czwartek, 4 sierpnia 2016

"Pan Lodowego Ogrodu" - recenzja prawicowym okiem

 (Uwaga - nie jest to recenzja w powszechnym rozumieniu, a raczej zbiór przemyśleń po przeczytaniu utworu. Mogą pojawić się spoilery. Nie ukrywam, że analiza jest przeprowadzana z punktu widzenia zaciekłego prawaka. Przeczytanie jej może być ciekawym doznaniem także dla osób "z drugiej strony" - wszak zawsze warto poznawać odmienne sposoby myślenia. Przynajmniej ja tak uważam, a Wy, lewicowcy? :).

Niekiedy podnoszą się głosy, że polski pisarze fantastyczni mają poglądy "skrzywione" w prawą stronę (w odróżnieniu od twórców ze Światłego i Postępowego Zachodu). Bogu dzięki, chyba coś w tym jest. Oczywiście, są wyjątki, jak np. Andrzej Sapkowski (nad czym bardzo boleję), czy Witold Jabłoński, ale większość naszych fantastów nie dała się uwieść lewackim herezjom (nawet, jeśli ich prawicowość jest nie do końca ortodoksyjna). Dobrym przykładem jest Jarosław Grzędowicz, a konkretnie czterotomowy cykl jego autorstwa pod tytułem "Pan Lodowego Ogrodu".
Utwór ten ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Vuko Drakkainen, astronauta/komandos/agent specjalny z Ziemi (konkretnie z UE), posiadający korzenie polskie, chorwackie i fińskie. Przybywa na planetę określaną przez Ziemian jako Midgaard, zamieszkaną przez humanoidalnych tubylców żyjących mniej więcej na poziomie średniowiecza... przy czym na owym poziomie utrzymują ich miejscowe ciekawostki - magia i istoty określane jako bogowie. Tu komuś może zazgrzytać - toż to okultyzm i pogaństwo! Spokojnie, istnienie tych fenomenów jest wytłumaczone naukowo (co prawda pod koniec cyklu), zgodnie z zasadą "Odpowiednio rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii" i nie zaprzecza dogmatom Świętej Wiary Katolickiej.
W każdym razie, Vuko przybywa na Midgaard, żeby uratować członków zaginionej ekipy badawczej. Na miejscu okazuje się, że części naukowców nie ma sensu ratować, gdyż umarli i nie żyją, natomiast pozostała czwórka odkryła w sobie Moc i została władcami-magami podporządkowującymi sobie miejscowe ludy.
Drugim bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, następca cesarskiego tronu miejscowego Imperium, który musi uciekać z kraju na skutek przewrotu. Przez baaardzo długi czas oba wątki toczą się w zasadzie niezależnie, obaj protagoniści spotykają się dopiero gdzieś w trzecim-czwartym tomie. Niektórych czytelników może to razić, mnie to nie przeszkadzało (a w porównaniu z taką "Pieśnią Lodu i Ognia" gdzie mamy naraz kilka-kilkanaście wątków i punktów widzenia, prostota aż bije ;)

Prawicowe klimaty widać najbardziej w kreacji przeciwników, to jest "umagicznionych" ziemskich naukowców, którzy de facto reprezentują różne oblicza lewactwa. Pierwszy z nich, Pier van Dyken, jest określany jako "zdeklarowany ateista", a swoich mocy lubi używać do parodiowania cudów Chrystusa (np. tworząc armię zombie krzyczy "Łazarzu, wstań!" itd.). Dowodzi armią znaną jako "Węże", której dosyć prostacka filozofia sprowadza się do "Istnieją tylko Węże i karma dla Węży", co może się kojarzyć z nazizmem (który jest w oczywisty sposób lewacką filozofią - narodowy SOCJALIZM, prawda?).
Druga postać z "głównych bossów", Ulrike Freihoff vel Nahel Ifrija głosi kult miejscowej bogini płodności (i jej dwóch męskich fagasów), który zakłada pogardę dla mężczyzn (lepiej być kobietą, a jeszcze lepiej bezpłciową Oświeconą Istotą), centralne sterowanie gospodarką i całym życiem poddanych (łącznie ze zniszczeniem instytucji rodziny i życiem w kolektywach) oraz regulacje dotyczące rytualnej nieczystości pożywienia (najwyższą cnotą jest wegetarianizm). Czyli taki melanż New Age, feminizmu, LGBT, komunizmu, okraszony lekko radykalnym islamem. Groteskowe połączenie, bez sensu i logiki... Czyli wierny obraz współczesnego lewactwa.
O ile Nahel Ifrija reprezentuje lewactwo wojujące, o tyle ostatnia ze "złych czarodziei" Passionara Callo "Pani Bolesna" symbolizuje lewactwo "politycznie poprawne", "aksamitne". Pani Bolesna wpaja swoim wyznawcom, że wszelkie użycie siły (nawet w obronie własnej) jest złe, ba, nawet silniejsze emocje są złe. Poddani jej niewielkiego królestwa są wprowadzani w magiczny trans, prowadzący aż do utraty osobowości. Oczywiście, nie dotyczy to dzieciarni, która chowana bezstresowo wręcz przeistacza się w potwory.

Ostatni mag to Olaf Fjollsfinn, będący panem tytułowego Lodowego Ogrodu. Jest on sojusznikiem Vuka i w sumie pozytywną postacią. Nie chce nikomu narzucać swojej ideologii, wręcz przeciwnie, przyjmuje uchodźców z różnych narodów i pozwala im żyć po swojemu, pod warunkiem, że przestrzegają stanowionych przez niego praw. Takie multi kulti, tylko działające. Zgrzytem jak dla mnie jest wymyślona przez Olafa religia Drzewa, mająca spajać ludność jego wyspy. Fjollsfinn tworzy iluzję raju i ukazuje ją swoim wyznawcom, żeby mieli motywację do służenia mu. Ja rozumiem, że ani Olaf ani Vuko nie będą ewangelizować Midgaardian, ale świadome tworzenie fałszywej religii trochę mi się nie podoba. Z drugiej strony, religia Drzewa może symbolizować po prostu tak zwaną "religię obywatelską", wiarę w społeczny ład, konstytucję, prawo ponad podziałami, które teoretycznie powinny charakteryzować obywateli współczesnego "demokratycznego państwa prawa". No cóż, mimo wszystko cieszę się, że ta postać nie jest głównym bohaterem, tylko ich sojusznikiem.

A wracając do głównych bohaterów... Czy można uznać ich za wzorzec prawości i prawicowości? Do pewnego stopnia tak.
Ogólne poglądy:
- Vuko jest człowiekiem starej daty. Ma jak najgorszej mniemanie o swoich mocodawcach z Unii Europejskiej, czego nie waha się wyrażać w ostrych słowach. Podoba mu się honor, odwaga i inne cnoty wciąż kultywowane przez wolnych mieszkańców Midgaardu (choć dostrzega również cienie i wady "średniowiecznego" społeczeństwa).
- Filar syn Oszczepnika wierzy w tradycje swojego ludu i cesarstwa, którego miał zostać następcą. Absurd i zbrodniczość haseł głoszonych przez kult Podziemnej Matki na czele którego stoi Ifrija jest dla niego oczywisty.
Tutaj punkt dla obu panów.

Religia:
- Vuko jest raczej wierzący, ale chyba jego wiarę oddaje porzekadło "Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam". To nie jest typ mistyka, raczej twardego wojownika/awanturnika, który generalnie szanuje religię, ale na codzień nie zaprząta sobie nią głowy, działa raczej na zasadzie "Jak trwoga, to do Boga".
- Filar wyznaje miejscowy monoteizm, który nie zaprzecza istnieniu "bogów", ale wychodzi z założenia, że ci bogowie to takie tam duchy natury, a jedynym prawdziwym Bogiem jest Stwórca świata i wszystko, łącznie z "bogami" podlega jemu. Jej prorokiem/mesjaszem jest enigmatyczny "Idący Pod Górę". W sumie fajnie, szkoda tylko, że istnienie tej religii jest zasygnalizowane, nie odgrywa ona większej roli w walce z lewackimi czarownikami.
No cóż... nie jest idealnie, ale jest nieźle. W czasach, gdy twórcy popkultury chętnie wkładają bez powodu w usta swoich bohaterów ateistyczne i antyklerykalne frazesy, ot tak, żeby zaznaczyć, że postacie pozytywne pogardzają ciemnotą i zabobonem, miło jest widzieć, jak autor sygnalizuje, że jego protagoniści wierzą w Boga, nawet jeśli nie jest to wiara szczególnie mocna ani ortodoksyjna... Ponadto, należy pamiętać, że to książka przygodowa, a nie religijna.

Kwestie intymne:
- Vuko puka kosmitkę z Midgaardu, Sylfanę. Nie jest to szczególnie perwersyjne, bo tubylcy są bardzo zbliżeni wyglądem do ludzi (a jak się później okazuje, są z nimi spokrewnieni), a Sylfana jakoś tak całkiem przypadkowo jest jeszcze bardziej ludzka, niż typowa Midgaardka. Pewnym problemem jest natomiast to, że para nie bierze ślubu, nawet w lokalnym obrządku. Cóż, trzeba pamiętać, że przykładanie wagi do czystości przedmałżeńskiej również nie wpisuje się w archetyp "awanturnika". Aczkolwiek warto zaznaczyć, że Vuko nie jest rozpustnikiem i nie korzysta z okazji do spędzenia nocy z żoną lokalnego władyki, czy zakupu seksniewolnicy i można powiedzieć, że ze swoją wybranką tworzy stały związek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wątek romantyczny nie odgrywa pierwszoplanowej roli, a relacja Vuka i Sylfany to bardziej związek towarzyszy broni, zahartowany w boju, który pojawia się "naturalnie" obok właściwych przygód, a nie historia miłosna pełna patetycznych wyznań i opisów bicia serca.
Znowuż - nie jest idealnie, ale ujdzie.
- Jeśli chodzi o Filara, no to tutaj jest trochę mnie różowo. Czy może bardziej? W każdym razie, jeszcze na etapie książęcej edukacji Filar sypia ze swoją powabną i starszą (ale nie starą) nauczycielką. Ot tak, żeby chłopak nabrał "łóżkowego obycia" i w przyszłości nie dał się zmanipulować żadnym uwodzicielkom (ani nie rzucił w wir rozpusty). Później Filar wykorzystuje te "instrumentalne"podejście do kwestii erotycznych, aby zmanipulować kobietę, do której trafił w niewolę. Co prawda to zła kobieta była, ale mimo wszystko pewien posmak moralnej dwuznaczności pozostaje.

Sumując: "Pan Lodowego Ogrodu" moim zdaniem niesie za sobą pozytywne przesłanie. Dobrzy bohaterowie, choć sami niepozbawieni wad, są raczej przyzwoitymi ludźmi, którzy ścierają z jasno określonym złem, stanowiącym ucieleśnienie lewackich herezji. Bolączką wielu nacechowanych światopoglądowo dzieł jest to, że są słabymi książkami/filmami/komiksami - nadętymi, nudnymi, zrobionymi bez polotu i pełnymi sztuczności, które raczej odstręczają do głoszonych w nich idei i stają się pośmiewiskiem dla osób z przeciwnej strony barykady. Uważam, że "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do tej grupy. Nie jest to wybitne dzieło (i dobrze, bo gdyby było, to pewnie trafiłoby w mój niski gust), ale dobrze napisana powieść fantastyczno-przygodowa z ciekawą i dobrze opisaną akcją, gdzie z napięciem czeka się na dalsze losy bohaterów. Osobiście polecam.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz