piątek, 6 października 2017

Przemyślenia o "Kingsman"

Chcę się podzielić kilkoma swoimi przemyśleniami nt filmów "Kingsman: Tajne Służby" i "Kingsman; Złoty Krąg".  Można by powiedzieć, że się spóźniłem, że hipotetycznie jakiś czas temu taki artykuł miałby sens, bo dwójka wchodziła do kin, a jedynkę pokazywali w TV... Ale:
1. jak zwykle, to nie jest typowa recenzja, tylko właśnie przemyślenia po obejrzeniu filmu, z natury rzeczy zawierające spoilery i są skierowane raczej do osób, które filmy już widziały,
2. i tak nikogo nie obchodzą moje wywody, więc w sumie jakie to ma znaczenie, kiedy je opublikuję.

A zatem...
Moje zdziwienie budzi fakt, jak wiele w tych filmach elementów nielewackich. To znaczy, oczywiście, w pierwszej części mamy scenę, w której dochodzi do rzezi podczas nabożeństwa. Niby jest to wynikiem działania czarnego charakteru, który "zahipnotyzował" Harry'ego i parafian, ale jednak... Bywalcy kościoła i ich słuszne idee homofobii i antyaborcjonizmu są ukazane zdecydowanie negatywnie i cała scena ma raczej wydźwięk "No, nie mówię, że takich ludzi powinno się pozabijać... Ale też nie ma co żałować, jeśli giną, więc spokojnie możemy się cieszyć choreografią walki". Niestety. Ale z drugiej strony...
Czarnym charakterem pierwszej części jest zagorzały ekolog chcący walczyć z globalnym ociepleniem za pomocą zmniejszenia populacji ludzkości. Serio? W głównonurtowym, wysokobudżetowym filmie walka z globalnym ociepleniem jest ukazana w sposób negatywny i karykaturalny? Brawo. Serio, nie łapię, jakim cudem taka koncepcja trafiła do produkcji i jakim cudem nie wywołała oburzenia widzów. Swoją drogą, to trochę bez sensu, że z jednej strony Zły Plan polega na "zmniejszaniu przeludnienia", a jednocześnie film w złym świetle pokazuje walkę z LGBT i aborcją... (ale to w sumie sensowne, że Valentine obiera na swój pierwszy cel właśnie grupę, która ma takie, sprzeczne z jego ideologią, hasła).

Pewną radość wzbudził u mnie fakt, że w jedynce szwedzki premier-republikanin jest ukazany jako zły, a księżniczka - jako dobra. Oczywiście, to się wpisuje w baśniową narrację "dobrej rodziny królewskiej i złego Wielkiego Wezyra", ale w kontekście quasi-realnej polityki, wygląda to trochę inaczej (a cieszy mnie to dlatego, że osobiście waham się pomiędzy poparciem dla monarchii - absolutnie nie parlamentarnej - a systemu prezydenckiego).
Na koniec pierwszej części dostajemy scenę wyrażającą typowo głównonurtowe, lekkoduszne podejście do kwestii erotycznych... Ale ten wątek zostaje rozwinięty w zadowalającym kierunku. W ogóle, to jest wielkim zaskoczeniem, że ten wątek w jakikolwiek sposób został rozwinięty, zamiast zakończyć się na, jak to mówią lewacy "one night stand". Oczywistym dla mnie było, że księżniczka Tilde to typowa "dziewczyna Bonda" i jeśli pojawi się w dwójce, to raczej na zasadzie jakiejś wielce zabawnej aluzji. A tu proszę... Co prawda związek zaczął się w grzechu, ale przynajmniej rozwinął się i spełnił w jedynie słuszny sposób - w drodze zawarcia przed Bogiem związku małżeńskiego - więc i tak jest dobrze.

Zaskoczyło mnie również to, że w dwójce "głos mediów" był ukazany pod postacią telewizji FOX. Z tego co kojarzę, popiera ona Trumpa, więc czekałem, aż zostanie w jakiś sposób ośmieszona... A tu nie. Nawet wygłoszone przez prezenterkę hasło o modlitwie za zarażonych, nie zostanie ukazane w złym świetle. Skoro mowa o Trumpie - w jedynce było wyraźnie widać, że uczestniczący w spisku Valentine'a prezydent USA to Obama, w dwójce również mamy złego prezydenta, ale nie pojawia się najmniejsza aluzja, że to Trump. Dziwne.

Ale, co być może najważniejsze, ogólne przesłanie obu filmów jest nielewackie. Media i różnego rodzaju "autorytety" bombarduję nas hasłami "Jesteś super, bądź sobą, pokochaj siebie, nie słuchaj hejterów, którzy Cię krytykują, nie musisz się zmieniać, zaakceptuj siebie jakim jesteś" itd. A tu dostajemy piękne hasło "True nobility lies in being superior to your former self" (swoją drogą, ponoć cytat z Hemingwaya). I o to chodzi. Każdy jest swoim najgorszym wrogiem, a rozwój polega na pokonywaniu tego wroga-samego siebie. Nie bądź sobą, bądź lepszy od siebie. Brawo.
 W typowym filmie Eggsy, zamiast się rozwinąć i zostać dżentelmenem (choć bez przesady), nieuchronnie doszedłby do wniosku, że bycie ulicznym ziomalem to jest to, a zapewne jeszcze przekonałby do tego Kingsmanów. Fajnie też, że filmy pokazują, że odrzucenie snobstwa i ciasnej kastowości opartej wyłącznie na urodzeniu nie oznacza, że każdy elitaryzm jest bezwartościowy. W ogóle uważam, że brytyjskie społeczeństwo w pewnym momencie znalazło złoty środek - społeczeństwo kastowe, ale z możliwością awansu społecznego dla zdolnych jednostek z niższych warstw (oczywiście, obecnie jest to raczej nieaktualne, w związku z tym, że cywilizacja brytyjska, podobnie jak cywilizacje innych krajów zachodniej Europy uległa destrukcji).
Ma to o tyle duże znaczenie, że wmawiania ludziom "jesteś super taki, jaki jesteś, nie musisz się zmieniać, kto mówi inaczej, ten twój wróg" to jest fundament wszelkiego lewactwa. Nie masz hajsu? To na pewno nie twoja wina, tylko złych kapitalistów. Kościół mówi, ze grzeszysz? Znaczy Kościół jest zły. I tak dalej.To zabawne, że światopogląd teoretycznie oparty na "otwartym umyśle" i "postępie" opiera się na założeniu blokującym rozwój osobisty.

Biorę pod uwagę, że znaczna część tych pozytywnych treści znalazła się w filmach przez przypadek i twórcy byliby zniesmaczeni doszukiwaniem się ich.

 Z kwestii mniej ideologicznych - oczywiście, w filmach jest sporo absurdów (np to, że nie wygląda, aby wielki pomór VIP-ów z pierwszej części miał jakiś większy wpływ na świat w dwójce), ale są też kwestie poprowadzone naprawdę błyskotliwie. Na przykład bardzo fajnie jest rozplanowana scena śmierci Merlina - faktycznie widać, że jest to inteligentna postać, taktyk. Najpierw dokonuje przekrętu, żeby to on stał na minie, a nie Harry lub Eggsy - jest to logiczne, w końcu on, jako "zaopatrzeniowiec" i tak miałby najmniejsze szanse w otwartej walce z całej trójki. Potem zaczyna się wygłupiać, śpiewać itd. - to też ma sens i nie chodzi tylko o "Odejdę z pieśnią na ustach". Otóż dzięki temu, że zachowuje się dziwacznie, ochroniarze Poppy zamiast rozwalić go na miejscu jako intruza, nie wiedzą, o co chodzi - wariat, jaki, czy co? - i dlatego podchodzą bliżej, żeby zbadać Merlina. Dzięki temu ma szansę zabrać ich ze sobą, odpalając minę. I z tego powodu pierwszego oprycha ogłusza "z bańki" - bo nie chce, żeby mina odpaliła uśmiercając tylko jednego wroga, woli poczekać, aż podejdzie ich więcej (a gdyby np zabił go tą maczetą, pozostali otworzyliby ogień, zamiast dalej podchodzić).

Z drobiazgów:
- w dwójce pada stwierdzenie, że agencja zabrania stałych związków. Przecież Eggsy jest synem Kingsmana? A Harry mówi w jedynce, że "nazwisko dżentelmena pojawia się w gazetach tylko trzy razy - kiedy się rodzi, kiedy się żeni i kiedy umiera",
 - to zabawne, że obie "niezależne agencje wywiadowcze", z założenia niepaństwowe, noszą nazwy "człowiek króla" oraz "człowiek państwa/stanu" - chyba, że celowo ma to oznaczać "służymy ojczyźnie, nie rządowi" (wszak w UK monarcha nie jest traktowany jako sprawujący władzę polityk, tylko apolityczny symbol kraju).


Generalnie, oba filmy mi sie podobały. Ciekawe, czy będzie trójka. Dobre wyniki box office to wróżą. Niektórzy uważają, ze Roxy powinna wrócić, bo w dwójce została potraktowana po macoszemu, a ponadto scena jej śmierci aż krzyczała "zginęła? czy na pewno?". Skoro nawet strzał w głowę z bliskiej odległości nie jest gwarancją śmierci, to tym bardziej sytuacja, gdy teoretycznie "ostatnia" scena danej postaci sprowadza się do tego, że biegnie ona do schronu, a potem widać z daleka, jak budynek wybucha.
Z drugiej strony, faktycznie ciężko będzie Eggsy'emu bawić się w agenta, będąc księciem małżonkiem ;)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Rozmyślania na temat Lovercrafta

Inspiracją do napisania tej notki był wywiad udzielony przez niejaką N. K. Jemisin: https://www.tor.com/2017/08/18/nk-jemisin-lovecraft-trilogy/
Jak się okazuje, jest to pisarka. Pierwszy raz o nie usłyszałem przy okazji tego wywiadu, ale OK, to nie świadczy, że jest zła pisarką, w końcu, jak wielu dobrych zagranicznych pisarzy nie znam? Co ważne, jest czarnoskóra. W tym momencie jakiś lewak mógłby podnieść krzyk "I CO Z TEGO, CZEMU PODKREŚLASZ, ŻE JEST CZARNA, JAKBY BYŁA BIAŁA, TO BYŚ NIE ZWRÓCIŁ NA TO UWAGI!!!". Mógłby, ale nie podniesie, bo ku mojemu ubolewaniu lewaki nie chcą się ze mną kłócić, więc napisałem to za nich. Żeby było jasne - zdecydowanie bardziej cenię czarnoskórą kobietę o katolickich poglądach politycznych (choć akurat Jemisin raczej nie grozi zaliczenie do tej grupy), niż białego jak śnieg lewaka pochodzącego w prostej linii od Piasta Kołodzieja (no ale nie uważam, że największym problemem na świecie i zbrodnią przeciwko jest to, że we "Wiedźminie" nie ma Murzynów, więc jestem rasistą). Dlaczego podkreślam jej kolor skóry? No bo najwyraźniej dla niej samej jest to kwestia niesamowicie istotna.
Otóż, Jemisin napisała opowiadanie, które zamierza rozwinąć w cykl powieści. Tyczy się ono mieszkańców Nowego Jorku (no bo czyż otwartych na świat i różne kultury, światłych, postępowych, wrażliwych amerykańskich lewaków istnieje coś poza Nowym Jorkiem?), którzy tworzą coś w rodzaju awatara "ducha Nowego Jorku" (nie zdziwiłbym się, gdyby ów awatar był czarną transeksualną lesbijką oraz islamską ateistką), który walczy z czymś, co Jemisin określa jako "basically Cthulhu". Osoba przeprowadzająca wywiad zapytała, czy to znaczy, że Jemisin jest fanką Lovercrafta - i otrzymała taką odpowiedź:
"Oh, hell no.

This is deliberately a chance for me to kind of mess with the Lovecraft legacy. He was a notorious racist and horrible human being. So this is a chance for me to have the “chattering” hordes—that’s what he called the horrifying brown people of New York that terrified him. This is a chance for me to basically have them kick the ass of his creation. So I’m looking forward to having some fun with that."
 Żeby było jasne - Jemisin ma rację. Lovercraft był rasistą. Zdecydowanie. Takim prawdziwym, nie osobą, która uważa, że białą postać w filmie mógłby zagrać biały aktor (na tej samej zasadzie, na jakiej karła nie powinien grać dryblas). Aczkolwiek nie uważam, żeby był paskudnym człowiekiem. Raczej - godnym litości. Był smutnym, nieszczęśliwym, pełnym fobii, znerwicowanym człowiekiem, który sam o sobie mówił, że "życie nigdy mnie tak nie interesowało, jak ucieczka przed nim". Wątpię, żeby widząc Murzyna złapał za kij, żeby go obić. Raczej zastygłby, oczekując na to, że ten Murzyn obije jego i wyobrażając sobie, z jaką moralną wyższością będzie przyjmował ciosy. Bo owszem, Lovercraft wierzył, że kolorowi reprezentują zło i chaos - ale wierzył również, że zło i chaos muszą zatriumfować, taki jest porządek natury i w sumie nie da się nic z tym zrobić.
Tyle, że mam wrażenie, że poza tym ogólnikiem, że Lovercraft był rasistą, Jemisin nie za bardzo kojarzy, o co chodzi w jego twórczości. Jeśli chce brać odwet na Lovercrafcie, nie powinna przeciwstawiać pozytywne ukazanych "hord brązowych ludzi" jako antagonistów Cthulhu. U Lovercrafta Cthulhu jest (między innymi) właśnie ucieleśniem zła i chaosu, jakie przypisuje "brązowym ludziom". W najsłynniejszym i najbardziej ikonicznym opowiadaniu Samotnika, czyli "Zewie Cthulhu" (jakkolwiek osobiście nie uważam go za najlepszy tekst, choć ładnie wprowadza w "uniwersum") jest to bardzo jasno pokazane. Cthulhu jest czczony przez  różnego rodzaju "barbarzyńców" na całym świecie, różne plemiona oraz zakonspirowanych w "normalnych" społeczeństwach dzikusów , którzy marzą o tym, że pewnego dnia ich pan powstanie i obali ten śmieszny cywilizowany ład, a wtedy oni będą mogli "śpiewać, tańczyć i zabijać" na jego gruzach. Oczywiście, tylko się łudzą, bo generalnie w świecie Lovercrafta nie ma bardziej żałosnej istoty rozumnej niż człowiek i w planach Wielkich Przedwiecznych raczej nie ma dla nich miejsca, nawet w charakterze sług - może ewentualnie w charakterze pożywienia, ale raczej w roli insektów, które należy zgnieść, w sumie bez większego wysiłku. Co w kontekście rasowym, może symbolizować, że kolorowi niczego nie potrafią stworzyć i dążą nie tylko do zagłady cywilizacji białego człowieka, ale ostatecznie i do autodestrukcji. Co nie zmienia faktu, że tworzenie z Chtulhu symbolu poglądów Lovercrafta i traktowanie opowieści, w której "brązowi ludzie" skopią mu tyłek, oznacza zwyczajny brak zrozumienia. Cthulhu symbolizuje to, czego Lovercraft się boi, w tym dominację "brązowych ludzi". Jeśli Jemisin chciałaby na poważnie podjąć z nim dyskusję, powinna ukazać to raczej w ten sposób, że gdy Cthulhu, symbolizujący multi-kulti, tolerancję, swobodę obyczajową itd itp wreszcie wstaje ze swojego snu i wspólne z "brązowymi ludźmi" obala opresyjny, biały, patriarchalny (oraz oczywiście, "heteronormatywny") system, to w jego miejsce zaprowadza lewacką utopię. 

Natknąłem się na inna wypowiedź, również napisaną przez czarnoskórą osobę. Punktem wyjścia był - przyznaję, paskudny - wiersz Lovercrafta On the Creation of Niggers. W rozważaniach padło takie stwierdzenie:
"This is something people of color, women, minorities must deal with more than most when striving to be the greatest that they can be in the arts: The fact that many of The Elders we honor and need to learn from hate or hated us"
Jest to problem, który mają nie tylko kolorowi, kobiety i mniejszości, ale również my, katolicy (choć oczywiście nasze problemy lewaków nie obchodzą - i dzięki Bogu, już wolę, żeby traktowali nas jako wrogów, niż jako biedne owieczki, które muszą uszczęśliwiać na siłę). I dotyczy nie tylko szacownych "starszych", ale współczesnych twórców. Jako katolik i fan fantastyki, czytając, oglądając i grając, czuję się bez przerwy opluwany. Sapkowski to jeden z moich ulubionych pisarzy, ale jak wygłasza łopatologiczne proaborcyjne wykłady w "Chrzcie Ognia", czy opluwa samą ideę chrześcijaństwa w "Trylogii Husyckiej"... (choć antykatolicyzm bym mu prędzej wybaczył niż to, że łyka wiccańskie brednie). Podobnie z Kingiem - może chrześcijaństwa tak nie opluwa (czuć u niego sceptycyzm wobec "zinstytucjonalizowanej religii", ale jest też wiele motywów ukazujących chrześcijanstwo, czy wiarę w ogóle, w raczej pozytywnym świetle), ale widać wyraźnie sympatie w stosunku do płodobójców. Jak oglądam "Grę o Tron", to niesmaczy mnie to ciągłe dosrywanie religii, doczepiane wyjątkowo na siłę (książki są zdecydowanie bardziej wyważone). I co? I jajco. Nie, w przeciwieństwie do lewaków nie uważam, że autorzy nie mają prawa wyrządzać mi przykrosści, bo "empatia" czy inna bzdura. To, że przez nich czuję się niekomfortowo, nie znaczy, że mam prawo domagać się od nich, by przestali ujawniać swoje poglądy. Co najwyżej, mogę ich nie czytać/nie oglądać.
Rzecz w tym - wracając do tematu - że do cenionych przeze mnie, antyreligijnych autorów, należy równiez Lovercraft. Przy czym, słowo "antyreligijny" nie pasuje tu do końca, bo sugeruje jakieś aktywne przeciwstawianie się religii. A jakikolwiek aktywizm w wydaniu Lovercrafta jest nie pomyślenia. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że światem rządzi chaos i zło (przy czym jest to zło jedynie z ludzkiego, nieistotnego punktu widzenia - można powiedzieć, że to zło, które faktycznie jest jedynie "brakiem dobra" - tyle, że ten brak dobra występuje w calutkim wszechświecie z tego prostego powodu, że sama koncepcja dobra jest bzdurna i czegoś takiego nie ma). I owszem, istnieje jakiś określony ład społeczny, który Lovercraft sobie ceni - ale jednocześnie jest przekonany, że ten ład to mrzonka, coś skazanego z góry na zagładę, co nie może się ostać wobec nieprzyjaznego wszechświata, co z punktu widzenia tego wszechświata w ogóle nie ma sensu. Mrówki też sobie cenią porządnie zorganizowane mrowisko, ale co z tego, gdy ktoś dla zabawy albo przez nieuwagę je rozdepcze? I religia w pewnym stopniu wpisuje się w ten ład, choć nie jest jego najważniejszym elementem. Ostatecznie, Lovercraft uważał się za brytyjskiego dżentelmena (choć z USA), a takie podejście stanowi odbicie podejścia brytyjskich elit owego czasu. Dżentelmen generalnie powinien być protestantem, czy też w jakiś stopniu utożsamiać się z protestanckimi wartościami i tradycjami, ale nadmierne zaangażowanie w kwestii religii trochę nie uchodzi. I Lovercrafta to chrześcijaństwo "kulturowe" się pojawia gdzieś tam, w tle i rzadko, ale raczej w pozytywnym kontekście. Na przykład opisując piękne miasto będące symbolem cywilizacji, wspomni o strzelistych wieżach czy tez pięknych kopułach kościołów, albo pisząc o tłumie porządnych obywateli Nowej Anglii atakujących złowrogich kultystów doda, że zagrzewał ich pastor. Gwoli sprawiedliwości, co najmniej tak samo często pojawiają się u niego nawiązania do religii helleńskiej, znowuż, jako symbolu pewnego ładu kulturowego. Wydaje się, że Lovercraft nie jest przeciwny religii na poziomie moralnym, nie uważa jej za coś złego. Paradoksalnie, wręcz przeciwnie - własnie dlatego, że religia przekazuje pozytywne wartości, jest mrzonką. Bo Lovercraft wychodzi z założenia, że wszechświat jest zimny i wrogi (niekoniecznie w sposób aktywny i świadomy - raczej w takim sensie, w jakim wrogi jest pożar czy powódź), nie rządzi nim żadna miłosierna siła (a jeśli istnieją jakieś wyższe siły, to są one tak niepojęte i tak odbiegają od ludzkiego pojmowania dobra i zła, że w najlepszym przypadku człowiek nie odniesie żadnych korzyści z ich istnienia, a w najgorszym przypadku stanowią dla niego śmiertelne niebezpieczeństwo), ludzka moralność to wymysł, a sami ludzie to tylko kawałki mięsa, a religia wynika z niezrozumienia tych przerażających prawd i prób antropomorfizowania nieludzkich, nieczułych sił i naiwnej wiary w to, że można jakoś uzyskać ich opiekę. Stąd też chrześcijanstwo jest mrzonką, bo próbuje dawać ludziom nadzieję, że jest inaczej. Jest jedno opowiadanie Lovercrafta, które niektórzy uważają za otwarcie antychrześcijańskie - "Koszmar w Dunwich". Tak, nie spoilerując za bardzo - kosmiczna, wszechobecna, przedwieczna, wielowymairowa, niepojęta potęg w niepojęty sposób zapładnia ludzką kobietę, której potomstwo ma przemienić oblicze Ziemi, oczyścić ją, odnowić i przygotować na to, by stała się siedliskiem wybranych. Brzmi znajomo? Z tym, że boskie potomstwo ma oczyścić świat z ludzkości jako takiej, a wybranymi mają być przerażającymi słudzy papy przybyli z kosmicznych otchłani. I to też moim zdaniem wpisuje się w to, co napisałem wyżej. Lovercraft nie tyle chce powiedzieć "Bóg jest zły i Jezus jest zły!", tylko raczej "To smutne, ale nie wierzę, żeby istniał dobry Bóg. A jeśli jakaś ponadludzka potęga zwróci uwagę na nasz padół i zechce go ulepszyć przy pomocy syna-posłańca, to moim zdaniem wyglądałoby to raczej tak". 
I powiem tak... W pewnym sensie, moja duchowość współgra z tym, co pisał Lovercraft. W pewnym sensie, ortodoksyjna katolicka duchowość z tym współgra. Oczywiście, wierzymy w istnienie dobrego Boga. Postawa Lovercrafta jest trochę nielogiczna. Kojarzy mi się z tymi "nie do końca ateistami", którzy mówią "A może nawet istnieje jakiś Bóg... ale jeśli tak, to na pewno nie jest taki, jak twierdzi Kościół!". A dlaczego nie? Lovercraft zakłada, że jeśli istnieją wyższe siły, to są one niepojęte z ludzkiego punktu widzenia, jednocześnie twierdzi, że to absurdalne, żeby istniał miłosierny Bóg. Ale zaraz - co z tego, że z punktu widzenia ludzkiej logiki istnienie miłosiernego jest absurdalne, skoro bóstwo z definicji nie ma żadnego związku z ową prymitywną logiką, wymyka się jej. To jest niekonsekwencja. Tacy ateiści - i Lovercraft też pozostaje w tym duchu - często używają argumentu "Bo jeśli istnieje Bóg, to ludzie znaczą dla niego tyle, co dla człowieka mrówka!". No i co z tego? Większość ludzi olewa mrówki, o ile nie włażą im do domu i nie wyżerają jedzenia - wówczas tępią je bez litości. Zdarzają się też tacy, którzy czerpią radość z dręczenia mrówek (u Lovercrafta ich odpowiednikiem jest Nyarlathotep). Ale są też tacy, którzy budują wokół mrowisk drewniane ogrodzenia i stawiają tabliczkę, żeby nikt go nie niszczył.
Ponadto - Lovercraft odrzuca koncepcję Boga, która nie jest koncepcją katolicką. Owszem, popularna duchowość antropomorfizuje Boga, a także aniołów. Ale Bóg Biblii to nie jest poczciwy miły dziadek spełniający życzenia. To przerażająca, bezcielesna, niepojęta siła, potężniejszą, niż cały wszechświat razem wzięty, która owszem, czasem (rzadko) objawia się jako "ktoś podobny do starca" (a czasem jako słup ognia, albo jako "zasiadający na tronie, podobny do jaspisu albo krwawnika" - co to w ogóle znaczy?), a gdyby objawił się w swojej prawdziwej postaci nawet swojemu najwierniejszemu słudze, sam widok wypaliłby mu mózg. Podobnie z aniołami. No dobra, głowy nie dam, może w jakimś zakamarku Biblii pojawia się ich opis jako ludzi ze skrzydłami, ale na ogół są opisywane jako układy stworzone z wirujących kół, istoty utkane z czystego ognia, groteskowe stwory pokryte oczami, albo wielogłowe monstra większe od gwiazdozbiorów (Szatan to w końcu też anioł). No, antropomorfizm pełną gębą. Ale kwestie wizualne to rzecz drugorzędna. Lovercraft twierdzi, że ludzka moralność z punktu widzenia wszechświata to absurd i nie ma co oczekiwać, że jakaś przerastająca człowieka siła będzie ją realizować dla naszej przyjemności. Popatrzcie, to dokładnie tak samo, jak Biblia. Bez przerwy tam powtarzają "Myśli moje nie są myślami waszymi", "Ani oko ludzkie nie widziało, ani ucho ludzkie nie słyszało, ani umysł ludzki nie jest w stanie pojąć", "Teraz widzimy jak przez ciemne zwierciadło", "Jeszcze się nie objawiło, czym będziemy". Ludzie słyszą "Bóg jest miłosierny", a potem mówią "Ej, ja jest taki miłosierny, to czemu wybił pierworodnych Egipcjan i czemu pozwolił, żeby moje dziecko umarło? Pieprzenie, wcale nie jest miłosierny, albo w ogóle Go nie ma!". No i pytanie - dlaczego wszechwiedząca, wszechomocna, pozostająca poza czasem i przestrzenią istota miałaby się kierować definicją miłosierdzia ukutą przez jakieś śmieszne prymitywne stworki? Czy Ty konsultujesz swoje decyzje z psem lub kotem albo budujesz swój system moralny na podstawie ich odczuć? Bóg nie jest miłosierny, nie jest sprawiedliwy wedle śmiesznych, ludzkich kategorii. Bóg jest ponad wymysły ludzkich moralistów i filozofów. Oczywiście, używamy ich, z braku lepszych określeń, bo tego, jaki naprawdę jest Bóg, nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć, ani pojąć. W szczególności, Bóg nie spełnia ludzkich zachcianek. Jezus mówił ludziom rzeczy w stylu "Nie myślcie sobie, że przyniosłem pokój - nie, ja przynoszę miecz. Jeśli pójdziecie za mną, wszyscy Was znienawidzą, będziecie prześladowani i wielu z Was zginie". Więc skąd to zdziwko "Ojej, jestem dobrym chrześcijaninem, a inni co mają wywalone na Boga mają w życiu łatwiej, coś tu nie gra"? Kiedy lewacy krytykują chrześcijaństwo, mówiąc, że to zasady przez nie głoszone są nieludzkie, absurdalne, okrutne - mają rację. I takie właśnie mają być. Chrześcijaństwo nie ma być pasem transmisyjnym głoszącym "ogólnoludzkie wartości" i poprawiającym samopoczucie ludzi. Ma być głosem nieludzkiej, niepojętej, przerażającej istoty nie z tego świata - czy raczej, jego uproszczoną wersją, nagiętą do naszych prymitywnych móżdżków. Z punktu widzenia "ogólnoludzkich, uniwersalnych wartości opartych na empatii", Biblia jest księgą o wiele bardziej bluźnierczą, niż Necronomicon.
Zatem, w "lovercraftowskim" układzie, prawdziwi chrześcijanie, którzy troszczą się wypełnianie woli Boga, a nie tworzenie sobie bożka, któremu w usta włożą swoje własne koncepcja na temat dobra i sprawiedliwości, bynajmniej nie są po stronie tego naiwnego, ludzkiego, cywilizowanego, skazanego na zagładę ładu. To my jesteśmy tymi kultystami, którzy wznoszą pradawne hymny i składają krwawe ofiary (z krwi i ciała naszego Boga, nie inaczej) i czekają z utęsknieniem, aż świat spłonie w ogniu i utonie we krwi, a potem powróci nasz Pan, który umarł, lecz żyje, a wówczas sama śmierć umrze, rzeczywistość zostanie wymazana, a my, jeśli będziemy wiernie służyć naszemu Panu, który jest Wielkim Przedwiecznym, który jest Bogiem Zewnętrznym, który jest Starszym Bogiem, (no dobra, Wielką Kozą z Lasów nie jest... Ale Barankiem już tak!) zostaniemy zamienieni w nieumarłe potworności i dołączymy do bezkształtnych śpiewaków głoszących Jego chwałę, zaś nasze prymitywne umysły zostaną zmiażdżone i przekształcone, tak, ze będziemy trwać w wiecznej ekstazie poza czasem i przestrzenią.






wtorek, 22 sierpnia 2017

Publikacja opowiadania "Ląd ostateczny"

Jedno z moich opowiadań  - "Ląd ostateczny" - zostanie opublikowane w najbliższym numerze pisma "Widok z wysokiego zamku". Jest to nieregularnie ukazujący się fanzin Białostockiego Klubu Fantastyki. Będzie rozdawany na najbliższym Polconie. Wiem, że informacja, że w czasopiśmie znajdzie się mój chłam to trochę jakby antyreklama, ale "Widok" jest darmowy, poza tym będą w nim teksty pozostałych autorów, więc jak ktoś będzie na tym konwencie, może wziąć sobie egzemplarz, najwyżej przeczyta resztę, a stron z moim wytforem użyje jako awaryjnej srajtaśmy, w końcu na konwencie różne sytuacje się mogą zdarzyć.

To tyle. Chwała Wielkiej Polsce Katolickiej! (albo, jak to ujął jeden z nielicznych komentantorów na tym blogu - "Wielkiej Wolsce Katotalibskiej" - jak dla mnie, też może być).

piątek, 28 lipca 2017

O paladynach i "praworządności dobrej" - polemika/tekst inspirowany

Szary Grabarz zamieścił na swoim blogu ciekawą notkę: http://szarygrabarz.blogspot.com/2017/07/paladyn-wzor-cnot-rycerskich.html, zapraszam do zapoznania się z nią. Notka dotyczy kwestii paladynów - na czym polega bycie paladynem i dlaczego wielu ludzi nie lubi tego typu postaci (z kolei notka Grabarza jest skutkiem dyskusji na stronie "Panie i Panowie, zagrajmy w RPG", więc to kolejne piętro polemiki). Generalnie się z nią zgadzam - aczkolwiek w paru aspektach widzę to nieco inaczej lub też chciałbym rozwinąć poruszane przez niego tematy. Poza tym, brakuje mi pomysłów na notki, polityka ostatnio była, trzeba napisać coś o erpegach, żeby mnie nie wyrzucili z blogów RPG i żebym mógł dalej zakłócać spokój anonimów swą obecnością.

WPROWADZENIE (przede wszystkim dla tych, którym nie chce się czytać oryginalnej notki)

Na początku należy zaznaczyć, że Grabarz w swojej notce odnosi się do paladynów tak, jak definiują ich starsze edycje d&d, które zresztą spopularyzowały ten archetyp postaci - czyli jako bohatera będące ideałem rycerza, z założenia praworządny dobry, z reguły jakoś powiązany z dobrymi siłami duchowymi (w przypadku d&d - dobrymi bóstwami). Odżegnuje się od rozwiązań wprowadzonych w późniejszych edycjach, w których paladyn jest wojownikiem JAKIEJŚ idei - niekoniecznie "praworządności dobrej" i może być np egzekutorem jakiegoś piekielnego boga mroku. I tej definicji ja też będę się trzymał.

CZEMU LUDZIE ICH NIE LUBIĄ

Grabarz słusznie zauważa, że obecnie ludzie nie za bardzo lubią paladynów. Postrzegają ich jako miałkich i płaskich, bo "postacie bez wad są nieciekawe". A jedynym pomysłem na "ubarwienie" paladyna jest "przedstaw go jako fanatyka". Grabarz dochodzi do niezbyt optymistycznej konkluzji, ze ludzie nie lubią paladynów, bo "nie jesteśmy dobrzy i nie chcemy nimi być". Bo ludzie są wredni i interesowni. Po części racja.
Generalnie, wydaje mi się, że można doszukać się bardziej prozaicznego powodu, dla których ludzie nie chcą się wcielać w paladynów - czy szerzej - w postaci praworządne dobre (dla uproszczenia, dalej "praworządny dobry" we wszelkich odmianach będę zapisywał jako PD). Bo tak jest trudniej - a dla niektórych - mniej ciekawie. "Praworządny dobry" to najbardziej ograniczający charakter. Bo generalnie prawo ogranicza bardziej niż chaos, a dobro bardziej niż zło. Zarówno prawo, jak i dobro wymagają zachowywania się w zgodzie z określonymi zasadami. Zło i chaos nie. Postać chaotyczna nie musi przestrzegać prawa, ale to nie znaczy, że ma moralny obowiązek zawsze, w każdej sytuacji je łamać, nawet jeśli się jej nie chce. To nie byłby "chaos" tylko "alternatywne prawo". Podobnie ze złą postacią - może się zachować dobrze, jeśli akurat będzie miała w tym interes - albo będzie miała kaprys. Nikt jej przecież nie rozliczy "Popełniłeś dziś za mało złych uczynków, szybko utop jakieś dziecko, bo będzie przypał". Wyjątkiem jest sytuacja, gdy postać jest złym kapłanem albo innego rodzaju bezpośrednim sługą mrocznych sił i musi świadczyć im usługi dla Sprawy. Praworządni dobrzy robią to, co powinni, chaotyczni źli - to, co chcą. Im bliżej na osiach w kierunku chaosu i zła znajduje się postać, tym większa swobodą cieszy się grać. A wielu graczy nie chce, żeby ich cokolwiek hamowało. Nie życzy sobie ograniczeń. Nie bez powodu, większość historii postaci jest konstruowana w taki sposób, żeby absolutnie nie dawać żadnych zahaczek. "Jestem sierotą, wychowałem się w niewielkiej wiosce bez nazwy, w której nie dzieje się nigdy nic ciekawego, nie należę do żadnej organizacji, nie mam życia prywatnego, nie mam przyjaciół poza drużyną, chodzę po świecie i szukam questów". Ba, jeśli MG próbuje grać charakterem postaci czy ich historią i wprowadzać jakieś ciekawe wątki uwzględniajace te aspekty, obrażają się, traktując to jako "czepianie się" i złośliwość.
Fajnie sobie czasem pograć bezideowym "poszukiwaczem przygód", ale wydaje mi się, że wcielenie się w postać z jasno określonym, wymagającym charakterem jest ciekawym doświadczeniem. Dotyczy to również paladynów.
Druga przyczyna jest nieco bliższa tej wskazanej przez Grabarza. Aczkolwiek chodzi tu nie tyle o to, ze ludzie są źli. Oczywiście, że są! Ale źli ludzie często lubią myśleć o sobie, jako o dobrych. Więc teoretycznie powinni lubić grać paladynami, żeby się podbudować. Zresztą, we współczesnej popkulturze jest pełno postaci, które w założeniu twórców mają być kryształowo dobre - tyle, że z reguły są to różnego rodzaju buntownicy i rewolucjoniści "ze złotym sercem", czyli raczej postaci chaotyczne "dobre". Chodzi bardziej o to, że współczesna kultura zabija wiarę w dobro, tak, jak je pojmują paladyni. Ciągle słyszymy o tolerancji, multi-kulti, neutralnością światopoglądowej, "wszystkie drogi są dobre", "tylko Sithowie myślą w kategoriach absolutów" i tak dalej. Nic dziwnego, że postać, która ma jasno określoną wizję świata opartą na rygorystycznym kodeksie moralnym, uważa że ta wizja jest lepsza od innych i chce aktywnie o nią walczyć, z marszu jest traktowana negatywnie. W oczach wielu współczesnych odbiorców, "postać praworządna dobra" w ogóle nie istnieje. A jeśli ktoś się uważa za praworządnego dobrego, to w rzeczywistości jest złym faszystowskim fanatykiem, kropka. Ponadto, ludzie obecnie wolą postaci wyluzowane. Nawet jeśli bohater ratuje świat, to powinien to robić z porywu serca, a nie w imię jakichś szczytnych ideałów, a po drodze powinien kląć, chlać, palić, lekceważyć świętości i autorytety. Bo jak nie, to jest sztywny, "boli go dupa", czy coś tam.

W KOŃCU KONKRETY (czyli pomysły, jak odgrywać paladyna i jak uczynić go ciekawą postacią).

Grabarz krytykuje ludzi, dla których jedynym pomysłem na "ciekawego" paladyna jest "Zrób z niego świra, fanatyka mordercę". I słusznie. To po części pokazuje to, o czym pisałem wyżej - ludzie nie wierzą w istnienie postaci praworządnych dobrych, dla nich to fanatycy z urojeniami. Jeśli paladyn ma być fanatykiem mordującym w imię swoich wierzeń, to usuwa to różnicę pomiędzy "Praworządnym DOBRYM" a "Praworządnym Neutralnym" lub "Praworządnym Złym". Z drugiej strony, nie można popaść w drugą skrajność i usuwać różnicę pomiędzy "PRAWORZĄDNYM dobrym", a "NEUTRALNYM dobrym". Paladyn powinien szanować prawo, powinien mieć swój kodeks honorowy. I właśnie to może go czynić ciekawą postacią. Jednym z najprostszych sposobów na dodanie dramatyzmu fabule oraz pogłębienie jakiejś postaci, jest postawienie bohatera przed konfliktem tragicznym, czyli, jak uczyli nas poloniści "konfliktem dwóch równorzędnych wartości". A przynajmniej równorzędnych dla danej postaci. W przypadku paladyna, może to być konflikt pomiędzy zobowiązaniami, a dobrem innych.
Jak pisze Grabarz: "Jeśli władzę w krainie sprawuje szaleniec wyniszczający ludzi, Paladyn może stanąć po stronie buntowników i nie stanie się przez to mniej praworządny. Jednak zanim dojdzie do organizowania rebelii, rycerz dobrze to przemyśli i sprawdzi czy na pewno wszystko jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka".
Drugie zdanie jest kluczowe i wskazuje na różnicę pomiędzy PD, a innymi dobrymi charakterami. Aczkolwiek, wydaje mi się, że należy posunąć się trochę dalej. Bo paladyn nawet po dokładnym sprawdzeniu stanu spraw i potwierdzeniu "Tak, to jest szaleniec wyniszczający ludzi" niekoniecznie musi dołączyć do rebelii. Dlaczego? Bo jest praworządny. Bo jak słusznie wskazał Grabarz - jest ideałem rycerza. A rycerz, ten żyjący zgodnie z etosem, szanuje prawowitego władcę i nie podniesie na niego ręki. Dobrym przykładem jest tu biblijna historia Dawida i Saula (co prawda, pochodzi ona z czasów przedrycerskich, ale dobrze ilustruje ten aspekt etosu - zresztą, możliwie, że w znacznym stopniu wpłynęła na jego ukształtowanie, w końcu etos ten w założeniu miał być chrześcijański - że nie do końca wychodziło, inna rzecz). Szalony król Saul chciał zabić Dawida, jak wiadomo, nie udało mu się to, ale zaciekle próbował, po drodze zabijając inne osoby, które stanęły mu na drodze.  Ale Dawid unikał konfrontacji, cały czas uciekał, ukrywał się. Nie tylko po to, by nie ryzykować swoim życiem - ale po to, by nie ryzykować konfrontacji z uświęconą osobą pomazańca. Dwukrotnie Dawid miał życie Saula w swoim ręku - raz, gdy król nieświadomie "za potrzebą" wszedł do jaskini, gdzie bohater ukrywał się przed nim. Drugi raz, gdy Dawid zakradł się do królewskiego obozu i stanął nad śpiącym monarchą. W obu przypadkach Dawid nie zabił króla (a nawet nie wziął do niewoli, chociaż w tym pierwszym przypadku ewidentnie mógł to zrobić) oraz zakazał swoim ludziom nastawania na  Saula. Motywacja Dawida była jasna - «Niech mię broni Pan przed dokonaniem takiego czynu przeciw mojemu panu i pomazańcowi Pańskiemu, bym miał podnieść rękę na niego, bo jest pomazańcem Pańskim». Jest to właśnie przykład postawy praworządnej dobrej "paladyńskiej". Postać neutralna dobra - a tym bardziej, chaotyczna dobra - zapewne w pierwszym przypadku skorzystałaby z okazji i wzięłaby szalonego króla do niewoli i obaliła go. Zresztą i w naszych czasach wielu ludzi uważa, że nie należy siłą występować przeciwko legalnej władzy, nawet jeśli czyni źle.
Postawa paladyna wobec złej władzy powinna brać pod uwagę kilka czynników.
1. Czy jest to prawowita władza? To kluczowe zagadnienie. Jeśli "szaleńcem szkodzącym ludziom" jest jakiś tyran/dyktator, który władze zdobył siłą, nie ma problemu. Jeśli prawowity monarcha/przywódca republiki - paladyn powinien mieć opory przed stanięciem przeciwko niemu.
2. Jakie są osobiste więzi paladyna z władcą? Zdawać by się mogło, pytanie absurdalne, bo przecież postać PD powinna być ponad osobiste relacje i "nie mieć względu na osobę". Ale tu nie chodzi o więzi "emocjonalne", tylko "prawno-honorowe". Otóż, wydaje mi się, że paladynowi powinno być trudniej wystąpić przeciwko własnemu suwerenowi, niż przeciwko - choćby prawowitemu - zagranicznemu władcy. Jeszcze trudniej mu będzie, gdy te więzi mają bliższy, bardziej konkretny charakter - np paladyn służył w królewskiej gwardii i osobiście składał przysięgę wierności monarsze.
3. Jak bardzo ten "szaleniec" "szkodzi ludziom". Jeśli polega to na nakładaniu wysokich podatków przeznaczanych na pomniki megalomanii, czy nawet wtrącaniu ludzi do więzienia, paladyn może mieć opory przed buntem. Jeśli władca masakruje wioski i składa ludzi w ofierze mrocznym bogom (albo własnemu sadyzmowi), paladyn może dojść do wniosku, że skoro władca narusza fundamentalne prawa boskie/naturalne, to sam się stawia poza nawiasem prawa i pozbawia legitymizacji.
Od natężenia tych czynników powinno zależeć, czy paladyn zdecyduje się wesprzeć otwarty bunt.
A co, jeśli nie? Pozostaje wiele innych możliwości zachowania.
1. Paladyn buntuje się, ale unika zbrojnej konfrontacji, stara się raczej pośrednio blokować jego złe działania (np. napaść na transport z więźniami, wypuścić ich wolno... podobnie, jak eskortę - bo to przecież wierni żołnierze króla, nie można ich karać za wykonywanie rozkazów albo uwalnia więźniów z twierdzy, starając się unikać walki ze strażnikami), uparcie deklaruje, że nie jest buntownikiem , tylko "legalną opozycją" i jego celem nie jest obalenie władcy, działa w nadziei, że Jego Wysokość wreszcie opamięta i wszystko wróci do porządku,
2. Walczy ze sługami władcy, ale unika konfrontacji z nim samym i łudzi się, że "To źli doradcy omamili króla, on sam na pewno chce dobrze, w końcu to pomazaniec boży/wybraniec narodu, nie może być zły... prawda?".
3. Stara się mediować pomiędzy złym władcą, a tymi, których on prześladuje - jak słusznie zauważył Grabarz, paladyn to nie tylko wojownik, ale również "dyplomata".
4. Dołącza do buntu, pokonuje władcę... ale go nie obala. W każdym razie nie oficjalnie. Umieszcza z honorami w areszcie domowym, a władzę oddaje w ręce regenta/rady królewskiej/parlamentu. Ewentualnie sam zostaje regentem/szefem rady, jeśli gracze i MG chcą się trochę pobawić w takie rzeczy. Zły władca panuje, ale nie rządzi. Nie można go pozbawić korony, bo to byłoby "niepraworządne", sprzeczne z uświęconym porządkiem, to on jest symbolem jedności państwa, gwarantem ciągłości władzy itd.
5. Poświęcić się w ramach manifestacji. Stanąć przed złym władcą, paść na kolana i powiedzieć "Najjaśniejszy panie, robisz żle! Błagam, zrozum to! Ja nigdy nie wystąpię przeciwko tobie, ale nie mogę brać udziału w tych niecnych planach, które snujesz na własną zgubę. Oddaję swój miecz i oddaję się do dyspozycji Waszej Wysokości". Oczywiście, jak pisałem w poście http://adgedeon.blogspot.com/2016/08/jesli-nie-zabijanie-w-rpg-to-co.html - śmierć postaci jest kiepskim rozwiązaniem w rpg, więc lepiej, gdyby władca wtrącił paladyna do lochu, skąd mogliby go uratować jego kumple, niż skrócił o głowe. Ewentualnie paladyn może zostać skazany na śmierć, ale jego kumple powinni mieć możliwość wyrwania go spod topora. A jeśli im się nie uda? Też jest wyjście. Na przykład - postawa paladyna tak pobudza serca ludu, że ten siłą włamuje się do twierdzi, porywa paladyna spod szafotu i stawia na czele buntu (paladyn może narzekać, że nie o to chodziło i ze to wbrew jego intencjom, ale klamka zapadła). Albo jeszcze bardziej spektakularnie - w ostatniej chwili kajdany paladyna pękają, topór wypada katowi z ręki, a z nieba rozlega się głos mówiący "Nie masz paladyna szlachetniejszego i bardziej prawego od X! A króla Y, który tak niecnie potraktował swojego i naszego najwierniejszego sługę, spotka sprawiedliwa kara! Niebiosa cofają swój mandat dla niego". I jeśli piorun z wysoka nie porazi złego władcy, to wyzwolony paladyn może go ściąć samodzielnie, bez wyrzutów sumienia.

Oczywiście, to tylko przykłady. Poszczególne rozwiązania mogą też się wzajemnie uzupełniać - a w miarę, jak terror narasta, paladyn może chwytać się coraz bardziej drastycznych środków. 

Ale bunt wobec złego władcy, to nie jedyna sytuacja, w której można wykrzesać z paladyna coś więcej, niż ze "zwykłej" dobrej postaci. W komentarzach do zalinkowanego artykułu Grabarza, ktoś stwierdza, że PD paladyn to ktoś, kto widząc kradnącego złodzieja, powiesiłby go na miejscu. Ok, ale co dalej? Może dowiedziawszy się, że ów złodziej kradł, żeby jego głodująca rodzina miała na chleb, paladyn podrzuciłby tej rodzinie sakiewkę złota? W pełni wiedząc, ze i tak będą go nienawidzić za uśmiercenie ojca i męża - ale to pięknie pokazuje, że paladyn nie robi tego, co uważa za słuszne, by ludzie go kochali - on to robi dlatego, że uważa, ze jest słuszne, koniec. Zresztą - nawet najsurowsze prawo nie karze każdej kradzieży śmiercią, więc to "powieszenie na miejscu" można potraktować jako uogólnienie. Paladyn może np wychłostać złodzieja, a potem oznajmić mu "Nie masz jak zarobić na chleb? Przydałby się nam zwiadowca i informator. Daję ci szanse, żebyś wykarmił swoją rodzinę uczciwą pracą, a jednocześnie odkupił swe grzechy, służąc temu, co dobre i sprawiedliwe".

A kradzież dokonana przez drużynę? Zdawać by się mogło, że paladyn nie może tego tolerować - a tym bardziej, brać w tym udziału - absolutnie nigdy. Ale w sumie dlaczego? Takie podejście jest jednym z przejawów robienia z paladynów postaci "Lawful Stupid" - najpierw na siłę interpretuje się paladyna tak, żeby zrobić z niego idiotę, będącego kulą u nogi drużyny, a potem się stwierdza "i dlatego nie lubię paladynów". A przecież prawo na ogół dopuszcza zabór mienia w stanie nadzwyczajnej konieczności - i to nie tylko przez oficjalnych funkcjonariuszy prawa - więc nawet najbardziej sztywny paladyn powinien dopuszczać taką opcję. A jeśli paladyn woli pozwolić, żeby, dajmy na to, horda orków spaliła wioskę, niż odebrać konia (w celu ostrzeżenia wieśniaków) lub broń (w celu ich obronienia) posiadaczowi, który nie chce ich sprzedać (albo gdy drużyna nie ma kasy), to już wpadamy w stereotyp fanatyka. Wydaje mi się, że warunki akceptowalności kradzieży dla postaci PD, ale nie fanatycznej, powinny być dwa: 1. Zabór mienia jest dokonywany pro publico bono, 2. Następnie postać (drużyna) stara się zwrócić zabrany przedmiot właścicielowi, a jeśli jest to niemożliwe, wynagrodzić mu to w inny sposób. To nawet może być zahaczka pozwalająca na płynne przejście do kolejnego zadania - paladyn uratował wioskę, kradnąc konia, ale konia zżarły orki, więc teraz prosi właściciela o wybaczenie i możliwość zmazania tego grzechu, na co właściciel odpowiada ""no dobraaa... Jest taka jedna sprawa, w której taki zabijaka mógłby mi pomóc".

Grabarz pisze, że paladyn nigdy nie wybiera "mniejszego zła". Po części się zgodzę. Jeśli paladyn ma do wyboru większe zło, mniejsze zło i usuniecie zła, powinien wybrać to trzecie, niezależnie od tego, z jakim ryzykiem i jakim wysiłkiem się to wiążę. Jeśli jest choć promil szansy, powinien wybrać "czyste" rozwiązanie. Ale czasem, jak słusznie pisał Sapkowski, są takie sytuacje, gdy wybór jest tylko pomiędzy większym, a mniejszym złem, a odmowa wybrania tego drugiego oznacza wybór pierwszego. A paladyn nie jest typem czlowieka, który będzie się przyglądała wypadkom, a potem patrząc na skutki katastrofy, otrzepie się i powie "Nic nie zrobiłem... Ale grunt, że mam czyste ręce!". Oczywiście, wybór mniejszego zła będzie się wiążał ze straszliwymi dylematami, paladyn może to zrobić ze łzami w oczach, a potem nałożyć na samego siebie ciężką pokutę.

A co z zachowaniem na co dzień? Stereotypowy paladyn jest sztywny do przesady, nie bawi się, nie żartuje i zabrania innym, co zresztą wpisuje się w ogólny stereotyp przypisywany osobom religijnym/konserwatywnym. Nie ma nic złego w powadze, ale paladyn nie musi być zawsze poważny. Bez problemu można wymyślić wiele rozrywek, które nie naruszą paladyńskiego kodeksu. Paladyn może się też cieszyć - radość z czynienia dobra, jest... no cóż, dobra? Poza tym, paladyn wcale nie musi być wobec innych tak samo rygorystyczny, jak wobec siebie. Oczywiście, w kwestiach pryncypiów - musi, ale jest wiele kwestii "opcjonalnych". To, że on np. zachowuje abstynencję, czy celibat, nie je słodyczy i śpi na gołej ziemi (przy czym to wcale nie muszą być warunki konieczne do bycia paladynem), żeby hartować swą wolę i móc efektywniej skupić się na świętej misji, nie oznacza, że wymaga tego od wszystkich. Jak to ładnie napisano w webkomiksie "Goblins" - "Jestem paladynem po to, żeby inni nie musieli nimi być".

I tak dalej i tak dalej. W każdym razie, wydaje mi się, że można wiele wykrzesać z tego archetypu, nie popadając z jednej strony w stereotyp fanatyka (który jest nie tyle przejaskrawieniem paladyna, co jego zaprzeczeniem), a jednocześnie nie zmuszając bohatera do porzucenia sztywnego etosu i nie przerabiając go na kolejnego wyluzowanego fajniochę.

sobota, 22 lipca 2017

Rocznica

Niniejszy blog został założony około roku temu - 18 lipca 2016 r. Nadeszła zatem pora na pobieżne podsumowanie.
Od początku istnienia, blog został wyświetlony 7.644 razy. Nie ma porównania z innymi blogami, ale domyślam się, że to kiepski wynik. Co gorsza, jak bardzo słusznie zauważył pewien anonim w komentarzu pod poprzednią notką, zapewne wynik wyświetlania nie przekłada się na wynik czytania (o czym świadczy choćby żałośnie niska liczba komentarzy).
Opublikowałem 73 posty. Zdecydowanymi faworytami, jeśli chodzi o zainteresowanie są posty: "Kilka polskich paradoksów" (249 wyświetleń, 22 komentarze)
http://adgedeon.blogspot.com/2016/12/kilka-polskich-paradoksow.html
oraz
Recenzja gry "Tyranny" (198 wyświetleń, 25 komentarzy)
http://adgedeon.blogspot.com/2017/02/recenzja-tyranny.html

Zdecydowana większość wejść to przekierowania ze strony http://blogirpg.blogspot.com/ , którą swoją drogą polecam wszystkim osobom, które prowadzą blogi erpegowe, czy nawet okołofantastyczne - naprawdę warto poprosić o dodanie do tej listy.

Kto czytał "Powitanie", ten wie, że blog niniejszy powstał na skutek zbanowania mnie na Poltergeiście przez "koordynatora społeczności", niejakiego Kamulca. Po roku stwierdzam, że moja negatywna ocena sposobu "koordynowania społeczności" przez owego osobnika (która to była bezpośrednią przyczyną mojego bana) znalazła pełne potwierdzenie. Po zbanowaniu części aktywnych użytkowników i wprowadzeniu do regulaminu bzdurnego zapisu "nie wolno komentować działań moderacji", co skutkowało dobrowolnym odejściem kilku kolejnych blogerów, nie chcących brać udziału w tej hucpie, skutek jest taki, że polterowa blogosfera niemal przestała istnieć. Obecnie jakieś 80% wpisów to notki Zegarmistrza, będące zresztą reklamą treści z jego bloga zewnętrznego. Swego czasu żartowałem, że Kamulcowi tak bardzo zależy na tym, żeby nikt nie komentował jego działań (na punkcie czego ma on obsesję), że wolałby, żeby na Polterze nie było żadnych użytkowników, niż żeby któryś z miał "komentować działania". Niestety, najwyraźniej nie potraktował tego jako przytyk, tylko jako plan działania.

Tyle o przeszłości i teraźniejszości - teraz pora skupić się na przyszłości. Mam pytanie - co należy poprawić na blogu? Kilka osób mówiło mi, że coś jest nie tak, że blog jest brzydki, że ciężko się go czyta... Ale jakoś nikt nie potrafił sprecyzować, z czym jest problem. Nie taki druk? Źle dobrane kolory? Proszę o podpowiedź.

czwartek, 20 lipca 2017

Dlaczego pewnie znowu zagłosuję na PiS

Bez przerwy słyszę "Ooooo, PiS niszczy to, niszczy tamto, wprowadza dyktaturę, coś tam, ale ciemny lud na niego głosuje, bo 500+ i tak dalej". Ewentualnie, w wersji łagodniejszej "Wyborcy PiS zwracają uwagę tylko na 500+ i tym podobne, a nie patrzą na to, że niszczy sądy, to smutne, że dali się zwieść populizmowi".
Otóż, oświadczam, że nie jestem w żaden sposób beneficjentem 500+. Dzieci nie mam i mieć nie będę, nie jestem tego godzien. Część socjalnych pomysłów PiS nie podoba mi się (choć akurat 500+ akceptuję). Nie ignoruję "niszczenia sądów i łamania konstytucji", bo socjal. Dokładnie odwrotnie. Głosowałem na PiS właśnie z nadzieją, że będzie robił to, co w tej chwili robi z KRS i Sądem Najwyższym. Nie jestem zagubioną duszą, którą nie rozumie "zagrożenia" ze strony PiS, nie jestem też płatnym trolem. To strasznie frustrujące, kiedy ktoś nie potrafi przyjąć do wiadomości, że jesteś zdeklarowanym przeciwnikiem jego i wyznawanych przez niego wartości. To nie jest, że mamy jakieś wspólne wartości, tylko ja nie zdaję sobie sprawy z tego, że PiS im zagraża, albo zdradziłem te "nasze" wartości omamiony srebrnikami. Świadomie odrzucam Wasze lewackie "uniwersalne i ogólnoludzkie" wartości. A to, co jest dla nich zagrożeniem, uważam za słuszne i sprawiedliwe, godne i zbawienne. Głosuję na PiS właśnie po to, by "stosował mowę nienawiści", "naruszał europejskie standardy" i "cofał nas do średniowiecza". Tym, co w moich oczach legitymizuje władzę PiS-u, jest walka tym wszystkim, bo bliskie sercu Michnika czy innego Timmermansa. Jeśli PiS zaprzestanie tego, ja zaprzestanę na niego głosować i w głębokim poważaniu będę mieć te pięćsetplusy. Jest tyle partii narodowych i katolickich, które zachowują w moich oczach większą czystość ideową, niż PiS. Tyle, że PiS ma nad nimi zasadniczą przewagę - skuteczności. Jeśli tę przewagę utraci i stanie się kolejną partią "ciepłej wody w kranie", straci również w moich oczach wszelką atrakcyjność.

Notabene, jak zwykle kuriozalne i pełne obłudy jest zachowanie "opozycji totalnej" (wiem, że to do Was nie dotrze - nie, nie uważam, że każdy kto jest przeciwko PiS to kanalia. Kukizowcy też stoją w opozycji do tej konkretnej reformy, ale potrafią jasno i merytorycznie wyrazić swoje stanowisko, bez histerii i szczeniackich wygłupów). Zgłaszają 1300 poprawek do ustawy i otwarcie mówią, że to po to, żeby uniemożliwić uchwalenie ustawy. Posłowie partii rządzącej doprowadzają do tego, że odrzucenie wszystkich poprawek rozstrzyga się w jednym głosowaniu, zamiast w 1.300, więc opozycja podnosi lament. A przecież Regulamin Sejmu (który bynajmniej nie został uchwalony w obecnej kadencji) przewiduje tego typu rozwiązania. Np. jeśli posłowie zgłaszają do ustawy poprawki, to zanim zacznie się głosowanie nad poprawkami, głosuje się, czy ustawy nie odrzucić w całości - no bo jeśli większość sejmowa w ogóle nie chce jakiejś ustawy, to nie ma sensu ślęczeć godzinami nad każdą poprawką, jeśli ostatecznie w końcowym głosowaniu ustawa miałaby i tak zostać odrzucona. Analogicznie - nie ma sensu od razu  ślęczeć nad 1.300 poprawkami, każdą z osobna, wcześniej nie zapytawszy większoście sejmowej "a w ogóle jest taka opcja, żeby którekolwiek z tych poprawek przeszły, czy wolą Sejmu jest przyjęcie ustawy bez poprawek". Zwłaszcza nie miałoby sensu w sytuacji, gdy opozycja wprost mówi, że specjalnie nawaliła tych poprawek, żeby uniemożliwić normalne procedowanie. I to oburzenie, że PiS się nie dał. To jest jak oburzenie złodzieja, że okradany sobie zalożył nowy zamek w drzwiach i nie dał się okraść, no świnia. Jeszcze śmieszniejsze jest to, jak posłowie opozycji oburzali się, że "nie dano im czasu na zapoznanie się z projektem ustawy". No zaraz, czyli stworzyliście 1.300 poprawek do ustawy, której, jak twierdzicie nie mieliście czasu przeczytać? Czyli - albo kłamiecie i ustawę dogłębnie przeczytaliście, więc nie ma sensu Wam dawać dodatkowego czasu... Albo stworzyliście 1300 poprawek na odwal, nie wiedząc, co chcecie poprawiać - i chcieliście, żeby Sejm głosował nad takimi bublami? Żeby potencjalnie te tworzone na oślep przepisy weszly do porządku prawnego? To ma być poszanowanie dla prawa i demokracji?
W ogóle, absurdalne jest wycieranie sobie gęby demokracją i praworządnością przez opozycję. Co ma wspólnego z demokracją i praworządnością sytuacja, w której jakieś osoby mogą, wbrew prawu, zablokować proces ustawodawczy i uniemożliwić demokratyczne głosowanie demokratycznie wybranych posłów? W której mniejszość ma prawo zablokować każdą ustawę według swojego widzimisię? Bo przecież do tego dąży opozycja. Tak było z wielodniowym blokowaniem mównicy, tak było z tymi poprawkami. Toż nawet Samoobrona Leppera aż takich cyrków nie robiła. No ale to wynika z lewackiej definicji demokracji, w myśl której demokracja jest wtedy, gdy wyłaniany w wyborach parlament uchwala ustawy, zgodne z poglądami lewaków. Jeśli któryś z tych warunków nie jest spełniony, to nie ma demokracji.
Wielu prawicowców wyzywa PO i Nowoczesną od komuchów i upatruje w nich kontynuatorów PRL-u. Najwyraźniej są w błędzie, bo opozycjoniści sięgają do o wiele starszych rozwiązań, można by rzecz, staropolskich, sarmackich. Liberum Veto im się marzy. Jestem konserwatystą, ale mam wrażenie, że opozycja się nieco zapędza w tym rekonstrukcjonizmie historycznym.

Aha, inni, bardziej rzeczowi krytycy, stwierdzają, że ta reforma jest zła, bo reforma sądownictwa jest potrzebna, ale chodzi o reformę prawa, żeby ją usprawnić, a nie jakąś ordynarną wymianę kadrową.  Nie zgadzam się z tym. Kwestie kadrowe są ważniejsze od proceduralnych. Co z tego, że PiS uchwali nowe, najlepsze choćby kodeksy, jeśli potem sędziowie będą je interpretować po swojemu i wypączą ich sens? Czasem celowo, a czasem na skutek zwykłej niekompetencji. Każda reforma prawa, bez wymiany kadrowej, będzie iluzoryczna. Bo jak sędzia będzie chciał, to sobie tego nowego prawa nie będzie stosował. Dotyczy to zwłaszcza Sądu Najwyższego. Bo Sąd Najwyższy sobie napisze w uchwale składu 7 sędziów "No, co prawda ustawodawca w ustawie napisał literalnie, że nie wolno robić X, ale na skutek głębszej wykładni SN doszedł do wniosku, że w oczywisty sposób tak naprawdę chodziło mu o to, że wolno robić X". I biedny ustawodawca nie będzie miał możliwości huknąć pięścią w stół i powiedzieć "Gówno prawda, właśnie o to chodzi w tej ustawie, żeby zakazać X, przecież to jest jasno napisane! Sądźcie według prawa, nie Waszych fantazji", bo to byłby zamach na "niezależność sędziowską". Albo SN powie "No doooobra, co prawda przepis zakazuje robienia X, ale tego.... "zasady współżycia społecznego" nie pozwalają na zastosowanie tego przepisu w takiej sytuacji". I koniec. A sądy niższego rządu będą też tak wyrokowały, podpierając się zdaniem SN. Parafrazując znany cytat - wielu sędziów wychodzi z założenia "prawo, prawem, a wyrok ma być taki, jak ja chcę".

A co do kwestii pobocznej, wypowiedzi Naczelnika Państwa Polskiego, Jarosława Kaczyńskiego o "wycieraniu mord", to abstrahując od formy, co do meritum, miał rację. Póki Lech Kaczyński żył, mieszano go z błotem dokładnie tak samo, jak Jarosława. Leciały teksty typu kartofel, mamy durnia za prezydenta, jaki prezydent, taki zamach i jeszcze gorsze. Każde skorzystanie przez Lecha Kaczyńskiego z jego konstytucyjnych uprawnień, jak np. weta budziło histerię (podobnie, jak histerię budziło niekorzystanie z tego samego weta przez Dudę). Nawet po katastrofie, przez jakiś czas krążył dowcip o "kaczce po smoleńsku". Powtarzali go moi znajomi wyborcy PO,  wśród nich osoby z wyższym wykształceniem, chętnie narzekające na tę "nienawiść, pogardę, dzielenie ludzi na lepszych i gorszych" uprawiane przez PiS. Ale potem zaczęło się to zmieniać. Minęło wystarczająco dużo czasu, by móc odwrócić narrację, bo ludzie już trochę zapomnieli, jak było. Nagle się okazało, ze Lech w sumie był spoko, nie to, co ten Jarosław wredlizna. Zaczęło się przeciwstawianie Lecha Jarosławowi. Chciałoby się rzecz, że "dobry Kaczyński, to martwy Kaczyński!". To wszystko kał prawda. Pogódźcie się z tym - gdyby Lech żył, to stałby dziś obok brata, nie z wami. A gdyby był obecnie prezydentem, to reforma sądownictwa by przeszła jeszcze bardziej gładko, niż z Dudą. I to się wiąże z tym o czym pisałem powyżej.... POGÓDŹCIE SIĘ DO CHOLERY Z TYM, ŻE ISTNIEJĄ LUDZIE, KTÓRZY MAJĄ INNE POGLĄDY! Możecie nami gardzić, nas nienawidzić, OK. Możecie uważać, że nasze poglądy są złe i głupie. Ale nie twierdźcie, że lepiej od nas wiecie, jakie są nasze poglądy. Ten idiotyzm, ta blokada myślowa, konieczność mówienia do ściany budzą taką uzasadnioną frustrację, że zgadzając się z przesłaniem wypowiedzi Pana Prezesa, nie dziwię się również jej formie (zwłaszcza, że dochodzi tutaj dodatkowy aspekt emocjonalny w postaci szargania pamięci brata).

wtorek, 18 lipca 2017

CD-Action rekrutuje

Nie jest to powalający news, ale co poniektórzy potencjalnie zainteresowani mogli go przeoczyć, więc wrzucam.
CD-Action szuka kandydatów na autorów i zaprasza do nadsyłania próbek swojej twórczości. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo i po co, skoro mogę po prostu zalinkować: https://www.cdaction.pl/news-50558/chcemy-zebys-dla-nas-pisala.html
Trochę się późno z tym obudziłem, ale jeszcze jest czas - konkurs został ogłoszony 11 lipca, a w obwieszczeniu co prawda nie podano terminu końcowego, ale ogólnikowo stwierdzono, że czasu jest "więcej niż tydzień". Zatem osoby, które mają już gotowe teksty, mają jeszcze szansę, by się zaprezentować (zwłaszcza, że redakcja dopuszcza też linkowanie do tekstów, które ktoś wcześniej opublikował w Internecie).
Życzę powodzenia, tym, którzy spróbują swoich sił.

niedziela, 16 lipca 2017

"Prezent pożegnalny" - trzecia część opowiadania

No i  dociągnąłem do końca. Kompletnie zmarnowałem czas, bo nikogo to nie obchodzi, nikt tego nie przeczyta, a co najgorsze - nikt nie skomentuje - no ale fakt jest faktem. Więc sam sobie skomentuję. Opowiadanie jest bardzo słabe. Chyba najsłabsze z tych, które wrzuciłem na bloga. Co w sumie nie ma większego znaczenia, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, no ale, ponownie - fakt jest faktem.


   Maliniak, jedną ręką trzymając ubrania, drugą nacisnął klamkę, a potem wszedł do łazienki.
   Pośród niebieskich ścian, koło wanny stała Martaa. Staszek stanął w progu, wpatrując się w nią. Już przedtem uważał, że jest ładna (nawet, kiedy na początku znajomości, mocno go irytowała), ale teraz, kiedy jej mokre włosy opadały w lokach na ramiona, zawiązany w pasie szlafrok podkreślał figurę, nie będąc na tyle długim, żeby zakryć jej drobne, ale zgrabne nogi, to...
Po chwili Marta spuściła wzrok i poprawiła szlafrok, jakby chciała się nim mocniej zasłonić. Staszek też się speszył. Zaklął w duchu. "Szybko się pocieszyłeś po Renacie" - zdawało mu się, że ponownie słyszy drwiący głos ojczyma. ,,Ty mendo" - pomyślał ,,Dopiero co zginęła... Tak, powiedzmy to sobie szczerze... twoja dziewczyna... A ty... i to w dodatku wobec tej biednej kobiety. Kawał chuja z ciebie, prawdę mówiąc".
    - To ja poszukam tej suszarki - w końcu odezwał się, aby przerwać niezręczne milczenie. W ciszy zaczął przeglądać klamoty, którymi był zasypany stojak. W końcu, pośród gąbek i buteleczek znalazł urządzenie, po czym podłączył do prądu.
    - Nie działa. - stwierdził z głupią miną.
    - Coś się zepsuło? - spytała Marta.
   - Nie wiem, ostatnio działała. - chłopak podrapał się po głowie, a potem palnął się w czoło. - Matko, debil ze mnie, przecież prądu nie ma!
    Cavalieri spojrzała na niego z nieco niepewną miną. Staszek stłumił cisnący mu się na usta śmiech. Rechotanie przed Martą, nawet z samego siebie, było mimo wszystko trochę niestosowne... Ale mimo wszystko, atmosfera się odrobinę rozluźniła. A przynajmniej chłopak poczuł się trochę mniej spięty. 
    - No nic, przetrę ręcznikiem, a potem same wyschną... W końcu się nie przeziębię. Nie na tej planecie. - oświadczyła Cavalieri.
    - No tak - odparł Staszek. - Tutaj masz ubrania - wskazał na przyniesione łaszki, które wcześniej położył na pralce. - To ja już pójdę chyba.
    - Dziękuję - odpowiedziała Marta, rzucając okiem na ubrania. - Tak, idź. Lepiej się prześpij, na pewno jesteś zmęczony, a musisz mieć siły... Nawet jeśli na razie czeka nas tylko narada, lepiej mieć jako tako jasne myśli. Ja tak zrobię, jeśli można
    - Pewnie. Pokój gościnny jest na lewo. To... na razie. - zakończył Staszek, a potem opuścił łazienkę.
    Maliniak udał się do swojego pokoju. Zdjął buty, aby dać nieco odpocząć nogom... Zapach był niezbyt przyjemny, chyba jemu też by się przydała lekka kąpiel... A potem uwalił się na łóżku. Przez jakiś czas przewracał się z boku na bok, targany myślami, ale w końcu zmęczenie zrobiło swoje i zapadł w drzemkę.
     W końcu się obudził. Wyrwany z czarnej otchłani snu, przez chwilę był tak zamroczony, że nie pamiętał nawet gdzie jest, już nie mówiąc o jakichkolwiek planach.. Potem jednak oprzytomniał i uświadomił sobie, co się dzieje. Zerknął na zegarek - było za dziesięć szósta. Spał ponad pół godziny, a za chwilę miała się odbyć zapowiedziana przez Abiatara narada. Staszek wstał i ruszył na spotkanie z pozostałymi.
    Znalazł ich w kuchni. Na stole była już przygotowana skromna kolacja, a na krzesłach siedzieli Marta i Mirkof. Jeszcze przed chwilą słyszał przytłumione głosy, ale gdy wszedł do pomieszczenia, zapadła cisza. Co gorsza, Velarez wyglądał na zadowolonego z siebie.
    - O czym rozmawialiście? - spytał ponurym tonem Maliniak, odsuwając sobie krzesełko.
   Marta wyraźnie się zmieszała, a Staszek natychmiast pożałował swych słów. Uznał, ze musi szybko zmienić temat: - Inkwizytora nie ma? - spytał.
    - Ano nie ma. - Jego ojczym pokręcił głową. - Braciszek najpierw ustawia nas jak w zegarku, każe przyjść na naradę wojenną, a potem sam wybywa. Nieładnie.
    - Nic bardziej mylnego - rozległ się spokojny głos Abiatara. Natychmiast cała trójka odwróciła się w stronę wejścia do kuchni. Stał w nim Refuze. Na mankiecie jego szarego munduru widać było małą plamę krwi. - Przecież zaplanowałem naradę na szóstą - i o tym czasie przybyłem.
    Staszek odruchowo zerknął na czasomierz wiszący na kuchennej ścianie. Właśnie w tej chwili duża wskazówka przekroczyła dwunastkę, wyznaczają równą godzinę.
    - Jak w zegarku. - Laszamar powtórzył słowa Mirkofa, a kąciki jego ust zadrgały lekko, jakby w śladowym uśmiechu.
    - Jest brat ranny? - z troską w głosie spytała Marta, patrząc na krwawą plamę na uniformie zakonnika.
    - Nie, to nie moja krew. - spokojnie odrzekł Refuze.
    - Acha, to dob... - zaczęła Cavalieri, ale nagle przerwała. - W takim razie czyja?
    - Pozwolicie, że o tym opowiem podczas posiłku, żeby nie przedłużać.
    Choć czasem wywody inkwizytora sprawiały wrażenie dziwacznych i niezrozumiałych, tym razem Staszek zgadzał się z nim na całej linii. Ostatnim posiłkiem jaki spożył, była mała konserwa - i było to w środku nocy. Do tej pory nie myślał o tym, ale zapach jedzenia na stole sprawił, że ślinka zaczęła mu napływać do ust.
    - Może brat Refuze poprowadzi modlitwę przed jedzeniem? - zaproponowała Martaa.
     No tak.
    Inkwizytor skinął głową. - Czemu nie? - powiedział, po czym podszedł do stołu i złożył ręce. - Boże w Niebiosach pobłogosław nas i te pokarmy, które będziemy spożywać i za które Ci dziękujęmy. Amen
    - Amen - odpowiedziała pozostała trójka. Jak widać, podstawową zasadą inkwizycyjnych form pobożności było ,,zwięźle, krótko i na temat". Staszkowi to pasowało. Chłopak natychmiast usiadł, wziął grubą pajdę chleba, posmarował... czymś co wytwórcy określali mianem ,,pasztetu" (Staszek wolał nie wiedzieć, jaki jest prawdziwy skład, ale tak czy inaczej, lubił to) i zaczął się napychać. Po chwili zorientował się, że rozsiewa dookoła okruchy i kropelki śliny. Zawstydzony rzucił okiem w stronę Marty. Kobieta widziała, że zachowuje się jak świnia, ale tylko przymknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała powiedzieć ,,Jedz, jedz, nie przejmuj się". Mimo wszystko Staszek nieco zwolnił tempo jedzenia.
   - Zatem... żeby nie przedłużać. - zaczął Abiatar. - Byłem na zwiadach. Połączonym z... przesłuchaniami. Tak się złożyło, że tych kilu osobników, których spotkałem... Nie było skorych do współpracy. Może z powodu munduru - chyba próbowali się włamać do jednego z bogatszych domów. A może moja niebieska skóra wydała im się śmieszna? A może z obu powodów? Nieistotne. W każdym razie, udało mi się z nimi nawiązać nić porozumienia... choć nie bez trudności i konieczności ucieknięcia się do niewerbalnych metod przekonywania.
     - A ja myślałem, że im po prostu nastukałeś - stwierdził Mirkof, nalewając sobie kawy do kubka.
    - To miałem na myśli - Znowu te charakterystyczne drgnięcie warg. - Ale pozwólcie, że przejdę do sedna. Otóż ci szabrownicy byli mocno zaniepokojeni. A włamywali się nie tylko po to, aby obrabować mieszkanie, ale by się w nim schronić. Ponoć potwór jest blisko miasta. Jeden z bandy wypuścił się na przeszpiegi po okolicy. Zabrał ze sobą krótkofalówkę. Podobno przed śmiercią, straszliwie krzyczał. Najpierw ze strachu, potem z bólu. A na koniec słychać było tylko ryki i skrzeki.
     Staszek nerwowo przełknął kęs chleba. Przypomniały mu się straszliwe odgłosy rzezi w hotelu.
    - To na pewno prawda. Moja aniołki też dały mi znać, kiedy spałam, że niebezpieczeństwo jest blisko. - powiedziała Marta, tak naturalnym tonem, jakby właśnie prosiła o podanie cukru. Mirkof zrobił głupią minę, zaś Abiatar rzucił jej dyskretne, badawcze spojrzenie. Staszek w milczeniu zagryzł wargi. Przypomniały mu się słowa inkwizytora.... Maliniak też nie wiedział, czy lepiej pozwolić, aby mur złudzeń chronił Martęę, czy też go zburzyć... Ale na pewno nie teraz. Nie kiedy niebezpieczeństwo było tak blisko.
     - Przynajmniej cała rzecz skończy się szybko - mruknął Velarez i pociągnął łyk z kubka. - No to jak już tak idzie - może wtajemniczy nas braciszek w swój cudowny plan?
    Abiatar odłożył sztućce, którymi kroił posiłek. Najwyraźniej już skończył jeść. Nie spożył zbyt wiele - być może potrzebował mało jedzenia, ze względu ma ascetyczny, zakonny tryb życia - albo może jako Laszamar miał odmienną fizjologię.
     - Żeby przebić skórę gargoyli, potrzeba sporej siły ognia. Większej nawet, niż żeby zestrzelić mały statek. Działko przeciwlotnicze, które ochrania wasz ratusz, byłoby w stanie zniwelować pancerz potwora, tylko jeżeli po kolei kilka pocisków trafiłoby w to samo miejsce. A to niemożliwe. Gargulec porusza się zbyt szybko... Jego przyspieszony metabolizm i nadmiar energii służy nie tylko rozwojowi. Dlatego nie nadaje się do tego celu. - oświadczył.
     - Zatem co się nadaje? - spytał z kwaśną miną Mirkof.
     - Tak się składa, że mam to ze sobą. A dokładnie - w salonie. Jeśli skończyliście już jeść, chodźcie, a zobaczycie. - oznajmił Abiatar.
    - Ja jestem gotowa. - powiedziała Marta, wstając od stołu.
    - Ja też. - dodał Velarez - Dziękuję pani za kolację. - powiedział i skinął lekko głową.
    - Och, to ja dziękuję za gościnę. - kobieta skinęła głową.
    Przeklęty Mirkof. Niby taki nieokrzesany, a jednak miał w sobie coś, co działało na kobiety. W końcu inaczej mama by za niego nie wyszła... Staszek połknął ostatni kęs w całości, szczęśliwie unikając zadławienia i również podziękował. Po chwili cała ekipa przeszła do dużego pokoju. W dalszym ciągu na stoliku leżała podłużna waliza, którą przyniósł zakonnik. Abiatar stanął nad nią i przez chwilę manipulował przy zamku - dopiero teraz Maliniak zauważył, że zawartość była chroniona przez jakiś mechanizm szyfrowy. W końcu zaskoczyło i klapa odskoczyła. Abiatar odsunął się od stolika i usiadł wygodnie w fotelu, pozwalając pozostałym na przyjrzenie się temu, co było w walizce. Okazała się ona być futerałem, w którego wgłębieniu spoczywał podłużny, metalowy przedmiot. Była to metalowa rura, na której widniał jakiś przyciski oraz jakiś, w tej chwili złożony wihajster, zapewne stojak bądź uchwyt. We wnętrzu wnętrzu został umieszczony nieco mniejszy pręt, na którego czubku była zwężająca się głowica - jej koniec był bardzo cienki w stosunku do reszty i wyglądał na ostry. Sama głowica była wykonana z jakiegoś innego metalu niż reszta, bardziej... połyskliwego.
    - Bardzo to ładne, ale czy ma jakieś praktyczne zastosowanie? - odezwał się w końcu Mirkof, idąc w ślady Refuzego i uwalając się w drugim fotelu.
     - ,,To" jest wprost stworzone do zadania, jakie nas czeka - wyjaśnił Abiatar. - To przenośna wyrzutnia rakiet klasy ,,Sicarian". Dzięki dużej prędkości lotu i temu szpikulcowi na końcu, zrobionemu z kimberleńskiej stali, jest w stanie przebić praktycznie każdy pancerz... No może oprócz tych na dużych statkach bojowych. Wybuch nastąpi dopiero, kiedy wbije się w ciało potwora - dzięki czemu większą część jego siły zostanie skierowana do jego wnętrza, dosłownie go rozrywając. A dzięki naprowadzaniu, jest duża szansa, że w niego trafimy. Dodajmy jeszcze, że ta broń jest bardzo łatwa w obsłudze.
     - Czyli można by rzecz, broń idealna - mruknął Staszek.
     - W tej sytuacji - owszem - przytaknął inkwizytor.
     - Więc zostają nam tylko trzy problemy. Po pierwsze - musimy znaleźć stwora. Po drugie - nie dać się zabić, zanim któreś z nas z tego nie wystrzeli. Po trzecie - mamy tylko jedną szansę, chyba, że przywiozłeś więcej tych cudeniek. Na co nie mam zbyt wielkiej nadziei.
    - I słusznie - kiwnął głową Laszamar. - Nie brałem ze sobą arsenału. Nie wiedziałem, że kiedy przybędę, potwór będzie już rozbudzony. Tak czy inaczej... Musimy zmaksymalizować nasze szansę w inny sposób. Na przykład - musimy znaleźć odpowiednie miejsce na walkę. Ja nie znam miasta. Jakieś propozycje?


   Cała czwórka stała na dachu jednego z bloków. Najchętniej Staszek trzymałby Martę z dala od walki z potworem... Gdyby skryła się w jakiejś piwnicy, byłaby bezpieczna. Tylko, że... Znając jej stan, nie mógł być pewien, czy pozostałaby w ukryciu, a nie wybiegła na spotkanie gargulca. Dlatego z dwojga złego, lepiej, aby ktoś miał ją na oku cały czas, nawet jeżeli miało to oznaczać, że weźmie udział w akcji.
     Czemu wybrali właśnie ten dach? Budynek był dosyć solidny. Ale, dajmy na to, ratusz też był taki. Mirkof z początku nalegał, aby właśnie tam czekać na potwora. W końcu, gdyby Sicarian nie trafił w potwora, mogliby jeszcze spróbować użyć działka. Jednak Abiatar zdecydowanie się temu sprzeciwił. Po raz kolejny potwierdził, że broń przeciwlotnicza nie zda egzaminu przeciw tej poczwarze. Za to cenny atutem byłaby wysokość - tak aby potwór nie mógł doskoczyć do ich stanowiska. ("A co, jeżeli już nauczył się latać"? - spytał Staszek. ,,Umrzemy" krótko skwitował inkwizytor). Dlatego w końcu wybrali jeden z bloków, jego dach wznosił się wyżej niż wieżyczka strzelnicza ratusza.
     Z odtwarzacza, który zabrali z domu, cały czas leciała muzyka - na tyle głośno, aby dźwięk niósł się po okolicy. W końcu nie chcieli ukrywać się przed potworem. Chcieli go zwabić. Im szybciej nastąpi konfrontacja, tym większe mieli szanse.
   Marta była zatopiona w rozmowie z Abiatarem. Staszek postanowił nie przeszkadzać. Być może inkwizytor był dziwny, ale na pewno miał pewną wiedzę psychologiczną. Była szansa, że jest w stanie wybadać kobietę i zdecydować, czy straszne przeżycia wywołały u niej chorobę - a jeżeli tak, podjąć jakieś działania. Dlatego chłopak odszedł na drugi koniec dachu (poza tym, lepiej, żeby teren był obserwowany z obu stron). Usiadł na murku otaczającym podłoże (miał stanowić ochronę przed wypadnięciem), spuszczając nogi na dół. Muzyka była na tyle głośna, że nie słyszał rozmowy Marty i obcego. Zanim zdążył zatopić się w myślach, dosiadł się do niego Mirkof.
    - Kiepska sprawa, nie, młody? - mruknął mechanik. - Po mojemu, to idziem śmierci prosto w śmierdzącą i zębatą paszczę śmierci, jakby powiedział poeta.
    - Ta - krótko odparł Staszek. Jeżeli ten tekst miał być żartem dla rozładowania atmosfery, to do niego nie trafiał.
    Velarez przez chwilę milczał, stukając palcami do rytmu muzyki i gapiąc się przed siebie. W końcu westchnął przeciągle i znowu zaczął mówić.
    - Kiepsko zaczęliśmy. Ty się na mnie wkurzałeś, bo nagle na miejsce ojca przyszedł obcy facet i zaczął się rządzić. Ja się wkurzałem na ciebie, bo nie chciałeś się słuchać i jak mogłeś okazywałeś, że mnie tu nie chcesz. No i tak żyliśmy jak pies z kotem. No ale teraz... Trza zapomnieć o głupotach. Musimy się trzymać razem. Ani ty, ani ja, nie chcemy żeby twoja matka płakała po którymś z nas, zgadza się? Nie musim się lubić, ale musim sobie pomagać. Jak to wszystko się skończy, można będzie wrócić do warczenia na siebie. To jak? Sztama? - Mirkof wyciągnął swoją szeroką łapę w stronę pasierba. Staszek spojrzał na nią z zaskoczeniem. Mimo wszystko... tego się nie spodziewał. Jednak po chwili wahania, uścisnął dłoń.
    - No wiem - mruknął. - Ja też się czasem jak gówniarz zachowywałem.
    Mirkof już otwierał usta od odpowiedzi, ale w tej chwili dźwięki muzyki zagłuszyły krzyki Klaudii.
    - On tu jest! Widzę go! Idzie tu! - kobieta wskazywała placem gdzieś w oddali. Staszek i Mirkof natychmiast podbiegli na drugi kraniec dachu, gdzie stała Cavalieri. Faktycznie... Ponad jednym z budynków widać było kark potwora i jego ohydny pysk. Stwór obrócił głowę w stronę schronienia czwórki. Otworzył dziob i wydał donośny, charczący skrzek. A potem, tratując wszystko na swojej drodze, ruszył w jego stronę.
   - Szybko, trzeba przyszykować... - powiedział Staszek. Jednak kiedy zerknął w tył, zobaczył, że inkwizytor unosi już Sicariana. Z tyłu podbiegł do niego Mirkof, chwytając za tył broni. Refuze miał celować, Velarez jedynie podtrzymywał tylną końcówkę - taki sposób użycia zapewniał najlepszą stabilizację i celność.
    - Schowajcie się. - powiedział Laszamar, nie patrząc ani na Staszka, ani na Klaudię. - Wasza rola skończona.
    Faktycznie, tak miało być. Mieli jedynie pomóc przy obserwacji, a kiedy potwór się zbliży, uciec. Tak miało być...
    - Ja muszę zostać. Bóg chce, abym się zmierzyła z tym demonem - oświadczyła Martaa. Teraz już nie krzyczała. Jej głos był pewny i spokojny - podobnie jak je wzrok i postawa.
     - Rób, co mówi niebieski, wariatko! - krzyknął zdenerwowany Mirkof. - Uciekaj! Cholera... Młody, zrób coś z nią! - dodał, widząc, że kobieta nic sobie nie robi z jego wrzasków. - Kurwa żesz
    Staszek przez chwilę stal niezdecydowany. Wtedy po raz kolejny usłyszał ryk potwora. Był już bardzo blisko. Chłopak w końcu się ruszył. Podbiegł od tyłu do stojącej niemalże na baczność Cavalieri, a potem ogłuszył ją ciosem w ciemię. Złapał ją rękoma pod pachy i zaczął wlec w kierunku schodów. Kiedy schodził na dół, ostatnią rzeczą jaką zobaczył, zanim jego głowa znalazła się pod poziomem dachu. było dwóch mężczyzn trzymających wyrzutnię. Celowali do potwornej istoty, która wznosiła się ponad budynek. Jej rozpostarte, ociekające jakimś śluzem (chyba dopiero się wylęgły) błoniaste skrzydła przesłaniały niemal całe niebo.
     Smok Zamętu, który przez wieki spał pod ziemią, teraz wzbił się w przestworza.
    Staszek nie czekał na wynik walki. Targał nieprzytomną Martęę po schodach, na dół. Po kilku sekundach - choć wtedy wydawało mu się, że minęło co najmniej kilkanaście minut - usłyszał świst, wybuch, a potem przeraźliwy ryk - tym razem był tak silny, że aż mury budynku zadrżały. Użyli Sicariana. Staszek przystanął na chwilę. Czy udało się im?
    W tej chwili z góry zaczęły dobiegać kolejne ryki i skrzeki. Maliniak zamarł, a serce podeszło mu do gardła. Bestia żyła... Może ryczała w agonii, ale żyła. Jednak po chwili chłopak zorientował się, że to nie brzmi, jak przedśmiertne jęki. Owszem, czuć było gniew... Ale nie cierpienie. Poza tym, Staszek mimochodem zauważył, że muzyka z odtwarzacza na dachu przestała grać. I w jakiś sposób, to go ostatecznie przekonało, że atak się nie powiódł.
    Maliniak poczuł, jak zaczyna go ogarniać panika. Co teraz? Czy potwór ich widział? Czy jeśli tak, to gargulec jest wystarczająco inteligentny, aby pamiętać, że zbiegli... to znaczy, że on zbiegł... na dół? Czy zacznie ich ścigać? Nie zmieści się w oknach czy klatce schodowej, ale... Może zacznie po prostu przebijać się przez ściany?
    Kiedy Staszek stał na schodach, trzymając zwisając bezwładnie Martę, a straszne myśli galopowały przez jego głowę, nagle usłyszał donośny szum. A po chwili przez okno ujrzał potwora. Czy raczej, fragment jego korpusu. Na szczęście, stwór nie mógł ich dostrzec. Po chwili, zaczął się oddalać, lecąc na swoich ohydnych skrzydłach. Jego sylwetka była widoczna na niebie jeszcze przez długi czas.
     Staszek odetchnął. Nogi się pod nim ugięły i opadł na jeden ze stopni. Głowę Marty położył na swoich kolanach, aby nie leżała na twardym betonie. Chłopak przez chwilę ciężko dyszał, ocierając pot z czoła. Wtem głowa kobiety poruszyła się, a z jej ust dobył się cichy jęk. Wzrok Staszka napotkał jej półowarte oczy.
    - Nie bój się, już odleciał - powiedział uspokajającym, choć niezbyt pewnym tonem.
    - Odleciał? - Marta otworzyła oczy szeroko i uniosła głowę. Chłopak nagle poczuł się nieco głupio, że trzymał ją na kolanach, ale kobieta nie zwracał na to w ogóle uwagi.
    - Więc nie udało się im. Zginęli - oświadczyła ze smutkiem, stając na nogi. - Czemu mnie stamtąd zabrałeś?
     - Wiem, przepraszam, że ci przyłożyłem, ale nie miałem wyboru... - odpowiedział chłopak.
    - Nie o to chodzi. Czemu mnie zabrałeś? Gdybym tam była, potwór zostałby zniszczony.
     Maliniak poczuł, jak zaczyna go ogarniać furia.
    - Co?! - ryknął na cały głos, wymachując rękoma. - Przestań pieprzyć do cholery! On by cię zeżarł, jak tamtych i tyle by było! Gdyby nie ja, byś nie żyła! Wiem, że dużo przeszłaś... Współczuję, ale ocknij się wreszcie! Bo w końcu się zabijesz... A mnie przy okazji! - Chłopak urwał i opuścił ręce. Przez chwilę stał ciężko dysząc. Powoli gniew zaczął ustępować miejsca strachowi. Przypomniał sobie, co (zapewne świętej pamięci) Refuze mówił o murze... A co jeżeli teraz wlaśnie go zburzył? Co jeżeli Martaa wpadnie w panikę, depresję... Cokolwiek...
    Jednak Cavalieri nie miała zamiaru histeryzować. Westchnęła cicho, i pokręciła głową ze słabym uśmiechem na twarzy.
    - Tak, wiem, chciałeś dobrze... Dobry z ciebie człowiek. Ale brak ci wiary.
Staszek pożałował, że już opuścił ręce, bo w tej chwili miał ochotę zrobić to ponownie. Jak widać, mur w umyśle Marty był naprawdę solidnie postawiony. Cóż, w sumie wypadało się cieszyć, że jednak jej nie zranił.
    - Dobrze, to skoro ten skur.. skubaniec odleciał, chodźmy zobaczyć, co się z nimi stało. - powiedział w końcu. - Na pewno nie żyją, ale mamy obowiązek sprawdzić.
    Marta kiwnęła głową. Staszka nagle znowu opadły wątpliwości.
    - Chociaż może... Ty lepiej tu zostań? - powiedział. Bał się, że widok zmasakrownyach ciał może obudzić wyparte wspomnienia. Ha! Wspomnienia.... Przecież to było wczoraj.
    Marta pokręciła głową.
   - No dobrze. - westchnął Staszek. - Chodź.
    Na dachu zastali pobojowisko. Dookoła leżały połamane anteny, a murek w jednym miejscu był całkiem zniszczony. Ponadto znaleźli też Abiatara. W kawałkach. Drobnych. I do tego nie było ich za dużo (zapewne większość skończyła w żołądku, czy co tam miał w środku, gargulca). W zasadzie jedynie dzięki strzępkom niebieskiej skóry i jego munduru czy też habitu dało się rozpoznać szczątki.
    - Zginął w dobrej sprawie. Niebiosa przyjmą jego duszę - stwierdziła Marta. Mimo wszystko, w jej głosie czuć było pewien smutek. Staszek czuł, jak zjedzony niedawno ze smakiem i pośpiechem posiłek podchodzi mu do gardła.
    - Zaraz! - krzyknęła Cavalieri, obracając się dookoła i rozglądając. - Nigdzie nie ma twojego ojczyma.
    - Może... połknął go w całości? - wymruczał Maliniak, powstrzymując wymioty. W tej chwili gdzieś z dołu dał się słyszeć przeciągły jęk. Klaudia podbiegła do krawędzi. - On jest tutaj! Na balkonie! - krzyknęła. Staszek szybko do niej podszedł. Faktycznie, na balkonie piętro niżej leżał, okrwawiony Mirkof. Ruszał się.
    - Zaraz... zejdę do niego... - Staszek zaczął się gorączkowo rozglądać. - Nie ma drabinki... Eee... Jest tu jakaś lina.
    - Staszek.! - krzyknęła dziewczyna. - Przecież możemy tam zejść normalnie, po schodach... Módlmy się, żeby mieszkanie było otwarte, to wejdziemy z niego!
    Chłopak palnął się dłonią w czoło. Fakt....
    - Dobra, biegniemy, chyba z nim kiepsko! - oświadczył i ruszył w kierunku schodów, a Marta za nim. Po chwili stali przed drzwiami do mieszkania. Były zamknięte.
    - Co robimy? - spytała Klaudia nieco piskliwym głosem. Chyba nawet jej udzieliła się panika.
   - Zaraz... - wymamrotał Staszek... - Otwierają się do środka, dobra.... Odsuń się! - rzucił do Klaudii, robią kilka kroków w tył. Potem wziął rozpęd i gruchnął z całej siły w drzwi. Zatrzeszczało, ale nie udało się otworzyć przejścia. Nie bacząc na bolący bark, Staszek po raz kolejny podjął próbę staranowania. Tym udało się. Para natychmiast weszła do środka. Przebiegli przez przedpokój i salon (panował tu niezły rozgardiasz, powywalane ubrania, książki na podłodze - chyba ktoś pakował się w pośpiechu) i za parę sekund byli już na balkonie.
    Mirkof leżał na brzuchu. Podpierał się ręką i postękiwał - chyba próbował się podnieść. Kiedy para weszła na balkon, odwrócił głowę w ich stronę. Była cała we krwi, która wypływała z rozbitego nosa i rozciętego czoła - zresztą ściekający płyn utworzył już sporą kałuże wokół niego. Poza tym, również na ubraniu, w okolicach klatki piersiowej, miał czerwoną plamę.
    - Przeżyłesz! - krzyknął Staszek.
    - Brawo! Zauważyłeś! Zuch chłopak... - zażartował Velarez. Efekt zepsuł nieco przeciągły jęk, którym zakończył ostatnie zdanie i grymas bólu na jego twarzy. Klaudia kucnęła przy nim, próbując obejrzeć rany.
    - Ech, spudłowaliśmy. - mruknął Mirkof. - A coś chujowe było te naprowadzanie. Jak rakieta mu przeszła ponad łbem, o tak i poleciała, Panu Bogu w okno. A potem... cholera się zabrała za nas. Ja miałem farta, złapał mnie i jebnął tutaj. Braciszka pewnie zeżarł...
    - Tak. - Tylko tyle był w stanie powiedzieć Staszek.
    - Ma pan chyba złamane żebro. - powiedziała Marta.
- Dobra, jakoś wyjdziesz z tego, chyba. - odezwał się Staszek. - Zaraz cię przeniesiemy na kanapę w salonie i...
    Mirkof zaśmiał się. Rechot zaraz się urwał - ból znów dał o sobie znać.
    - Aż tak... daleko.... mój fart nie sięga... - odpowiedział. Jego głos stał się cichszy i urywany, chyba mówienie sprawiało mu duża trudność. - Myślisz, czemu tak leżę... jak placek? Coś mi strzeliło w kręgo... kręgosłupie... A w brzuchu to chyba... Jakby wszystko popękało i zaczęło się tam w środku... prze... lewać...
    - Ale chyba... Nie umrzesz od tego? - w głosie Staszka było słychać przerażenie, kiedy nachylił się nad ojczymem. - Może ci z bunkra nam pomogą, mają pewnie tam jakiś medyczny...
    Ale Velarez go nie słuchał. Mechanik złapał ręką za nogawkę pasierba.
    - Opie... kuj... - zaczął mówić, ale nie dokończył. Jego dłoń puściła ubranie Maliniaka, a potem opadła bezwładnie. Chwilę później, głowa też dotknęła betonu. Mężczyzna był martwy.
    ,,Kiedy żył, tyle razy życzyłem mu śmierci... A kiedy umarł, płakać mi się chce." - pomyślał mimochodem chłopak.
    - Niech spoczywa w pokoju - wyszeptała Marta, a potem wstała. - Chodź. Przeniesiemy go do mieszkania. Pochowamy go, kiedy odeślemy demona do piekieł.
    - Co, proszę? - Staszek patrzył osłupiały na kobietę. - Po tym wszystkim... Ty wciąż chcesz polować na to coś? O co ci chodzi? Tak mocno chcesz pomścić... - w ostatniej chwili ugryzł się w język.
   - Tu nie chodzi o zemstę... - pokręciła głową Marta. Jej twarz była obrócona w stronę ciała Mirkofa, ale zamyślone oczy patrzyły jakby gdzieś w dal. - Umarli... Przynajmniej ci... ci o których w tej chwili myślisz... Nie łakną zemsty ani krwi. Są poza cierpieniem, poza nienawiścią. Co nie znaczy, że nie dbają o tych, którzy pozostali po tej stronie.
    - Więc jeżeli dbają o ciebie, na pewno nie chcą abyś bezsensownie zginęła. - szybko odpowiedział Staszek. Uznał, że choć na chwilę musi przyjąć szaloną logikę Cavalieri, jeżeli ma ją przekonać.
    Kobieta pokręciła głową.
    - Jeżeli stawię czoła bestii, nie zginę bezsensowną śmiercią. Wiem, że uważasz, ze oszalałam. - Staszek otworzył usta, aby (nieszczerze) zaprzeczyć, ale dziewczyna nie dała mu dojść do słowa. - Ale taka jest prawda. Chyba, że... Nie pójdziesz ze mną. Wtedy zginę. - ze stoickim spokojem kontynuowała. - Potrzebuję kogoś, kto będzie operował działkiem.
    - A nie możesz zastrzelić dziada kulami światła puszczanymi z rąk? - pozwolił sobie na ironię Staszek. - Albo nie wiem... wyezgorcyzmować go? Potrzebujesz czegoś tak prostackiego, jak działko przeciwlotnicze, żeby wypełnić swoją święta misję?
    - Tak. Właśnie tak jest. Zawsze jest potrzebny ludzki wkład. Poświęcenie. Niebiosa niczego nie zrobią za nas. To byłoby... niesłuszne. Ale nie bój się, gdybyś miał zginąć, nie wciągałabym cię w to. Ale wiem, że jeżeli ze mną pójdziesz efekt będzie taki - ty przeżywasz, potwór nie.
    - Uważasz, że tchórzę? - żachnął się Staszek. - Nie chodzi o to, że się boję... tylko, że... To się nie może udać. To nie ma sensu.
    Cavalieri milczała przez chwilę, a potem westchnęła. - Dobrze. Chodź, przeniesiemy ciało. Raczej nie zdołamy go dziś pochować. Najlepiej, żebyś spróbował schronić się w bunkrze. Może cię wpuszczą.
    - Dobrze, no to... - powiedział Maliniak pochylając się, aby wziąć ciało Mirkofa za ramiona. - Zaraz... Mnie wpuszczą? To znaczy, że ty...
    - I tak pójdę. Z tobą, czy bez ciebie. Mam nadzieję, że przy takim rozwoju wydarzeń też przeżyjesz, choć tego mi nie przekazano. - stwierdziła Marta, łapiąc trupa za nogi. Przez chwilę oboje w milczeniu szli z ciałem do mieszkania. Potem ułożyli je na kanapie, a Marta nakryła je prześcieradłem, znalezionym pośród pozostawionych przez uciekających w popłochu właścicieli.
    - Odkąd się poznaliśmy, darliśmy koty, a ja miałem go za szuję - odezwał się Staszek, tępo wpatrując się w białą (teraz nieco poplamioną krwią) płachtę. - A w momencie, kiedy pojawił się cień szansy, że zaczniemy się dogadywać, on zginął.
    - Przynajmniej nie poszedł w zaświaty z urazą w sercu.
    Maliniak uśmiechnął się smutno. - Chciałbym mieć takie podejście, jak ty. Tak chyba jest... łatwiej.
    Kobieta odwróciła wzrok. 
- Zanim zostałam... obdarzona... tą nadzieją... - zaczęła łamiącym się głosem. - Przeżywałam... Nawet nie wiesz... - ramiona Klaudii zaczęły się trząść. Po chwili wahania Staszek podszedł do niej i położył jej na ramieniu swoją dłoń.
- Zapewne to najgłupsza... I jedna z ostatnich rzeczy, jakie zrobiłem w życiu... Ale pójdę z tobą. - zadeklarował.


    Staszek nerwowo się kręcił po dachu ratusza. Co jakiś czas podchodził do działka, upewniał się, czy dobrze się kręci i czy wszystkie przyciski i wajchy są na swoim miejscu. Miał nadzieję, że da rade tego użyć. Pamiętał co nieco z lekcji Przysposobienia Obronnego, poza tym instrukcja wisiała przyczepiona do korpusu broni, no i w końcu te działko nie było jakieś specjalnie trudne w obsłudze. Mimo wszystko, Staszka kusiło, aby puścić salwę próbną, ot tak, dla pewności. W końcu nie musieli się ukrywać. Wręcz przeciwnie - podobnie jak poprzednim razem, plan wymagał zwabienia poczwary. Znowu odtwarzacz (nowy) i rycząca na cały regulator muzyka miały za zadanie zachęcić, aby wpadł z wizytą, bo impreza już się rozkręca.
    ,,Fajna z ciebie dziewczyna, po co ta poważna mina? Chodźmy razem na górę, chcę dotykać twoją skórę!" - głosem pełnym samozadowolenia śpiewał piosenkarz. Dalej następował opis tego, co para robiła po wejściu ,,na górę" - a im bardziej śmiałe były frazy, tym gorsze rymy. Staszek rzucił okiem na Martę, ciekaw czy pobożnej dziewczyny nie gorszą takie... frywolne teksty. Jednak najwyraźniej przaśna erotyka nie naruszała uczuć moralnych kobiety, podobnie jak jakość rymów nie alarmowała jej zmysłu estetyki. Prawdę powiedziawszy, Maliniak miał wątpliwości, czy do Cavalieri docierają w tej chwili słowa piosenki... Prawdę powiedziawszy, czy cokolwiek do niej dociera. Stała wyprostowana z zamkniętymi oczyma a jej wargi poruszały się. Pewnie się modliła... Czy też może rozmawiała z kimś? Staszka ogarnęły wątpliwości, kiedy na twarzy kobiety pojawił się lekki uśmiech, a ręką wykonała gest, jakby chciała komuś podać dłoń. Chłopakowi przypomniała się scena, jaka miała miejsce podczas ich postoju w nocy na pustyni...
    W tym momencie oczy Marty otworzyły się. Staszek dojrzał w nich spokój i determinację.
   - Jest już blisko. - powiedziała kobieta.
   Faktycznie... Teraz Maliniak uświadomił sobie, że słyszy dźwięki,które można by uznać za porykiwania. Muzyka leciała tak głośno, że zagłuszyła nawet wrzaski potwora... Staszek podbiegł do krawędzi. Owszem, ohydna sylwetka zbliżała się. Potwór robiąc kolejny krok wbił szponiastą nogę w dach jakiegoś pojazdu, a potem bez wysiłku ją wyrwał, pozostawiając wielką dziurę w blasze. Jego skrzydła drgały niespokojnie, jakby zastanawiał się, czy podlecieć do natrętów puszczających te dziwne hałasy... Czy raczej do przekąsek, które w swojej głupocie same mu wskazują, gdzie ich szukać. Staszek odwrócił się, aby podbiec do działka - i w tym momencie muzyka ucichła. Przez chwilę nie było słychać niczego, oprócz skrzeków potwora i trzasków czynionych przez niego po drodze zniszczeń.
    - Co... - zaczął Staszek, widząc Martę, wciąż trzymającą palec na wyłączniku odtwarzacza. Co prawda, w obecnej sytuacji, dźwiękowa przynęta była raczej zbędną.
    Dziewczyna znowu się wyprostowała. Otworzyła usta i zaczęła śpiewać czystym, dźwięcznym głosem.
    - Pan jest mocą swojego ludu, pieśnią moją jest Pan!
     -Schowaj się! - Staszek szarpnął dziewczyną za ramię. - Zejdź na dół. - Klaudia nie zwracała na niego uwagi...
    - Moja tarcza i moja moc... - śpiewała dalej Cavalieri. Staszek usłyszał wyjątkowo głośny ryk... Rzuciła okiem za siebie... Bestia była tuż tuż! Nie miał czasu zaciągać Marty poza pole walki, jeżeli natychmiast nie zacznie strzelać i tak oboje zginą! Chłopak podbiegł do działka i obrócił lufę. Na niebie wznosiła się sylwetka gargulca. Potwór zawisł w powietrzu, z rozpostartymi skrzydłami, niczym upiorna parodia anioła, zaś w jednej z łap trzymał wyrwaną latarnię, jakby berło.
    "I pokazał się na niebie znak... Smok... A ogon jego zmiata trzecią część gwiazd z nieba" - nie wiedzieć skąd te słowa pojawiły się w umyśle Staszka. A za chwilę działo zaterkotało, kiedy pociski pofrunęły w stronę gargulca.
    - To mój Bóg. W nim moja siła... - śpiew Marty stawał się coraz głośniejszy, był słyszalny pomimo dźwięku wystrzałów i porykiwań poczwary. Wokoło stwora śmigały pociski... Na niebie widać było jakieś rozbłyski... zapewne smugi od kul (tylko czemu jakieś takie... niebieskie?). Lecz wszystko to omijało samego gargulca. Bestia wykonywał błyskawiczne ruchy, śmigała po niebie i wyginała się, unikając części pocisków. Oczywiście, sporo trafiało w cel - w końcu były przystosowane do atakowania statków. Jednak nie wyglądało, aby czyniły jakąkolwiek szkodę stworowi, były dla niego czymś w rodzaju ukąszeń komara - czymś irytującym, ale niespecjalnie groźnym. Było tak jak mówił św. pamięci Refuze - tylko zmasowany ostrzał bez przerwy w to samo miejsce jest w stanie przebić skórę gargulca. A bestia ruszała się po prostu zbyt szybko, aby było to możliwe. A przy tym... Była coraz bliżej.
    ,,No to koniec. Ale chyba nie powiesz, żeś sam w to nie wlazł" pomyślał Staszek. Mimo wszystko wciąż naciskał spust, posyłając coraz to nowe, i wciąż bezskuteczne salwy. Zamiast paniki odczuwał raczej furię... i coś w rodzaju ponurego pogodzenia się ze swoim losem.
    Tylko... cholera... skąd się biorą te światełka? Były coraz bardziej wyraźne. Ich poświata, choć blada, była na tyle jasna, że odcinała się na tle nieba. Krążyły dookoła potwora. Stwór najwyraźniej też je zauważył i chyba zaczęły go denerwować. Zamachnął się łapą dzierżącą słup w kierunku jednego z nich. To na chwilę odciągnęło jego uwagę. Staszek natychmiast wystrzelił kolejną serię - jednak gargulec miał na tyle dobry refleks, że znowu zrobił unik. Najwyraźniej przypomniał sobie, ze to działko stanowi dla niego zagrożenie, a nie te .... coś, bo znowu ruszył w stronę Staszka.
     W tej chwili przez skrzeki gargulca, szum jego skrzydeł, terkot działka i śpiew Marty zaczęły się przebijać jakieś głosy. Tak, głosy. Cienkie, dziecięce okrzyki. Światełka... Nie teraz już obłoki światła krążyły bez przerwy dookoła potwora, wirowały coraz bliżej. Co więcej, wyglądało coraz bardziej... materialnie. W pewnym momencie potwór znowu zawisł w powietrzu. Wydał kilka poirytowanych ryków i zaczął machać łapami. Jakby... Te światła tworzyły dookoła niego jakąś barierę, której nie mógł przebyć.
    - ... On jest mą siłą, NIE JESTEM SAM! - to był chyba punkt kulminacyjny pieśni Marty. Wyśpiewała go triumfalnym i brzmiącym niczym dzwon głosem. Staszek nawet nie spojrzał w jej stronę. Nie był w stanie oderwać oczu od sceny z udziałem potwora i świateł. Bo....
    Właśnie w tej chwili zorientował się, że błękitne obłoki zaczynają przybierać postać eterycznych, humanoidalnych postaci. Z każdą sekundą ich zarysy stawały się coraz wyraźniejsze. Maliniak zaczął rozróżniać twarze i sylwetki. Byli tutaj Irenka, Peter, Magda, Tobias i Anna. W jednej z dwóch większych postaci Staszek rozpoznał Herberta Cavalieri - druga to była jakaś kobieta (czyżby pierwsza żona diakona?). Świetliste istoty, unosząc się w powietrzu zacieśniały krąg wokół gargulca, ich ręce czepiały się jego kończyn i skrzydeł. Potwór ryczał w bezsilnej złości. Coraz trudniej było mu się utrzymywać w powietrzu, zaczął opadać.
    - Dalej, kochani! - krzyczała Marta. - Staszek! Staszek! Strzelaj! To nasza szansa!
    Maliniak otrząsnął się. Faktycznie, zauroczony rozgrywającym się na jego oczach cudem zaprzestał ognia. A przecież dopóki rodzina Cavalieri powstrzymywała gargulca, dopóty nie mógł on wykorzystać swojej szybkości, by uniknąć pocisków. Przez sekundę chłopak zawahał się, czy może użyć broni, kiedy Cavalierowie są tak blisko potwora, no ale w końcu to były duchy...
     Seria pocisków poleciała w stronę gargulca. A potem następna. I kolejna. Potwór zaczął ryczeć z bólu. Tak jak kropla drąży skałę, tak zmasowany ostrzał w jedno miejsce przebił twardy pancerz poczwary.  Na jej skórze pojawiła się rana, z której powili sączyła się czarna, gęsta krew. Ostatkiem sił stworzenie wzięło zamach jedną z łap, wyrywając ją z uścisku duchów i rzucając latarnią w stronę Staszka - jednak rzut był na tyle niecelny, że słup poleciał gdzieś na bok.
    Chłopak wciąż strzelał. Strzelał - za Renatę i Tomasa, za Cavalierów, za wszystkich, którzy zginęli przez ten chory żart Nihilistów. Ryki potwora zaczęły słabnąć. W końcu nadeszła chwila, kiedy jedynie pocharkiwał, a posoka z ran spływała po jego ciele na podłoże, tworząc wielką kałużę. Duchy zaczęły się odsuwać, rozluźniając uścisk. Cielsko potwora runęło z hukiem, zajmując sporą część dachu. Przez chwilę jeszcze jego członki wykonywały nieskoordynowane ruchy, a potem nawet drgawki ustały. Potwór był martwy. 
   Staszek ciężko dysząc zrobił kilka kroków w kierunku truchła, a potem otarł pot z czoła.
    - Udało się.... - wykrztusił z ulgą.
    - Tak. Udało. - usłyszał z boku cichy głos. Odwrócił się w tamtą stronę. Pod ścianą budki, która stała na dachu, leżała Marta. Jej ubranie było całe czerwone. W jej brzuchu tkwiła dolna końcówka latarni, którą miotnął gargulec - Staszek pamiętał, że była zakończona ostrymi, jakby postrzępionymi kawałkami metalu, tam, gdzie bestia wyrwała słup.
    - Boże Boże Boże! - wyjęczał Staszek biegnąc do rannej kobiety. - Czekaj, ja zaraz... coś... z tym zrobię... coś... - mamrotał bezradnie. Problem w tym, że sam nie wiedział co. Próbować wyciągać monstrualny oszczep? Nawet jeżeli dałby radę... Pozostawiłby w ciele Marty dziurę wielkości pięści. Chłopak klęczał przy dziewczynie z paniką w oczach. Jej ręka uniosła się lekko w górę, a potem poczuł na swojej dłoni jej słaby dotyk.
    - Niczego... nie musisz robić. - wyszeptała Marta. - Zrobiłeś, co było potrzeba... To o co cię poprosiłam.
"Jeżeli ze mną pójdziesz efekt będzie taki - ty przeżywasz, potwór nie" przypomniało się Staszkowi.
    - Ty... ty... wiedziałaś, że zginiesz! - wyjąkał.
    - Wiedziałam...
    - I mimo to poszłaś?!
    - Tak... Bo widzisz... - na twarzy Marty, pomimo całej tej krwi, którą ją pokrywała, pomimo cierpienia, które musiała odczuwać, pojawił się uśmiech. - To była ostatnia... heh - teraz niemalże się roześmiała - sprawa do załatwienia... A teraz... Moje szczęście jest tam. - skinęła lekko ręką w górę. Staszek odwrócił głowę w tamtą stronę. W powietrzu wciąż unosiły się postacie Cavalierów. W tej chwili w żadnym wypadku Staszek nie określiłby ich jako ,,światełka". Nie to były w pełni uformowane ludzkie sylwetki - w zasadzie wyglądali jak za życia (poza tą domniemaną panią Cavalieri numer 1 - tutaj Maliniak nie miał jak tego osądzić). Poza tym, że unosiły się w powietrzu, były półprzezroczyste i otaczała je lekka poświata. Na twarzach duchów widać było coś w rodzaju... uroczystego oczekiwania. Nawet u dzieci. Staszek opuścił wzrok, znowu spoglądając na Martę.
   - Dziękuję za wszystko. - wyszeptała kobieta. - I żegnaj. Czy raczej... do zobaczenia, choć pocieszę cię, że nie... w najbliższym... czasie - z ust Marty dobył się cichy chichot.
    A potem jej głowa opadła na piersi.
    Staszek poczuł coś jakby... powiew wiatru. Natychmiast uniósł głowę w górę. Duchów już nie było.
    Chłopak klęczał jeszcze przez chwilę, a potem wstał, ocierając ściekającą mu po policzku pojedynczą łzę. Miał dwa ciała do pogrzebania. Może więcej, jak da radę. Potem musiał się zatroszczyć o jedzenie i schronienie. Starał się zająć swój umysł prostymi sprawami.
    I choć tak udało mu się jakoś dotrwać do przybycia żołnierzy, choć potem był zajęty opieką nad matką, która po raz drugi straciła męża, choć jego ścieżka później zaprowadziła go na spotkanie wielu niezwykłych miejsc, istot i wydarzeń, to nigdy nie zapomniał tego wszystkiego, co widział w tych dniach, kiedy z podziemi planety Chopin wychynęła groza.
    I nigdy nie przestał śnić o tym co noc.