciała w przezroczystych
tubach wypełnionych płynem konserwującym. Pozyskanie nowego "eksponatu"
wiąże się z dużym wysiłkiem i wynika zdolności manipulacyjnych. Wszak
nie chodzi o to, żeby na wieki zachować ciało z twarzą wyrażającą
przerażenie czy nienawiść (niestety, większość wybrańców z własnej woli
nie chciałoby stać się dziełem sztuki). Dlatego trzeba ich "utrwalić" z
zaskoczenia - tu w sukurs przyjdą intrygi, narkotyki, hipnoza, czy
magia.
Sama frakcja może składać się wyłącznie z
nadzwyczaj pięknych (i dbających o swą urodę) osób. Na razie odwlekają
one chwilę swojego "utrwalenia" po to, aby móc wykonywać misję
pozyskiwania nowych wybrańców... Ale ich największym marzeniem jest
doczekanie chwili, w której sami staną się dziełem sztuki. Nastąpi to
raczej wcześniej, niż później, zanim starość przyćmi ich urodę.
Równie dobrze (jak to wskazał Jesykh)
członkami mogą być osoby brzydkie, chore i ułomne, które mając dosyć
własnej szpetoty wyszukują piękne "okazy", aby napawać się ich
pięknem... Może zachodzić tu mechanizm mecenasa sztuki - czyli kogoś,
kto nierzadko sam cierpi z powodu braku możliwości samorealizacji, ale
pragnie wspomagać tworzenie piękna w inny sposób (prócz tego, że w tym
przypadku "protegowani" na ogół nie wyrażają chęci skorzystania z
"mecenatu"). A może w skrytości serca szpetni piewcy piękna ludzkiego
ciała tak naprawdę odczuwają to jako swego rodzaju "zemstę" na
urodziwych ludziach? "Śmialiście się ze mnie, patrzyliście na mnie z
góry... A teraz jesteście eksponatami w mojej galerii, buhaha!"
Naturalną rolą Czcicieli w scenariuszu
jest funkcja przeciwników. W miasteczku giną ludzie, a trop prowadzi do
niedawno otwartej agencji modeli? Prowadzący śledztwo gracze
podejrzewają handel ludźmi, albo coś w tym stylu, podczas gdy prawdziwe
wyjaśnienie jest dużo bardziej niezwykłe... A może jedna z postaci
graczy o wysokiej Charyzmie może wpaść w oko Czcicielom? Jej nowi
znajomi, pełni uroku i wdzięku, mogą okazać się groźniejsi, niż to się
wydaje... A może sam gracz wcieli się w Czciciela i będzie uwodził
nowych wybrańców? Oczywiście, z miłości do ich piękna, które zasługuje
na ochronę przed okrucieństwem czasu...
Link do polubienia na Facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380887755613202&id=380885352280109
Link do polubienia na Facebooku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380887755613202&id=380885352280109
Subskrybuj:
Posty (Atom)