niedziela, 24 marca 2019

Kilka pytań odnośnie aborcji

Z okazji Dnia Świętości Życia, kilka pytań:

  1. Dlaczego osoby wspierające "prawo do wyboru" tak strasznie bulwersują plakaty pokazujące skutki aborcji? Przecież według nich to tylko zwykły zabieg, a abortowane dziecko to zlepek komórek. Więc przechodząc obok powinni tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć „Ale po co ten krzyk? Na tych zdjęciach nie ma niczego szokującego”.
  2. Dlaczego jeśli publiczne pieniądze pójdą na cokolwiek związanego z religią, to jest to straszna rzecz i wykluczenie obywateli, bo przecież nie każdy jest wierzący i państwo należy do wszystkich i „ja nie chcę finansować waszych zabobonów”, ale jednocześnie aborcja powinna być finansowana z podatków opłacanych przez katolików, którzy uważają ją za zbrodnię?
  3. Dlaczego osoby o poglądach lewicowych tak dbają o empatię, polityczną poprawność i ciągle aktualizują listę zakazanych słów, które mogą sprawić, że komuś zrobi się przykro... Ale jednocześnie wielu z nich bez ogródek mówi, że adopcja zamiast aborcji to nie jest rozwiązanie, albo że usuwanie chorych płodów jest dla ich dobra, bo lepiej się nie narodzić, niż być niechcianym/chorym i cierpiącym – jak się czuje osoba wychowana w domu dziecka albo posiadająca wady genetyczne, gdy słyszy, że lepiej byłoby, gdyby się nie narodziła?
  4. Dlaczego od dawna lewicowcy  powtarzali (i dalej powtarzają) „katolom zależy tylko, żeby się dziecko urodziło, a po porodzie kopią matkę i dziecko w dupę i mają je gdzieś”, a jednocześnie wielu z tak mówiących nienawidzi programu 500+ oraz pogardza matkami wielodzietnymi ?
  5. Dlaczego feministki protestujące przeciwko ocenianiu kobiet przez pryzmat ich wyglądu nie protestują, kiedy ktoś twierdzi, że działaczki przeciwaborcyjne to "brzydkie lub stare baby, którym i tak ciąża nie grozi" (zresztą wbrew faktom – przecież choćby taka Kaja Godek jest matką).
  6. Dlaczego w mediach nieplanowe poronienie jest traktowane jako tragedia i utrata dziecka, matki głaszczące się po brzuchu i mówiące do swojego dziecka są słodkie, ale kiedy dochodzi do aborcji to tylko zwykły zabieg, usunięcie zlepku komórek, a każdy, kto próbuje humanizować ten zlepek jest ukazany jako idiota i oszołom?
  7. Dlaczego lewicowcy uważają, że tylko kobieta ma prawo podjąć decyzję o aborcji, bo „jej ciało, jej sprawa”, a jednocześnie chcą odgórnie zakazać terapii konwersyjnych, zamiast pozostawić każdemu homoseksualiście decyzję o przystąpieniu lub nie? Nawet jeśli lewicowcy uważają takie terapie za szkodliwe, to... „ich (homoseksualistów) ciało, ich sprawa”, prawda?

niedziela, 24 lutego 2019

Biblia a niewolnictwo

Jestem otwarty na dyskusję, ale proszę, żeby krytyczny komentarz był poprzedzony przeczytaniem całego tekstu i odnosił się do zawartych w nim argumentów, a nie sprowadzał się do "Uga buga, ciemnota i zabobon, to jest głupie, bo katolstwo jest głupie". A jeśli chcesz napisać "Nawet mi się nie chciało tego czytać", to spokojnie możesz sobie to darować. Grubo ponad pięć miliardów ludzi tego tekstu nie przeczytało i jakoś nie mają potrzeby się tym chwalić.



Jednym z ulubionych zaklęć ateistów spod znaku "Ja znam Biblię lepiej, niż katolicy, bo widziałem jakiś wyrwany z kontekstu cytat użyty w memie na Kwejku" jest "Biblia jest zła, bo dopuszcza niewolnictwo". Oczywiście, z mojego punktu widzenia zarzut jest absurdalny - bo tylko Bóg może być źródłem moralności (na pewno nie "empatia", "przyrodzona godność człowieka" czy inne lewackie fetysze) i wierzę, że Biblia jest wyrazem woli Boga, więc gdyby Biblia dopuszczała niewolnictwo, to znaczyłoby to, że niewolnictwo jest OK, a nie, że Biblia zła.
Spotkałem się jednak z dotkliwszym zarzutem, który może wspomagać propagowanie heretyckiego, niehomofobicznego pseudochrześcijaństwa - "Biblia naucza, że homoseksualizm to grzech, ale Biblia naucza też, że niewolnictwo jest dozwolone - a jednak Kościół zmienił w tej drugiej kwestii stanowisko i mówi, że niewolnictwo jest niedopuszczalne, to dlaczego nie mógłby zmienić nauczania również w kwestii homoseksualizmu?". Gdyby faktycznie Kościół Katolicki potępiał niewolnictwo wbrew Biblii, nie oznaczałoby to, że odejście od Biblii jest dopuszczalne (także w kwestii praktyk homoseksualnych), tylko że KK dopuścił się herezji.
Tym niemniej, niewolnictwo o jakim mowa w Biblii ciężko uznać za "niewolnictwo" w rozumieniu współczesnym.
Społeczeństwo ludzkie jest zhierarchizowane, opiera się na wzajemnych zależnościach i podległości. I to jest dobre i to jest słuszne - i nie dostrzega tego tylko skrajny lewak-anarchista, który wierzy, że jego z sufitu wzięta ideologia może zaprzeczyć rzeczywistości. Pracownik podlega zwierzchnikowi, żołnierz oficerowi, dziecko rodzicowi, mieszkaniec kraju - jego władzy. Czy to oznacza, że każdy stosunek podległości jest równoznaczny z niewolnictwem? I znowuż - "tak" odpowie jedynie anarchista. Dlaczego opisane relacje nie są równoznaczne z niewolnictwem? Dlatego, że chociaż wyraźnie można w nich wyróżnić władającego i władanego, to w każdym z tych przypadków władza władającego nie jest absolutna, a władany ma pewne określone prawa, których władający nie może naruszyć - co więcej, jeśli władający przekroczy swoje kompetencje, władany ma prawo się temu przeciwstawić, a prawo stoi po jego stronie. Jak ujmuje to Wikipedia niewolnictwo to zjawisko społeczne, którego istotą jest stosunek zależności, polegający na tym, iż pewna grupa ludzi (niewolnicy) stanowi przedmiot własności innych osób, grup ludzi (rodzina, plemię itd.) lub instytucji (państwo, świątynia itp.), mogących nimi swobodnie rozporządzać. "Swobodnie rozporządzać". Jeśli zakres rozporządzenia przez "pana" nie jest swobodny, nie mamy do czynienia z niewolnictwem. Jeśli uznamy inaczej, to musielibyśmy uznać, że każda komórka społeczna opiera się na niewolnictwie, a bez niewolnictwa nie ma cywilizacji.

Dlatego do czynienia z niewolnictwem sensu stricto mieliśmy na przykład w starożytnym Rzymie. Rzymskie prawo stało zdecydowanie na stanowisku, że niewolnik jest wyłącznie rzeczą, przedmiotem własności rozumianej jako "nieograniczone władztwo". Był uznawany za "narzędzie mówiące" w odróżnieniu od "narzędzi milczących" (czyli np. młotka czy łopaty). Pan mógł zrobić z niewolnikiem co tylko chciał - mógł go okaleczyć, zabić, zgwałcić, zjeść, obedrzeć ze skóry, cokolwiek. Rzymska literatura z lubością dawała różne skrajne przykłady mające pokazywać, jak bardzo niewolnik jest śmieciem. Na przykład takie zagadnienie prawne - "Czy jeśli pan porzuci chorego niewolnika na śmierć, a niewolnik cudem wyzdrowieje, niewolnik może odejść, czy dalej pozostaje własnością?". Odpowiedź - oczywiście, że dalej pozostaje własnością, to, że pan go nie leczył nie ma żadnego znaczenia, przecież pan nie jest niewolnikowi ABSOLUTNIE nic winien i NIC nie usprawiedliwia nieposłuszeństwa niewolnika. Człowiek wolny mógł odpowiadać za zabójstwo/okaleczenie niewolnika wyłącznie gdy dotyczyło to cudzego niewolnika - przy czym absolutnie nie było traktowane to jako zbrodnia, taki sprawca odpowiadał po prostu na podstawie przepisu nakazującego zapłacenie odszkodowania za zniszczenie/uszkodzenie cudzej rzeczy (i oczywiście poszkodowanym był pan cudzego niewolnika, nie niewolnik). Uprzedmiotowienie niewolnika sięgało tak daleko, że niewolnik nie miał praw nie tylko w stosunku do swego pana - nie miał praw w ogóle. Nawet czysto prywatnych. Nie mógł np. zawrzeć małżeństwa - również z niewolnicą. Nie mógł być z nikim spokrewniony - rzeczy nie mają krewnych. Jeśli niewolnica urodziła dziecko, nie była jego matką (co ciekawe, paradoksalnie, niewolnica mogła urodzić człowieka wolnego - jeśli przez część okresu ciąży była wolna, to i dziecko było wolne - ale z punktu widzenia prawa nie było jej potomkiem). Akurat tę ostatnią kwestię zmieniono, bo ktoś wpadł na pomysł, że niewolnica mogłaby urodzić syna, potem oboje mogliby zostać wyzwoleni i zawrzeć małżeństwo jako ludzie wolni (bo przecież nie są spokrewnieni), a kazirodztwo jest obrazą  bogów.

Jest jasne, że takiego niewolnictwa chrześcijaństwo nie dopuszcza.

Tymczasem, jak wyglądało niewolnictwo, o którym mowa w Biblii? Najpierw przyjrzyjmy się Staremu Testamentowi. Jakkolwiek, zgodnie z Biblią, Prawo Mojżeszowe chrześcijan nie dotyczy, to jednak faktem jest, że stanowiło ono prawo, które z woli Bożej miało dotyczyć starożytnych Izraelitów na czas Starego Przymierza.
- Pan, który zabił swojego niewolnika podlegał karze. W tym przypadku niektórzy krytycznie odnoszą się do zastrzeżenia, że pan nie podlegał karze, jeśli niewolnik umarł po upływie dwóch dni od pobicia. Tu nie chodziło o jakieś rytualne przesądy, tylko o ustalenie odpowiedzialności - w czasach, gdy sekcje zwłok nie istniały, ciężko było jednocześnie określić, co stanowiło bezpośrednią przyczynę śmierci człowieka, stąd przyjmowano, że jeśli niewolnik umarł w ciągu dwóch dni od pobicia, domniemuje się, że to pobicie było przyczyną śmierci, a jeśli później - że zginął z jakiegoś innego powodu, niezależnego od pana,
- jeśli pan uderzył niewolnika nie zabijając go, ale powodując trwałe uszkodzenie ciała (wybił oko lub ząb), tracił nad nim władzę i musiał go wyzwolić,
- jeśli facet wziął sobie niewolnicę (w domyśle na "żonę"), a potem mu się znudziła i wziął inną, w dalszym ciągu musiał zapewniać jej pożywienie, odzież i mieszkanie - nie miał prawa jej np. sprzedać - a jeśli ją zaniedbywał, miała prawo odejść bez żadnego wykupu,
- "Kto by porwał człowieka i sprzedał go, albo znaleziono by go jeszcze w jego ręku, winien być ukarany śmiercią" (skąd zatem brali się niewolnicy? O tym dalej),
- niewolnicy, tak samo, jak ludzie wolni nie wykonywali pracy w szabat,
- jeszcze większe ograniczenia dotyczyły władzy nad niewolnikami-Izraelitami, no ale domyślam się, że większości z nas to nie dotyczy, więc nie będę się rozpisywał.

A zatem niewolnictwo starotestamentowe NIE BYŁO niewolnictwem sensu stricto. W porównaniu z niewolnictwem rzymskim było bardzo łagodną instytucją. Niewolnik nie był rzeczą - był podwładnym, ale nie rzeczą. Miał konkretne prawa w stosunku do swojego pana i mógł je egzekwować. Co to za niewolnictwo, jeśli niewolnik ma prawo powiedzieć "Gdzie z tym kijem, draniu! Wybiłeś mi zęba, ty bandyto! Nie godzę się na to, koniec, już nie jesteś moim panem, mam cię gdzieś, odchodzę, pocałuj mnie w dupę, żegnam"? Albo jeśli niewolnica może powiedzieć "Nie dbasz o mnie, TY JUŻ MNIE NIE KOCHASZ, odchodzę"? Już nie mówiąc o tym, że niewolnik miał ustawowo zagwarantowany jeden dzień wolny w tygodniu - coś, czego w innych krajach nie mieli nawet ludzie wolni!
Oczywiście, ktoś może mieć zastrzeżenie, że jakkolwiek Prawo Mojżeszowe zakazywało skrajnych przejawów przemocy, to jednak generalnie dopuszczało "umiarkowane" bicie - tyle, że przecież w ówczesnych czasach dotyczyło to również wolnych ludzi, a kara chłosty była powszechna (zresztą, mam wrażenie, że warto byłoby rozważyć jej przywrócenie we współczesnych czasach - byłaby tańsza niż więzienie, a bardziej resocjalizująca niż "zawiasy" - oczywiście, zgodnie z biblijnymi zasadami nie mówię o okaleczaniu).
W ogóle to śmieszne, że dzisiaj wielu postępowców twardo twierdzi, że podstawą europejskiej cywilizacji jest Grecja i Rzym, a Biblia to syf, ciemnota i barbarzyństwo. Trzeba przyznać, że prawo rzymskie z czysto "materialistycznego" punktu widzenia jest precyzyjniejsze i lepiej służy obrotowi gospodarczemu - dlatego też współczesne prawo cywilne w znacznej mierze na nim bazuje - ale pod względem moralności - właśnie z "humanistycznego" i "opartego na empatii" punktu widzenia, który ponoć przyjmują lewacy - nawet Stary Testament bije wymysły Rzymian na głowę.
Aha, miałem się odnieść do tego, skąd Izraelici brali niewolników, skoro porywanie w tym celu ludzi było zakazane.
1. Jako jeńców wojennych - można się zastanawiać, czy to sprawiedliwe, żeby czynić niewolnika z wrogiego żołnierza, który tylko wykonywał rozkazy, czy tym bardziej z cywilnej ludności podbitej osady. Ale jaka była alternatywa? Lepiej, żeby wojownik miał motywację do zachowywania wrogów przy życiu, niż żeby beztrosko ich mordował i gwałcił, prawda? Oczywiście, lepsza jest sytuacja, gdy człowiek postępuje zgodnie z wolą Bożą ze względu na głęboką wiarę i szacunek dla Boga, a nie łaskawie idzie na kompromis ze względu na materialne korzyści, ale mimo wszystko lepsze to, niż gdyby szedł na całość i wybierał najgorszą opcję. A przecież Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapem, prowadzącym Izraelitów do pełnego poznania Prawa Bożego. "Miłuj swoich nieprzyjaciół" jest lepsze, niż "Daruj życie wrogowi, żeby musiał na ciebie pracować", ale zawsze lepsza taka motywacja do miłosierdzia, niż żadna.
2. Jako złapanych przestępców - chyba jesteśmy zgodni co do tego, że ukaranie przestępcy polega na ograniczeniu jego praw - czy to wolności osobistej (więzienie), czy własności (grzywna). Zrobienie z niego pracownika przymusowego to po prostu inna forma kary i nie ma nic wspólnego z potępianym przez Kościół niewolnictwem polegającym na niewoleniu niewinnych.
3. Jako dłużników niespłacających swych długów - zmuszenie dłużnika do spłaty długu w naturze jest po prostu inną formą wyegzekwowania należności. W sumie dlaczego wierzyciel ma ponosić straty? Czy dzisiaj np. zajęcie komuś rachunku i zmuszenie, żeby oddawał część owoców swojej pracy komornikowi jest nieludzkim traktowaniem?
4. Jako ludzie dobrowolnie oddający się w niewolę. Z punktu widzenia współczesnego człowieka, który na każdym kroku deklaruje, jak to kocha wolność, to szokujące. Ale łatwo mówić, że wolność jest wartością najwyższą, gdy żyjesz w kraju pierwszego świata. W starożytności o wiele ważniejsze było przetrwanie. Lepiej zrezygnować z części swojej wolności (podkreślam - części - bo jak wyżej wskazałem, starotestamentowe niewolnictwo nie oznaczało uprzedmiotowienia) było oddać się pod opiekę kogoś mocniejszego, kto zapewni ci ochronę, niż stać się ofiarą dzikiej przyrody czy zbójów (zresztą, tak działają współczesne państwa - i to jeszcze gorzej, bo nawet nie masz prawa zadecydować, czy chcesz się oddać w taką niewolę!). Taki przykład - Abraham na skutek nacisków swojej żony Sary oddalił niewolnicę Hagar wraz z synem Izmaelem. Hagar błąkała się po pustyni, zanosząc modły do Boga. I Bóg jej wysłuchał - zesłał anioła, który nakazał Abrahamowi ponowne przyjęcie Hagar. Z punktu widzenia Hagar wolność nie była stanem pożądanym - tylko "pożywienie, odzież i wspólne mieszkanie", które miał obowiązek zagwarantować jej pan. Prawo Mojżeszowe zawierało nawet specjalną procedurę "Co zrobić w sytuacji, gdy wyzwalasz niewolnika, a on mówi, że chce zostać".
5. Zakup niewolnika - no tak, to brzmi brzydko. Ale przecież niewolnik w Prawie Mojżeszowym nie był rzeczą - "kupując niewolnika" nie nabywało się prawo do niego tak, jak np. do stołu czy osła. Nabywało się określone prawa w stosunku do niewolnika - prawa, które były ograniczone, jak to wyżej wskazałem. Już nie mówiąc o tym, że jeśli Izraelita nabywał niewolnika od cudzoziemca, to status niewolnika mógł ulec znacznej poprawie - bo wówczas przechodził on pod Prawo Mojżeszowe, dzięki czemu jego życie i w znacznej mierze zdrowie zyskiwały ochronę, jakiej nie miał przedtem.

Ale jak wspomniałem wyżej - Prawo Mojżeszowe było tylko pewnym etapie w planie Bożym. Gdyby Stary Testament zawierał pełne objawienie, Nowy byłby niepotrzebny. Tymczasem w Nowym Testamencie przechodzimy na nowy poziom - również w kwestii tzw. niewolnictwa.

Święty Paweł w rozdziale 6 Listu do Efezjan pisze co następuje:
"5 Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym2 panom, jak Chrystusowi, nie służąc tylko dla oka, by ludziom się podobać, lecz jako niewolnicy Chrystusa, który z duszy pełnią wolę Bożą Z ochotą służcie, jak gdybyście [służyli] Panu, a nie ludziom, świadomi tego, że każdy - jeśli uczyni co dobrego, otrzyma to z powrotem od Pana - czy to niewolnik, czy wolny".
Na te wersety powoływali się np. posiadacze niewolników z amerykańskiego południa, uzasadniając swój system. Na ten wersety powołują się antychrześcijanie, twierdząc, że pokazuje on stosunek Biblii do niewolnictwa. Tylko, że jedni i drudzy pomijają następny werset: "A wy, panowie, tak samo wobec nich postępujcie: zaniechajcie groźby, świadomi tego, że w niebie jest Pan zarówno ich, jak wasz, a u Niego nie ma względu na osoby". A zatem - tak, niewolnik ma służyć panu, ale pan ma wobec niego zaniechać groźby. Czyli już nawet nie "możesz bić, ale nie okaleczaj". Masz się powstrzymać nawet od groźby stosowania przemocy. Tylko wtedy możesz być "panem niewolnika". Co więcej - św. Paweł pisze "A wy, panowie, TAK SAMO wobec nich (niewolników) postępujcie". Tak samo, czyli - niewolnicy służcie panom, ale i panowie służcie niewolnikom. O co w tym chodzi? W kulturze grecko-rzymskiej dominującej w ówczesnym imperium "służenie" było traktowane jako coś haniebnego. To, że niewolnik był pogardzany, to oczywiste, ale nawet wolni rzemieślnicy byli traktowani jako ktoś gorszy - w tym artyści, jak np. rzeźbiarze. Prawdziwie wolny człowiek oddawał się dyskusjom filozoficznym, polityce, poezji, a jeśli brudził sobie ręce i męczył ramię, to co najwyżej robiąc mieczem i włócznią. A św. Paweł mówi - służenie jest dobre, służenie jest słuszne. Niewolnicy, nie traktujcie służenia jako coś hańbiącego - każdy powinien służyć innym i samemu Bogu. Panowie również.  Św. Paweł nakazuje przemodelowanie stosunków międzyludzkich i wyrównanie pozycji obu stron relacji - ale nie polega ono na odrzuceniu służby, jak to czynią komuniści, ale wręcz przeciwnie - na założeniu, że obie strony mają obowiązek służyć sobie nawzajem. I obie strony mają obowiązek powstrzymać się od "groźby" wobec drugiej strony. Stąd też niewolnictwo pawłowe jest niewolnictwem jedynie z nazwy - to jest relacja pomiędzy uczciwym pracodawcą i uczciwym pracownikiem, gdzie owszem, jedna strona sprawuje kierownictwo, ale obie strony mają wobec siebie obowiązki, a relacja jest oparta na poszanowaniu tych obowiązków i wzajemnych korzyściach, a nie przymusie i groźbie. Św. Paweł używa słowa "niewolnik" jako "osoba podlegająca czyjemuś kierownictwu", a nie jako "przedmiot własności". Nie liczy się termin, a jego znaczenie. Kto cieszył się większą wolnością w XX wieku? Poddany królowej brytyjskiej, czy obywatel Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich? Przypomina mi się taka scenka z książki "Pomniejsi bogowie" Pratchetta, kiedy główny bohater, mieszkaniec Omnii, Brutha pyszni się przed niewolnikiem z innego kraju - Efebu, że jest wolnym człowiekiem. Do momentu, gdy uświadamia sobie, że w Efebie pan ma obowiązek dobrze opłacać i żywić niewolnika oraz dawać mu dni wolne, a wolny człowiek Brutha w Omnii takich przywilejów nie ma. I tak też było z tym biblijnym niewolnictwem.

A przechodząc od ogółu do konkretu -  list św. Pawła do Filemona dotyczy sytuacji, w której Apostoł Narodów odsyła do Filemona jego zbiegłego niewolnika, Onezyma. Ha! Można zakrzyknąć - no i wyszło szydło z worka, św. Paweł niby tak kocha niewolników, tu odsyła zbiega z powrotem w niewolę, zamiast pomóc mu uciec. Ale co pisze św. Paweł do pana Onezyma:
"Bo, być może, że dlatego utraciłeś go na krótki czas, abyś go odzyskał na wieki, i to już nie jako sługę, ale więcej niż sługę, bo jako brata umiłowanego, zwłaszcza dla mnie, a tym bardziej dla ciebie, tak według ciała, jak i w Panu. Jeżeli więc masz mnie za przyjaciela, przyjmij go jak mnie. A jeżeli ci jakąś szkodę wyrządził albo jest ci coś winien, mnie to przypisz. Ja, Paweł, piszę własnoręcznie, ja zapłacę; nie mówię już o tym, żeś mi siebie samego winien".

Zresztą, w innym miejscu św. Paweł wprost potępia handel niewolnikami:
"8 Wiemy zaś, że Prawo jest dobre, jeśli je ktoś prawnie stosuje, rozumiejąc, że Prawo nie dla sprawiedliwego jest przeznaczone4, ale dla postępujących bezprawnie i dla niesfornych, bezbożnych i grzeszników, dla niegodziwych i światowców, dla ojcobójców i matkobójców, dla zabójców, 10 dla rozpustników, dla mężczyzn współżyjących z sobą, dla handlarzy niewolnikami, kłamców, krzywoprzysięzców i [dla popełniających] cokolwiek innego, co jest sprzeczne ze zdrową nauką, 11 w duchu Ewangelii chwały błogosławionego Boga, którą mi zwierzono" (1 List do Tymoteusza, rozdział 1).

 A zatem - św. Paweł nawołuje do tego, by relacje pan-niewolnik, które zgodnie z prawem rzymskim sprowadzały się do własności rzeczy zostały zmienione w relacje oparte na wzajemnej służbie, gdyż chrześcijanie powinni służyć sobie nawzajem (a osoba sprawująca władzę również powinna służyć swoim podwładnym), jednocześnie zakazuje handlu niewolnikami. Czyli - ewolucja niewolnictwa w stronę braterstwa i relacji opartych na wzajemnych korzyściach i poszanowaniu kierowników i kierowanych, a  jednocześnie "wygaszanie" tej instytucji poprzez zakaz handlu niewolnikami. Św. Paweł nie twierdzi, że niewolnictwo jest święte i wieczne, a jedynie chce rozwiązać ten problem w taki sposób, że niewolnicy nie będą zrywać relacji z panami, ale dalej pracować pod ich kierownictwem, pod warunkiem, że panowie będą ich traktować na równi, nie jako sługi, lecz "braci umiłowanych". Program dużo bardziej realniejszy niż nawoływanie do powszechnej rewolucji, która doprowadziłaby do powszechnej masakry, a nawet w przypadku zwycięstwa niewolników, wyrżnięcia panów i całkowitego zniszczenia systemu - straszliwym kryzysem gospodarczym (można by powiedzieć "katastrofą humanitarną").
W grę może tu wchodzić tutaj pragmatyzm innego rodzaju - możliwe, że św. Paweł nie chciał się narazić władzom rzymskim, które niewolnictwem stały (a początkowo władze rzymskie nie prześladowały tak ostro wyznawców Chrystusa). Więc zamiast pisać "Zdelegalizować niewolnictwo", co byłoby nawoływaniem do buntu, pisze "No tak, niewolnictwo, rozumiem, coś takiego działa. Ja nie mówię - znieść niewolnictwo. Niewolnictwo może być, pod warunkiem, że pan nie stosuje groźby wobec niewolnika. Ja tylko mówię - zreformować niewolnictwo tak dalece, że nie zostanie z niego nic, oprócz nazwy". Albo inaczej - niewolnictwo w imperium rzymskim było instytucją tak powszechną, tak oczywistą, że coś takiego jak "zdelegalizowanie niewolnictwa" w ogóle nie mieściło się w aparacie pojęciowym ówczesnych ludzi, w tym św. Pawła. To trochę tak, jakby ktoś wychowany w komunizmie, kto nie zna innego ustroju wpadł na pomysł sprywatyzowania własności państwowej, ale dalej nazywałby to, powiedzmy "komunizmem wolnorynkowym", bo w głowie by mu się nie mieściło, że jakiś system może nie być komunizmem - i zamiast mówić "odejdźmy od komunizmu", mówiłby "no ten nasz komunizm powinien działać tak, żeby zamiast komunistycznej własności publicznej była komunistyczna własność prywatna".

Stąd też Kościół może potępiać niewolnictwo takie jak w starożytnym Rzymie, jak w USA przed wojną secesyjną, czy jak współczesny "handel żywym towarem", niewolnictwo takie, jak je rozumie współczesne prawo i konwencje międzynarodowe - a jednocześnie nie wyrzucać z Biblii wersetów mówiących o niewolnictwie. I nie jest to żadna niekonsekwencja - po prostu te "niewolnictwa" nie są tym samym. Rzymscy patrycjusze, amerykańscy plantatorzy nie przestrzegali w tym względzie Biblii - ani Nowego, ani nawet Starego Testamentu. I nie czynią tego współcześni gangsterzy.

Natomiast w przypadku homoseksualizmu, sprawa jest jasna. Przytoczyłem wyżej cytat odnoszący się m.in. do mężczyzn współżyjących ze sobą. Teraz drugi:

"9 6 Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, 10 ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. 11 A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego" (1 List do Koryntian, rozdział 6).

I tak, jak w przypadku "niewolnictwa", po dokładnym wczytaniu się widać wyraźnie, że "niewolnik", o którym pisze św. Paweł, to nie jest "niewolnik" w takim znaczeniu, w jakim używa go współczesne prawo, o tyle nie ma najmniejszych podstaw do twierdzenia, że "mężczyźni współżyjący ze sobą" dotyczy wyłącznie męskich prostytutek czy "ale to nie dotyczy sytuacji, kiedy ci mężczyźni się kochają". Stąd też Kościół, wierny biblijnemu nauczaniu, potępia współcześnie niewolnictwo i uznaje za grzech praktyki homoseksualne. 







piątek, 8 lutego 2019

Zmarł Jan Olszewski

Wczoraj zmarł Jan Olszewski, były premier RP. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Zachęcam do zapoznania się z osiągnięciami tej wybitnej postaci - a także z tym, co osiągnąć chciał, ale niestety mu nie pozwolono.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Zbiórka na Slanna

 Na Polterze swego czasu działał taki człowiek o pseudonimie "Slann". Zapamiętałem go głównie jako, jak sam się określał "skrajnego centrystę". Ów centryzm przejawiał się głównie w ten sposób, że kiedy ktoś prezentował wyraziste poglądy w jakiejś kwestii, Slann pojawiał się z komentarzami sprowadzającymi się do "lewacy i prawacy są tacy sami, skrajności są złe i prawda leży pośrodku". Przy czym konsekwentnie odmawiał sprecyzowania swoich zarzutów pod adresem "lewaków i prawaków" czy wyjaśnienia, na czym polega jego centrowa filozofia, poza tym, że jest centrowa i dlaczego jest lepsza od innych.
Zniknął z Poltera, wydaje mi się, że kiedyś sugerował, że miałem z tym swój związek, bo nie podobało mu się, że próbowałem go skłonić, by wyjaśnił, skąd ten jego negatywny stosunek do prawaków i lewaków i przekonanie, że enigmatyczny "centryzm" jest z założenia lepszy. Mnie z kolei bardzo frustrowała jego taktyka "napiszę, że nie macie racji, ale choćby nie wiem co, nie wyjaśnię dlaczego, sami się domyślcie". Więc kiedy zobaczyłem wzmiankę o nim na Polterze, od razu mnie to zaciekawiło.
No  i dowiedziałem się, że jest zbiórka w związku ze schorzeniem Slanna... nie, nie centryzmem, ale czymś, co się nazywa "rdzeniowy zanik mięśni". W zasadzie, to chyba licytacja jakichś fantów, nie wiem, jak to dokładnie działa, bo ją olałem, można przecież wpłacić na rachunek bez udziału w zabawie. W każdym razie, szczegóły poniżej:


https://www.facebook.com/groups/2061137844200629?view=permalink&id=2137447933236286

A Slannowi życzę Bożego błogosławieństwa.

niedziela, 23 grudnia 2018

Życzenia

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę wielu błogosławieństw. I oby te dni nie były jedynie okazją do konsumpcji czy powierzchownych wzruszeń spod znaku "magii świąt", ale przede wszystkim przeżyciem duchowym.

A jeśli kogoś w mijającym roku spotwarzyłem, to przepraszam.

piątek, 23 listopada 2018

Kontrowersje po śmierci Stana Lee

Tak, wiem, nie potrafię uszanować śmierci, żeruję, clickbait, propaganda itd. Generalnie, śmierć Stana Lee i wypowiedzi niektórych ludzi na jego temat bezczelnie traktuję jako pretekst, by propagować homofobię. Amen. Ale doceńcie, że przynajmniej poczekałem, aż go pogrzebią ;)



Oczywiście, jak usłyszałem o śmierci Stana Lee, nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jakie były jego poglądy, w szczególności religijne. Udało mi się znaleźć dwie wypowiedzi na ten temat. W jednej zapytany o inspiracje literackie, wymienił m.in. Biblię, choć w kontekście raczej językowym, niż duchowym: "And I read the Bible, I'm not a particularly religious person, but I love the phraseology: Thous, and Doths and Begets, so that was definteley in my mind when I was writing things like Thor" (http://www.christiandivine.com/StanLee.htm). W drugim przypadku, wprost zapytany, czy według niego Bóg istnieje, odpowiedział "Well, let me put it this way… [Pauses.] No, I'm not going to try to be clever. I really don't know. I just don't know" (https://www.avclub.com/is-there-a-god-1798208251). A zatem wyglądał na "czystego" agnostyka. Cóż, nie mnie jako katolikowi rozstrzygać, co ostatecznie zadziało się w jego duszy i jaki jest jej los, mogę jedynie powiedzieć "Wieczny odpoczynek, racz mu dać Panie". Ponadto powiem, że sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka, choć oczywiście zamotanego w świat szołbiznesowych, lewackich wartości no i (współ)tworzył uniwersum, które w ostatnim czasie dostarczyło mi sporo rozrywki i okazji do refleksji.

Oczywiście, sprawdziłem również, jak wypowiadali się o nim inni. Zdecydowana większość wypowiedzi była pełna hołdów, ale znalazło się trochę sceptyków, czy tzw. "hejterów". Zarzucano mu, że wycyckał swoich współpracowników na czele z Jackiem Kirby, co byłoby sensownym zarzutem (choć nie podejmuję się oceny, czy prawdziwym). Zarzucano mu również, że pod koniec życia molestował opiekujące się nim pielęgniarki... co również byłoby dosyć przykre, gdyby się potwierdziło. Żyjemy w czasach gdy co niektórzy SJW wprost mówią, że w przypadku oskarżenia o molestowanie (zwłaszcza oskarżenia "white hetero cis male", czyli według tych przepełnionych tolerancją ludzi, najgorszej możliwej swołoczy) nie powinno się stosować "domniemania niewinności", a raczej domniemanie winy. A najlepiej nieobalalne i niepodlegające dyskusji założenie, że jeśli ktoś został oskarżony, to znaczy, że jest winny, koniec i kropka, a jakiekolwiek próby jego obrony to świństwo i "mizoginia". I nawet jeśli oskarżycielka wprost przyzna, że wszystko zmyśliła, to i tak nie powinno to być podstawą do przyznania, że oskarzony jest niewinny, jak w przypadku sędziego Kavanaugh. Warto, żeby niewinni (o ile hetero cis scum może być niewinny) poszli siedzieć, jeśli ma to pomóc w obaleniu "patriarchii" (patriarachatu? W każdym razie, zaczerpnięte z prawdziwej wypowiedzi). Tymczasem, w przypadku Stana Lee reakcje na te oskarżenia były zdumiewająco zdroworozsądkowe i logiczne - obrońcy wskazywali m.in. na to, że opiekunki nie wniosły żadnego formalnego oskarżenia, a jedynie domagały się pieniędzy, a cała sprawa pachniała próbą wymuszenia. To potwierdza, jak cenioną osobistością był Stan Lee - skoro nawet znaczna część tumblrowców zrobiła w jego przypadku wyjątek od zasady "domniemania winy".

Ale idąc dalej - pojawiły się oskarżenia o "rasizm i homofobię" (to znaczy, nie to, żebym miał coś przeciwko homofobii, ale wiem, ze według autorów tych wypowiedzi jest ona czymś złym). Śmieszne, twórca "Czarnej Pantery" rasistą... Nie to, żeby lewacy potrzebowali jakiegoś szczególnego powodu dla wykrzykiwania swoich magicznych zaklęć pod czyimś adresem, ale spróbowałem sprawdzić, czy w tym konkretnym przypadku opierają się na jakichkolwiek, choćby najwątlejszych przesłankach. Okazało się, że problem wynikł z tego, że Stan Lee swego czasu wypowiedział się krytycznie na temat koncepcji "czarnoskórego biseksualnego Petera Parkera" i stwierdził, że nie ma sensu zmieniać istniejących postaci w celu uczynienia z nich przedstawicieli "mniejszości" - jeśli ktoś chce zapewnić "reprezentację", niech stworzy nowe (co zresztą w pewnym sensie się stało - przecież istnieje czarny Spiderman w postaci Milesa Moraleza. A że gejowskiego nie ma, to akurat dobrze - wtrącenie moje). I że wypowiedzi ówczesnego odtwórcy roli Spidermana - Andrew Garfielda - sugerujące, że fajnie, jakby MJ była facetem, są próbą zwrócenia na siebie uwagi.
https://lulz.com/woke-twitter-stan-lee-1905/
 http://tearingdownthatfence.tumblr.com/post/58325003193/stan-lee-comments-on-bisexual-spider-man-again
https://www.redstate.com/brandon_morse/2018/11/13/sjws-attack-stan-lee-passing-label-horrible-things/
https://twitter.com/shipperofstuff/status/950845095607263232

Oczywiście, nie łudzę się, że Stan Lee był prawicowcem. Możliwe, że gdyby mnie spotkał, znając moje poglądy, nie podałby mi ręki (albo wyraził swój niesmak w inny sposób - cóż, takie życie katola-fantasty, trzeba być świadomym, że większość twórców rzeczy, które się lubi, nie polubiłaby ciebie). Raczej był takim typowym przedstawicielem szołbiznesu, o poglądach, powiedzmy "umiarkowanie lewackich". Ale jak widać, wielu tęczowym bojownikom to nie wystarcza. Kiedyś tolerancja oznaczała brak agresji. Potem zaczęła oznaczać brak krytyki. Obecnie, dla lewaków nie jest tolerancyjny, jeśli odmawiasz aktywnego popierania ich postulatów w jakiejkolwiek kwestii, w jakimkolwiek stopniu. Możesz powiedzieć "Hej, nie mam nic przeciwko gejom, super że są gejowskie postaci, wiwat LGBTXYZ@$#%... ale może nie każda istniejąca postać koniecznie musi być queerowa?" i bum, jesteś homofobem. W sumie, fajnie. Może taka postawa ostatecznie przyniesie więcej dobrego, niż złego. Bo w końcu umiarkowani lewacy, którzy popierają LGBT, bo nie chcą się czuć/być postrzegani jako "homofobowie" zrozumieją, że choćby nie wiem jak się starali, nigdy nie będą dość dobrzy i zawsze będą obrywać i słyszeć, że muszą czekać swój przywilej. I w końcu ich szlag trafi i nawrócą się na homofobię. Czego im życzę z duszy, z serca.
https://twitter.com/wrongpool/status/1018363365528227841

wtorek, 30 października 2018

"Dziewica w opresji" - gra paragrafowa autorstwa Bergho

 Oto gra paragrafowa autorstwa mojego znajomego Bergho (ktoś może go kojarzyć z Poltera):


http://www.mediafire.com/file/6291u9s24bxcnox/Dziewica+w+opresji%281%29.rar

Oto, jak sam autor o niej pisze:

"Z góry przepraszam za:
- formę (html)
- kiepskie poczucie humoru (mam nadzieję, że nikogo nim nie urażę)
- potencjalne błędy

Instrukcja:
1) Obowiązkowo należy odpalić plik ZANIM ZAGRASZ
2) Zgodnie z instrukcją należy zapoznać się z plikiem Karta postaci oraz wybrać jedną z interesujących nas cech
3) Opcjonalnie można włączyć plik Serdecznie polecam
4) Po odpaleniu ZANIM ZAGRASZ -> Karta postaci -> uruchamiamy START.html
5) Próbujemy cieszyć się grą i nie pomstować nadmiernie na jej niedoskonałości i niski humor

Zarys fabuły: Jesteś rycerzem Olgierdem. Z pomocą giermka Bożydara wyruszasz na poszukiwanie niedoszłej miłości swojego życia więzionej przez niecnego smoka
Gatunek: humorystyczne fantasy, gra fabularna
Poziom trudności: trudna, zaskocz mnie i ukończ grę za pierwszym podejściem bez oszukiwania"


Moje wrażenia: pojedyncza rozgrywka trwa dosyć krótko, choć do wyboru jest całkiem sporo opcji (np. bywają paragrafy z ok. pięcioma). Paragrafy (poza pierwszym) są też krótkie, może warto byłoby je rozbudować? Rozgrywka w znacznej mierze sprowadza się do kolekcjonowania przedmiotów i towarzyszy - w zależności od tego, jaką kombinację mamy, zależy jakie zakończenie uda nam się osiągnąć. Poza tym jest parę zagadek - część wymaga uważnego czytania i zapamiętania wcześniejszych informacji, część jest typowo "logiczna".
Przyznam, że mi za pierwszym razem nie udało się przejść bez oszukiwania.

niedziela, 14 października 2018

Rimworld - recenzja gry

"Rimworld" to kolejna po "Darkest Dungeon" gra, którą polecam już na etapie wczesnego dostępu. W tym przypadku, pod koniec tego etapu, bo 17 października wejdzie finalna wersja... I właśnie dlatego piszę tę notkę. Od kiedy obserwowałem tę grę na Steamie (od jakiegoś roku? Przy czym w sumie wczesny dostęp trwał ok. 5 lat) ani razu nie była w promocji - zawsze 107 zł i koniec. Liczyłem na to, że kiedy early access się zakończy, będzie jakaś zniżka... Ale nie - twórca z góry uczciwie zapowiedział, że potem cena pójdzie w górę. Toteż zakupiłem. A jeśli ktoś chce pójść w moje ślady, niech się pospieszy. A dlaczego moim zdaniem warto? O tym poniżej.

Rimworld to symulator kolonii na odległej planecie. Najpierw komputer losuje jedną do pięciu postaci (w zależności od trybu gry) - mamy możliwość zrezygnowania z danej osoby i wylosowania na jej miejsce innej, choć nie możemy sami ich dowolnie stworzyć (znaczy, jest taki mod....). Potem statek, którym podróżujemy spotyka bliżej niesprecyzowana katastrofa i w kapsułach ratunkowych lądujemy na nieznanym świecie.

Po wybrania postaci gra generuje planetę - potem możemy wybrać miejsce lądowania. Dobrze wziąć pod uwagę takie rzeczy jak bliskość lasów i gór, średnią temperaturę itd. Potem lądujemy. Naszym oczom ukazuje się w przybliżeniu okolica wybranego punktu zrzutu - lasy, krzaki, skały.
 Co dalej? Ano będziemy ścinać drzewa, łupać kamienie, sadzić roślinki, polować na zwierzątka, budować ściany, meble, wybuchowe pułapki i superkomputery, bronić się przed dzikusami, piratami, szalonymi wiewiórkami, ludobójczymi robotami itd. Żeby przeżyć jak najdłużej... i ewentualnie zbudować własnej roboty statek kosmiczny, który zabierze nas na jakąś bardziej rozwinięta planetę (teoretycznie jest to cel gry i skutkuje jej wygraniem... tylko po co?). Takie połączenie Simsów z Minecraftem... Zapewne najbliżej do Dwarf's Fortress - tak się domyślam, bo w DF nie grałem (nie wymagam wiele do grafiki, ale wolę, żeby była. Znaczy, tekstowe RPG ok, ale tekstowa strategia/symulacja niekoniecznie).
"Podstawowy" obszar gry jest ograniczony "niewidzialnymi ścianami", jak mapa misji z typowego RTS-a. To tutaj będziemy budować naszą bazę i mierzyć się z atakami na nią. Ale na późniejszym etapie gry da się wychodzić poza ten obszar, tworząc karawanę i wysyłając kilka postaci do innej lokacji na mapie planety - np. do ataku na wrogą bazę, handlu z sojusznikami czy wykonania jednej z pojawiających się od czasu do czasu misji, w stylu "uratuj kolejnego rozbitka, który nadaje sygnał SOS" - gdy wybrana ekipa dotrze na miejsce, możemy się przełączać pomiędzy lokacją startową i tym nowym obszarem. Przez większość czasu postacie zajmują się swoimi sprawami (głównie pracą), bez konieczności ich bezpośredniego nadzoru (a gdy później nasza kolonia rozrośnie się np. do dwudziestu osób, taki nadzór byłby wręcz niemożliwy). Możemy ustawiać postaciom priorytety, a także wymusić, by bohater w tej chwili zajął się konkretną czynnością ( z pewnymi ograniczeniami, niektóre postacie nie mogą robić pewnych rzeczy, o tym poniżej, poza tym nie możemy zmuszać nikogo do snu ani narzucać czynności "rozrywkowych", jak gra w szachy, bilard, czy zorganizowanie przyjęcia - to postacie robią wyłącznie z własnej inicjatywy). Ponadto, możemy przełączyć wybrane postaci w "tryb bojowy", podczas którego sterujemy nimi jak w RTS (ale mogą wówczas wyłącznie się poruszać i walczyć, żadnych cywilnych czynności).

Każda z postaci jest indywidualną osobowością. Jeśli chodzi o praktyczne umiejętności, jest ich około 10 - strzelanie, walka wręcz, gotowanie, medycyna, sadzenie roślin itd.  - rozwijają się dzięki używaniu osiągając poziom od 0 do 20. Bohater miał określone życie przed katastrofą - jego origin jest rozbity na dzieciństwo i dorosłość (chyba, że w dalszym ciągu jest dzieckiem - ale to tylko w modach) i określa nie tylko początkowy poziom zdolności, ale czasem wręcz blokuje pewne czynności - np. arystokrata może zacząć jako świetny negocjator i szermierz, ale nigdy nie będzie sprzątać śmieci w bazie, to poniżej jego godności, z kolei zbiegły obiekt eksperymentów laboratoryjnych może mieć wysokie umiejętności naukowe, ale umie into dyplomacja i handel. Ponadto postać określają ok 2-4 cechy specjalne - psychopata nie dostaje kar do samopoczucia za dwuznacznie moralne zachowania, "heavy sleeper" nie budzi się nawet w czasie nocnych alarmów, gdy baza jest pod ostrzałem, piroman od czasu do czasu coś podpali (jedna z najbardziej znienawidzonych cech) itd. Ale to nie wszystko - stan organizmu jest dosyć szczegółowo oddany. Ręka została trwale uszkodzona? Pewne czynności będą wykonywane mniej efektywnie. W jakim stopniu to zależy - czy postać straciła palec albo kilka, a może ma blizny po ranach siecznych albo oparzenia? Jeśli ma uszkodzoną lub straconą szczękę, mówienie czy jedzenie będzie sprawiać jej większe trudności. Kończyny, oczy,  różne organy wewnętrzne... Niektóre rany da się wyleczyć (zwłaszcza jeśli dysponujesz odpowiedniki lekami, odpowiednio wykwalifikowanym lekarzem i sprzętem medycznym), niektórych nie. Czasem zwierz odgryzie całą nogę, czasem trzeba ją amputować zanim infekcja się rozniesie... ale wtedy wprawny medyk może ją wymienić na protezę - poczynają od "pirackiej" z kawałka drewna, kończąc na bionicznym cudzie techniki. Albo wymienić rękę np. na mordercze ostrze wymontowane z pokonanego robota. Każda postać ma określone zdanie na temat innych w skali od -100 do +100, na które wpływ mają cechy postaci (np. mizogin nie przepada za paniami, a piękną postać wszyscy lubią, jeśli nie podpadnie im naprawdę mocno) czy historia ich wzajemnych stosunków (np. to, że jedna postać na własnych rękach wyniosła drugą z pola bitwy, gdy ta straciła przytomność polepszy ich stosunki, natomiast akt kanibalizmu na czyichś zwłokach negatywnie nastawi większość osób do ludożercy). Jeśli postacie naprawdę się nienawidzą, mogą wdać się w walkę, jeśli bardzo się lubią i są różnej płci (albo zboczone), mogą zawrzeć związek (a potem zaręczyć się i wziąć ślub). Poza tym, ważne jest zadowolenie postaci, na co ma wpływ wiele różnych czynników - podstawowe kwestie, takie jak "czy jestem najedzony, wyspany i zdrowy" i najróżniejsze "okazyjne", których nie sposób zliczyć - postać może być smutna, bo np. jej przyjaciel umarł, widziała rozkładające się niepochowane zwłoki, czy dlatego, że jej sypialna jest nieładna. Gdy morale jest naprawdę niskie, postać doznaje czasowego załamania nerwowego, co może objawiac się na różne sposoby - np. postać chowa się przez cały dzień w pokoju, napycha się jedzeniem, choć nie jest głodna, albo wpada w berserk i atakuje wszystkich wokół.

Co jakiś czas naszą kolonię ktoś napadnie jakiś wróg - czasem są to ludzie z innych frakcji - miejscowi tubylcy, inni rozbitkowie, kosmiczni piraci - z tymi dwiema pierwszymi frakcjami da się zawrzeć pokój. Niekiedy horda rozszalałych zwierząt, które z jakiegoś powodu pałają nienawiścią do ludzi albo oddział armii robotów, których celem jest eksterminacja biologicznego plugastwa. Jak wspomniałem wyżej, w czasie walki możemy co do zasady sterować postaciami bezpośrednio. Masakrowanie odbywa się za pomocą broni do walki wręcz i dystansowych - arsenał jest spory - noże, miecze, pałki, dzidy, różnego rodzaju pistolety, strzelby, karabiny, wyrzutnie rakiet, granaty zwykłe i z napalmem (można przy okazji sfajczyć las, uprawy, albo całą bazę). Pancerzy jest trochę mniej - właściwie tylko kamizelki kuloodporne i zbroje wspomagane (plus kilka rodzajów hełmów), aczkolwiek znaczenie ma materiał, z którego je wykonano. Jest też parę specjalnych zabawek - np. tarcza energetyczna, która (dopóki się nie rozładuje) chroni przed wrogim ostrzałem (ale również uniemożliwia strzelanie noszącemu ją - o czymś takim pisałem tutaj: https://adgedeon.blogspot.com/2016/08/bron-biaa-w-modernistycznych-swiatach.html ), czy "lanca psychiczna" sprawiająca, że wróg wpada w szał. Osłony (zarówno naturalne, jak np. drzewa, czy sztuczne, jak np. stawianie przez nas worki z piaskiem) mają znaczenie. Friendly fire występuje i jest bardzo groźny - jednym z podstawowych wyzwań przy większych bitwach jest takie ustawienie drużyny, by postacie nie stały sobie na linii strzału, a jednocześnie mogły celować do wroga. A do tego jeszcze dochodzą pułapki - miny i wnyki. Walka wymaga trochę pomyślunku (aktywna pauza jest), nawet pomimo tego, że AI wroga za silne nie jest.
W większości gier walka kończy się fizycznym wyeliminowaniem przeciwnika, czasem wprowadza się mechanikę morale sprawiającą, że wróg może uciec (takowa jest w Rimworldzie). Tymczasem tutaj koniec walki to czas na decyzje - co zrobić z pokonanymi. (O ile byli to ludzie, bo w innym przypadkach wiadomo - dzikie zwierzęta oprawić, roboty rozmontować na części). Nie każda rana powodująca utratę przytomności kończy się śmiercią. Wrogów możemy uwięzić, ale jeśli ich nie opatrzymy, szybko umrą (pytanie, czy chcemy marnować na nich lekarstwa?). A gdy już się nimi zajmiemy, możemy trzymać ich w celi i co jakiś czas podejmować próbę "nawrócenia" (ale przez ten czas musimy   karmić bezproduktywnych więźniów). Możemy wypuścić, by poprawić stosunki z ich frakcją. Możemy wyciąć im organy (co pogarsza nastrój większości osadników, którym nie podobają się takie niemoralne praktyki). A martwych należy pogrzebać. Albo spalić.

Tak piszę o wszystkim i o niczym, ale naprawdę ciężko opisać tę grę tak, żeby dać pojęcie o stopniu jej skomplikowania. Nie napisałem o tym, jaki wpływ ma estetyka bazy, tryb pór roku, rolnictwo, kulinaria, substancje psychoaktywne... Miliony drobiazgów. A kiedy gramy w trybie permadeath, co chwilę musimy podejmować ważne decyzje. Czy wycofać z walki ranną postać, czy zaryzykować jej śmierć dla zwycięstwa? Czy skorzystać z okazji i sprzedać część plonów? A co jeśli potem w zimie nam zabraknie jedzenia? Czy w razie głodu uciec się do kanibalizmu?

Dodajmy, że Rimworld już doczekał się ogromnej ilości modów - drobiazgów w rodzaju dodatkowych broni, czy mebli, ale i całkowicie nowych mechanik jak higiena, rodzicielstwo, moce psychiczne, czy wampiryzm.Po dłuższym czasie rozgrywka może zacząc się nudzić, gdy wynaleźliśmy, co się dało, nasza baza jest fortecą nie do ruszenia, a magazyny pękają w szwach od zapasów... I nie chce nam się mozolnie zbierać surowców na statek kosmiczny, by zobaczyć ekran zwycięstwa. Ale wtedy zawsze możemy zacząć od nowa - z zupełnie innymi postaciami, w innym klimacie, z innym zestawem modów.

Jeśli chodzi o technikalia - grafika.... jest. Postacie są nie bez powodu nazywane przez graczy "pionkami" - to schematyczne korpusy z głowami, widać fryzury, budowę ciała i karnację oraz ubiór, reszta to kwestia wyobraźni. I ciężko, żeby było inaczej, biorąc pod uwagę ilość czynników, które trzeba by zwizualizować przy szczegółowej grafice (utracone kończyny, blizny itd.). I tak czasem gra się chwilowo tnie przy większej liczbie osadników (ja dotarłem max. gdzieś do 30, ale rekordziści mieli ponad setkę). No ale ludzie grają Dwarf Fortress, gdzie grafy praktycznie w ogóle nie ma...
Muzyka jest ok, choć po dłuższym czasie powtarzające się melodie (chyba nie ma ich dużo) mogą się znudzić.

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie ocenił aspektów światopoglądowych. No cóż - współżycie seksualne jest, jakkolwiek pary mogą zawierać śluby, to z reguły słuszna kolejność rzeczy jest odwrócona. Pojawiają się tzw. geje, ale na szczęście rzadko (i w sumie, skoro w grze są różne niemoralne rzeczy w rodzaju kanibalizmu czy zabijania jeńców na organy, to można to potraktować jako kolejny element symulacji, a nie propagandę).  Nie ma elementów zorganizowanej religii, zapewne z powodu politpoprawności. Choć od czasu do czasu postacie zamierają w miejscu w swoim pokoju ze statusem "praying" (odnawia to część zadowolenia) - przynajmniej tak było we wcześniejszych wersjach, gram na 18 (aktualna jest 19, zaraz będzie 1.0, celowo gram na starszej, bo część modów nie została jeszcze zaktualizowana), ale może to wina modów. Ponadto, na obrzeżach pojawiają się wstawki typu "mam nadzieję, ze jego dusza zazna spokoju" (po pogrzebaniu towarzysza w ozdobnym sarkofagu), istnieją również postacie o backgroundzie duchownego.
W każdym razie, wydaje mi się, że kiedy była dyskusja na forum nad stworzeniem moda dodającego bardziej rozbudowanego systemu religii, jakiś cwaniak zaczął się produkować "Hehehe, głupoty, w przyszłości nie będzie takich głupot jak religia", główny twórca - Tynan Sylvester - ochrzanił go i powiedział, że nie zgadza się z takim stanowiskiem. Więc w sumie na tle większości gier, nie jest źle.

Aha, gra została w znacznej mierze przetłumaczona na polski (i multum innych języków), ale kiedy ostatni raz próbowałem grać po polsku, część tekstów była jeszcze nietknięta, ponadto mody są z reguły tylko po angielsku, a nie lubię mieszania, więc gram w wersji oryginalnej.

Także tego. Mógłbym ciągnąć ten bełkot w nieskończoność, ale mam nadzieję, że dałem Wam jakieś rozeznanie, co to za gra i czy warto się nią zainteresować.