Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lipca 2017

Dlaczego pewnie znowu zagłosuję na PiS

Bez przerwy słyszę "Ooooo, PiS niszczy to, niszczy tamto, wprowadza dyktaturę, coś tam, ale ciemny lud na niego głosuje, bo 500+ i tak dalej". Ewentualnie, w wersji łagodniejszej "Wyborcy PiS zwracają uwagę tylko na 500+ i tym podobne, a nie patrzą na to, że niszczy sądy, to smutne, że dali się zwieść populizmowi".
Otóż, oświadczam, że nie jestem w żaden sposób beneficjentem 500+. Dzieci nie mam i mieć nie będę, nie jestem tego godzien. Część socjalnych pomysłów PiS nie podoba mi się (choć akurat 500+ akceptuję). Nie ignoruję "niszczenia sądów i łamania konstytucji", bo socjal. Dokładnie odwrotnie. Głosowałem na PiS właśnie z nadzieją, że będzie robił to, co w tej chwili robi z KRS i Sądem Najwyższym. Nie jestem zagubioną duszą, którą nie rozumie "zagrożenia" ze strony PiS, nie jestem też płatnym trolem. To strasznie frustrujące, kiedy ktoś nie potrafi przyjąć do wiadomości, że jesteś zdeklarowanym przeciwnikiem jego i wyznawanych przez niego wartości. To nie jest, że mamy jakieś wspólne wartości, tylko ja nie zdaję sobie sprawy z tego, że PiS im zagraża, albo zdradziłem te "nasze" wartości omamiony srebrnikami. Świadomie odrzucam Wasze lewackie "uniwersalne i ogólnoludzkie" wartości. A to, co jest dla nich zagrożeniem, uważam za słuszne i sprawiedliwe, godne i zbawienne. Głosuję na PiS właśnie po to, by "stosował mowę nienawiści", "naruszał europejskie standardy" i "cofał nas do średniowiecza". Tym, co w moich oczach legitymizuje władzę PiS-u, jest walka tym wszystkim, bo bliskie sercu Michnika czy innego Timmermansa. Jeśli PiS zaprzestanie tego, ja zaprzestanę na niego głosować i w głębokim poważaniu będę mieć te pięćsetplusy. Jest tyle partii narodowych i katolickich, które zachowują w moich oczach większą czystość ideową, niż PiS. Tyle, że PiS ma nad nimi zasadniczą przewagę - skuteczności. Jeśli tę przewagę utraci i stanie się kolejną partią "ciepłej wody w kranie", straci również w moich oczach wszelką atrakcyjność.

Notabene, jak zwykle kuriozalne i pełne obłudy jest zachowanie "opozycji totalnej" (wiem, że to do Was nie dotrze - nie, nie uważam, że każdy kto jest przeciwko PiS to kanalia. Kukizowcy też stoją w opozycji do tej konkretnej reformy, ale potrafią jasno i merytorycznie wyrazić swoje stanowisko, bez histerii i szczeniackich wygłupów). Zgłaszają 1300 poprawek do ustawy i otwarcie mówią, że to po to, żeby uniemożliwić uchwalenie ustawy. Posłowie partii rządzącej doprowadzają do tego, że odrzucenie wszystkich poprawek rozstrzyga się w jednym głosowaniu, zamiast w 1.300, więc opozycja podnosi lament. A przecież Regulamin Sejmu (który bynajmniej nie został uchwalony w obecnej kadencji) przewiduje tego typu rozwiązania. Np. jeśli posłowie zgłaszają do ustawy poprawki, to zanim zacznie się głosowanie nad poprawkami, głosuje się, czy ustawy nie odrzucić w całości - no bo jeśli większość sejmowa w ogóle nie chce jakiejś ustawy, to nie ma sensu ślęczeć godzinami nad każdą poprawką, jeśli ostatecznie w końcowym głosowaniu ustawa miałaby i tak zostać odrzucona. Analogicznie - nie ma sensu od razu  ślęczeć nad 1.300 poprawkami, każdą z osobna, wcześniej nie zapytawszy większoście sejmowej "a w ogóle jest taka opcja, żeby którekolwiek z tych poprawek przeszły, czy wolą Sejmu jest przyjęcie ustawy bez poprawek". Zwłaszcza nie miałoby sensu w sytuacji, gdy opozycja wprost mówi, że specjalnie nawaliła tych poprawek, żeby uniemożliwić normalne procedowanie. I to oburzenie, że PiS się nie dał. To jest jak oburzenie złodzieja, że okradany sobie zalożył nowy zamek w drzwiach i nie dał się okraść, no świnia. Jeszcze śmieszniejsze jest to, jak posłowie opozycji oburzali się, że "nie dano im czasu na zapoznanie się z projektem ustawy". No zaraz, czyli stworzyliście 1.300 poprawek do ustawy, której, jak twierdzicie nie mieliście czasu przeczytać? Czyli - albo kłamiecie i ustawę dogłębnie przeczytaliście, więc nie ma sensu Wam dawać dodatkowego czasu... Albo stworzyliście 1300 poprawek na odwal, nie wiedząc, co chcecie poprawiać - i chcieliście, żeby Sejm głosował nad takimi bublami? Żeby potencjalnie te tworzone na oślep przepisy weszly do porządku prawnego? To ma być poszanowanie dla prawa i demokracji?
W ogóle, absurdalne jest wycieranie sobie gęby demokracją i praworządnością przez opozycję. Co ma wspólnego z demokracją i praworządnością sytuacja, w której jakieś osoby mogą, wbrew prawu, zablokować proces ustawodawczy i uniemożliwić demokratyczne głosowanie demokratycznie wybranych posłów? W której mniejszość ma prawo zablokować każdą ustawę według swojego widzimisię? Bo przecież do tego dąży opozycja. Tak było z wielodniowym blokowaniem mównicy, tak było z tymi poprawkami. Toż nawet Samoobrona Leppera aż takich cyrków nie robiła. No ale to wynika z lewackiej definicji demokracji, w myśl której demokracja jest wtedy, gdy wyłaniany w wyborach parlament uchwala ustawy, zgodne z poglądami lewaków. Jeśli któryś z tych warunków nie jest spełniony, to nie ma demokracji.
Wielu prawicowców wyzywa PO i Nowoczesną od komuchów i upatruje w nich kontynuatorów PRL-u. Najwyraźniej są w błędzie, bo opozycjoniści sięgają do o wiele starszych rozwiązań, można by rzecz, staropolskich, sarmackich. Liberum Veto im się marzy. Jestem konserwatystą, ale mam wrażenie, że opozycja się nieco zapędza w tym rekonstrukcjonizmie historycznym.

Aha, inni, bardziej rzeczowi krytycy, stwierdzają, że ta reforma jest zła, bo reforma sądownictwa jest potrzebna, ale chodzi o reformę prawa, żeby ją usprawnić, a nie jakąś ordynarną wymianę kadrową.  Nie zgadzam się z tym. Kwestie kadrowe są ważniejsze od proceduralnych. Co z tego, że PiS uchwali nowe, najlepsze choćby kodeksy, jeśli potem sędziowie będą je interpretować po swojemu i wypączą ich sens? Czasem celowo, a czasem na skutek zwykłej niekompetencji. Każda reforma prawa, bez wymiany kadrowej, będzie iluzoryczna. Bo jak sędzia będzie chciał, to sobie tego nowego prawa nie będzie stosował. Dotyczy to zwłaszcza Sądu Najwyższego. Bo Sąd Najwyższy sobie napisze w uchwale składu 7 sędziów "No, co prawda ustawodawca w ustawie napisał literalnie, że nie wolno robić X, ale na skutek głębszej wykładni SN doszedł do wniosku, że w oczywisty sposób tak naprawdę chodziło mu o to, że wolno robić X". I biedny ustawodawca nie będzie miał możliwości huknąć pięścią w stół i powiedzieć "Gówno prawda, właśnie o to chodzi w tej ustawie, żeby zakazać X, przecież to jest jasno napisane! Sądźcie według prawa, nie Waszych fantazji", bo to byłby zamach na "niezależność sędziowską". Albo SN powie "No doooobra, co prawda przepis zakazuje robienia X, ale tego.... "zasady współżycia społecznego" nie pozwalają na zastosowanie tego przepisu w takiej sytuacji". I koniec. A sądy niższego rządu będą też tak wyrokowały, podpierając się zdaniem SN. Parafrazując znany cytat - wielu sędziów wychodzi z założenia "prawo, prawem, a wyrok ma być taki, jak ja chcę".

A co do kwestii pobocznej, wypowiedzi Naczelnika Państwa Polskiego, Jarosława Kaczyńskiego o "wycieraniu mord", to abstrahując od formy, co do meritum, miał rację. Póki Lech Kaczyński żył, mieszano go z błotem dokładnie tak samo, jak Jarosława. Leciały teksty typu kartofel, mamy durnia za prezydenta, jaki prezydent, taki zamach i jeszcze gorsze. Każde skorzystanie przez Lecha Kaczyńskiego z jego konstytucyjnych uprawnień, jak np. weta budziło histerię (podobnie, jak histerię budziło niekorzystanie z tego samego weta przez Dudę). Nawet po katastrofie, przez jakiś czas krążył dowcip o "kaczce po smoleńsku". Powtarzali go moi znajomi wyborcy PO,  wśród nich osoby z wyższym wykształceniem, chętnie narzekające na tę "nienawiść, pogardę, dzielenie ludzi na lepszych i gorszych" uprawiane przez PiS. Ale potem zaczęło się to zmieniać. Minęło wystarczająco dużo czasu, by móc odwrócić narrację, bo ludzie już trochę zapomnieli, jak było. Nagle się okazało, ze Lech w sumie był spoko, nie to, co ten Jarosław wredlizna. Zaczęło się przeciwstawianie Lecha Jarosławowi. Chciałoby się rzecz, że "dobry Kaczyński, to martwy Kaczyński!". To wszystko kał prawda. Pogódźcie się z tym - gdyby Lech żył, to stałby dziś obok brata, nie z wami. A gdyby był obecnie prezydentem, to reforma sądownictwa by przeszła jeszcze bardziej gładko, niż z Dudą. I to się wiąże z tym o czym pisałem powyżej.... POGÓDŹCIE SIĘ DO CHOLERY Z TYM, ŻE ISTNIEJĄ LUDZIE, KTÓRZY MAJĄ INNE POGLĄDY! Możecie nami gardzić, nas nienawidzić, OK. Możecie uważać, że nasze poglądy są złe i głupie. Ale nie twierdźcie, że lepiej od nas wiecie, jakie są nasze poglądy. Ten idiotyzm, ta blokada myślowa, konieczność mówienia do ściany budzą taką uzasadnioną frustrację, że zgadzając się z przesłaniem wypowiedzi Pana Prezesa, nie dziwię się również jej formie (zwłaszcza, że dochodzi tutaj dodatkowy aspekt emocjonalny w postaci szargania pamięci brata).

niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka polskich paradoksów

Trochę ciekawych paradoksów.

1. Na mównicę wchodzi poseł, zaczyna rzucać jakimiś żarcikami. Marszałek mówi mu, że przeszkadza w obradach i próbuje zdyscyplinować. Poseł luzacko-złośliwym tonem odpowiada "Panie marszałku kochany, muzyka łagodzi obyczaje", co jego koledzy partyjni kwitują wybuchem śmiechu. Marszałek wyłącza mu mikrofon i wyłącza z obrad. Wyobraźmy sobie sytuację, że np. w sądzie rejonowym podczas rozprawy adwokat rzuca tekstami "Panie sędzia, spokojnie, po co ta powaga". Wyleciałby z sali, dostałby karę pieniężną i wniosek o ukaranie dyscyplinarne. No ale z marszałka można sobie robić smichy-chichy, bo marszałek jest z PiS, czyli nie jest człowiekiem, jest jakąś humanoidalną kreaturą, której można nasrać na głowę, a jeśli będzie z tego powodu czyniał jakieś wyrzuty, to wstyd, hańba i terror.

2. Posłowie opozycji blokują mównicę, uniemożliwiając prowadzenie obrad Sejmu. Mają ze sobą ładne wydrukowane transparenty, co potwierdza, że ich protest był spontaniczną reakcją na odebranie głosu ich koledze. Wobec faktu, że opozycjoniści fizycznie uniemożliwiają działanie konstytucyjnego organu państwa w przeznaczonej do tego sali, posłowie partii rządzącej opuszczają przedmiotową salę na zasadzie "jak chcecie pajacować, to pajacujcie, ale bez nas". Postępowe i światłe autorytety traktują to jako próbę zamachu stanu... ze strony partii rządzącej. Mam wrażenie, że dla owych autorytetów każde zachowanie pisiaków nosi znamiona zamachu stanu, pisiaki powinny uchwalić ustawę, w której pozbawiają siebie samych wszelkich prawa publicznych, a potem popełnić zbiorowe samobójstwo, to, że tego nie robią, to faszyzm. Normalnie, zachowują się, jakby fakt wygrania wyborów dawał im jakieś uprawnienia, bezczelni.

3.  Przed Pałacem Prezydenckim co miesiąc odbywa się miesięcznica. Czy to mądrze, czy głupio, kwestia ocenna, ale prawo do wolności zgromadzeń oznacza, że ludzie mają prawo organizować manifestacje, którzy inni uważają za niepotrzebne, o ile nikomu nie szkodzą. Pewnej grupie to strasznie nie pasuje. Blokuje miejsce przez Pałacem, nie pozwalają "ludowi smoleńskiemu" przejść. Pojawia się Policja, rozdziela obie grupy, żeby obie manifestacje mogły się odbyć. Antymiesięcznicy szarpią się z Policją i koniecznie chcą się przebić do smoleńszczyków, żeby nie dać im odprawić miesięcznicy. Nie chodzi im to, żeby oni mogli zamanifestować swoje zdanie i uczucia, chodzi o to, żeby "tamci" nie mogli. Ostatecznie antysmoleniaki stwierdzają, że doszło do złamania ich wolności zgromadzeń... bo nie pozwolono im zablokować cudzego zgromadzenia. Kodowa logika mocno.

4. Za każdym razem, gdy śp Lech Kaczyński używał prawa weta, podnosił się krzyk. Że niby prezydent ma takie prawo, ale nie powinien z niego korzystać, bo tak. Bo to paraliżuje prace parlamentu, a zresztą, wyborcy zadecydowali, że wybierają takich posłów, więc prezydent powinien uszanować, co większość parlamentarna uchwali. Był nawet tuskowy projekt, żeby wykreślić z konstytucji prawo weta. Kiedy Andrzej Duda został prezydentem, co chwili podnosi się krzyk "Czemu nie wetuje? Czemu nie wetuje?". Widać jest zmanipulowaną marionetką prezesa. Bo przecież to NIEMOŻLIWE ŻEBY ŚWIADOMIE I DOBROWOLNIE zgadzał się z tym, co uchwali pisowska większość sejmowa. Nie ma opcji. Nie dotyczy to tylko prezydenta. Kodziarze nie są w stanie do siebie dopuścić myśli, że ktoś może świadomie i dobrowolnie mieć inne zdanie. Swego czasu ich guru, ten od alimentów, ogłosił, że istnieje coś takiego jak "Homo pis" (oczywiście, ten epitet to nie jest żadne "dzielenie ludzi"), którego charakteryzuje to, że jest bierny, bezmyślny, głosuje na PiS. No bo gdyby pomyślał, choć chwilę, to natychmiast stałby się zażartym antypisowcem. Ilekroć w dyskusji staję po stronie PiS, zaraz pojawia się ktoś, kto mówi "Oho, jesteś pisowskim trollem, ile Ci płacą? 5 groszy za komentarz?" albo "No tak, ciemny motłoch dostał 500 plus, więc głosuje za PiS". Nie, nie głosowałem na PiS, bo 500 plus. Nie mam dzieci, nie jestem w żaden sposób beneficjentem tego programu. Głosowałem na PiS właśnie dlatego, że wnerwia mnie postawa tych światłych, postępowych, niedzielącychludzi antypisowców. Bo jakkolwiek w PiS-ie jest sporo głupoty, chamstwa i obłudy, to jego oponencie biją PiS na głowę. Podniecają się w nieskończoność tekstem o gorszym sorcie, a sami wylewają z siebie tyle pogardy, że hej. A najgorsze jest właśnie to, że nie potrafią traktować wyborców PiS jako oponentów - nie potrafią powiedzieć "To jest Twoje zdanie, ale ono jest głupie i szkodliwe, chciałbym żebyś je zmienił, a jeśli go nie zmienisz, to będę się starał, żeby moje zdanie przeważyło", tylko "Ty wcale nie masz takiego zdania! Jesteś zmanipulowany i ogłupiony! NIE MASZ PRAWA MÓWIĆ, ŻE MASZ TAKIE ZDANIE! W ogóle nie będziemy podejmować z Tobą dyskusji, to poniżej naszej godności. Przecież i tak nie masz żadnych argumentów, bo gdybyś miał, to mogłoby znaczyć, że my nie mamy 100% racji, a to przecież niemożliwe. Fuj, jakiś pisowcie śmie nam zadawać pytania. Dawaj wuwuzelę, zagłuszymy chama". I jeszcze te teksty "Wszyscy Polacy mają dosyć rządów PiS! Kaczyński, odwal się od narodu polskiego!". W sumie logiczne. Tym sposobem kodziarze unikają śmiertelnego grzechu "dzielenia Polaków na lepszych i gorszych". Nie ma lepszych i gorszych Polaków, bo ci, którzy głosują na PiS, to nie gorsi Polacy, tylko wcaleniepolacy!
Mam wrażenie, że nasza konstytucja potrzebuje kilku poprawek, żeby stać się prawdziwie światła i postępowa, jak np.
a) Jeśli na karcie do głosowania brak jest zaznaczonej partii, albo wyborca zaznaczył kilka partii, albo zaznaczył PiS, głos uznaje się za nieważny.
b) Sejm podejmuje ustawy co do zasady zwykłą większością głosów, w określonych przypadkach większością bezwzględną lub kwalifikowaną. Przy liczeniu nie uwzględnia się głosów oddanych przez posłów PiS.
c) Jeśli członek PiS obejmie jakiś urząd państwowy, wszelkie uprawnienia związane z tym urzędem ulegają zawieszeniu do czasu zakończenia kadencji.
d) Jeśli jakiś organ podejmie w dowolnej kwestii decyzję zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, decyzja jest nieważna.

5. Za poprzednich rządów PiS, jak i za obecnych, mamy to samo. Bez przerwy dziennikarze, artyści, celebryci wylewają hektolitry jadu na PiS. Co samo w sobie nie jest dla mnie problemem, bo jestem za wolnością słowa. Problemem jest to, że owi wylewacza jadu pozują na męczenników. "PiS to gówno, PiS to gówno, PiS to gówno. O jaki ja jestem odważny, przecież żyjemy w kraju totalitarnym, co prawda jeszcze nie zdarzył się przypadek, żeby kaczystowscy siepacze kogoś zgarnęli za krytykę PiS, no ale NA PEWNO jutro kogoś zgarną. Spotykają mnie takie straszne represje, za to, że mówię, że PiS to gówno. Pewnie ABW już po mnie jedzie, za parę minut mnie odstrzelą. To dziś na tyle, jutro znowu się spotkamy, żeby jak kulturalni i otwarci ludzie podyskutować o tym, dlaczego PiS to gówno".

6. Od dawna się mówi, że awantury na Marszach Niepodległości były wynikiem prowokacji inspirowanych przez niechętny rząd. Są nagrania, z których wynika, że peowski minister kazał podpalić budkę przed rosyjską ambasadą, żeby zwalić to na narodowców. Zmienia się władza, na nieco bardziej przychylną narodowcom... I nagle okazuje się, że Marsz Niepodległości może przejść bez żadnych incydentów, jest spokojnie, wesoło. Światły i postępowy dziennikarz maluje się na czarno i udaje Murzyna. Idzie na marsz. Nie spotyka go nic złego, w pewnej chwili ktoś go zaczepia, ale, jak sam przyznaje, pozostali "marszownicy" stają w jego obronie. Co więcej, okazuje się, że w Marszu uczestniczy prawdziwy Murzyn, działacza pro-life, któremu bardzo się podoba ta impreza. Czy to daje cokolwiek dziennikarzowi do myślenia? Nie. Stwierdza, że "oni się jakoś tak na mnie dziwnie patrzyli". Więc jednak, faszyzm. Nie muszą bić, nie muszą wyzywać, nie muszą niczego robić, sam fakt, że ośmielają się istnieć i mieć inne poglądy, jest strasznym świństwem.
Jednocześnie co chwila słyszymy o kolejnych zbrodniach dokonywanych przez islamskich uchodźców. Tu ktoś rozjechał kilkadziesiąt ludzi, tu ktoś zarąbał maczetą ciężarną kobietę, tu ktoś zastrzelił antyislamskiego dziennikarza. Nie słyszy się, żeby "skrajna prawica" dokonywała takich aktów... Ale nie szkodzi! Oficjalna wersja jest taka, że islamscy uchodźcy są cacy, nie wolno poddawać się panice, zresztą to odciąga naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia, jakim jest NACJONALIZM! To, że islamiści mordują jeszcze nie znaczy, że są mordercami. To, że nacjonaliści nie mordują, jeszcze nie znaczy, że nie są mordercami.

Żeby nie było - jak wskazałem wyżej, wiem, że PiS ma swoje za uszami. Ale chamstwem, pogardą i głupotą nie dorasta do pięt PO, Nowoczesnej czy KOD-owi. Jeśli krytykujesz PiS i głosujesz na Kukiza, Korwina, Ruch Narodowy itd - szanuję to. Jeśli popierasz kodziarzy, "Bo obronią nas przed pisem!!!", to zachowujesz się, jak ktoś, komu nie podoba się, że w restauracji podano mu przypalonego kotleta, więc żąda, żeby wymieniono go na krowi placek.

czwartek, 10 listopada 2016

Brońmy ministra Stępkowskiego

Jak donosi jeden z brukowców - "Gazeta Wyborcza" - podobno szykuje się odwołanie wiceministra Aleksandra Stępkowskiego. Prawdę, mówiąc, pierwszy raz słyszę o tym, człowieku, ale nie jego osoba jest tu ważna. Podobno obecna władza rozważa zdymisjonowanie tego ministra, gdyż stał się on niewygodny ze względu na swoją pryncypialną postawę i antyaborcyjne i homofobiczne poglądy. W związku z tym w Internecie pojawiła się petycja przeciwstawiająca się tej domniemanej dymisji. Jest wysoce prawdopodobne, że cała ta sprawa została wyssana z palca i w ogóle taka dymisja nie jest rozważana (w końcu ciężko znaleźć źródło mniej wiarygodne od "Wyborczej"), ale można dmuchać na zimne. Poza tym, zasypanie Pis-iaków taką petycją może dać im do myślenia i zniechęcić do myślenia o podlizywaniu się lewakom, dając im dowód na to, że w ten sposób straciliby poparcie swojego właściwego elekttoratu, tj. nas, katolskich homofobów.
Dlatego pozostawiam pod Waszą rozwagę podpisanie tejże petycji.

Dlaczego cieszy mnie i smuci zwycięstwo Trumpa

Wszystko wskazuje na to, że Trump jest w pewnej mierze takim chamem, na jakiego kreowały go lewackie media. Mimo tego, cieszę się z jego zwycięstwa. Ba, w pewnym sensie ta marność nowego prezydenta USA zwiększa moją radość. Dlaczego? Bo skoro Amerykanie zagłosowali na republikańskiego kandydata, pomimo jego licznych wad, to znaczy, że pogarda dla lewicy musiała wśród nich naprawdę przybrać na sile. W związku z tym, cieszy mnie również niewątpliwa frustracja środowisk światłych i postępowych "Ale jak to, czemu ten głupi naród zagłosował nie tak, jak trzeba?". A coś takiego zawsze cieszy. Już słychać o amerykańskich "kodziarzach", którzy wychodzą na ulice, aby w imię obrony demokratycznego państwa prawnego kwestionować wynik demokratycznych, zgodnych z prawem wyborów. Nie trawię tego nieugiętego przekonania lewaków o tym, że ich ideologia musi zawsze i wszędzie zwyciężać, bo przecież każdy człowiek na świecie chce tego samego, co oni, tylko sobie co najwyżej tego (jeszcze) nie uświadamia i lubię, jak ktoś im uciera nosa. Także dla ich własnego dobra.
Dlaczego mnie smuci? Ano dlatego, że w praktyce taki Trump za wiele dla prawicowej sprawy nie zrobi. Ba, zapewne swoim knajackim zachowaniem zrazi do niej wielu Amerykanów i za jakiś czas wajcha przechyli się w drugą stronę... Ale w sumie, czy ma to większe znaczenie? Tak czy inaczej, zachodnia cywilizacja zdechła i nikt jej nie uratuje, więc tyle dobrego, że lewicowi barbarzyńcy zamieszkujący tereny, na których niegdyś istniała ta cywilizacja trochę się pofrustrują.

poniedziałek, 3 października 2016

Dlaczego empatia to bzdura?

Niejaki Zegarmistrz spłodził na swoim blogu notkę O neuropsychologicznej naturze zła i złych ludzi: 
w której lansuje tezę, jakoby przyczyną wszelkiego zła był brak empatii, ewentualnie brak lęku, przy czym empatię definiuje w ten sposób: "jest zdolnością wczucia się w emocje innej osoby oraz (co bardzo ważne) ich współodczuwania, czyli dzielenia radości, smutku i cierpienia. Empatia powoduje, że odczuwamy silny dyskomfort w momencie, gdy sprawiamy lub jesteśmy świadkami cierpienia innej osoby. Jest ona też jednocześnie podstawą wielu innych uczuć wyższych, jak miłość, przyjaźń, litość, altruizm etc.
Należy zauważyć, że nuropsychologia rozróżnia między empatią, a współczuciem. Współczucie jest umiejętnością określenia uczuć innych istot bez dzielenia ich. Zdolność tą posiada większość ssaków i ptaków, w szczególności drapieżnych. Działa ono na zasadzie „O! Płacze! Więc widocznie coś go boli! Będzie łatwiej go upolować!”."

Jednocześnie Zegarmistrz jako jeden z rodzajów "złych osobowości", powodujących zło podaje tzw osobowość autorytarną. Opisuję ją w ten sposób:
"Po pierwsze: są bezkrytycznie i sztywnie przywiązani do tradycyjnych norm, wykazują też niemal zerowy poziom otwartości na świat. Bardzo chętnie podporządkowują się autorytetom, jeśli tylko te zgadzają się z ich światopoglądem, posiadają wręcz pragnienie podlegania przywódcom. Jednocześnie ich przekonania często są bardzo płytkie, charakterystyczna dla nich jest postawa „nie można, bo nie można”, „trzeba tak robić, bo Bóg tak chce”, nie zastanawiając się jednak nad przyczyną i sensem poleceń, a wszelka krytyka ich poglądów spływa po nich jak po kaczce".


Nie trawię, kiedy ktoś próbuje opierać moralność na empatii. Nie trawię. Nienawidzę. Kiedy słyszę/czytam taką piramidalną bzdurę, aż mnie boli coś w środku.  

Empatia jest czymś na czym nie da się stworzyć żadnego spójnego systemu moralnego. Weźmy np. taką sytuację. Policjant widzi, jak złodziej wyrywa babci torebkę. Co nakazuje empatia? Z jednej strony - babcia ewidentnie będzie cierpiała, jeśli straci torebkę. Czy to znaczy, że policjant powinien zgarnąć złodzieja? Ale przecież złodziej będzie wtedy cierpiał. Będzie odczuwał dyskomfort. Nie będzie mu się zdawało, ze go odczuwa, tylko szczerze, prawdziwie będzie go czuł - takie będą jego emocje. 
A zatem empatia stawia policjanta przez nierozwiązywalnym dylematem. Jeśli pragnie usunąć/zapobiec cierpieniu innych osób, każde rozwiązanie jest złe. Ale co robi policjant? Odwołuje się do zasad. "Ok, rozumiem, że zarówno babcia, jak i złodziej ucierpią tak czy inaczej... Ale to cierpienie babci zasługuje na usunięcie, nie cierpienie złodzieja". Ale żeby ocenić, które cierpienie jest bardziej uzasadnione, policjant musi się odwołać do jakiegoś innego kryterium niż empatia - do zasad. Czyli "nie można kraść, bo nie można", "Nie można kraść, bo Bóg zabrania" itd. 
Czyli ostatecznie, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję, MUSI wyłączyć empatię i zachować się jak ta paskudna osobowość autorytarna.

I tak dalej. Żyd prześladowany przez nazistę cierpi, ale nazista też cierpi, kiedy widzi, jak Żydowi się dobrze powodzi. Gwałcona kobieta cierpi, ale jeśli gwałciciel nie zrealizuje swoich żądz, będzie cierpiał. Jesli polegamy na empatii, bez żadnych odgórny AUTORYTANIE narzuconych zasad, nie  da się wartościować dyskomfortu odczuwanego przez ofiarę i przez kata. Oczywiście, w tym momencie rozmowy każdy empatysta zaczyna krzyczeć "Jesteś chory, skoro nie odróżniasz jednego od drugiego!". Odróżniam. Bo kieruję się zasadami, nie empatią. I ten empatystą również kieruje się zasadami, nie empatią, WYŁĄCZA EMPATIĘ w stosunku do oprawcy, choć nie jest w stanie tego przyznać, bo w ten sposób zaprzeczyłby dogmatom swojej empatycznej wiary.

W innym miejscu, Zegarmistrz opisując "osobowość autorytarna" stwierdza:
"Charakterystyczna dla tego typu osób jest zdolność wyłączania empatii wobec ludzi nie należących do ich grupy, tak, jakby nie byli ludźmi, a przedmiotami".
Złe nie jest to, że pewne osoby są w stanie wyłączać empatię wobec nie należących do ich grupy. Złe jest to, że nie wyłączają jej wobec członków swojej własnej grupy. 

Ponadto - czym się różni przedstawiciel "osobowości autorytarnej" od człowieka dobrego w rozumieniu Zegarmistrza, tj. człowieka kierującego się empatią? Przecież ten empatysta też się ślepo kieruje swoimi zasadami - w tym przypadku zasadą empatii - i jest święcie przekonany, że to jedynie słuszna droga, o czym świadczy zresztą właśnie stworzony przez Zegarmistrza tekst.

Czemu piszę to tutaj, zamiast normalnie pisać komentarze na blogu Zegarmistrza? Ano dlatego, że kiedy pisałem podobne rzeczy, otrzymałem odpowiedź zwrotną, że jestem zbanowany za bucówę i struganie głupka. Może i jestem bucem, ale nikogo nie strugam. Takie są moje poglądy. Jeśli są one głupie, to znaczy, że jestem głupkiem, a nie głupka udaję. Sprowadzam "światopogląd empatyczny" do absurdu dlatego, że faktycznie jest on absurdalny, a nie po to, żeby robić sobie jaja doszukując się "pozornych" sprzeczności.

wtorek, 2 sierpnia 2016

O neutralności światopoglądowej

Straszliwie nie lubię sformułowania "neutralność światopoglądowa". Tzn. nie lubię samej frazy, nie postawy, którą ona określa... z tego prostego powodu, że taka postawa w naturze nie występuje i wystąpić nie może. Żadne działanie nie jest neutralne światopoglądowo. Dlaczego? Bo skoro podejmuję jakieś działanie, to znaczy, że uważam, że jest ono dobre. A wartościowanie jest domeną właśnie światopoglądu. Nie da się obiektywnie, za pomocą metod używanych przez nauki ścisłe określić, czy coś jest dobre, czy złe, to kwestia subiektywna, irracjonalna. Niektórzy twierdzą inaczej, ale wynika to z braku zrozumienia, np. mówią "Dobre jest, aby społeczność działała w taki, a taki sposób, bo taki sposób funkcjonowania zwiększa szanse przetrwania gatunku". Tyle, że z nauk ścisłych nie wynika wcale, że przetrwanie gatunku jest czymś moralnie dobrym - nauka tylko mówi, co sprzyja temu przetrwaniu, a co nie, ale nie ocenia. Nauka mówi też, że jeśli wypuścisz z ręki piłkę, to ona spadnie na Ziemię, bo zadziała grawitacja - ale nikt nie wysnuwa z tego wniosku, że wypuszczanie piłki z ręki, czy grawitacja, to zjawiska z natury dobre moralnie. Notabene, jest całkiem sporo osób, które uważają, że ludzkość powinna wymrzeć (tzw. antynataliści), gdyż istnienie jest cierpieniem, a przedłużanie istnienia ludzkości, to przedłużanie cierpienia - z punktu widzenia ich światopoglądu zorganizowanie społeczeństwa w taki sposób, aby służyło przedłużeniu gatunku

Dobra, może trochę to niejasno. Weźmy kwestię stanowienia i stosowania prawa, bo jest to dziedzina, w której najczęściej szermuje się tym fantastycznym bytem o nazwie "neutralność światopoglądowa". Prawo niektóre czyny represjonuje, inne nagradza, jeszcze inne (co do zasady, większość) traktuje obojętnie. Wynika to z tego, że osoby je stanowiące dane czyny uznają za złe, dobre lub obojętne (bądź też wiedzą, że ich wyborcy je za takowe uznają. Albo organizacja międzynarodowa, która może odciąć dotacje dla kraju, jeśli ten wprowadzi niesłuszne ustawodawstwo. Tak czy inaczej, zawsze na końcu jest jakaś osoba/grupa osób, której moralna ocena danych czynów ma wpływ na treść prawa). A przecież taka osoba to kwestia światopoglądu! To, że np. uznajemy korupcję za czyn naganny moralnie i ją represjonujemy to kwestia światopoglądu - istniały i istnieją kultury, w których odwdzięczanie się notablom podarkami za korzystne decyzje było/jest czymś oczywistym. To, że w Polsce nie ma kary śmierci, to efekt światopoglądu, zgodnie z którym istnieje coś takiego jak nienaruszalna godność człowieka i prawo do życia, którego nie mogą zanegować nawet zbrodnie popełnione przez tą osobę. To, że mamy w Polsce demokrację parlamentarną wynika z przyjęcia światopoglądu, zgodnie z którym taki ustrój jest czymś dobrym. Ba, samo istnienie państwa jest wyrazem określonego światopoglądu - przecież zgodnie ze światopoglądem anarchistycznym, państwo nie powinno istnieć. Istnienie wojska to gwałt na światopoglądzie pacyfistycznym. Podatek progresywny tłamsi ludzi wyznających światopogląd liberalny, a istnienie własności prywatnej - komunistyczny.
O właśnie, czytając te ostatnie zdanie, ktoś mógłby powiedzieć "no właśnie, na tym polega neutralność światopoglądowa - odrzucamy radykalizmy i wybieramy kompromis, możliwy do zaakceptowania przez wszystkich!". Ale kompromis, czy "złoty środek" to nie to samo, co neutralność. Jeśli w kraju mamy ludzi, którzy chcą wysokich podatków, takich, którzy chcą niskich i takich, którzy gotowi są przyjąć średnie i wprowadzimy średnie podatki, to nie jest to żadna neutralność. Postulaty radykałów z obu stron zostały zignorowane, a triumfuje grupa umiarkowanych. Grupa umiarkowanych dominuje. Grupa umiarkowanych wygrała i narzuciła swój światopogląd reszcie. Prawdziwa neutralnośc polegałaby na tym, że w kraju nie ma ani wysokich podatków, ani średnich, ani niskich... ale nie jest też tak, że nie ma podatków w ogóle, bo to by oznaczało dominację libertarian. Neutralność nie jest wtedy, gdy aborcja jest całkowicie legalna, legalna w niektórych przypadkach, ani w ogóle nielegalna. Neutralność jest wtedy, gdy żadne stanowisko nie jest wspierane - czyli aborcja nie jest ani legalna, ani nielegalna. Jest to niemożliwe... bo neutralność jest niemożliwa.

Dlaczego zatem politycy tak chętnie krzyczą o neutralności światopoglądowej? Ano dlatego, że pod ową "neutralność" podpinają swoje własne poglądy. Ktoś mówi, że w Polsce powinna być legalna aborcja, bo zgodnie z Konstytucją jesteśmy krajem neutralnym światopoglądowo - tym samym przyjmuje założenie, że legalność aborcji to stan domyślny, który dopiero można (ale nie powinno się) zmienić w imię jakiejś ideologii. Tymczasem prawicowiec zakłada, że dla każdego "normalnego" człowieka aborcja jest czymś złym, niezależnie od wyznawanej religii i tylko radykalny lewak chcący narzucić innym swój światopogląd może uważać inaczej. Kiedy ktoś krzyczy, że prawo powinno być takie a takie, bo "neutralnośc światopoglądowa", dokonuje manipulacji, mówi "Po co mamy dyskutować, skoro może być NORMALNIE, to znaczy tak, jak ja uważam za słuszne... Bo to wcale nie jest mój jakiś pogląd, tylko do jest coś obiektywnie słusznego i w ogóle nie ma o czym dyskutować, bo jeśli chcesz wprowadzić jakieś inne rozwiązanie, to chcesz narzucić swoją IDEOLOGIĘ zamiast mojej NORMALNOŚCI". Szczególnie celuje w tym lewica, której na Zachodzie udało się już sprawić, że takie kwestie jak legalność aborcji są uznawane za pozostające poza dyskusją, "oczywiste".

Gwoli wyjaśnienia. Wielu ludzi twierdzi, że legalna aborcja jest "neutralna światopoglądowo", bo przecież ona tylko daje prawo do przeprowadzania aborcji tym, którzy tego chcą, ale nikogo nie zmusza  - jednocześnie Ci sami ludzie gorąco protestują przeciwko "klauzuli sumienia", żądając przymuszania lekarzy do dokonywania aborcji. Co więcej, ci sami ludzie protestują przeciwko finansowaniu Kościoła z budżetu państwa "Bo ja jestem ateistą i nie życzę sobie, żeby moje pieniądze szły na takie rzeczy". Ale kiedy katolicy patrzą, jak z ich podatków finansowane jest w publicznych szpitalach coś, co uważają za morderstwo, to już spoko. Nauczanie religii w szkołach narusza wolnośc ateistów? A ja np. jestem monarchistą i nie podoba mi się, że dzieci są na WOS-ie nauczane, że republika to jedyny słuszny ustrój ZA MOJE PIENIĄDZE ;)

Trzeba sobie wyjaśnić. Władza ZAWSZE polega na narzucaniu siłą jakiego rozwiązania. Inaczej nie byłaby władzą. Gdyby to działało tak, że wszyscy się zbieramy, dyskutujemy i przyjmujemy jakieś rozwiązanie i w każdy z własnej woli godzi się go przestrzegać, nawet jeśli nie z wewnętrznego przekonania o jego słuszności, to dla uszanowania woli większości... To nie byłaby to władza. Weźmy np. kradzież. Jest w Polsce mnóstwo osób, które uważają, że kradzież nie jest sama w sobie czymś nagannym moralnie- zwłaszcza jeśli kradniesz np. z supermarketu "bo właściciel jest bogaty i nie zbiednieje. Inni wierzą w prawo dżungli - nie pilnowałeś się, sam jesteś sobie winny, kijem tego, kto nie pilnuje swego (dla tych samych ludzi z kolei czynem nagannym moralnie jest, jeśli osoba okradziona pójdzie na Policję). I co? Czy oczekujesz, że rząd wyważy swoje stanowisko i przyjmie jakieś "neutralne światopoglądowo" rozwiązanie, które uwzględni poglądy moralne złodziei? Czy raczej, że powie "A my GDZIEŚ mamy to, że uważacie kradzież za nic złego! My uważamy, że jest zła i będziemy ją tępić! Możecie sobie pisać piosenki o tym, że JP na 100% i dobre chłopaki patrzą na świat zza krat, nie obchodzi nas to".

I tak to powinno wyglądać we wszystkich sferach. Niech lewacy mają odwagę przyznać, że w pupie mają zdanie katolików i chcą realizować SWÓJ światopogląd, a poglądy prawicowe uważają za szkodliwy zabobon. Niech prawica z otwarta przyłbicą powie, że socjalizm i LGBT to herezje i oni ich pod uwagę brać nie będą. Niech ten kto rządzi, ma odwagę przyznać, że narzuca swoją wolę (bo na tym polega rządzenie) i zerwie z hipokryzją. To nie oznacza z automatu, że jedynym wyjściem jest walka na śmierć i życie. Wiadomo, że polityka to sztuka kompromisów. Ale niech te kompromisy będą uczciwe "Chcielibyśmy, żeby było 4, ale nie jesteśmy wystarczająco silni, więc ewentualnie zgodzimy się tymczasowo, na to, że było 5", a nie "Będzie 5, bo 5 jest neutralne światopoglądowo, a Ci, którzy chcieli 4 lub 6 to są radykałowie, którzy nie potrafią uszanować neutralności!".