sobota, 10 czerwca 2017

Schizma na Socratesie - kolejne moje opowiadanie

Schizma na Socratesie

    Vitnika była zwyczajną wioską, jakich wiele na Socratesie. Znajdowała się w okolicy położonej od stolicy na tyle daleko, że rzadko odczuwała na sobie wzrok świętych rządców planety. Mieszkańcy żyli z dala od przepychów Primurbium, a żaden z nich nie obcował z tajemnymi cudami Pierwszego Domu. Nie byli jednak prostakami - choć nie czuli nad sobą kapłańskiej ręki, to oświecone słowa duchownych docierały pod ich strzechy. Prowadzili proste, pracowite życie, a ich pola i obejścia w większości były zadbane. Tuż za osadą rozciągały się pola pszenżyta i pastwiska, gdzie przechadzały się dorodne flambeny o czerwonej skórze. Nie każdemu się tutaj przelewało, ale nikt nie cierpiał głodu.
    Choć na wsi nigdy nie brakuje pracy, był to okres względnego odpoczynku. Już miesiąc minął od żniw, zboże zostało zebrane do spichlerzy. Co prawda, zbliżał się czas zbiorów bulw, ale w tym regionie mało kto je uprawiał. Dlatego też, wielu osadników mogło sobie pozwolić na chwilę wytchnienia. Zresztą, pogoda była na tyle słoneczna, że mało kto miał ochotę i siły, aby przykładać się do pracy w południe. Z niewielkiej gospody słychać było szczęk kufli i kilka rozochoconych głosów bywalców, którzy gasili pragnienie piwem.. Przed jednym z domów jakiś staruszek siedział na krześle i wygrzewał kości, z lubością wystawiając twarz do słońca. Na piaszczystej dróżce dzieciaki wyrysowały patykami coś w rodzaju planszy do gry - jej zasady i sens były najwyraźniej niezrozumiałe dla każdego, kto liczył więcej niż dwanaście wiosen. Ucichło dzwonienie metalu dobiegające z kuźni - kowal zrobił sobie przerwę, aby otrzeć pot z czoła. Może gdzieś tam w dalekim świecie, Arcykapłan toczył wojnę z Kaszmirytami, ale Vitniczan to nie dotyczyło.
    Niestety, jak się okazało, spokój panujący w wiosce był tylko ciszą przed burzą... A może ,,na szczęście", jeśli weźmie się pod uwagę, co miało wyniknąć z najbliższych wydarzeń?
    - Nevadim! Nevadim nadchodzą! – rozległ się głos. Do sioła Vitnika wbiegł mężczyzna. Na jego twarzy było wypisane przerażenie. Chyba wszyscy w osadzie słyszeli jego krzyk. Ludzie porzucali pracę, wybiegali z domów i zbierali się na środku placu, żywo komentując nowinę. Kilka kobiet zaczęło lamentować. Jakieś dziecko się rozpłakało. Mieszkańcy czekali, aż Waldo – bo to on był krzykaczem – ochłonie na tyle, aby powiedzieć coś więcej. Na razie mężczyzna oparł się o cembrowaną studnię, która stała pośrodku niewielkiego placyku. Ciężko dyszał. Pewnie musiał przebiec kawał drogi, żeby zdążyć, zanim Nevadim faktycznie dotrą do Vitniki.
    - Co się tu dzieje? – rozległ się tubalny głos Makeja. Tłum ustępował z drogi, gdy szedł starszy wioski. Potężna postawa (trzymał się prosto mimo wieku, ale i tak wspomagał się włócznią, używaną też jako laska), siwe włosy i groźne, poważne spojrzenie budziły we wszystkich respekt. Po chwili starszy stanął nad wciąż opartym o cembrowinę Waldem. Opierając się na włóczni, spytał:
    - No? Co jest z tymi Nevadim?
    - Nadchodzą! – wydyszał człowiek. Mówił z trudem, a jego koszula była cała zlepiona potem.
    - Tyle to już wiemy – sarknął Makej. – Hej, dajcie mu wody, niech gardło przepłucze!
Młody Jaros, który stał zaraz obok studni, natychmiast rzucił się, aby wyciągnąć wiadro. Rozległ się skrzyp, gdy kubełek wędrował do góry, ciągnięty przez łańcuch. Rówieśniczka chłopaka, Atalia, podała Waldowi chochlę. Jednak, prawdę mówiąc, nie była mu ona potrzebna. Jak tylko Jaros wyciągnął wiadro, mężczyzna rzucił się do niego, by zaspokoić pragnienie.
- Spokojnie! – burknął Matej. – Powoli, bo się zatchniesz!
- Niech gada wreszcie! – krzyknął ktoś z tłumu.
W końcu Waldo oderwał się od wiadra. Rozejrzał się po wyczekujących twarzach zgromadzonych na placu ziomków, splunął, po czym zaczął gadać.
- Spotkałem ich nad strumieniem. Poili letaury. Siła ich było, a przewodzi im Kadze Półgęby. Jak mnie złapali, to kazał powiedzieć, że na razie rozłożą tam obóz, bo rumaki są wykończone, a jutro przyjadą do nas, po daninę.
- Kurwie syny – warknął Matej, stukając w ziemię drzewcem.
- To już trzeci raz tego roku – jęknął któryś z mieszkańców.
- Nie możemy im na to pozwolić! – krzyknęła Atalia. – Za każdym razem jak się podniesiemy, oni przyjeżdżają i od nowa wszystko rozwalają!
Matej nie mógł nie przyznać racji swojej wnuczce. W czasie ,,pobierania daniny” Nevadim zdarzało się zarzynać zwierzęta, niszczyć zboże i zasiewy, a czasem nawet palić chałupy – bez żadnego celu, ot po prostu po to, żeby pokazać, kto tu rządzi. A połamanych kości, nabitych siniaków i rozlanych łez, nikt nie był w stanie zliczyć.
Jednocześnie, Matej nie mógł zgodzić się z pierwszym zdaniem dziewczyny.
- Nie możemy im na to nie pozwolić – stwierdził ponurym głosem. – Jak ich niby chciałabyś powstrzymać?
Atalia na chwilę zamilkła, zgaszona. Jednak po chwili na jej twarzy pojawił się pełen nadziei uśmiech.
- Wezwijmy na pomoc templariuszy!
- Tak, w końcu mają nas bronić! Od tego są! Na coś płacimy dziesięcinę! – rozległy się okrzyki poparcia.
W odpowiedzi Matej gorzko się zaśmiał.
- Myślicie, że nie wzywałem ich? Owszem, robiłem to. Nawet parę razy. Zawsze mi odmawiano. Jego Ekscelencja ma ważniejsze sprawy na głowie. Choćby święta wojna przeciwko Kaszmirytom... Vitnika go nie obchodzi. Obawiam się, że z naszych dziesięcin jest dla nas jeszcze mniej pożytku, niż z tego, co oddajemy Nevadim...
- Jak możesz tak mówić o kapłanach, dziadku! – jęknęła Atalia. Matej pokręcił głową. Od śmierci jej rodziców wychowywał ją. Robił to w duchu poszanowania dla bogów i ich sług – ale teraz zastanawiał się, czy dobrze robił...
- Przygotujcie wszystko na jutro – rozkazał starszy sucho swoim ziomkom. – Nie drażnijmy ich dodatkowo czekaniem.

Atalia siedziała przy ognisku, które rozpaliła na wzgórzu za wioską – już skończyli przygotowania do jutrzejszego dnia i mogła odejść. Przykucnięta, patrzyła na Vitnikę. O tej porze wioska była spowita mrokiem - tylko w oknach chatki należącej do znachorki można było dostrzec słabe światełko lampy olejnej. Osada wyglądała tak spokojnie... Ale jutro znowu ci brudni barbarzyńcy będą po niej łazić... Każdy, kto chciał, wykorzystywał wieśniaków. Nevadim, inne bandy, czasem maruderzy z wojska... A nawet i kapłani – teraz to widziała. Chłopi byli do tego przyzwyczajeni – byli na dnie. Każdy mógł po nich deptać. Byleby przeżyć dał.
Ale co to było za życie! Pełne upokorzeń... A poza tym, jak żyć, kiedy co chwila ktoś odbiera ci owoce twojej pracy? A nawet tego marnego życia nie jesteś pewien, bo dla kaprysu ktoś może je odebrać.
Z oczu Atalii popłynęła łza bezsilnej złości. Cisnęła do ogniska kawałki gałęzi, którą od jakiegoś czasu wyginała i łamała na kawałki. Nagle usłyszała za sobą kroki. Natychmiast skoczyła na równe nogi i odwróciła się. To mógł być jeden ze zbójców. Przecież Nevadim mogli przybyć wcześniej!
Ale to był tylko Jaros, Atalia nawet po ciemku była w stanie rozpoznać jego twarz i ciemne włosy, nieco dłuższe niż u większości mężczyzn w Vitnice. Chłopak przez chwilę przyglądał się jej z podniesionymi brwiami, po czym lekko się uśmiechnął.
- Mogę się przysiąść? – spytał.
- Siadaj – rzuciła krótko dziewczyna, po czym, nie patrząc na niego, ponownie przykucnęła.
- Coś taka niemiła? – spytał chłopak, siadając koło niej.
- Nie mam powodu do radości. A ty? – odburknęła Atalia.
Jaros wzruszył ramionami. – Pewnie, że nie. Ale nie ma czym się przejmować... Takie życie. Przychodzą i odchodzą.
- A daj mi spokój – warknęła dziewczyna, wstała i odeszła w kierunku wioski. Przez chwilę Jaros zastanawiał się, czy nie iść za nią... Lubił Atalię. Nawet bardzo. Ale co miał jej powiedzieć? Stary Matej miał rację. Jedynym co im pozostawało to zagryźć zęby i czekać, aż ta klęska przeminie. Jak grad czy susza.

Kadze Półgęby jechał na swoim letaurze przez Vitnikę. Przezwisko nosił od dnia, kiedy został wodzem Nevadim. Co prawda, wówczas udało mu się wykończyć w pojedynku poprzedniego herszta, ale przedtem ostrze starego co nieco nadwyrężyło  facjatę następcy. Praktycznie cały lewy policzek i skóra na części jego szczęki nie istniały. Czasem było to denerwujące – na przykład kiedy jadł – ale generalnie nawet pożyteczne, bo wygląd pomagał mu utrzymać jego przerażająca legendę.
Legendę, dzięki której marne szczury, takie jak mieszkańcy Vitniki robili w gacie ilekroć o nim usłyszeli. O, jakże Kadze nimi gardził! Marni tchórze... frajerzy... żyli tylko po to, żeby zaspokajać zachcianki prawdziwych królów życia, takich jak on i jego chłopcy!
Oddział posuwał się w kierunku placu na środku osady. Była to obdarta zgraja, zbrojna w siekiery, kordy, dzidy, miecze i łuki. Większość szła pieszo, ale kilku jechało na letaurach. Pośrodku grupy można był dojrzeć samego wodza. Kadze patrzył na porządne, schludne budynki, których kryte gontami dachy zdobione były rzeźbionymi w drewnie gwiazdami – dobrze, bogaty łup... Patrzył też na uboższe chaty i nędzne lepianki - nie szkodzi, nie ma domu tak biednego, żeby nie byłe czego odebrać jego mieszkańcom... Patrzył na kryjących się po kątach, starających się nie wpadać w oczy wieśniaków... Niektórzy z jego chłopców rzucali w ich stronę obelgi a nikt nie śmiał im odpowiedzieć... Sam Kadze milczał. Wiedział dobrze, że mówienie nie wychodzi mu najlepiej.
Po chwili dojechali na plac. Wódz wstrzymał swojego letaura - zielonego, rogatego jaszczura, a inni Nevadim poszli w jego ślady. Kadze rozejrzał się. Na środku placu stał starszy wioski, a koło niego kilku chłopów. Wokoło zgromadzili kilka małych beczułek z gorzałką i kosze na jedzenie. Było tego mało. Za mało.
Kadze wydął wargi i świsnął przez nos. Natychmiast Chudy Lete, jego przyboczny, oświadczył – Wielki Kadze jest niezadowolony! – Lete zawdzięczał swoje stanowisko temu, że w jakiś sposób zawsze rozumiał wodza bez słów, wyręczając go w jakże kłopotliwej czynności, jaką było przemawianie. Tylko dzięki temu – i wrodzonemu sprytowi – ten wątły, szczurowaty osobnik mógł przeżyć w takiej bandzie jak Nevadim.
- Za pozwoleniem – zaczął Matej. – To już trzecia danina w tym roku... Nie możemy dać więcej. Naprawdę. Błagam o wybaczenie.
Och, te słowa nie przychodziły łatwo staremu! Za młodu, jako żołnierz, grzmocił takich sukinsynów jak ci tutaj. Ale teraz... Musiał się płaszczyć, jeśli chciał dobrze dla swojej wioski i ludzi.
Wódz Nevadim uderzył w szyję swojego letaura, po czym splunął na ziemię (przy czym część śliny spłynęła mu bokiem).
- Wielki Kadze sra na twoje wyjaśnienia, staruchu! – oświadczył Lete. – Nevadim będą pobierać, co im się należy, choćby dziesięć razy w roku! Choćby zabraliby wam wszystko, łącznie z waszymi brudnymi portkami – macie siedzieć cicho i spełniać ich wolę!
Z lekkim uznaniem Kadze pomyślał, że nawet gdyby mógł mówić, nie ująłby tego tak pięknie.
- Nie damy rady więcej... Naprawdę. To prawie wszystko, co mamy. I tak będzie nam ciężko przeżyć zimę – stwierdził Matej.
Kadze ujął uzdę letaura. Powoli zaczął jechać w stronę Mateja. Chłopi, którzy stali obok starszego zaczęli się cofać. Jednak sam starzec stał w miejscu. Po chwili rumak wodza stał przed nim. Jego pysk niemal dotykał piersi Mateja – mężczyzna czuł gorący i wilgotny oddech. Kadze nieco nachylił się w jego kierunku. Przez chwilę starszy patrzył na jego paskudną twarz i na kaprawe oczy patrzące spod hełmu.
- Wielkiego Kadzego gówno obchodzi to, czy przeżyjecie, śmierdziele! – wrzasnął Lete. ,,Pomijając to, że jeśli zdechniecie, nie będziemy miał kogo łupić” – pomyślał, ale zachował to dla siebie.
Kadze szarpnął uzdą. Jego letaur zrobił krok do przodu. Uderzył pyskiem w pierś Mateja – a ponieważ jednocześnie nadepnął mu na nogę, starzec zachwiał się i upadł. Jego laska upadła obok.
Starzec uniósł się nieco na jednej ręce. W tej samej chwili Kadze ujął swoją lancę. Odchylił rękę do tyłu – i wbił ją w ciało Mateja, który jęknął z bólu. Wódz wyszarpnął włócznię. Starszy opadł bezładnie na ziemię.
- Oto co się dzieje z tymi... – zaczął Chudy Lete, ale nie skończył. Nagle coś uderzyło w głowę wodza, aż się zachwiał w siodle.
- Ty potworze! – wszyscy usłyszeli ten krzyk. Przed drzwiami od jednej z chałup stała młoda dziewczyna o związanych blond włosach. Miała zaciśnięte pięści i nienawiść wypisaną na twarzy.
    - Brać ją! – wrzasnął Lete. Natychmiast kilku jeźdźców ruszyło w jej stronę. Kiedy byli już blisko, zeskoczyli z letaurów. Dziewczyna najwyraźniej zorientowała się, co się dzieje. Rzuciła się do drzwi, aby się schować w domu, ale wcześniej jeden z Nevadim złapał ją w mocnym uścisku.
Młoda kobieta wyrywała się i krzyczała, ale nic nie pomagało. Po chwili najeźdźca cisnął ją pod nogi letaura Kadzego. Atalia uniosła głowę i spojrzała w twarz watażki. Krwawa plama na jego czole, pomiędzy kaprawymi oczami, nie robiła wielkiego wrażenia przy jego zmasakrowanej twarzy – ale i tak poczuła odrobinę satysfakcji.
- Ty .... plugawy bękarcie! – wrzasnęła i splunęła pod nogi wierzchowca. – Morderco!
Atalia widziała przez dziurę w twarzy, jak zęby Kadzego poruszają się, zgrzytając. Wódz znów uniósł swoją lancę. Dziewczyna już chciała odskoczyć, kiedy...
    - Wodzu, ta mała dziwka zasługuje na karę! Ale czy śmierć wystarczy? Oddaj ją twoim wiernym druhom, a oni ukarzą ją za zuchwalstwo jak należy! – rozległ się głos Letego. Na szczurzej twarzy przybocznego pojawił się obleśny uśmiech.
    Wódz najwyraźniej myślał przez chwilę, trzymając w powietrzu lancę. Potem powoli skinął głową i odłożył broń.
Atalię otoczyła zgraja rechoczących Nevadim. Wreszcie do niej dotarło, co miał na myśli Lete... Znowu złapało ją kilku bandytów. Zaczęli ją gdzieś nieść.
     - Nie, tylko nie to! – krzyczała. ,,Czemu nikt mi nie pomoże, nic nie zrobi, jak mogą na to patrzeć!” – takie myśli przelatywały przez jej głowę. Ale nikt nie ruszył jej na ratunek. Otaczały ją jedynie zarośnięte gęby śmierdzących barbarzyńców i słyszała jedynie ich rechot. W końcu rzucili ją na jakiś stóg siana.
- Ja pierwszy! – warknął szczególnie rosły Nevadim o skołtunionej czarnej brodzie. Nogami przycisnął Atalię do podłoża, a sam zaczął rozpinać pas, dopingowany okrzykami towarzyszy. Dziewczyna cały czas próbowała się wyrwać. Zaczęła uderzać w brzuch najeźdźcy, ale to wywołało jedynie jego śmiech.
- Ostra, co? Dobrze, lubię takie! – warknął.
Po policzkach Atalii popłynęły łzy, ale przestała bić napastnika. Jak go nienawidziła! Była taka bezsilna... Nic nie mogła zrobić... A on mógł z nią zrobić, co zechce... To było takie... NIESPRAWIEDLIWE!
Nagle czarnobrody Nevadim przestał się śmiać. Jego ręce, którymi właśnie zaczynał ściągać spodnie opadły. Wpatrywał się w twarz Atalii szeroko otwartymi, przerażonymi oczami, a potem skierował wzrok nieco niżej. Dziewczyna spojrzała w to samo miejsce. Na jego brzuch.
Jej dłoń była W NIM. Wbiła gołą rękę w jego brzuch. Nawet nie zauważyła kiedy... Przerażona, odruchowo wyrwała ją. Ręką wyszła z ciała z ohydnym mlaśnięciem. Pomimo tego, że była cała pokryta krwią, widać było, ze otacza ją jakaś niebieskawa poświata...
     Napastnik otworzył szeroko usta. Popłynął z nich strumień krwi. Zwalił się na leżąca na sianie Atalię. Dopiero teraz dziewczyna usłyszała okrzyki jego towarzyszy – do tej pory wszyscy bez słów wpatrywali się w nią i jej dzieło.
Atalia czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła... To było ohydne. Czuła, ze jest cała we krwi... Ciężkie ciało barbarzyńcy przygniatało ją – w dodatku jeszcze żył i trząsł się w agonii. A poza tym... śmierdział.
    Ogromnym wysiłkiem udało się jej zrzucić umierającego. Wstała.
   Dookoła niej stali w kole Nevadim. Przez chwilę nikt się nie ruszał. Potem jeden z nich uniósł topór.
    - Ta dziwka zabiła Jehana! – warknął i ruszył w jej stronę.
    - Nie rusz jej, to wiedźma... – powiedział któryś, ale to nie powstrzymało topornika. Dopadł do Atalii i wzniósł swój oręż nad głowę, by zadać śmiertelny cios. Dziewczyna powinna spróbować zrobić unik, ale w takich chwilach nie zawsze ludzie zachowują się racjonalnie. Zamiast tego, złapała barbarzyńcę za ręce. Oczywiście, nie miała tyle siły, aby powstrzymać takiego wojownika.
     Nie musiała mieć. Ramiona Nevadima, w miejscu za które złapała, po prostu zaczęły się... Topić.
    Bandyta, wyjąc z bólu, wypuścił topór, który spadł na ziemię, za jego plecami. Wyrwał ręce z uścisku Atalii. Z przerażeniem spojrzał na nie. W miejscu, gdzie dziewczyna go dotknęła, było widać gołą kość prześwitującą pomiędzy resztkami skóry i mięśni. Będąc w szoku, Naveadim zaczął wrzeszczeć i biegać dookoła, wymachując swoimi rękoma, rozsiewając dookoła krople krwi. Jeden z towarzyszy złapał go. Reszta ruszyła na Atalię.
     Dziewczyna w panice skuliła się, zasłaniając głowę rękoma. Było ich zbyt wielu. Co z tego, że potrafiła zabijać dotknięciem? Co jej to dało i tak zdechnie...
    Ale ciosy nie nadchodziły. Atalia nieśmiało uniosła głowę i rozejrzała się.
    Dookoła niej w dalszym ciągu stali Nevadim. Większość z nich miała w ręku broń i wściekłość wypisaną na twarzy, ale niektórzy patrzyli na nią z wyraźnym przerażeniem albo... zdziwieniem? O co tu chodziło?
    Nagle jeden z Nevadim wzniósł miecz i zamachnął się w jej stronę. Atalia odruchowo odskoczyła... Ale zauważyła, że cios i tak by jej nie dosięgnął. Ostrze zatrzymało się przed jej twarzą. Choć Nevadim próbował je popchnąć dalej, a na jego twarzy pojawił się wyraz wysiłku, nie był w stanie jej zranić. Jakby miecz napotkał niewidzialną ścianę. Dodatkowo spod ostrza sypały się niebieskawe iskry... Podobne do tej poświaty! Atalia spojrzała na swoje dłonie. Wciąż się lekko jarzyły. Ta sama magia, która pozwoliła jej okaleczyć tamtych dwóch, teraz chroniła ją przed ciosami!
    Atalia spojrzała w kierunku Nevadim. Chyba to, co ujrzeli w jej oczach nie spodobało się im. Ten, który ją atakował, opuścił broń i zaczął się cofać. Tak samo inni.
    - Cooo, skurwysyny? – wysyczała dziewczyna. – Przyjemnie napadać, gwałcić, zabijać, kiedy ofiara się nie broni, co? Śmierdzący tchórze! – Atalia tak się zapamiętała w gniewie, że nie widziała, co się dzieje. Nie zauważyła, że uniosła się o kilka palców w górę, zawisając nad ziemią. Nie zwróciła uwagi na to, że jej tarcza stała się widzialna. Dookoła niej jarzyła się błękitna, iskrząca aura. Pomału coraz bardziej się rozszerzała, sięgając coraz bliżej Nevadim.
    A potem wybuchła.

   Na środku wioski Kadze ze swojego letaura obserwował, jak pod nadzorem jego chłopców, wieśniacy wynoszą wszystkie swoje dobra na plac. Wierny Lete miotał się tu i tam, zaglądając do domów, dbając o to, aby te śmierdziele niczego przed nimi nie ukryli.
    Kilku chłopaków już się zajęło zabawą. Wytoczyli beczkę gorzałki i otworzyli ją, rozlewając do skonfiskowanych kubków. Jeden z nich wyciągnął nawet harmonijkę i zaczął grać jakąś skoczną melodię. Dobrze. Niech się chłopcy poweselą. Zasługują na to.
    - Ej, szybciej, ruchy, ruchy! – krzyknął jeden z chłopców i kopnął w tyłek młodego, ciemnowłosego wieśniaka, który niósł kosz z kiełbasą. Kmiot zachwiał się, ale nie upadł. Nevadim już szykował się, aby wymierzyć mu kolejny cios, kiedy nagle stanął, patrząc się gdzieś w dal.
    - Eee... szefie... – wyjąkał zbój. – Co to jest?
    Młody wieśniak przystanął i spojrzał w tę samą stronę, co on. Wypuścił z rąk kosz, kilka kiełbas wypadło na ziemię.
   - Atalia?.... – wymamrotał.
   Kadze również obrócił głowę. Jego oczom ukazał się niezwykły widok. Spomiędzy chałup wyszła... Nie... wyleciała? Wypłynęła? (Pomału posuwała się do przodu, choć jej nogi pozostawały bez ruchu – poza tym unosiły się nad ziemią) jakaś postać. Jej jasne, długie, rozpuszczone włosy powiewały za nią – choć nie było wiatru. Jej ubrania, twarz i rozłożone na boki ręce – były pokryte krwią. Dookoła niej co jakiś czas strzelały błękitne iskry.
    - Demon? – wyszeptał Lete, który stanął koło swego przywódcy.
    Kilku z Nevadim wyciągnęło broń, ale nikt nie śmiał ruszyć w kierunku tej istoty. Wszyscy – także wieśniacy – stali i wpatrywali się w nią.
    - To koniec – rozległo się w końcu. Był to dźwięczny, dziewczęcy głos... Ale czuć w nim było jakąś siłę. I determinację. I nienawiść. – Nie będzie więcej rabowania. Nie będzie więcej zabijania. Nie będzie więcej gwałcenia!
    - Hej, to tylko ta dziewka! – zaśmiał się Lete. – Wykończcie ją! Może jest wiedźmą... ale tym lepiej! Bogowie nas będą lubić, jak ją załatwimy!
    Kilku z grabieżców wyrwało się z otępienia i ruszyło w stronę Atalii. Teraz, kiedy wiedzieli, że to człowiek z krwi i kości, a nie demon, już się jej nie bali.
    - Nie wycieraj sobie gęby bogami – oświadczyła dziewczyna. – Bo jesteś śmieciem w ich oczach. A ja jestem ich mieczem, który ukarze was! – jej słowa przerodziły się w krzyk. Uniosła wyżej ręce. Po jej dłoniach zaczęły tańczyć błękitne iskry – takie same, jak te w powietrzu wokół niej (których zresztą zaczynało być coraz więcej). Po chwili jej palce zaciskały się wokół lśniących kul energii.
    - Zdychajcie! – krzyknęła, po czym miotnęła kule w kierunku idących w jej stronę Nevadim. Jeden z pocisków z sykiem przeciął powietrze, po czym trafił w któregoś z bandytów i z hukiem wybuchł. Nevadim padł na ziemię, wrzeszcząc z bólu. Po jego ciele przebiegały niebieskie rozbłyski energii.
    - Dorwijcie ją szybko, zanim wystrzeli tego więcej – krzyknął Lete.
   Ale już kolejne pociski przeszywały powietrze. Jeden z Nevadim, który dosiadł letaura, aby zaszarżować, po chwili legł przygnieciony jego ciężarem, kiedy wierzchowiec padł, trafiony kolejną sferą.
    - To nasza szansa! Na nich! – krzyknął Jaros. Kopnął w krocze najbliższego Nevadim, a kiedy ten zgiął się w bólu, wyrwał mu miecz. Kilku wieśniaków poszło w ślady chłopaka.
    Po raz pierwszy, mieszkańcy Vitniki walczyli z Nevadim.


    Walka była skończona. Wszędzie walały się trupy. Niestety – wiele z nich należało do wieśniaków. Ale co najmniej tyle samo do Nevadim. A te drugie były w o wiele gorszym stanie. Wiele z nich było zmasakrowanych – rozerwanych albo nadpalonych. Pośrodku tego wszystkiego stała główna sprawczyni rzezi. Tak, stała. Już nie lewitowała. Znikła też błękitna aura. Prawdę powiedziawszy, Atalia niewiele pamiętała z tego, co się przed chwilą działo. Jakby jej się to wszystko śniło... Ale trupy dookoła utwierdzały ją w przekonaniu, że to zdarzyło się naprawdę.
    Podszedł do niej Jaros. Chłopak miał kilka szram, ale jego twarz była rozradowana.
   - Hej, ale ich załatwiłaś! – krzyknął. – Cuda wyczyniałaś... Nie jesteś ranna? – spytał.
   Atalia natychmiast odwróciła się w jego stronę.
   - Przedtem nie byłeś taki troskliwy – syknęła. – Nic nie zrobiłeś, kiedy tamte bydlaki ciągnęły mnie, żeby... – Jej oczy zalśniły niebieskim blaskiem, a po dłoniach znów zaczęły pełzać iskierki. Chłopak cofnął się, przerażony. Nagle jednak światła zgasły.
   - A pomyśleć, że cię kiedyś... - teraz w jej głosie zabrzmiał jakby żal. Nie dokończyła. Na twarzy dziewczyny pojawiło się przerażenie. Właśnie sobie o czymś przypomniała.
   - Dziadek! – krzyknęła. – Co z nim? Żyje?
   - Kiedy Kadze go zranił, zabraliśmy go do znachorki – szybko odpowiedział Jaros. – Zajęła się nim do razu.
    Atalia natychmiast pobiegła w kierunku chatki należącej do zielarki. Nie zwracała uwagi na ziomków, którzy próbowali ją zatrzymać, żeby o coś spytać czy podziękować za to, co zrobiła (nie zauważyła też, że niektórzy na jej widok odsuwali się ze strachem w oczach).
   Wpadła do małego domku znachorki. W ciemnej izdebce, pośród ziół zwieszających się z sufitu i ścian, na drewnianej ławie leżał Matej a stara, przygarbiona kobieta nachylała się nad nim. Atalia natychmiast podbiegła do łoża, odsuwając na bok starowinkę.
   - Dziadku! Dziadku! – krzyknęła, klękając przy nim. Matej przekręcił głowę, aby spojrzeć na nią.
   - Jesteś... cała? – spytał z wysiłkiem. – Nic ci... nie zrobili?
   - Nie, nie... – odpowiedziała dziewczyna. – Próbowali, ale nie pozwoliłam... Dziadku! Pokonaliśmy ich!
   - Co ty... mówisz... – W tej chwili do chatki wszedł Jaros, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
   - Tak! Dziadku! Bogowie zesłali mi moc... Wielką moc! Pozabijałam ich!
   - Przestań mnie... okłamywać.
   - Ona mówi prawdę! – wtrącił się Jaros. – Zobaczcie sami! – otworzył szeroko drzwi do chatki. Matej uniósł się lekko przez otwór mógł widzieć kawałek placu. Zobaczył parę trupów Nevadim i ich letaurów.
   - Więc to prawda... Zrobiłaś to, czego ja... się zawsze bałem. Jestem z ciebie... dumny – wyszeptał słabnącym głosem Matej. – Teraz mogę... umrzeć.
   - Nie mów tak! – krzyknęła Atalia. – Mam moc... Mam moc! Uzdrowię cię! – przyłożyła mu ręce do piersi. – Żyj! Żyj!!!
   Głowa starszego opadła bezwładnie na bok.
   - Daj mu spokój – łagodnym głosem powiedziała znachorka. - On już nie żyje, córciu.
  Atalia położyła głowę na ciele dziadka. Przez chwilę tak półleżała. Jaros i zielarka usłyszeli, jak cicho łka.
   - Atalia... – powiedział chłopak, kładąc jej dłoń na ramieniu. Nagle dziewczyna się podniosła, odtrącając rękę Jarosa. Siąpnęła nosem i otarła rękawem łzy z twarzy. Potem się odezwała, a w jej głosie czuć było ponurą determinację.
   - Skoro bogowie chcą, żebym była narzędziem kary, a nie szafarką łask.... Niech tak będzie!
   Wyszła z chatki. Przeszła pośród trupów na środek placu, a jej ziomkowie przyglądali się jej, szepcząc między sobą.
   Atalia stanęła na środku.
   - Czy jacyś Nevadim przeżyli? – spytała.
   - A juści! – krzyknął jeden z wieśniaków.- Samego Kadzego żeśmy złapali!
   - Dawać go tu – warknęła Atalia. – Dawać go tu, powiedziałam! – krzyknęła głośniej, kiedy nikt nie kwapił się, żeby wykonać rozkaz. Jej oczy zalśniły. Tym razem posłuchali się. Po chwili dwóch rosłych chłopów rzuciła jej pod nogi wodza Nevadim. Kadze był w opłakanym stanie. Był cały poraniony. Gdzieś zgubił swój hełm i widać było jego rzadkie, choć długie, ciemne włosy, teraz zlepione juchą. Kiedy spojrzał na Atalię – wciąż poplamioną krwią jego towarzyszy – zagulgotał coś niezrozumiale. Potem zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Któryś z chłopów podciął mu nogę i watażka runął jak długi. Teraz nikt się go nie bał.
    Atalia stanęła nad nim.
   - To twój koniec – oświadczyła. – Z woli bogów dziś będziesz się smażył w piekle – a ja ci dam tego przedsmak!
    Dziewczyna pochyliła się nad przerażonym bandytą. Wykonała rękę – która znów zaczęła się świecić – po czym, poprzez dziurę w policzku, wepchnęła ją do środka jamy ustnej Kadzego. Wódz zaczął jęczeć. Z jego ust, nozdrzy, uszu, a nawet oczu wytrysnęły strumienie błękitnego światła. Po chwili jego głowa eksplodowała, obryzgując Atalię krwią i płynem mózgowym. Ciało opadło na ziemię. Ktoś głośno zwymiotował.
    Dziewczyna obróciła się.
   - Zakopcie to gdzieś – oświadczyła, po czym ruszyła w stronę domu, który przedtem zamieszkiwała razem z dziadkiem, a wszyscy schodzili jej z drogi.


    Legendy głoszą, że wieki temu olbrzymi, stalowy dom zesłany przez bogów zstąpił z niebios pośrodku równin Czerkan. W jego środku byli przodkowie wszystkich ludzi. Wyszli z wielkiego domu i założyli dookoła niego osadę – a po latach rozmnożyli się tak, że zasiedlili cały świat.
    Pierwsza wioska nie została zapomniana – wręcz przeciwnie, przetrwała i rozrosła się. Ba, stała się największym miastem na Socratesie. A pośrodku stolicy zwanej Primurbium wciąż wnosi się Pierwszy Dom – obecnie jest świątynią i siedzibą Arcykapłana, a także skarbcem świętych relikwii, otrzymanych od samych bogów. Z jego stalowych ścian Jego Ekscelencja włada wszystkimi bogobojnymi ludźmi dobrej woli, którzy uznają jego nadaną przez bogów władzę i wypełniają jego światłe i pełne mądrości słowa.
    Jednak nie zawsze Arcykapłan przebywa wśród pełnych przepychu sal Pierwszego Domu. Czasem chwalebna, lecz ciężka służba bogom zmusza go, aby wyruszył w świat, na spotkanie z wiernymi. Tak też uczynił owego dnia. Jego zaprzężona w dwa letaury kareta, otoczona eskortą templariuszy, właśnie wjeżdżała do małej wioski, zwanej Vitniką.
    Nagle Ezdrael poczuł, że wóz się zatrzymał. Zniecierpliwiony wyjrzał przez okno.
   - Co się dzieje? – spytał jednego z templariuszy. Opancerzony jeździec oświadczył:
   - Za pozwoleniem... Musimy poczekać, aż otworzą, Wasza Ekscelencjo.
   - Co niby mają otworzyć? – spytał zdziwiony Ezdrael. Wychylił się nieco dalej i spojrzał przed wóz.
Jego oczom ukazały się fortyfikacje – solidny ziemny wał i palisada. Po murze kręciło się kilku strażników. To wyglądało bardziej jak wojskowy obóz, niż spokojna, rolnicza wioska. Nie tego się spodziewał... Choć zważywszy na pogłoski – powinien.
    W końcu wrota się otworzyły i karawana mogła ruszyć. Jeźdźcy i karoca wjechali do środka grodu. Od wewnątrz Vitnika bardziej przypominała zwykłą osadę – choć można było tu dostrzec całkiem sporo mężczyzn pod bronią (nic wielkiego – głównie dzidy, czy narzędzia rolnicze – choć kilku miało miecze). Większość z nich na widok karocy ozdobionej emblematem Arcykapłana – Złotym Trójrogiem – skłaniało w szacunku głowy – a Ezdrael odwzajemniał się im, rozdzielając błogosławieństwa. Jednak niektórzy z nich nie zwracali na niego uwagi – czy wręcz patrzyli się hardo. To nie podobało mu się.
    Po chwili orszak stanął na placu pośrodku osady. Jeden z templariuszy otworzył drzwiczki karety i pomógł wyjść Arcykapłanowi. Ezdrael spojrzał przed siebie.
    Na ganku największego i najbardziej okazałego domu (nie to, żeby by wyglądał jakoś szczególnie, w porównaniu z pałacami Primurbium) stała dziewczyna. Była ubrana w skórzaną, nabijaną metalowymi ćwiekami i paskami żelaza kurtę – taki strój nosiło wielu najemników i bandytów. Długie, jasne włosy miała spięte z tyłu. Sądząc po twarzy, mogła sobie liczyć nie więcej jak kilkanaście wiosen – ale jej wyprostowana sylwetka, kamienna twarz i poważne spojrzenie, sprawiały wrażenie, jakby była dużo dojrzalsza. Przez chwilę stali naprzeciw siebie – młoda dziewczyna ubrana, jak żołnierz i starzec spowity w białą szatę z kapturem. Potem jasnowłosa wskazała na otwarte drzwi chaty.
- Witamy w Vitnice, Wasza Ekscelencjo. Zapraszam, czym chata bogata, tym rada – powiedziała. Choć jej słowa były uprzejme, jej ton był chłodny. I nie skłoniła głowy. To nie podobało się Ezdraelowi. Z namysłem pogładził swoją niewielką kozią bródkę, gdzieniegdzie przetykaną siwymi pasmami. Wciąż przyglądał się gospodyni.
    - Moi bracia zajmą się twoimi sługami – oświadczyła dziewczyna.
    Arcykapłan skinął dowódcy straży. Ale na wszelki wypadek rozkazał, aby dwóch templariuszy poszło razem z nim.
    W trójkę wkroczyli do wnętrza domostwa. Tam czekał na nich zastawiony stół. Cóż, nie było zbyt bogato, ot zupa warzywna, kasza z omastą, piwo do popicia – ale czego mogli się spodziewać? Liczy się gościnność.
    Co prawda, na niej też, tej Atalii nie zbywało. Choć dwóch chłopów, usługujących przy stole napełniało kiedy trzeba kubki gości i podsuwało im jedzenie, sama gospodyni siedziała sztywno wyprostowano na krześle i uważnie obserwowała przybyszy. Ezdrael starał się nie zdradzać zaniepokojenia. Jadł powoli, uważając, aby nie zaplamić swojej białej szaty. Ciszę przerywały jedynie odgłosy drewnianych łyżek stukających o talerze i chrzęst kolczug templariuszy.
    W końcu Arcykapłan zdecydował się przerwać kłopotliwe milczenie.
   - Zatem... moje dziecko... – zaczął łagodnym głosem.
    - Nie jestem dzieckiem – przerwała mu Atalia. – Już nie. A na pewno nie twoim.
    - Jak śmiesz! – warknął jeden z templariuszy, unosząc się. Ezdrael powstrzymał go uspokajającym ruchem dłoni. – Z pokorą wybaczam te słowa, składając je na karb młodzieńczej zapalczywości – oświadczył. Na zdecydowane kroki zawsze był czas. Na razie chciał się dowiedzieć, co się właściwie tu dzieje. Poza tym – nie był pewien, czy w razie konfrontacji wieśniacy z Vitniki staną po WŁAŚCIWEJ stronie.
    - Jesteś dosyć śmiała i wygadana, jak na osobę wychowaną w takim miejscu, czyż nie, moje... panienko? – spytał Arcykapłan.
    - W jakim miejscu? Takim, które nie zasługuje na twą uwagę i ochronę twych templariuszy? A ja... Wychowywał mnie człowiek bywały w świecie. Mądry człowiek. Na tyle mądry, że poznał się na was.
    Na te słowa Ezdrael zamilkł na chwilę. No cóż, faktycznie Vitnika wysyłała prośby o pomoc... Ale na bogów! Rządził całym państwem, nie mógł interweniować za każdym razem, kiedy jakaś banda złupi wioskę na peryferiach!
    - Więc... wydaje ci się, że zostałaś obdarzona mocą przez bogów? – kontynuował.
    - Nie.
    Arcykapłan uśmiechnął się pobłażliwie.
    - Cieszy mnie to... Wygląda na to, ze to wszystko jest nieporozumieniem, wywołanym przez plotki, roznoszone...
    - Nie wydaje mi się, że zostałam obdarzona mocą przez bogów – przerwała jego tyradę Atalia. – Bo to prawda.
    - Wielu ludzi tak mówi. Daj mi dowód – oświadczył wprost Ezdrael.
    - Dowód? – spytała się Atalia, wstając z krzesła. – Chcesz dowodu? – oparła się o stół.
    Zaniepokojony Arcykapłan zauważył, że jej oczy zaczynają się świecić. – Człowieku małej wiary! – krzyknęła, wznosząc ręce do góry. – Oto masz dowód! – Po jej palcach zaczęły skakać z trzaskiem błękitne iskry. Kątem oka Arcykapłan zobaczył, że dwaj wieśniacy cofają się pod ścianę. Natomiast jego gwardziści nie ulegli panice.
    - To wiedźma! – krzyknął jeden z nich i sięgnął do pasa po Święty Samopał. Jednak zanim zdążył wycelować, Atalia machnęła rękę. Błękitna błyskawica przecięła powietrze i templariusz z krzykiem wypuścił broń. Uniósł ku twarzy dłoń. W kilku miejscach skóra była całkiem spalona.
    W tym czasie dziewczyna uniosła się do góry. Iskry skakały wszędzie dookoła, a jej naelektryzowane włosy fruwały w powietrzu.
    - CZY TERAZ MASZ DOWÓD?! – krzyknęła nieludzkim głosem.
    Arcykapłan zanurkował pod stół. – Brońcie mnie, na litość bogów! – krzyknął. W tej chwili trzaskające odgłosy iskier ucichły. Ezdrael wyjrzał nieśmiało spod stołu.
    - Odejdźcie – usłyszał spokojny głos. Atalia stała jak by nic nie zaszło. Nie było śladu po wydarzeniach sprzed chwili – no może poza tym, że jeden z templariuszy tulił do siebie ranną dłoń.
    - Odejdźcie – powtórzyła. – Służcie wiernie bogom... Od tej pory nie słowami, a czynem. Żegnam.
Po chwili zgromadzeni na placu wieśniacy i kilku templariuszy zobaczyło, jak z chatki wypada Jego Ekscelencja, a w ślad za nim dwaj gwardziści. Arcykapłan stanął na ganku. Po jego twarzy było widać, że jest wściekły.
    - Jest wśród was wiedźma! – krzyknął, wznosząc ręce ku górze. – Demon w ludzkiej skórze!
    - Prawda, ciarki mnie przechodzą, jak ją widzę... – mruknął jeden z wieśniaków, jednak reszta natychmiast go zbeształa.
    - Cichaj!
    - Wszyscy wiedzą, ze to dobra dziewczyna, tylko trochę... tego.. nerwowa.
    - Panienka Atalia uratowała nas wszystkich!
    - A co WY zrobiliście dla nas, a? – krzyknął jakiś chłop, wskazując palcem na Ezdraela.
    Arcykapłan aż zazgrzytał zębami ze złości.
    - Bluźniercy! Niewdzięcznicy! – krzyczał. – Klątwa na was i na wasze potomstwo!
    Ochłonął trochę. Rozejrzał się po placu. Miał tylko dziesięciu (w tym dziewięciu zdolnych do walki) templariuszy. Normalnie byliby w stanie rozpędzić całą wioskę – cywile pierzchali przed doświadczonymi żołnierzami, kiedy tylko usłyszeli huk wystrzałów i ujrzeli pierwszą krew.
    Ale nie w tym wypadku. Nie pod dowództwem tej wiedźmy. Arcykapłan widział pełne determinacji oczy. Widział zaciśnięte na drzewcach dłonie. Wolał nie próbować.
    - Jedziemy stąd – rzucił sucho w kierunku templariuszy.


    Świątynia Słonecznego Głosu była jednym z najchętniej odwiedzanych przez pielgrzymów miejsc, zaraz za samym Pierwszym Domem. Choć tego miejsca nie nawiedzał osobiście żaden z bogów, to jednak można było tu ujrzeć wyraźny przejaw działania Gwiezdnych Panów... A raczej, usłyszeć go.
Derek dopiero rok temu otrzymał niższe święcenia kapłańskie, a już dostąpił zaszczytu dotknięcia relikwii. Z namaszczeniem przyjął niewielki, okrągły przedmiot z rąk przełożonego świątyni. Zdziwiła go niezwykła faktura artefaktu – nie stworzono go z kamienia, ani metalu. To utwierdziło Dereka w przekonaniu, że trzyma rzecz nie pochodzącą z tego świata.
     Kapłan wyszedł na dziedziniec. W ślad za nim kroczył templariusz Zakhar – jedyny przedstawiciel tego zakonu, pełniący służbę w świątyni. Derek ustawił relikwię na niewielkim podeście i odstąpił. Przez chwilę spoglądał na przedmiot, a potem pozostawił go pod pieczą Zakhara. Teraz pozostawało jedynie czekać, aż promienie słońca przekażą swą moc artefaktowi.
    Kilka tygodni temu, przełożony świątyni zdradził Derekowi, że spokojnie można by dokonywać wystawienia świętości częściej niż raz na rok, w czasie letniego przesilenia. Może nawet codziennie. Zbroje templariuszy były wspomagane przez tę samą słoneczną moc, a przecież można ich było używać bez większych ograniczeń.
     - To dlaczego robimy to tylko raz na rok? - pytał zdziwiony Derek. - Dlaczego skąpimy wiernym tej łaski?
    - Dla ich dobra, rzecz jasna! - odparł wówczas stary Jahim. - Sam pomyśl. Gdyby mogli być świadkami tego cudu codziennie... Spowszedniałby im. Przestałby by budzić zachwyt. Czy to, że słońce wschodzi co rano nie jest większym cudem i przejawem łaski bogów, niż jakaś śpiewająca skrzynka? Jest. A czy budzi to podziw maluczkich? Niespecjalnie. Wczoraj słońce wzeszło, jutro też wzejdzie, czy się tu zachwycać? Za co dziękować? A tak... wierni przybywają do nas z dalekich stron. Nie każdy może sobie pozwolić na oderwanie się od pracy właśnie w te letnie dni. Niektórzy pielgrzymują do nas tylko raz w życiu. Wracają do domów utrudzeni, ale szczęśliwi, bo mają poczucie, że dotknęli czegoś niezwykłego... A to coś, dotknęło ich. Mają co wspominać. Nie odbierajmy im tego.
    Derek wyparł z głowy wspomnienia. Musiał dopilnować bardziej przyziemnych aspektów tego świątecznego dnia. Jak na przykład, przypilnować, aby kucharze przygotowali dania, którymi przełożony chciał wieczorem ugościć co znaczniejszych gości. Na razie artefakt może spokojnie spoczywać, pod czujmy okiem templariusza.
    Mijały godziny. Słońce osiągnęło zenit i zaczęło wędrować ku zachodowi, ale wcześniej spełniło swe zadanie i użyczyło mocy relikwii. Wieczór przyniósł miły chłodek. Na trybunach otaczających dziedziniec zgromadzili się wierni. Kilkunastu strażników świątynnych (z których każdy marzył, by kiedyś przywdziać zbroję templariusza) utrzymywało porządek wśród tłumu, ale i tak gwar był niesamowity.
    Hałas umilkł, gdy do podestu podszedł stary Jahim w asyście młodszych kapłanów. Ostatecznie, każdy z pielgrzymów przybył, tu, aby słuchać.
Na razie jednak, zgromadzeni wierni musieli wysłuchać kazania wygłoszonego przez przełożonego świątyni. Jahim zamierzał celebrować tę szczególną chwilę. Najpierw odmówił modlitwę dziękczynną, potem podzielił się z pielgrzymami swoimi przemyśleniami na temat bogów, ludzi, relacji bogów z ludźmi i odwrotnie, a także kilkoma poradami gospodarskimi.
    - A teraz, boskie dzieci, nadeszła chwila... - oznajmił wyższy kapłan, zawieszając głos w celu zbudowania napięcia. Ale zanim Jahim pociągnął wątek, wśród zebranych na nowo wszczął się zamęt. Przełożony chramu uniósł wzrok – bynajmniej nie ku niebiosom, lecz ku trybunom, aby zobaczyć, czemu wierni hałasują, podczas gdy powinni w nabożnym skupieniu czekać na objawienie Słonecznego Głosu.
    Derek poszedł w ślady swego mistrza i zobaczył, że przez tłum przedzierali się jacyś ludzie. Ich ubiory były raczej ubogie, ot, proste chłopskie odzienia, ale niektórzy mieli na sobie proste skórzane kaftany, jakie nosili żołnierze, najemnicy i rozbójnicy. Większość była uzbrojona – nie tylko w pałki, noże czy dzidy, ale nawet w miecze. Kapłan ocenił, że grupa spóźnialskich przybyszów liczyła około trzydziestu-czterdziestu osób. Osobnicy poszukiwali miejsc do siedzenia, a ponieważ większość była już zajęta, zaczęli się rozdzielać. Jednakże, w dalszym ciągu kilkunastu z nich tworzyło w miarę zwarty oddział. Większość stanowili mężczyźni, ale Derek zauważył trzy kobiety. Wśród nich wyróżniała się młoda dziewczyna o jasnych włosach. Nie nosiła broni, ale kiedy zwróciła się do jednego z przybyszów z władczą miną (kapłan nie był w stanie usłyszeć jej słów), ten tylko pokiwał głową i przesunął się. Czyżby była ich przywódczynią? Nie wyglądała na szlachciankę.
    - Czemu zakłócacie naszą świętą ceremonię? - dał się słyszeć głos Jahima. Starszy kapłan starał się sprawiać spokojne i dostojne wrażenie, ale Derek domyślał się, że jego mentor ledwie skrywa irytację. - Powinniście zająć swoje miejsca już dawno temu!
    - Wybaczcie, wielebny – odpowiedziała mu dziewczyna. Chyba faktycznie była przywódczynią przybyszów, skoro przemawiała w ich imieniu. - Spóźniliśmy się.
    - Spóźniliście się?! - tym razem Jahim dał się ponieść gniewowi. - Więc powinniście zostać na zewnątrz! Kimże jesteś, żebyśmy my... i sami bogowie, mieli czekać aż ty i twoi pachołkowie raczą zająć miejsca?
    - Jestem Atalia z Vitniki! - oznajmiła kobieta. Teraz wśród zgromadzonych rozpętał się prawdziwy rozgardiasz. Wierni gadali między sobą oraz wypytywali obstawę dziewczyny, by upewnić się co do jej tożsamości. 
    Derek słyszał co nieco o tej kobiecie. Głównie plotki, niektóre wzajemnie się ze sobą sprzecznie. Ludzie mówili o niej jako o nieskalanej dziewicy zesłanej przez bogów, pod której stopami, gdy przechodzi, wyrastają kwiaty. Albo o krwiożerczej wiedźmie, pożerającej serca swoich wrogów. Albo o nieślubnej córce Arcykapłana, chcącej odebrać ojcu tron. Albo o rewolucjonistce, palącej pałace i nawołującej do tego, żeby wszystko było wspólne, łącznie z żonami i onucami. 
   Jahim zamilkł. Starszy duchowny wyglądał na skonsternowanego. Potem na nowo przybrał groźny wyraz twarzy i oznajmił:
    - Myślisz, że to cię czyni kimś ważniejszym w oczach bogów? A teraz siadaj, milcz i nie przeszkadzaj więcej! 
   O dziwo, kobieta usłuchała. Zamilkła i usiadła. Jej ludzie poszli w ślady swojej przywódczyni. To jeszcze spowodowało jeszcze większe zmieszanie u przełożonego świątyni. Zapadła cisza. Dopiero po chwili Jahim wziął się w garść i powrócił do przerwanego rytuału. 
   - Jak powiedziałem, nadeszła chwila, aby boski śpiewak obdarzył nas swym głosem! - oświadczył kapłan, a potem przycisnął klawisz znajdujący się na relikwii i stanął z boku.  Z niewielkiego przedmiotu dobył się dźwięk. Przez chwilę słychać było jedynie szum i trzaski. Niektórzy wierzą, że to dlatego, że głos boga musi się przebić przez chmury rozciągnięte pomiędzy ziemią, a niebem. Potem rozległ się śpiew. Pieśniarzem był mężczyzną, albo kobieta o bardzo niskiej barwie głosu - zresztą, kto wie, jak to jest z tymi bogami. Ton pieśni był raczej radosny, wręcz frywolny. Z jednej strony, nie pasował do uroczystej, religijnej ceremonii... Z drugiej  - wpasowywał się w "słoneczny", pogodny nastrój, który na ogół był domeną tego święta. W każdym razie, może to i dobrze, że słowa pieśni należały do jakiegoś tajemnego języka bogów (lub dialektu ludzkich praprzodków), bo treść mogłaby spowodować wiele zawirowań teologicznych i rodzić nowe herezje. 
    Wszyscy słuchali w zaiste nabożnym skupieniu. Nikt nie nie gadał, nikt nie kaszlał, nikt nie tupał. Skończyła się jedna pieśń i zaczęła druga. Tym razem głos był zdecydowanie damski, a śpiew przybrał rzewny ton. Wyraźnie było słychać, że słowa drugiego utworu są w w języku innym, niż pierwszego. Potem przyszła na mężczyznę, który śpiewał w tej samej mowie, co pierwszy, ale w kompletnie odmienny sposób. Nie tyle śpiewał, co recytował w rytm, wyrzucając z siebie słowa z jakąś taką złością. 
    Derek nie pierwszy raz uczestniczył w obrzędzie, być może dlatego, aż tak bardzo nie skupiał się na świętych pieśniach. Rozglądał się po trybunach. Nie mógł się powstrzymać, aby kierować co chwilę wzroku na Atalię. Dziewczyna siedziała z dłońmi splecionymi na podołku i ze szczerą uwagą skupiała się na świętej muzyce.
     Wierni wysłuchali jeszcze kilku piosenek. Wreszcie Jahim ponownie podszedł do relikwii i nacisnął inny przycisk. Muzyka ucichła. No, teraz jeszcze słowo końcowe i rozpocznie się festyn. Będzie dużo handlu, chlania i zgoła nieboskich śpiewów. 
   Derek niemal nie słuchał kolejnej przemowy swego mistrza. Czuł, że coś musi się stać. Przecież Atalia i jej zwolennicy nie przybyli tu tylko po to, żeby uczestniczyć w święcie. I faktycznie, jak tylko Jahim zakończył krótkie kazanie słowami "A teraz, bawcie się dobrze, bracia i siostry, z naszym błogosławieństwem", dał się słyszeć głos dziewczyny.
   - Jestem wdzięczna za to przeżycie - oznajmiła kobieta. - Zarówno tobie, wielebny, jak i bogom, których muzykę mieliśmy łaskę słyszeć.
   Jahim otworzył usta. Być może, żeby przyjąć podziękowania, ale raczej po to, by zbesztać bezczelną dziewkę. Może nawet po to, by kazać strażnikom świątynnym, aby ją aresztowali. To ostatnie posunięcie mogłoby okazać się bardzo głupie, biorąc pod uwagę siłę grupy przyprowadzonej przez Atalię. 
   Tak, czy inaczej, dziewczyna nie dała dojść duchownemu do słowa. Schodząc po stopniach prowadzących ku arenie, cały czas przemawiała. A jej głos był tak donośny, że Derek miał wrażenie, że w grę wchodzi coś więcej, niż dobra akustyka amfiteatru. Od kobiety wypływały się jakieś takie... wibracje. W pewnym sensie przypominające sposób, w jaki rozchodził się dźwięk boskiej muzyki.
   Derek przestraszył się tej myśli natychmiast po tym, jak przemknęła przez jego głowę. 
   - Ale prawdziwej wdzięczności nie wyraża się słowami, tylko czynami! - ciągnęła dziewczyna. - Wysłuchaliśmy głos bogów... i co dalej? Pobawimy się trochę na festynie, a potem wrócimy do domów i nic się nie zmieni? Po co to wszystko? Nie! Jeśli wysłuchaliśmy głosu bogów, powinniśmy czynić wolę bogów! - Atalia wkroczyła na arenę i stanęła tuż obok osłupiałego Jahima. - A co jest wolą bogów? Walka z niesprawiedliwością! Walka z wyzyskiem! Walka ze złem! 
   Za każdym wypowiedzianym słowem, dziewczyna unosiła się odrobinę w górę, a jej głos stawał się odrobinę głośniejszy. Coraz jaśniejsze stawały się też iskry sypiące się z jej dłoni. Widzowie, którzy wcześniej w milczeniu podziwiali cud boskiej muzyki, teraz szeptali między sobą. Niektórzy nawet wyciągali w jej stronę palce.
   - Każdy, kto chce dołączyć do walki o sprawiedliwość, ma teraz okazję! - oświadczyła Atalia, a jej głos był niczym grom z nieba. - Każdy, kto stanie przeciwko nam, zostanie pokarany i zniszczony!
   Tego dnia kilkudziesięciu nowych ludzi dołączyło do armii Atalii. Derek był wśród nich.



    Arcykapłan Ezdrael siedział zadumany na swoim złotym tronie w Wewnętrznym Sanktuarium. Był tu zupełnie sam. Miał wiele do przemyślenia. Sprawy szły w złym kierunku.
    Minęło już kilka miesięcy od... tamtych wydarzeń. Nigdy nikt go tak nie upokorzył! Jego, Arcykapłana, z Woli Bogów Zarządzającego Socratesem! Do tej pory wpadał we wściekłość, kiedy o tym pomyślał.
    W dodatku ta suka.... Jej wpływy się rozszerzały. Rozbijała zbójeckie bandy, karała zbrodnie, gdzie tylko mogła. A szeregi jej zwolenników się powiększały. Przyłączała się do niej nawet pomniejsza szlachta... I kapłani. Do wszystkich demonów Lorf-Lekanta, nawet kapłani!
    A on nie mógł nic zrobić z tą histerią. Zbyt dużo sił zaangażował w świętą wojnę z Kaszmirytami. W tej chwili na dworze było zaledwie pięć Czcigodnych Zbroi Wspomaganych.
    W tej chwili w sali rozległ się znajomy trzask. Arcykapłan natychmiast zerwał się z tronu i podbiegł do jednej ze ścian. Wiedział, co się dzieje. Ołtarz Wizji Przemówi! Słowo od bogów!
    Duchowny stanął przed świętym miejscem. Tuż pod ścianą stał niewielki podest, a przed nim... Cóż, Ezdraelowi kojarzyło się to z kazalnicą - dziwne, bo bardziej pasowałby tu klęcznik, ale widać tak miało być. Przebudowa byłaby bluźnierstwem. Pulpit ,,kazalnicy" pokrywały różne przyciski. Arcykapłan wcisnął zielony, tak jak nakazywała w takiej sytuacji Instrukcja autorstwa świętego Obsługi. Natychmiast z Ołtarza wytrysnął snop światła, który po chwili skupił się w eteryczny wizerunek. Oczom Ezdraela ukazała się dobrze odżywiony, lekko łysiejący mężczyzna, ubrany w jakiś połyskliwy strój.
    - Ekhem – odchrząknął i zaczął mówić. – Dzień dobry. Inspektor Sektora Victor Narracote. W ramach co dziesięcioletniej inspekcji chciałem porozmawiać z Zarządzającym planetą Socrates.
    - Ja mam zaszczyt pełnić ten urząd, panie mój! – krzyknął Ezdrael, padając na kolana.
    - Miło mi poznać, ale... bez przesady – odparł, wyraźnie lekko zakłopotany, mężczyzna. – Jak się przedstawiają sprawy?
    - Toczymy wojnę z niewiernymi Kaszmirytami na waszą chwałę! Wkrótce ich zmiażdżymy.
    - Ach. No tak. Radzenie sobie z lokalnymi buntami leży w pańskich kompetencjach. Jeśli to wszystko, to...
    Arcykapłan wszedł w słowo bogu. Wiedział, że to zuchwalstwo, ale musiał o to spytać, zanim on zniknie.
    - Czy Atalia z Vitniki jest waszym posłańcem?
    - Hem? – zdziwił się holograficzny wizerunek. – Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Ale wiem na pewno, że nikogo do was nie posyłaliśmy.
    Ezdrael zerwał się na równe nogi. Zaczęła go ogarniać euforia.
    - Błagam o wybaczenie! Proszę o chwilę czasu, wszyscy muszą to usłyszeć! – krzyknął i podbiegł do drzwi. Z hukiem je otworzył. Jego oczom ukazał się przedsionek wypełniony templariuszami oraz mnóstwem pątników ze wszystkich zakątków Socratesa, którzy pokornie czekali, aż Jego Ekscelencja raczy ich przyjąć.
    - Chodźcie, chodźcie wszyscy! – krzyknął Arcykapłan. – Słowo od bogów!
    Natychmiast go posłuchali. Nikt z nich – prócz kilku z templariuszy – nie miał jeszcze okazji widzieć Objawienia.
    Tłum zgromadził się wokół holograficznego wizerunku. Niektórzy krzyczeli w zachwycie. Inni padali na kolana.
    Narracote był wyraźnie zakłopotany. Wiedział, że na niektórych odległych koloniach panuje spore zacofanie, ale żeby takie? Ale nikt z wiernych nie zwracał uwagi na takie szczegóły, jak zmieszanie ,,bóstwa".
    - Błagam! – zaczął Ezdrael. – O panie, powtórz to wobec wszystkich! Czy Atalia z Vitniki jest waszym posłańcem? Czy przemawia w waszym imieniu?
    - Nie, nie znam jej! Na pewno nie jest przedstawicielem rządu Paktu! – odpowiedział wizerunek.
    Ezdrael odwrócił się do tłumu z triumfalnie wzniesionymi ramionami. Nie zwrócił uwagi na to, że projektor z trzaskiem się wyłączył. Liczyło się, to co usłyszeli ludzie. Teraz wszyscy odwrócą się od Atalii! Szeregi heretyków stopnieją z dnia na dzień. A kiedy będzie sama....
    Ukarze jej zuchwalstwo.



   - Zwiadowcy mówią, że... oni nadchodzą – powiedział Derek.
   - Czekamy na nich – odpowiedziała Atalia.
   Jej zwolennicy zebrali się w wąwozie Szamara, na południe od Primurbium. Czemu Atalia poprowadziła swoje siły do tej nieurodzajnej krainy, między skały i kamienie? Każdy, kto studiował historie powstań i rewolucji wie, że góry są przyjaciółkami buntowników walczących z regularną armią. Atalia nie znała historii, ale potrafiła myśleć. Dlatego, kiedy dowiedziała się, że ogłoszono ją heretyczką, a władcy Primurbium wysłali przeciwko niej armię templariuszy, zarządziła, by jej ludzie pomaszerowali właśnie do wąwozu Szamara. Tutaj oczekiwali na nadejście żołnierzy Arcykapłana. Tutaj mieli stawić im czoła.
    A co do jej zwolenników... Od kiedy rozeszły się plotki, że w Pierwszym Domu pośród huku piorunów i feerii świateł ukazał się jeden z bogów, w całej swej chwale i ogłosił, że Atalia z Vitniki jest bluźnierczą heretyczką, wielu z nich odeszło.
    Ale i wielu pozostało.
   Atalia przysiadła na kamieniu. Dookoła niej kręcili się rozgorączkowani ludzie, szykując się do nadchodzącej bitwy.
    - Czy... Czy nie miałaś wątpliwości? Jeśli ten bóg mówił prawdę... – usłyszała głos Dereka.
    - Owszem, miałam – odpowiedziała cicho, nie odwracając się. – Ale... wiem, że postępuję słusznie. Ci wszyscy ludzie... potrzebują kogoś, kto ich ochroni. A jeszcze bardziej potrzebują kogoś, kto przekona ich, że są w stanie sami się ochronić. To co robię jest dobre, a jeśli bogowie sprzeciwiają się temu, co jest dobre.... – zawiesiła głos. - .... to pieprzyć bogów! A ty? – nagle Atalia odwróciła się do Dereka, patrząc mu prostu w oczy. – Czy ty nie masz wątpliwości? Jesteś przecież kapłanem!
    Derek uśmiechnął się.
    - Po to zostałem kapłanem, aby postępować słusznie. I pomagać innym, którzy też tego chcą.
Atalia słabo odwzajemniła uśmiech. – Poza tym – powiedziała – skądś moje moce się biorą... Więc nawet jeśli bogowie mają nas gdzieś, jak ich wielce świątobliwy arcykapłan... Jest coś... lub ktoś... ponad nimi. Kto nam pomógł. Kto nam pomoże.
    - Chciałbym, żeby tak było – mruknął Derek, tak cicho, że dziewczyna nie mogła go usłyszeć.
    - Zaraz będą! – ktoś krzyknął.
    Atalia zerwała się i wskoczyła na kamień. Krzyknęła: - Słuchajcie mnie wszyscy! – Zgromadzeni ludzie szybko zebrali się wokół niej.
    - Broniliśmy się zjednoczeni przeciwko tym, którzy nastawali na nasze życie i mienie! – zaczęła mówić. – I dziś też to zrobimy! Bandyci, templariusze... Nie ma to znaczenia! Nie pozwolimy, żeby ktokolwiek traktował nas jak gówno! – odpowiedziały jej okrzyki poparcia. – Niech wszyscy zajmą swoje miejsca, tak jak ustaliliśmy. I niech... – Atalia uświadomiła sobie, że nie wie, jak zakończyć. ,,...bogowie mają nas w swojej opiece” w świetle ostatnich wydarzeń, nieco nie pasowało. – Niech zwycięstwo będzie nasze! – w końcu wybrnęła.
    Ludzie uzbrojeni we włócznie i inną broń do walki wręcz ustawili się z przodu. Strzelcy (mieli nawet kilka kulomiotów) pozajmowali miejsca nieco z tyłu, w miarę możliwości na wzniesieniach. Atalia zauważyła kątem oka ruch w górze, ponad zboczami wąwozu. Wszystko odbyło się dosyć sprawnie. Prawie wszyscy mieli za sobą już kilka potyczek z bandytami. Poza tym, do ich sprawy dołączyło nieco żołnierzy, którzy pomagali Atali utrzymać jako taką organizację i dyscyplinę.
    Sama Atalia zeskoczyła ze swego kamienia i wdrapała się na dużo większy głaz. Z niego miała widok na pole nadchodzącej bitwy.
Wszyscy w ciszy patrzyli w stronę, z której miał nadejść atak Po chwili dał się słyszeć odgłos, jaki wydawały szarżujące letaury. Za moment, zza zakrętu, w kłębach kurzu wyłonił się oddział jeźdźców. Ubrani w zielone zbroje, dopasowane do skór ich rumaków, z obniżonymi lancami pędzili w kierunku grupy Atalii.
    - Strzelać! – krzyknęła dziewczyna. W stronę templariuszy poleciał grad strzał, bełtów, kamieni i kul. Paru jeźdźców spadło z letaurów – ale była to kropla w morzu. Zbroje wykute ze świętego metalu, pozyskiwanego ze ścian Pierwszego Domu, były naprawdę wytrzymałe. Wrogowie byli coraz bliżej – za chwilę wpadną w tłum, tratując i rozdzielając ciosy.
Atalia wolała nie sprawdzać, czy jej zwolennicy dotrzymają pola jeźdźcom Arcykapłana. A templariusze właśnie zbliżali się do TEGO miejsca.
    - Teraz! – krzyknęła dziewczyna, wznosząc ręce do góry. Na zboczach wąwozu pojawiły się ludzkie sylwetki. Jeźdźcy nie zwrócili na nie uwagi. Źle zrobili – po chwili z hukiem po ścianach wąwozu zaczęły zwalać się głazy i mniejsze kamienie. Szarża się załamała. Ludzie i letaury ginęli w deszczu kamieni. Wszystko pokryła chmura pyłu, z wnętrza której dobiegały przeraźliwe krzyki ludzi i ryki letaurów. Po chwili kurz opadł. Większość z grupy atakującej legła pod gruzem. Na wierzchu było widać jedynie kilka ciał – no i paru rannych templariuszy, którzy wciąż się ruszali.
Ludzie Atalii zaczęli wydawać okrzyki radości. Kilku z nich wyrwało się z szeregu. Chcieli jako pierwsi dorwać się do łupów.
    - Stójcie, głupcy, jeszcze nie! – krzyknęła Atalia, ale jej nie posłuchali. Kilku mężczyzn dorwało się do ciał i zaczęli je ograbiać. W tym momencie rozległ się terkot – i szabrownicy padli na ziemię, szarpani drgawkami. Zza zakrętu, w równiutkim szyku, wyszło kilkunastu templariuszy. Ich zbroje lśniły w słońcu, a każdy z nich trzymał w ręku samopał. Przemaszerowali kilka kroków, po czym jeden, wyróżniający się purpurowym pióropuszem na hełmie, krzyknął.
    - Stać! Przygotować się! – Oddział stanął w miejscu. Pierwszy szereg templariuszy przystanął. Atalia wiedziała, co za chwilę się stanie.
    - Użyjcie tarcz! – krzyknęła. Tym razem jej rozkaz został natychmiast wykonany. Pierwsze szeregi uniosły przygotowane wcześniej, solidne i grube tarcze, tworząc prawdziwą ścianę, na moment przedtem nim oficer krzyknął ,,Cel! Pal!” i w ich stronę pofrunął rój pocisków.
    Choć tarcze osłaniały jej ludzi, Atalia widziała, ze i tak ostrzał zbiera swe żniwo. Co chwila jakaś kula znajdowała lukę w obronie, albo po prostu przebijała ją. Co chwila ktoś umierał. A przecież nie mogli ruszyć na kapłańskich strzelców.... Wystrzelają ich jak kaczki. To będzie rzeź...
Atalia czuła narastającą wściekłość. Znów świat zaczęła jej przesłaniać błękitna mgiełka.
    - Ubić wiedźmę! – przez huk pocisków usłyszała głos świątynnego oficera. Ale było za późno. Pociski nie były w stanie zrobić jej krzywdy. Nawet pomimo tego, że zaczęła wznosić się do góry, stanowiąc świetny cel. Jej tarcza ochronna zaczynała działać.
    Co więcej, zaczynała się rozszerzać. Świetlista aura sięgała coraz dalej, sięgając ku jej zwolennikom.  Na początku niektórzy z nich zaczęli krzyczeć w panice, bojąc się, że płomienie magii ich pochłoną – ale po chwili okazało się, że tym razem moc służy tylko i wyłącznie ochronie. Żaden z tych, którzy znaleźli się błękitnym polu nie doznawał szkody od pocisków.
    - Dalej! – krzyknęła Atalia. – To nasza szansa! Naprzód!
    Jej wojownicy odrzucili tarcze i z krzykiem ruszyli w stronę templariuszy. Atalia unosiła się nad nimi, starając się objąć wszystkich ochronną aurą.
Buntownicy byli już o krok od żołnierzy Arcykapłana. Ci najwyraźniej dostrzegli, że ich samopały nie czynią im szkody i sięgnęli po miecze. Teraz, kiedy w pobliżu Atalii oprócz podopiecznych znaleźli się też wrogowie, tarcza zaczęła słabnąć, aż znikła. To była nierówna walka. Co prawda rebeliantów było więcej, ale templariusze byli nieporównywalnie lepiej uzbrojeni i wyszkoleni. Tak czy inaczej doszłoby do rzezi, gdyby nie to, że Atalia była zdecydowana do niej nie dopuścić. Co chwila miotała we wrogów pociski energii, raniąc lub nawet zabijając. Walka z magią, w dodatku używaną przez kogoś, kogo nie byli w stanie zranić, czy choćby dosięgnąć – to było zbyt wiele, nawet jak na nerwy templariuszy. Niektórzy z nich zaczęli się wycofywać. Po chwili cały oddział był w odwrocie, ścigany przez triumfujących buntowników.
    W tej chwili nadeszła ostatnia fala żołnierzy Pierwszego Domu. Wszyscy – zarówno buntownicy, jak i templariusze zamarli, obserwując. Lekko poskrzypując i dudniąc z każdym krokiem, parły do przodu monumentalne machiny. Każda z nich miała ponad dwa metry wysokości. Nic dziwnego, że dotarły dopiero teraz – ciężar pancerza czynił je dość powolnymi. Ale jego wytrzymałość w pełni to rekompensowała.
    Atalia cisnęła pociskiem w najbliższą Czcigodną Zbroję Wspomaganą - jedną z legendarnych maszyn, boskich tworów, które przywieźli na Socratesa w starożytnych czasach jego pierwsi mieszkańcy. Kula energii skwiercząc wybuchła, gdy w nią trafiła, rozsiewają dookoła iskry. Ale nie wyglądało, aby uczyniła jakąkolwiek szkodę jej, lub ukrytemu w niej żołnierzowi. Z wnętrza innej zbroi rozległ się donośny śmiech, a po chwili mowa. To był (zniekształcony) głos Arcykapłana.
    - I co, wiedźmo? Twoje sztuczki są niczym wobec boskiej techniki! Dziś jest dzień triumfu wiernych i kary dla heretyków! – to powiedziawszy, opancerzony duchowny zamachnął się potężnym ramieniem maszyny, wyrzucając w powietrze kilku buntowników, których udało mu się zagarnąć. Pozostali rebelianci zaczęli z trwogą uciekać.
    - Ci, których omamiłaś, cię opuszczają, wiedźmo! A ty sama za chwilę trafisz do piekła. – Atalia dostrzegła, że jeden z opancerzonych templariuszy przytargał na ramieniu jakąś długą rurę. Atalia domyślała się, co to jest. Pobłogosławione Działo Przenośne. I było wycelowane prosto w nią. Czy jest w stanie przebić się przez jej ochronę?
    Podczas, gdy kanonier nastawiał wyrzutnię i celował, Atalia słyszała szyderczy śmiech Arcykapłana, zwielokrotniany przez głośniki w jego hełmie. NIE! To się nie mogło tak skończyć! On nie mógł wygrać! Nie mógł jej upokorzyć!
    Iskry wokół jej dłoni zaczęły skwierczeć tak głośno, że zagłuszyły śmiech Ezdraela. Pomiędzy jej rękoma zaczęły przeskakiwać błyskawice. Wyciągnęła obie ręce przed siebie. Z jej dłoni wystrzeliła prosta, skupiona wiązka energii, trafiając w zbroję kanoniera. Jego hełm – i głowa – zostały całkowicie zmiecione. Zbroja upadła z hukiem na ziemię.
    Kilku uciekających rebeliantów odwróciło się na ten odgłos. Widząc triumf swojej przywódczyni, odzyskali wiarę w zwycięstwo. Zaczęli powstrzymywać innych i pokazywać im, co się stało. Po chwili podjęli walkę z templariuszami.
    - To niemożliwe! – usłyszała Atalia donośny jęk Arcykapłana. W tym samym momencie zmiotła kolejnego z jego sług spowitych w zbroję wspomaganą. Ezdrael obrócił się i zaczął uciekać. Niezdarnie i powolnie, gdyż jego zbroja – która teraz i tak nie stanowiła żadnej ochrony – spowalniała jego ruchy.
    Tego dnia urząd Arcykapłana opróżnił się.
    Tego dnia na Socratesie rozpoczęła się Wielka Schizma.

   Tego samego dnia, doktor Victor Tremayne, dyrektor Ośrodka Badań nad Parapsychologią, mieszczącego się na planecie Copernicus, przyjmował w swoim gabinecie świeżo mianowanego Wielkiego Inkwizytora Paktu, Wolframa Eutejmene.
    - Zatem wedle pańskich badań, zdolności parapsychiczne najczęściej ujawniają się w wieku dojrzewania? - zahuczał swoim basowym głosem dygnitarz, siadając w skórzanym fotelu.
    - Zgadza się - gorliwie pokiwał głową uczony. - I zazwyczaj na skutek silnych przeżyć. Na przykład - wieści o śmierci bliskiej osoby, sytuacji ekstremalnego zagrożenia...
    Inkwizytor pokręcił głową.
    - Tak, nasze obserwacje to potwierdzają. Ale to bardzo... Niewłaściwe. To może powodować, że całkiem nieznani ludzie, bez żadnej kontroli, będą w stanie używać nadnaturalnych mocy...
    - Khem - odchrząknął z urazą doktor. - Nie nazwałbym tego ,,nadnaturalnymi mocami". Wszystko co istnieje, jest racjonalnie wytłumaczalne, po prostu pewne rzeczy są jeszcze... niedokładnie zbadane.
    Ale Wolfram go nie słuchał. W zadumie patrzył przez okno gabinetu. Widać było przez nie nocne niebo, a na nim - miliony gwiazd.
- Pakt obejmuje setki planet... Ma setki miliardów obywateli. Ilu dzikich psioników może być w galaktyce? Tysiące? Miliony? - wyszeptał sam do siebie.

wtorek, 30 maja 2017

Absurdy postapokalipsy

Postapokalipsa to stosunkowo (stosunkowo!!!) młody podgatunek fantastyki. Zdawać by się mogło, że powinien oferować świeże, pozbawione schematów spojrzenie i ciekawe obserwacje. Oczywiście, czasem tak jest... Ale czasem uniwersa tego rodzaju są równie kliszowate, co "tradycyjne, tolkienowskie" fantasy z elfami i krasnoludami. Co gorsza, często są to klisze bardzo absurdalne z punktu widzenia zdrowego rozsądku. Żeby nie było, że tylko narzekam, na koniec podaję przykład, moim zdaniem, sensownej "postapokalipsy", w postaci książki "World War Z".


1. Przecenianie technologii
Spójrzmy prawdzie w oczy - bez wielu współczesnych wynalazków da się żyć. Gdybyśmy w jakiś magiczny sposób utracili dostęp, dajmy na to, do Internetu czy komórek, bez wątpienia wywarłoby to duży wpływ na nasze życie... ale nie doprowadziło do upadku całej cywilizacji, czy nawet rządów. Ponadto, należy pamiętać, że poziom życia, jakim cieszymy się w Polsce, to jest luksus w porównaniu do poziomu życia typowego człowieka XXI wieku. Tak, wiem, że Polakom, z ich ogromnymi kompleksami, narzekactwem i umiłowaniem krytykowania wszystkiego, co polskie, ciężko to sobie uświadomić, ale Polska znajduje się w czołówce krajów rozwiniętych. Większość krajów na świecie boryka się z głodem, chorobami i przestępczością, a znaczna część ludności mieszka w warunkach, które my uznalibyśmy za slumsy/wyjątkowo zapadłą wieś. Brak Internetu, komórek, ba! nawet brak elektryczności nie byłby dla wielu Ziemian szczególną tragedią, bo też na co dzień nie korzystają z tych luksusów. Szczerze mówiąc, dla tzw krajów trzeciego świata taka katastrofa mogłaby być życiową okazją, bo poziom pomiędzy nimi, a "elitą" wyrównałby się, co dałoby im szansę na "wywindowanie się" do niszy, która wcześniej była zablokowana przez dotychczasowe potęgi. No ale w postapo rzadko kiedy mamy do czynienia z taką sytuacją... Głównie dlatego, że większość takich utworów jest tworzona przez Amerykanów (do których z trudem dociera fakt, że na świecie istnieją jakieś państwa poza USA, a nawet jeśli istnieją, to nie mają większego znaczenia i są tylko jakimiś plamami na mapie służącymi do tego, żeby Amerykanie jeździli tam na wczasy/wysyłali wojsko w celu zaprowadzenia demokracji, same z siebie "nie istnieją").

2. Nadmierne bestialstwo
Nierzadko katastrofa w utworach postapo prowadzi do upadku nie tylko cywilizacji, ale i moralności. Oczywiste jest, że w trudnych warunkach ludzie stają się bardziej bezwzględni, ale bez przesady. W niektórych światach jakiś miesiąc po katastrofie 90% populacji staje się kanibalami, gwałcicielami i sadystami. A pozytywny bohater to z reguły ktoś, kto sam nie morduje i nie gwałci, ale też nie kiwnie palcem w obronie osoby trzeciej, bo "takie mamy czasy, Katastrofa wszystko zmieniła, coś tam". Tymczasem, raz, że nawet w najmroczniejszych czasach (czyli wszystko licząc do wczesnego średniowiecza łącznie, a i potem nie było różowo) tak to nie wyglądało.
Po pierwsze, choć generalnie ludzie są źli, to ich zło na ogół nie przejawia się w sadyzmie, tylko chciwości i lenistwie. Dlatego bandy "rozbójników" są jak najbardziej realistyczne, ale już uczynienie z większości populacji histerycznie śmiejących się wariatów mordujących każdego, kogo spotkają, jest absurdalne. Po prostu, większość ludzi w takiej sytuacji popełniałaby złe czyny dla zwiększenia własnych szans przeżycia, a nie dla funu. I nie, mordowanie wszystkiego, co się rusza, nie zwiększa twoich szans przeżycia, o czym poniżej.
Po drugie, bycia samotnikiem zmniejsza twoje szanse przeżycia. Nie zwiększa. Nie zwiększa. Nie. Wszystkie te gadki o tym, że "W grupie pozostali ludzie tworzą wartość ujemną, nie dodaną", "Katastrofa sprawiła, ze każdy musi polegać tylko na sobie", to czysty absurd. Oczywiście, są sytuacje, kiedy dodatkowy członek grupy może być obciążeniem, nie bonusem (np jeśli jest jest chory), są sytuacje, w których zbyt duża grupa może sobie radzić gorzej, niż mniejsza (np gry brakuje pożywienia), ale można spokojnie stwierdzić, że w 99% sytuacji dwóch albo trzech poradzi sobie lepiej, niż jeden. Ot, najprostszy przykład - kiedy śpisz, dobrze, żeby ktoś stał na warcie. Kiedy się zranisz, albo zachorujesz, dobrze, żeby ktoś w czasie twoje niedyspozycji zdobywał pożywienie... i stał na warcie (nawet jeśli nie z altruizmu, to po to, żebyś Ty zrobił to samo dla niego - w ten sposób oboje zwiększacie swoje szanse przeżycia). Ponadto, ludzie są istotami inteligentnymi. Inteligencja jest naszym głównym atutem. A najlepsze wykorzystania inteligencji (w tym jej podstawowego "materialnego" przejawu - korzystania z narzędzi) wymaga specjalizacji. Spotkałem kogoś, kto był przed Katastrofą doktorem medycyny, rolnikiem, inżynierem? Hmm, jego wiedza bardzo by mi pomogła, to istny dar z nieba, ze go spotkałem, dzięki niemu moje życie będzie dużo lepsze.... NIE KURDE CO JA PIERDOLĘ ZGWAŁCĘ GO, ZJEM, A Z KOŚCI ZROBIĘ NASZYJNIK, BO ekhem KATASTROFA ZMIENIŁA WSZYSTKO! Znaczy się bo tak.
Nie bez powodu ludzkość NIGDY ALE TO NIGDY nie była gatunkiem, którego osobnicy prowadzili samotniczy tryb życia (oczywiście pomijając pojedyncze przypadki, które taki tryb wybrały - ale nie bez powodu postrzega się ich jako dziwaków).
Dlatego też przemiana ludzkości w hordę psychopatów błąkających się po pustkowiu i mordujących się nawzajem natychmiast po zauważeniu, jest mniej wiarygodna niż smoki, elfy i krasnoludy. A jeśli chcesz, żeby Twój bohater była "samotnym wilkiem", to niech to wynika z jego konkretnego charakteru, ale nie wciskaj kitu, że to oczywiste, bo tak łatwiej przeżyć.
Po trzecie - ludzie lubią mieć towarzystwo. Nawet wielcy zbrodniarze nierzadko mieli swoje rodziny, które szczerze kochali, towarzyszy broni, za których oddaliby życie itd. (oczywiście, znowu są wyjątki, np Stalin traktował jak gówno nawet najbliższą rodzinę i najbardziej zaufanych współpracowników - ale jednak ich wykorzystywał a nie gwałcił i zjadał). Nawet źli ludzie w złych czasach muszą mieć kogoś, z kim mogą od czasu do czasu pogadać.

2. Upadek rządów
Jak wiadomo, w postapo rządu nie ma, są co najwyżej jakieś lokalne wspólnoty, ewentualnie niedobitki starego reżimu (oczywiście współwinne katastrofy) siedzą w podziemnym bunkrze i planują coś paskudnego.
Z czego wynika popularność takiego motywu?
Po pierwsze, ze wspomnianego faktu, że postapo przyszło z Ameryki. A Amerykanie generalnie nie przepadają za rządem. Ten "anarchizm" przybiera dosyć ciekawą postać. Ichni prawicowcy co do zasady nie lubią rządu federalnego. Na ogół zakładają, że powinien się on zająć wyłącznie bezpieczeństwem, tj. wojskiem i policją... ale wielu uważa, że to bez przesada, że najlepiej zadbają o to jakieś lokalne ochotnicze milicje i sami obywatele, dzięki dostępowi do broni. Poza tym, rząd chodzi na pasku lewaków i próbuje uczyć naszych dzieci o gejach i aborcji. Z kolei wielu lewaków wierzy w to, że rząd jest zły... no bo wydaje pieniądze na wojsko i policję, które to są aparatem opresji (no bo na przykład policja nie pozwala biednym okradać bogatym i w dodatku dyskryminuje Murzynów częściej ich zatrzymując/aresztując/strzelając do nich i nie fakt, że Murzyni częściej popełniają przestępstwa to nie argument). Poza tym, rząd jest zły, bo chodzi na pasku wielkich korporacji!
Oczywiście, jest tam też wielu "propaństwowców", ale generalnie odsetek ludzi, którzy na pytanie "Skoro rząd według ciebie jest zły, co powinien zrobić?" odpowiedziałoby "rozwiązać się" jest bardzo duży. W USA możesz być szczerym patriotą, śpiewać hymn, mieć flagę na domu, samochodzie i kosiarce, szczerze deklarować, że oddałbyś życie za swój kraj i jednocześnie z duszy, serca, nienawidzić rządu. Nie tego konkretnego rządu, ale samej koncepcji. Pomyślmy, ile jest amerykańskich filmów gdzie rząd jest tym złym, gdzie to on ponosi winę za kryzys? A już niemal zawsze, gdy kryzys zajdzie, rząd okazuje się być kompletnie nieprzydatny w jego rozwiązaniu, albo wręcz przeszkadza, próbując wszystko zatuszować, nawet za cenę ofiar. A gdy mowa o "rządowych eksperymentach" to na 99% nie chodzi o lekarstwa na raka, tylko o hodowanie zombie albo konstruowanie broni masowej zagłady.
Oczywiście, to wszystko wynika z amerykańskiej historii, z ducha pionierstwa, z tradycji niezależności stanów itd. Tym niemniej wyraźnie ekranuje to na amerykańską twórczość... a przez nią na twórczość w ogóle. Swoją drogą, Polacy też przejawiają podobne, specyficzne podejście do władzy i patriotyzmu.
Stąd też brak rządu w postapo wynika z jednej strony z 1) braku wiary w jego efektywność "na pewno nie byłby w stanie sobie poradzić z takim kryzysem i by upadł", 2) braku wiary w jego dobrą wolę "zażegnanie kryzysu byłoby dobre, a rząd jest przecież zły".
Tymczasem, jak by to prawdopodobnie wyglądało w realu? Rząd by nie upadł. Znaczy, może konkretny tak, ale na jego miejsce powstałby nowy. Albo wojskowa dyktatura. Rząd ma narzędzia do narzucania swojej władzy - wojsko i policję. Dlaczego miałby pozwolić na rozpad państwa? Oczywiście, w czasie kryzysu miałby kłopoty z utrzymaniem porządku, ale i tak miałby większą siłę przebicia niż jakieś gangi czy tym bardziej, wspomiani samotni psychopaci. Oczywiście, jest możliwe, że na jakiś czas władza nad poszczególnymi regionami by osłabła... Na jakiś czas. Oczywiście, jest też możliwe, że rząd zostałby zmieciony w wyniku rewolucji... Ale rewolucjoniści z założenia musieliby być silniejsi od rządu, bo inaczej by nie obalili. Co zakłada pewien stopień organizacji. Jest też argument "bo wojsko by nie chciało strzelać do obywateli". No cóż, jest wiele krajów, w których wojsko i policja istnieją przede wszystkim po to, żeby strzelać do obywateli, jeśli się zbuntują. Co oznacza, że w razie globalnej katastrofy, prawdopodobnie dyktatury poradziłyby sobie o wiele lepiej, niż demokracje. Raz, że odpadłby problem z rozruchami, dwa - bo nie traciłyby czasu na opracowywanie procedur, które najlepiej zabezpieczą prawa człowieka, reprezentację mniejszości, praworządność i normy unijne, tylko po prostu by działały.
Możliwy jest rozpad państwa na mniejsze społeczności. Natomiast anarchia nie ma sensu. Zresztą, anarchia w ogóle nigdy nie ma sensu, nigdy i nigdzie, bo zorganizowana społeczność jest silniejsza od niezorganizowanej, a organizacja WYMAGA władzy, bo zawsze prędzej czy później pojawi się sytuacja, gdy osiągnięcie konsensusu przez wszystkich członków społeczności jest niemożliwe, a działać trzeba. Więc rządy pokonałyby anarchistów, drogą doboru naturalnego. A nawet gdyby nie, to anarchiści szybko musieliby stworzyć własne rządy.

3. Nie ma świata poza Ameryką
Tak, ten wątek przewija się przez cały artykuł. Dla Amerykanów świat wygląda tak - USA oraz inne kraje, których istnienie jest określane w relacji do USA. Bogate kraje są bogate dzięki opiece USA. Biedne kraje są biedne, bo USA im nie pomaga. Żywa jest również postawa izolacjonistyczna.
Co z tego wynika? Ano, jak powyżej wskazałem - przecenianie technologii (zapominają, że wielu ludzi i tak nie ma dostępu do tej technologii, więc dałoby radę przeżyć bez niej, QED). Ignorowanie sytuacji międzynarodowej - ok, jest postapo. USA upada. A co z resztą świata? Jeśli doszło do wojny nuklearnej, prawdopodobnie część krajów neutralnych nie oberwała, albo oberwała mniej - czy w takim razie te kraje nie powinny stać się bardziej znaczące? Utracono jakąś technologię  - jak wyżej, przepaść pomiędzy USA a krajami trzeciego świata się zmniejszyła. Doszło do rozruchów - no chyba nie na całym świecie?
Tymczasem, z reguły mamy próźnię. USA istnieje samo na świecie. Nie ma wzmianki o tym, co się dzieje w innych państwach i jaki to ma wpływ na to nieszczęsne USA, jeśli już tam musi się toczyć akcja (a jakiś wpływ ma na pewno, przecież nawet w dosyć prymitywnych czasach, przed wiekami, wysyłano żaglowce do Ameryki, już nie mówiąc o tym, że na kontynentach amerykańskich istnieje całkiem sporo państw innych niż USA).
Irytujący jest też sam fakt osadzania postapo zawsze właśnie w USA. O ile jest to zrozumiałe w przypadku Amerykanów, o tyle trochę smutno, że Polacy też tak robią. Czy nie fajnie byłoby choć raz, zamiast Neodzikiego Zachodu zobaczyć Neodzikie Pola?

A teraz trochę "rozsądnego" postapo.

Wzorem może tu być książka "World War Z" Maxa Brooksa. Dla tych, którzy oglądali film o tym tytule - z tego co wiem, różnica jest znaczna (nie oglądałem filmu). Nie jest to typowa powieść, to raczej zapis relacji różnych postaci, z różnych krajów na temat (wygranej) "wojny z zombie". Oczywiście, niektóre postaci i wątki się przewijają, ale nie na tyle, żeby wyróżnic jakiegoś głównego bohatera.
Książka omija właściwie wszystkie absurdy, o których wspominałem. Rządy jak najbardziej działają i choć na początku dostają trochę po dupie, to jednak to one są głównym ogniwem walki z kryzysem, co powinno być oczywiste. Nie dochodzi do żadnego rozpadu więzi międzyludzkich, ludzie tworzą wspólnoty albo chociaż łączą się w grupy, oczywiście, są szuje chcące wykorzystać sytuację, ale są też bohaterowie poświęcający życie dla innych. Opisywane są wydarzenia z różnych części świata, pokazane jest, jak lokalna specyfika wpływa na walkę z zombie - np armia rosyjska z początku jest mocno zdemoralizowana i zdeorganizowana, ale jak już się ją bierze za mordę, to doprowadza do powstania nowego caratu (i nowej, parachrześcijańskiej religii), niemieckie wojsko ma trochę spętane ręce (bo pamięć o czasach holocaustu sprawia, że żołnierze są gotowi kwestionować rozkazy typu "poświęćmy część ludności dla wyższego dobra", nawet jeśli jest to konieczne), Brytyjczycy wykorzystują średniowieczne zamki zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, bo mur nie obroni przed bombardowaniem, ale przed hordą zombie, jak najbardziej.... Właśnie, bardzo fajnie i logicznie jest tutaj ukazany sposób walki z zombie i przemiany w militariach. Na początku USA dostaje po dupie dlatego, ze chce walczyć z zombie nowocześnie, a nie tędy droga. Bombowce i rakiety są mało efektywne, bo służą przede wszystkim do niszczenia infrastruktury, której zombie nie mają. Poza tym, rakiety i bomby zabijają wrogich żołnierzy głównie "pośrednio" - raniac ich odłamkami, parząc w wyniku eksplozji, rzucając falą uderzeniową itd - wszystkie te obrażenia są niegroźne dla zombiaków. Dlatego ostatecznie najlepszą metodą walki okazuje się powrót do XVI-XIX wieku - równe rzędy piechurów prażące do nadchodzących hord z broni niemaszynowej (broń maszynowa prowadzi do niepotrzebnej utraty amunicji, lepiej raz trafić zombiaka w łeb, nniż sto razy w korpus), dodatkowo wyposażone w broń do walki wręcz. Oprócz tego, dostajemy opisy sposobów walki w różnych środowiskach i sytuacjach, bo inaczej się walczy pod wodą, inaczej w polu, inaczej w mieście itd. Generalnie, jest to skarbnica pomysłów dla Mistrzów Gry, którzy chcieliby poprowadzić sesję w świecie postapo, ale tak trochę bardziej realistycznie.

Oczywiście, niektórzy po prostu chcą pisać/grać w uniwersum, gdzie samotne wilki przemierzają wyludnione, anarchistyczne pustkowia i naparzają do zombiaków, mutantów i kanibali. Czasem w rozrywce sens świata przedstawionego nie jest najważniejszy, chodzi o czystą zabawę i "regułą fajności" (inna sprawa, że obecnie, przynajmniej w Polsce, zauważam w fandomie erpegowym modę na tępienie "symulacjonizmu", czyli wszelkich przejawów realizmu). Rozumiem to w pełni i nikomu nie zamierzam tego zabraniać. Warto jednak mieć świadomość nielogiczności pewnych rozwiązań i nie iść w zaparte, że "tak to by wyglądało".