wtorek, 30 maja 2017

Absurdy postapokalipsy

Postapokalipsa to stosunkowo (stosunkowo!!!) młody podgatunek fantastyki. Zdawać by się mogło, że powinien oferować świeże, pozbawione schematów spojrzenie i ciekawe obserwacje. Oczywiście, czasem tak jest... Ale czasem uniwersa tego rodzaju są równie kliszowate, co "tradycyjne, tolkienowskie" fantasy z elfami i krasnoludami. Co gorsza, często są to klisze bardzo absurdalne z punktu widzenia zdrowego rozsądku. Żeby nie było, że tylko narzekam, na koniec podaję przykład, moim zdaniem, sensownej "postapokalipsy", w postaci książki "World War Z".


1. Przecenianie technologii
Spójrzmy prawdzie w oczy - bez wielu współczesnych wynalazków da się żyć. Gdybyśmy w jakiś magiczny sposób utracili dostęp, dajmy na to, do Internetu czy komórek, bez wątpienia wywarłoby to duży wpływ na nasze życie... ale nie doprowadziło do upadku całej cywilizacji, czy nawet rządów. Ponadto, należy pamiętać, że poziom życia, jakim cieszymy się w Polsce, to jest luksus w porównaniu do poziomu życia typowego człowieka XXI wieku. Tak, wiem, że Polakom, z ich ogromnymi kompleksami, narzekactwem i umiłowaniem krytykowania wszystkiego, co polskie, ciężko to sobie uświadomić, ale Polska znajduje się w czołówce krajów rozwiniętych. Większość krajów na świecie boryka się z głodem, chorobami i przestępczością, a znaczna część ludności mieszka w warunkach, które my uznalibyśmy za slumsy/wyjątkowo zapadłą wieś. Brak Internetu, komórek, ba! nawet brak elektryczności nie byłby dla wielu Ziemian szczególną tragedią, bo też na co dzień nie korzystają z tych luksusów. Szczerze mówiąc, dla tzw krajów trzeciego świata taka katastrofa mogłaby być życiową okazją, bo poziom pomiędzy nimi, a "elitą" wyrównałby się, co dałoby im szansę na "wywindowanie się" do niszy, która wcześniej była zablokowana przez dotychczasowe potęgi. No ale w postapo rzadko kiedy mamy do czynienia z taką sytuacją... Głównie dlatego, że większość takich utworów jest tworzona przez Amerykanów (do których z trudem dociera fakt, że na świecie istnieją jakieś państwa poza USA, a nawet jeśli istnieją, to nie mają większego znaczenia i są tylko jakimiś plamami na mapie służącymi do tego, żeby Amerykanie jeździli tam na wczasy/wysyłali wojsko w celu zaprowadzenia demokracji, same z siebie "nie istnieją").

2. Nadmierne bestialstwo
Nierzadko katastrofa w utworach postapo prowadzi do upadku nie tylko cywilizacji, ale i moralności. Oczywiste jest, że w trudnych warunkach ludzie stają się bardziej bezwzględni, ale bez przesady. W niektórych światach jakiś miesiąc po katastrofie 90% populacji staje się kanibalami, gwałcicielami i sadystami. A pozytywny bohater to z reguły ktoś, kto sam nie morduje i nie gwałci, ale też nie kiwnie palcem w obronie osoby trzeciej, bo "takie mamy czasy, Katastrofa wszystko zmieniła, coś tam". Tymczasem, raz, że nawet w najmroczniejszych czasach (czyli wszystko licząc do wczesnego średniowiecza łącznie, a i potem nie było różowo) tak to nie wyglądało.
Po pierwsze, choć generalnie ludzie są źli, to ich zło na ogół nie przejawia się w sadyzmie, tylko chciwości i lenistwie. Dlatego bandy "rozbójników" są jak najbardziej realistyczne, ale już uczynienie z większości populacji histerycznie śmiejących się wariatów mordujących każdego, kogo spotkają, jest absurdalne. Po prostu, większość ludzi w takiej sytuacji popełniałaby złe czyny dla zwiększenia własnych szans przeżycia, a nie dla funu. I nie, mordowanie wszystkiego, co się rusza, nie zwiększa twoich szans przeżycia, o czym poniżej.
Po drugie, bycia samotnikiem zmniejsza twoje szanse przeżycia. Nie zwiększa. Nie zwiększa. Nie. Wszystkie te gadki o tym, że "W grupie pozostali ludzie tworzą wartość ujemną, nie dodaną", "Katastrofa sprawiła, ze każdy musi polegać tylko na sobie", to czysty absurd. Oczywiście, są sytuacje, kiedy dodatkowy członek grupy może być obciążeniem, nie bonusem (np jeśli jest jest chory), są sytuacje, w których zbyt duża grupa może sobie radzić gorzej, niż mniejsza (np gry brakuje pożywienia), ale można spokojnie stwierdzić, że w 99% sytuacji dwóch albo trzech poradzi sobie lepiej, niż jeden. Ot, najprostszy przykład - kiedy śpisz, dobrze, żeby ktoś stał na warcie. Kiedy się zranisz, albo zachorujesz, dobrze, żeby ktoś w czasie twoje niedyspozycji zdobywał pożywienie... i stał na warcie (nawet jeśli nie z altruizmu, to po to, żebyś Ty zrobił to samo dla niego - w ten sposób oboje zwiększacie swoje szanse przeżycia). Ponadto, ludzie są istotami inteligentnymi. Inteligencja jest naszym głównym atutem. A najlepsze wykorzystania inteligencji (w tym jej podstawowego "materialnego" przejawu - korzystania z narzędzi) wymaga specjalizacji. Spotkałem kogoś, kto był przed Katastrofą doktorem medycyny, rolnikiem, inżynierem? Hmm, jego wiedza bardzo by mi pomogła, to istny dar z nieba, ze go spotkałem, dzięki niemu moje życie będzie dużo lepsze.... NIE KURDE CO JA PIERDOLĘ ZGWAŁCĘ GO, ZJEM, A Z KOŚCI ZROBIĘ NASZYJNIK, BO ekhem KATASTROFA ZMIENIŁA WSZYSTKO! Znaczy się bo tak.
Nie bez powodu ludzkość NIGDY ALE TO NIGDY nie była gatunkiem, którego osobnicy prowadzili samotniczy tryb życia (oczywiście pomijając pojedyncze przypadki, które taki tryb wybrały - ale nie bez powodu postrzega się ich jako dziwaków).
Dlatego też przemiana ludzkości w hordę psychopatów błąkających się po pustkowiu i mordujących się nawzajem natychmiast po zauważeniu, jest mniej wiarygodna niż smoki, elfy i krasnoludy. A jeśli chcesz, żeby Twój bohater była "samotnym wilkiem", to niech to wynika z jego konkretnego charakteru, ale nie wciskaj kitu, że to oczywiste, bo tak łatwiej przeżyć.
Po trzecie - ludzie lubią mieć towarzystwo. Nawet wielcy zbrodniarze nierzadko mieli swoje rodziny, które szczerze kochali, towarzyszy broni, za których oddaliby życie itd. (oczywiście, znowu są wyjątki, np Stalin traktował jak gówno nawet najbliższą rodzinę i najbardziej zaufanych współpracowników - ale jednak ich wykorzystywał a nie gwałcił i zjadał). Nawet źli ludzie w złych czasach muszą mieć kogoś, z kim mogą od czasu do czasu pogadać.

2. Upadek rządów
Jak wiadomo, w postapo rządu nie ma, są co najwyżej jakieś lokalne wspólnoty, ewentualnie niedobitki starego reżimu (oczywiście współwinne katastrofy) siedzą w podziemnym bunkrze i planują coś paskudnego.
Z czego wynika popularność takiego motywu?
Po pierwsze, ze wspomnianego faktu, że postapo przyszło z Ameryki. A Amerykanie generalnie nie przepadają za rządem. Ten "anarchizm" przybiera dosyć ciekawą postać. Ichni prawicowcy co do zasady nie lubią rządu federalnego. Na ogół zakładają, że powinien się on zająć wyłącznie bezpieczeństwem, tj. wojskiem i policją... ale wielu uważa, że to bez przesada, że najlepiej zadbają o to jakieś lokalne ochotnicze milicje i sami obywatele, dzięki dostępowi do broni. Poza tym, rząd chodzi na pasku lewaków i próbuje uczyć naszych dzieci o gejach i aborcji. Z kolei wielu lewaków wierzy w to, że rząd jest zły... no bo wydaje pieniądze na wojsko i policję, które to są aparatem opresji (no bo na przykład policja nie pozwala biednym okradać bogatym i w dodatku dyskryminuje Murzynów częściej ich zatrzymując/aresztując/strzelając do nich i nie fakt, że Murzyni częściej popełniają przestępstwa to nie argument). Poza tym, rząd jest zły, bo chodzi na pasku wielkich korporacji!
Oczywiście, jest tam też wielu "propaństwowców", ale generalnie odsetek ludzi, którzy na pytanie "Skoro rząd według ciebie jest zły, co powinien zrobić?" odpowiedziałoby "rozwiązać się" jest bardzo duży. W USA możesz być szczerym patriotą, śpiewać hymn, mieć flagę na domu, samochodzie i kosiarce, szczerze deklarować, że oddałbyś życie za swój kraj i jednocześnie z duszy, serca, nienawidzić rządu. Nie tego konkretnego rządu, ale samej koncepcji. Pomyślmy, ile jest amerykańskich filmów gdzie rząd jest tym złym, gdzie to on ponosi winę za kryzys? A już niemal zawsze, gdy kryzys zajdzie, rząd okazuje się być kompletnie nieprzydatny w jego rozwiązaniu, albo wręcz przeszkadza, próbując wszystko zatuszować, nawet za cenę ofiar. A gdy mowa o "rządowych eksperymentach" to na 99% nie chodzi o lekarstwa na raka, tylko o hodowanie zombie albo konstruowanie broni masowej zagłady.
Oczywiście, to wszystko wynika z amerykańskiej historii, z ducha pionierstwa, z tradycji niezależności stanów itd. Tym niemniej wyraźnie ekranuje to na amerykańską twórczość... a przez nią na twórczość w ogóle. Swoją drogą, Polacy też przejawiają podobne, specyficzne podejście do władzy i patriotyzmu.
Stąd też brak rządu w postapo wynika z jednej strony z 1) braku wiary w jego efektywność "na pewno nie byłby w stanie sobie poradzić z takim kryzysem i by upadł", 2) braku wiary w jego dobrą wolę "zażegnanie kryzysu byłoby dobre, a rząd jest przecież zły".
Tymczasem, jak by to prawdopodobnie wyglądało w realu? Rząd by nie upadł. Znaczy, może konkretny tak, ale na jego miejsce powstałby nowy. Albo wojskowa dyktatura. Rząd ma narzędzia do narzucania swojej władzy - wojsko i policję. Dlaczego miałby pozwolić na rozpad państwa? Oczywiście, w czasie kryzysu miałby kłopoty z utrzymaniem porządku, ale i tak miałby większą siłę przebicia niż jakieś gangi czy tym bardziej, wspomiani samotni psychopaci. Oczywiście, jest możliwe, że na jakiś czas władza nad poszczególnymi regionami by osłabła... Na jakiś czas. Oczywiście, jest też możliwe, że rząd zostałby zmieciony w wyniku rewolucji... Ale rewolucjoniści z założenia musieliby być silniejsi od rządu, bo inaczej by nie obalili. Co zakłada pewien stopień organizacji. Jest też argument "bo wojsko by nie chciało strzelać do obywateli". No cóż, jest wiele krajów, w których wojsko i policja istnieją przede wszystkim po to, żeby strzelać do obywateli, jeśli się zbuntują. Co oznacza, że w razie globalnej katastrofy, prawdopodobnie dyktatury poradziłyby sobie o wiele lepiej, niż demokracje. Raz, że odpadłby problem z rozruchami, dwa - bo nie traciłyby czasu na opracowywanie procedur, które najlepiej zabezpieczą prawa człowieka, reprezentację mniejszości, praworządność i normy unijne, tylko po prostu by działały.
Możliwy jest rozpad państwa na mniejsze społeczności. Natomiast anarchia nie ma sensu. Zresztą, anarchia w ogóle nigdy nie ma sensu, nigdy i nigdzie, bo zorganizowana społeczność jest silniejsza od niezorganizowanej, a organizacja WYMAGA władzy, bo zawsze prędzej czy później pojawi się sytuacja, gdy osiągnięcie konsensusu przez wszystkich członków społeczności jest niemożliwe, a działać trzeba. Więc rządy pokonałyby anarchistów, drogą doboru naturalnego. A nawet gdyby nie, to anarchiści szybko musieliby stworzyć własne rządy.

3. Nie ma świata poza Ameryką
Tak, ten wątek przewija się przez cały artykuł. Dla Amerykanów świat wygląda tak - USA oraz inne kraje, których istnienie jest określane w relacji do USA. Bogate kraje są bogate dzięki opiece USA. Biedne kraje są biedne, bo USA im nie pomaga. Żywa jest również postawa izolacjonistyczna.
Co z tego wynika? Ano, jak powyżej wskazałem - przecenianie technologii (zapominają, że wielu ludzi i tak nie ma dostępu do tej technologii, więc dałoby radę przeżyć bez niej, QED). Ignorowanie sytuacji międzynarodowej - ok, jest postapo. USA upada. A co z resztą świata? Jeśli doszło do wojny nuklearnej, prawdopodobnie część krajów neutralnych nie oberwała, albo oberwała mniej - czy w takim razie te kraje nie powinny stać się bardziej znaczące? Utracono jakąś technologię  - jak wyżej, przepaść pomiędzy USA a krajami trzeciego świata się zmniejszyła. Doszło do rozruchów - no chyba nie na całym świecie?
Tymczasem, z reguły mamy próźnię. USA istnieje samo na świecie. Nie ma wzmianki o tym, co się dzieje w innych państwach i jaki to ma wpływ na to nieszczęsne USA, jeśli już tam musi się toczyć akcja (a jakiś wpływ ma na pewno, przecież nawet w dosyć prymitywnych czasach, przed wiekami, wysyłano żaglowce do Ameryki, już nie mówiąc o tym, że na kontynentach amerykańskich istnieje całkiem sporo państw innych niż USA).
Irytujący jest też sam fakt osadzania postapo zawsze właśnie w USA. O ile jest to zrozumiałe w przypadku Amerykanów, o tyle trochę smutno, że Polacy też tak robią. Czy nie fajnie byłoby choć raz, zamiast Neodzikiego Zachodu zobaczyć Neodzikie Pola?

A teraz trochę "rozsądnego" postapo.

Wzorem może tu być książka "World War Z" Maxa Brooksa. Dla tych, którzy oglądali film o tym tytule - z tego co wiem, różnica jest znaczna (nie oglądałem filmu). Nie jest to typowa powieść, to raczej zapis relacji różnych postaci, z różnych krajów na temat (wygranej) "wojny z zombie". Oczywiście, niektóre postaci i wątki się przewijają, ale nie na tyle, żeby wyróżnic jakiegoś głównego bohatera.
Książka omija właściwie wszystkie absurdy, o których wspominałem. Rządy jak najbardziej działają i choć na początku dostają trochę po dupie, to jednak to one są głównym ogniwem walki z kryzysem, co powinno być oczywiste. Nie dochodzi do żadnego rozpadu więzi międzyludzkich, ludzie tworzą wspólnoty albo chociaż łączą się w grupy, oczywiście, są szuje chcące wykorzystać sytuację, ale są też bohaterowie poświęcający życie dla innych. Opisywane są wydarzenia z różnych części świata, pokazane jest, jak lokalna specyfika wpływa na walkę z zombie - np armia rosyjska z początku jest mocno zdemoralizowana i zdeorganizowana, ale jak już się ją bierze za mordę, to doprowadza do powstania nowego caratu (i nowej, parachrześcijańskiej religii), niemieckie wojsko ma trochę spętane ręce (bo pamięć o czasach holocaustu sprawia, że żołnierze są gotowi kwestionować rozkazy typu "poświęćmy część ludności dla wyższego dobra", nawet jeśli jest to konieczne), Brytyjczycy wykorzystują średniowieczne zamki zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, bo mur nie obroni przed bombardowaniem, ale przed hordą zombie, jak najbardziej.... Właśnie, bardzo fajnie i logicznie jest tutaj ukazany sposób walki z zombie i przemiany w militariach. Na początku USA dostaje po dupie dlatego, ze chce walczyć z zombie nowocześnie, a nie tędy droga. Bombowce i rakiety są mało efektywne, bo służą przede wszystkim do niszczenia infrastruktury, której zombie nie mają. Poza tym, rakiety i bomby zabijają wrogich żołnierzy głównie "pośrednio" - raniac ich odłamkami, parząc w wyniku eksplozji, rzucając falą uderzeniową itd - wszystkie te obrażenia są niegroźne dla zombiaków. Dlatego ostatecznie najlepszą metodą walki okazuje się powrót do XVI-XIX wieku - równe rzędy piechurów prażące do nadchodzących hord z broni niemaszynowej (broń maszynowa prowadzi do niepotrzebnej utraty amunicji, lepiej raz trafić zombiaka w łeb, nniż sto razy w korpus), dodatkowo wyposażone w broń do walki wręcz. Oprócz tego, dostajemy opisy sposobów walki w różnych środowiskach i sytuacjach, bo inaczej się walczy pod wodą, inaczej w polu, inaczej w mieście itd. Generalnie, jest to skarbnica pomysłów dla Mistrzów Gry, którzy chcieliby poprowadzić sesję w świecie postapo, ale tak trochę bardziej realistycznie.

Oczywiście, niektórzy po prostu chcą pisać/grać w uniwersum, gdzie samotne wilki przemierzają wyludnione, anarchistyczne pustkowia i naparzają do zombiaków, mutantów i kanibali. Czasem w rozrywce sens świata przedstawionego nie jest najważniejszy, chodzi o czystą zabawę i "regułą fajności" (inna sprawa, że obecnie, przynajmniej w Polsce, zauważam w fandomie erpegowym modę na tępienie "symulacjonizmu", czyli wszelkich przejawów realizmu). Rozumiem to w pełni i nikomu nie zamierzam tego zabraniać. Warto jednak mieć świadomość nielogiczności pewnych rozwiązań i nie iść w zaparte, że "tak to by wyglądało".



środa, 17 maja 2017

Pierwszy numer "Fantoma", trzeci numer "Komiks i My" oraz ogólnie o komiksach "ideowych"

"FANTOM"
Od jakiegoś czasu "Nowa Fantastyka" była praktycznie jedynym papierowym czasopismem poświęconym w całości literaturze fantastycznej. Od jakiegoś czasu, tj. od upadku  "Science Fiction, Fantasy i Horror", które przez jakiś czas stanowiło jedyną poważną konkurencję. Smutny to stan, tym bardziej, że "Nowa Fantastyka" od jakiegoś czasu idzie w specyficznym kierunku publikując głównie mętne, artystyczne teksty w stylu sztuki nowoczesnej, jakieś strumienie świadomości itd.
 Oczywiście, były próby stworzenia alternatywy, ale jakoś nie wypalały. "Fantom" jest kolejną taką próbę. Niedawno wyszedł pierwszy numer tego dwumiesięcznika (maj-czerwiec), liczący ok. 100 stron i kosztujący ok. 11 zł.
Ze "słowa od naczelnego"(Adama Podlewskiego) dowiedziałem się, że tytuł nawiązuje do gazety wydawanej niegdyś przez "Klub Tfurców". No cóż, oryginalnego "Fantoma" nigdy nie widziałem, za młody jestem, ale o Klubie słyszałem. Cóż, ostatnimi czasy przeżywamy istny wysyp reaktywacji starych tytułów. MiM, Secret Service (który magicznie przeistoczył się w Pixela), teraz to. Rednacz twierdzi, że to nie tylko jechanie na nostalgii, a użycie tytułu uzasadniają dwie rzeczy. Po pierwsze, nowa redakcje ma błogosławieństwo kilku członków Klubu, tj. Andrzeja Pilipiuka, Rafała Ziemkiewicza i Tomasza Kołodziejczaka (jak na razie aktywniejszy udział wziął ten pierwszy). Po drugie, "Fantom" ma się stać "kuźnią kadr", miejscem przyjaznym dla młodych twórców.
Tematem pierwszego numeru jest "Wsi spokojna, wsi wesoła", aczkolwiek nie powiem, żeby ta tematyka dominowała. W klimatach rustykalnych dostajemy po pierwsze opowiadanie jednego z patronów, niestrudzonego Pilipiuka, tj. "Gumofil". Jest to kolejna przygoda Jakuba Wędrowycza.  Drugie opowiadanie, "Dziady" Jana Madejskiego również zahacza o kwestie wiejskie (a w zasadzie wiejsko-leśne). Nawiązanie do Mickiewicza jest oczywiste, a tekst traktuje o tym, co spotkało pewnego kłusownika i jest horrorem.No i felieton noszący tytuł "Wsi spokojna, wsi wesoła. Horror rustykalny w literaturze", w którym Maciej Sprzęgaj najpierw odwołuje się do polskich tradycji w tym względzie, to jest m.in. do poezji romantycznej i "Wesela" Wyspiańskiego, a następnie przechodzi do współczesności, dochodząc do wniosku, że motyw ten jest słabo wykorzystany i zastanawia się, dlaczego tak jest.
I to by było tyle w temacie, aczkolwiek, jak zaznaczyłem wcześniej, temat przewodni nie jest tematem dominującym w pierwszym numerze. Zatem, co dalej? Jeszcze dwa opowiadania: "Tancerka i żandarm" Andrzeja Sawickiego, dziejące się w czasach zaborów łączące balet z demonologią i "Lawliet" traktujące o aniele stróżu (zawiera wątek kryminalny i jest zbudowane w sposób dosyć "fragmentaryczny, przeskakujący pomiędzy scenami dziejącymi się na przestrzeni wielu lat).
To tyle, jeśli chodzi o "pełne teksty". Oprócz nich znajdziemy tutaj też kilkustronicowe reklamowe fragmenty kilku książek - Imperium burz" Sarah J. Maas, "Zaczarowanych" Rene Denfelda, "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewy, "Obok orła" Jacka Radzymińskiego, a także komiksu "Mrok. Diabelskie misterium".
Co więcej? Ano publicystyka. Zaskakująco dużo wywiadów. Pierwszy z Pilipiukiem, z którego przebijają poglądy, których można się było bez problemu dopatrzyć i w jego twórczości (niechęć do współczesności, sympatia dla przeszłości i umiłowanie solidnego rzemiosła - niekoniecznie pisarskiego), potem z innymi pisarzami fantastycznymi: Marcinem Podlewskim, Lindą Nagatą, Cezarym Zwierzchowskim, autorkami "Wielkiej księgi  legend Warszawy" Anną Wilczyńską i Małgorzatą Lewandowską oraz youtuberkami: Nicholasem Lloydem i grupą Binkov's Battlegrounds. Najbardziej zaciekawił mnie wywiad z dr ekonomii Bartoszem Sternąlem, teoretykiem procesów regresu technologicznego. Jak wynika z jego treści, pan doktor jest również graczem rpg, co dodatkowo ułatwia mu czynienie ciekawych obserwacji na temat zjawiska regresu w fantastycznych światach. W wywiadzie poruszany jest temat space-oper (gdzie przecież często mamy takie motywy, jak feudalna konstrukcja gwiezdnych imperiów, walka na miecze itd) czy postapokalipsy. Doktor wyjaśnia m.in. czemu czynienie z amunicji waluty, jak to się dzieje np w uniwersum Metro, to kiepski pomysł. Szkoda, że wywiad nie jest dłuższy, a wywody doktora nieco mniej pobieżne, bo temat jest bardzo ciekawy, a widać, że ten człowiek mógłby sporo o nim opowiedzieć.
Oprócz tego pierwszy numer zawiera artykuł "Krótka historia studia Ghibli".
Redakcja ma już palny na kolejne numery. Tematem drugiego ma być "Miasto. Masa. Maszyna". Steampunk? Cyberpunk? Urban Legends? Wszystkiego po trochu? Się okaże. Natomiast w trzecim poruszana ma być kwestia teorii "turbosłowiańskich".
Jak wrażenia po pierwszym numerze? Jest przyzwoicie, ale szału nie ma. Opowiadania są porządnie napisane, ale mnie niespecjalnie ruszyły. Łamy zdominowały wywiady, które też tyłka nie urywają, ot typowa gadka "Skąd czerpiesz inspiracje, jakie są twoje dalsze plany", jedynie wspomniana rozmowa z doktorem ekonomii się tu wybija. Pod koniec rednacz zachęca ludzi do nadsyłania swoich tekstów, więc możliwe, że w drugim numerze proporcje będą trochę inne. To dobrze, że pojawiła się konkurencja dla "Nowej Fantastyki", bo konkurencja na rynku zawsze jest dobra. To dobrze, że pojawiło się kolejne miejsce, gdzie będą mogli debiutować/publikować młodzi nieznani twórcy. Problemem jest to, czy takie czasopismo utrzyma się na rynku, w sytuacji, gdy w Internetach jest pełno darmowych treści, a z wiadomych względów nie może ono liczyć na wyrobioną przez lata wierną fanbazę, która będzie kupować kolejne numery choćby z przyzwyczajenia (ja sam kupowałem NF jeszcze co najmniej kilka miesięcy po tym, gdy zorientowałem się, że z całego numeru na ogół mam ochotę doczytać do końca jakieś 30% treści).




"KOMIKS I MY"
Jakiś czas temu pisałem o pierwszym numerze nowego magazynu komiksowego "Komiks i My" ( http://adgedeon.blogspot.com/2016/07/komiks-i-my-nowe-czasopismo.html ) prezentującego katolickie podejście do komiksów. Przyznam, że powątpiewałem, czy czasopismo to przetrwa - a jednak, na razie jakoś sobie radzi. Dziś w EMPIKu natrafiłem na trzeci numer.
Kto czytał moją recenzję pierwszego numeru - albo po prostu czytał pierwszy numer - ten wie, czego się spodziewać. Znaczna część zawartości to kontynuacja serii zapoczątkowanych w jedynce. Trzeci odcinek "Stacji kontroli dusz", kolejne przypowiastki tworzone przez Grzegorza Weigta na podstawie afrykańskich opowieści siostry  Dolores Zok itd. Lekkie zaskoczenie wzbudziła u mnie adaptacja wiersza "Krakowski jubileusz" "Boya" Żeleńskiego (scen. Kazio, rys. Dyzio), gdyż poeta ten kiepsko wpisuje się w profil ideowy pisma - w 20leciu międzywojennym propagował "liberalizację" prawa aborcyjnego i był skonfliktowany ze środowiskami katolickimi i konserwatywnymi, w czasie II Wojny Światowej kolaborował z bolszewikami - i nie chodzi o to, że napisał jakąś odę do Stalina, żeby się go bezpieka nie czepiała, tylko aktywnie współpracował i udzielał się w sowieckich organach (kolaboracja z socjalistami z ZSRR skończyła się, gdy dopadli go konkurencyjni socjaliści z III Rzeszy).
Najbardziej zaciekawił mnie artykuł "Biblia pauperum" autorstwa Grzegorza Weigta. Stawia on pytanie - dlaczego komiks biblijny jest tak słaby? Autor zastanawia się nad przyczynami, na chwilę pochyla się nawet nad tezą, że Biblia z założenia nie powinna być ilustrowana, zgodnie ze starotestamentowym zakazem tworzenia wizerunków (po czym sam sobie odpowiada, że nie o to chodzi, no bo to właśnie jest zakaz starotestamentowy, który chrześcijan nie wiąże) i ostatecznie nie daje odpowiedzi.
Problem jest bardzo ciekawy i dotyczy nie tylko komiksu biblijnego, ale w ogóle większości komiksów "religijno-patriotycznych", czy to opartych na żywotach świętych, czy ukazujących chwalebne lub tragiczne wydarzenia z naszej historii. Większość tego typu pozycji jest koszmarnie nudna. Ktoś mógłby powiedzieć "to dlatego, że religia i historia po prostu są nudne", ale to bzdura. Zarówno dzieje Polski, jak i Biblia są kopalnią ciekawych motywów i kto tego nie dostrzega, niezależnie od swoich poglądów, jest uprzedzony. To, że ja jestem katofanatykiem nie oznacza, że nie doceniam potencjału narracyjnego np różnych pogańskich mitologii.
Ktoś inny powie "Bo twórczość w służbie propagandy zawsze wychodzi kiepsko". No cóż, to kolejne bezmyślne zaklęcie fanatyków bezideowości, na podobnym poziomie, co "Prawda zawsze leży pośrodku", czy "Dzielisz ludzi".  Jest mnóstwo udanych filmów, książek, piosenek, które mają propagować określone wartości. Z drugiej strony, twórczość komercyjna też zawiera mnóstwo chłamu, a twórczość czysto "artystyczna" (tzn sztuka nowoczesna) to już prawie sam chłam. Tyle, że chłam propagandowy jest trochę bardziej widoczny od tych dwóch innych rodzajów. Chłam artystyczny jest prawie niewidoczny, bo generalnie sztuka nowoczesna normalnych ludzi niespecjalnie interesuje. Chłam komercyjny ma większe szanse, żeby przepaść, bo weryfikuje go czysty wolny rynek - jak coś się słabo sprzedaje, to się tego nie produkuje, proste. Natomiast twórczość propagandowa, nawet jeśli kiepska, z reguły otrzymuje wsparcie (także finansowe) bardziej lub mniej wpływowej grupy, której zależy na propagowaniu zawartych w jej idei i ma swój "betonowy elektorat" - ludzi, którzy ją kupią, choćby była nie wiem jak gówniana, tylko dlatego, że "zapewnia odpowiednią reprezentację osób LGBT", albo wręcz przeciwnie.
Wyżej wspomniałem, że jest mnóstwo udanych książek czy filmów propagujących treści religijne czy patriotyczne. Dlaczego zatem na polu komiksowym ciężko coś takiego znaleźć?
Wiadomo, czy się różni tekst popularnonaukowy od powieści historycznej. Każdy z nich spełnia określoną rolę, każdy ma inną formę. A teraz sobie wyobraźmy, że ktoś próbuje przerobić to pierwsze, na to drugie. Znaczna część treści jest zachowana w niezmienionej formie, jako wypowiedzi narratora, podobna część jest włożona w usta bohaterów jako dialogi, część treści wylatuje, bo nie ma dla niej miejsca, są za to dodane zdawkowe opisy jako "didaskalia". W tej formie opis bitwy pod Grunwaldem wyglądałby mniej więcej tak:
"15 lipca 1410 r. doszło do bitwy pomiędzy siłami krzyżackimi, a polsko litewskimi.
W trakcie bitwy książę Witold krzyknął:
- Litewscy rycerze, jesteśmy lżejsi i szybsi od ciężkich rycerzy krzyżackich, wykonamy pozorowany odwrót, który na jakiś czas odciągnie część wrogich sił z pola bitwy!
Manewr Witolda pomógł wojskom polsko-litewskim odnieść zwycięstwo. Po bitwie król Władysław Jagiełło powiedział do Witolda:
- Ta bitwa miała duże znaczenie i jest jedną z przełomowych bitew w dziejach świata, doprowadziła do złamania potęgi Zakonu Krzyżackiego, który już nigdy nie będzie tak silny, jak wcześniej, a także do zacieśnienia więzi pomiędzy Polską, a Litwą".
(Oczywiście, to jest tylko przykład, nie chodzi mi o to, czy tezy tu wskazane są zgodne z prawdą, tylko pokazanie sposobu prezentacji).
Przyjemnie się to czyta? Czy to jest połączenie "nauki i zabawy"? Gdzie tu "zabawa"? A nauka? Czy nie lżej by się czytało zwyczajny, normalnie napisany tekst popularnonaukowy, bez pajacowania i udawania, że to powieść?
No właśnie problem w tym, że w ten sposób jest tworzona zdecydowana większość komiksów religijnych i historycznych. Obowiązkowe ramki z rozwlekłą, suchą narracją podającą fakty historyczne, obok rysunek, na którym postaci w dymkach wygłaszają dalszy ciąg wykładu. To nie łączenie nauki i zabawy. Rozrywki nie ma w tym za grosz, nauka też jest ograniczona, bo tekst musi być na tyle zwięzły, żeby zmieścić się w ramkach i dymkach. Jeśli tak to ma wyglądać, to lepiej byłoby stworzyć zwykły tekst, napisany przystępnym językiem, a rysunki walnąć obok, jako zwyczajne ilustracje (oczywiście, w tej sytuacji rysunków byłoby o wiele mniej i byłaby to niewielka strata, bo obrazki z gadającymi głowami, które wypełniają większość kadrów tego typu komiksów, można bez żalu wyrzucić).
Ale nie musi tak być. Można po prostu wziąć jakiś zwykły komiks komercyjny komiks Marvela, DC, Thorgala, Asterixa, Gwiezdne Wojny, cokolwiek, popatrzeć, jak się prowadzi narrację w komiksie, uświadomić sobie, że postacie mogą normalnie rozmawiać, zamiast wygłaszać wykłady, że o zgrozo, czasem o czymś w ogóle mogą nie mówić, bo w komiksie pewne rzeczy lepiej pokazać, niż omówić, a przerzucanie większość opowieści do ścian tekstu "narratora", to już w ogóle siara. A potem stworzyć taki sam komiks, tylko opowiadający inną historię.
Żeby nie było, że tak jeżdżę po komiksiarzach - wspomniałem o tym, że możliwe, że problemem jest postawa zleceniodawców. Że to oni nie rozumieją medium komiksowego i gdyby jakiś minister kultury i dziedzictwa narodowego czy prezes centrum dziedzictwa Jana Pawła II dostałby do ręki normalny fajny komiks na zadany temat, to by go rzucił na podłogę mówiąc "Co to za gówno mi pan przynosisz, to ma być poważny komiks dydaktyczny, żeby się dzieci czegoś nauczyły, a pan mi dajesz jakieś historyjki obrazkowe z heheszkami i przemocą. Myślałem, że w komiksie da się przekazać jakieś pozytywne wartości i wiedzę, ale widzę, że to medium nie jest w stanie się wznieść ponad durne historyjki o Batmanie". W takim wypadku, to oni powinni zmienić swoje nastawienie.

piątek, 28 kwietnia 2017

To, że nie chcesz, żebyśmy mówili o religii, to Twoja prywatna sprawa.

Niedawno, tuż przed Wielkanocą niejaka Ewa Chodakowska, ponoć znana instruktorka fitness, opublikowała na swojej stronie na fejsbuku obraz przedstawiający Pana Jezusa na krzyżu oraz tekst o treści:
 "W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II".
Jak się łatwo spodziewać, wywołało to masę negatywnych reakcji, z czego większość sprowadzała się do "ale czemu piszesz o religii, przecież RELIGIA TO SPRAWA PRYWATNA!".
I nie chodzi tutaj już konkretnie o P. Chodakowską  (oczywiście, niektórzy katoliccy moraliści mogą mieć wątpliwości, czy występowanie w dosyć skromnych strojach, nawet w kontekście "sportowym" jest w pełni zgodne z katolicką moralnością, ale nie podejmuję się w tym miejscu rozstrzygać tej kwestii i w ogóle nie o tym jest ta notka), tylko o samo zjawisko. Lewacy mają takie swoje ulubione "magiczne zaklęcia", których użycie w ich mniemaniu powinno zamykać wszelką dyskusję (a jeśli po ich użyciu dalej próbujesz się stawiać, to według nich tylko potwierdzasz, że jesteś tępym fanatykiem odpornym na "argumenty"). "Jesteś homofobem", "Dzielisz ludzi", "To prowadzi do faszyzmu", "Wierzysz w to, bo rodzice wyprali Ci mózg", Jesteś pozbawiony empatii", "Religia to sprawa prywatna". A niby kurde dlaczego religia ma być sprawą prywatną? Bo Wy tak mówicie? A dlaczego Wy macie o tym decydować? To tak, jakbym ja nie lubił, dajmy na to sportu i za każdym razem, jak ktoś porusza ten temat, próbował go zakrzyczeć, bo "To, czy ktoś uprawia sport, czy nie, to jego sprawa prywatna, ja nie uprawiam i nie lubię, jak ktoś mi wciska sportową propagandę, to uraża moje uczucia, bo w jakiś sposób sugeruje, że jak nie uprawiam sportu, to jestem gorszy!".
Wypychanie religii z życia politycznego nie ma sensu, bo jest motywowane niemożliwym do spełnienia postulatem neutralności światopoglądowej. Pisałem już o tym wcześniej - twierdzenie "X powinno być nielegalne, bo jest niezgodne z wolą Bożą" jest dokładnie tak samo zideologizowane i tak samo naukowo udowadnialne, jak twierdzenie "X powinno być nielegalne, bo jest niesprawiedliwe/narusza godność człowieka". Sprawowanie władzy polega na narzucaniu ludziom konieczności postępowania z poglądami innymi, niż ich własne - od ustroju zależy tylko to, czyje to są poglądy (władcy/grupy trzymającej władzę/grupy, która najgłośniej krzyczy). Ale przecież lewakom nie wystarcza rozdział religii od polityki. Obecnie dążą do rozdziału religii od... w zasadzie wszystkiego. Nie musisz dążyć do zmiany prawa na zgodne z religią, nie musisz chodzić po domach i ewangelizować, nie musisz komuś mówić, że jego zachowanie jest niezgodne z religią.... Wystarczy, że w JAKIKOLWIEK sposób okażesz, że jesteś osobą wierzącą. Złożysz życzenia świąteczne zawierające jakiekolwiek nawiązanie do wydarzenia, którego dane święto dotyczy, założysz krzyż, pomodlisz się w miejscu, w którym ktokolwiek może Cię zobaczyć, powiesz, że idziesz do kościoła - już krzyk. Dlatego też z lewakami nie ma sensu iść na kompromis, bo pomijając kwestie etyczne, kompromis z nimi po prostu nie jest możliwy - dla nich, dopóki nie ustąpisz w 100% ze swojego stanowiska, będziesz faszystą urażającym ich uczucia. To są ludzie, którym jak dasz palec, to nie tylko urwą Ci całą rękę, ale jeszcze będą wyrażać głębokie (i najwyraźniej szczere) oburzenie faktem, że nie chcesz im dobrowolnie oddać drugiej.
Ponadto, zabawne jest to, że lewacy jednocześnie bardzo się rozczulają nad Paradami Równości i generalnie wszelkimi publicznymi przejawami gejostwa, a każde zdanie typu "Nie mam nic przeciwko gejom, ale to ich prywatna sprawa, co lubią w łóżku, czemu muszą tym epatować" (a jest to chyba najczęściej wyrażana w Polsce reakcja, której nie podzielam, bo przecież praktyki homoseksualne to grzech niezależnie, czy są jawne, czy ukryte, co rzecz jasna nie znaczy, ze gejów nie dotyczy wolność słowa) spotyka się z ich strony z natychmiastowym potępieniem, bo przecież pederaści mają prawo wyrażać siebie. Irytująca jest ta lewacka obsesja na punkcie obrony "wolności seksualnej". Walczą z wolnością gospodarczą, z wolnością słowa, w zasadzie w każdej dziedzinie chcą wszystko kontrolować i uszczęśliwiać ludzi na siłę... Ale jeśli chodzi o cokolwiek związanego z seksem, to bronią jak lwy, nie masz prawa nawet złego słowa powiedzieć.
Ale od lewaków jeszcze bardziej irytujący są pseudokatolicy. Otóż jest taki typ katolików, którzy do kościoła nie chodzą, w niemal każdej sprawie mają stanowisko niezgodne z zasadami chrześcijańskimi, w sumie nierzadko nawet w Boga nie wierzą... Więc na czym polega ich katolicyzm? Otóż na tym, że kiedy ktoś zetnie krzyż czy nasra na święty obrazek i normalni katolicy są oburzeni, on się budzi i krzyczy "A JA JAKO KATOLIK nie czuję się urażony, o widziecie, to ja jestem normalnym, przywoitym katolikiem i tak się powinien katolik zachowywać, a Wy to jakieś fanatyki". Albo kiedy lewica próbuje stłamsić religię, wtedy jest drugi przypadek, kiedy się budzą i krzyczą "JA JAKO KATOLIK popieram tą inicjatywę, bo RELIGIA TO SPRAWA PRYWATNA! O widzicie, nawet my katolicy, jesteśmy przeciwko katolicyzmowi, a tamte ludzie, co twierdzą inaczej, to jakieś mohery i margines społeczny".
Otóż sprawa jest prosta. Jeśli uważasz, że religia jest sprawą prywatną i nie ma dla niej miejsca w sferze publicznej (niekoniecznie  nawet w polityce), to w ogóle nie jesteś katolikiem. I nie, to że się za katolika uważasz, NIE MA ZNACZENIA. Na tej samej zasadzie, jak jedząc schabowe nie jesteś wegetarianinem, choćbyś nie wiem jak mocno w to wierzył. Jezus kilka razy mówił - Idźcie i nauczajcie wszystkie narody świata. Nie mówił "Nie obnoście się ze swoją wiarą, żeby przypadkiem nie urazić uczuć kogoś, kto jej nie podziela". W ogóle Jezus w bodajże nigdy nie wspomniał, aby urażanie czyichkolwiek uczuć miało jakiś związek z oceną moralną danego czynu.
Ponadto - katolik to, ktoś, kto w swoim życiu kieruje się zasadami swojej religii. Jeśli z założenia oddzielasz jakąkolwiek sferę swojego życia od religii, bo "religia to moja prywatna sprawa, w tej dziedzinie nie mogę się nią kierować", nie jesteś katolikiem (oczywiście, czym innym jest uleganie słabościom i sprzeniewierzanie się zasadom z tego powodu, co się zdarza każdemu, ale świadome i planowe odrzucenie zasad chrześcijańskich jest po prostu wyparciem się Chrystusa, koniec kropka). Śmieszy mnie, kiedy katolicy w ramach krytykowania islamu mówią "Bo Islam to nie tylko religia, to jest system, który reguluje całe życie". Chrześcijaństwo też reguluje całe życie chrześcijanina. Nie istnieją sytuacje życiowe, które byłyby neutralne moralnie z punktu widzenia nauki Jezusa. To, że dałeś sobie wmówić inaczej, to zwycięstwo lewaków.


W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175

W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości.. "Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilie paschalną a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - Jan Paweł II

Więcej na: http://www.kozaczek.pl/plotka/burza-na-facebooku-ewy-chodakowskiej-hipokryzje-zostaw-na-bok-77175

środa, 19 kwietnia 2017

Pierwsze ilustracje do "Grobu pobielanego"

W dalszym ciągu tworzę moją kolejną grę tekstową "Grób pobielany" i zapewne minie jeszcze duuużo czasu zanim ją ukończę. Wspominałem, że chciałbym, żeby była chociaż częściowo zilustrowana i dzisiaj wrzucam Wam pierwsze rysunki (sporządzone z pomocą pewnej osoby bieglejszej w sztukach plastycznych).

 




Tutaj widok ze statku przypływającego na Talassan, wyspy, na której będzie się toczyła większość gry.






Tutaj cmentarz, bodajże pierwsza "lokacja" jaką stworzyłem w grze.




Allan Jednooki, przywódca jednej z frakcji, z którymi może sprzymierzyć się gracz.



Dorea, zaufana współpracownica Allana.



Wyżej ukazane miejsca i postaci znajdują się w "demie" gry (czy może raczej "wersji early access"  obejmuje jedynie niewielki zakres całości, generalnie istnieją "lokacje" oznaczone plusem na "mapie miasta"), dostępnym pod tym linkiem:
http://www.mediafire.com/file/n22wvt8jl53n2d3/Gr%C3%B3b+pobielany+0.32.html ,
aczkolwiek jedynie jako opisy słowne. Na razie nie umieszczałem ilustracji w grze. Zapewne będą jeszcze poprawiane.... A poza tym, nie wiem, czy w ogóle jest sens w to iść - może są na tyle szpetne, że niczego w grze nie ulepszą, a wręcz przeciwnie? Dlatego, walę grochem o ścianę i proszę o Waszą opinię - czy widać, że coś z tego będzie, czy lepiej sobie dać spokój? I czy lepiej kolorować, czy zostawiać same szkice?


wtorek, 18 kwietnia 2017

"Planeta kryształu" - opowiadanie

   Kolejne moje opowiadanie, osadzone (luźno) w tym samym uniwersum, co zamieszczona wcześniej (choć napisana później) "Moc zaufania".





   - Cholera... – mruknął zwalisty mężczyzna, ubrany w czarną kamizelkę, która nie osłaniała jego potężnych ramion. Podrapał się z namysłem po głowie, po czym odrzucił karty i mruknął – Kramer zrobił wielkie głupstwo, kiedy cię nauczył w to grać.
   Przy stoliku siedziało trzech mężczyzn – wspomniany już osiłek, zwany przez załogantów Pałkarzem, siwiejący drobny mężczyzna w poplamionym olejem roboczym kombinezonie – Kramer Viento, oraz około 12-letni chłopak. Ten drugi patrzył na trzeciego z wyraźnym zadowoleniem. Razem tworzyli ekipę zajmującą się maszynownią ,,Uśmiechu losu”. I to właśnie w tym miejscu – pośród rur i różnorakich urządzeń, przy akompaniamencie postukiwania pracujących maszyn i syczenia gazów, ucinali sobie partyjkę Wysmyrańca.
    - A żebyś wiedział, że nie głupstwo – wymruczał, nieco piskliwym głosem Kramer. – Toż nie po to go nauczyłem, żeby nas ogrywał, tylko innych... A nam będzie oddawał to co ugra, prawda, Złamas? – wyjaśnił „główny mechanik”.
    Na twarzy Marca, zwanego Złamasem (ktoś go tak nazwał, kiedy chodził z ręką na temblaku, gdy wkurzony kapitan tak go załatwił – ręką się zrosła, ale przezwisko, ku jego utrapieniu, się przyjęło) wyraz triumfu z tego, że piąty raz z rzędu ograł swych ,,opiekunów” ustąpił miejsca ponuremu rozczarowaniu.
- Jaaaasne. – mruknął.
- Jedno dobre z tego, że ten pusty diabeł się tu przypałętał... – dalej mówił Kramer. - Odkrył, że masz ten, no, dar. „Zakrzywianie rzeczywistości”, ha! Już my zrobimy z niego lepszy użytek, niż on...
Pałkarz nerwowo przełknął ślinę, patrząc z zaniepokojeniem na coś, za plecami mechanika. Marco też tam patrzył, tylko nie tyle z niepokojem, co z przerażaniem. Kramer powoli obrócił się na stołku. ,,O wilku mowa” pomyślał.
Stał przed osobnikiem, który od jego przybycia na statek, kazał się zwać ,,wielebnym Torwalem”. Ale na księdza to on nie wyglądał, o nie. Co prawda jego ciemna szata nieco przypominała sutannę – pominąwszy te skórzane dodatki. Łysa czacha też o niczym nie świadczyła. Ale te paskudne tatuaże – zwłaszcza Symbol Zatracanie, Krzyż Ostrzy, czy jak zwał, tak zwał, wokół lewego oka – toż nawet dziecko wiedziało, że to symbol Nihilistów... Ciekawe, czy kapitan uświadamia sobie, z czym igra...
- Czy mogę służyć, wielebny? – przymilnym tonem spytał Kramer, przerywając chwilę milczenia.
- Zabieram dzieciaka. – oświadczył zimny, beznamiętnym tonem Torwal.
Marca sparalizował strach. Miał ochotę zerwać się ze stołka i uciec... Schować się w labiryncie rur, aby prześladowca do nie dostał. Ale lodowate spojrzenie czarnych oczu wielebnego go sparaliżowało. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu – zresztą w głębi serca wiedział, że nic by to nie dało. I tak człowiek w czerni by go dorwał – jak za każdym razem.
- Idziemy. – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu Torwal, po czym ruszył w stronę wyjścia z maszynowni.
Złamas machinalnie wstał i powoli, ze spuszczoną głową ruszył za wielebnym. Wiedział, że nieposłuszeństwo kosztuje go jedynie dodatkową porcję bólu.
- A nie zapomnij do nas zajrzeć, jak skończycie, a! – usłyszał jeszcze krzyk Kramera. – Trza jeszcze trochę poćwiczyć, zanim oskubiemy paru frajerów!
Nic ich nie obchodziło. Mieli gdzieś jego cierpienie. Tak jak mieli gdzieś, kiedy kapitan nim pomiatał... Jakże ich nienawidził. Gdyby mógł, zabiłby ich wszystkich. Patrzyłby, jak...
No, może z jednym wyjątkiem.


Kapitan Mervel siedział rozparty na swoim kapitańskim krześle na mostku i popijał rakkarskie piwo. Dookoła toczyło się zwyczajne, codzienne życie na ,,Uśmiech Losu”. Brego i Victor grali w kości przy, co chwila to klnąc to, to krzycząc z radości (zazwyczaj równie niecenzuralnie) zależnie od tego, któremu się poszczęściło. Semble właśnie zgniatał obcasem puszkę od piwa. Glaukos obmacywał siedzącą mu kolanach Helenę, która chichocząc, poprawiał sobie opaskę. Zakkarin siedział na podłodze pod ścianą i dawał sobie w żyłę. Cóż na takich statkach w czasie lotu – o ile wszystko szło, jak trzeba – nie było wiele roboty.
Choć jedna osoba na pokładzie cały czas pracowała. Andrea, siostra Mervela. Cały czas siedziała przy tym radarze – czy tam innym ustrojstwie, kapitan nie musiał sobie zawracać głowy takimi drobiazgami – gapiła się w te ekrany i wskaźniki i coś tam obliczała. No tak, takich zadupiastych planet jak ta, o której mówił wielebny, nie umieszcza się w bazach danych – a potrafił podać tylko jej przybliżone te... no... kołordynaty. Dlatego Andrea musiała siedzieć przy kompie dzień i noc, żeby nie przegapić aż w zasięgu pojawi się coś pasujące do opisu tego sekciarza. Mervel widział, że dziewczyna słania się na nogach, ma podkrążone oczy i prawie przysypia – ale gówno to go obchodziło. Pozwalał jej odchodzić tylko w celu, jak to się mówi – wypróżnienia. Tylko ona na tym całym statku na tyle się znała na tym ustrojstwie, żeby wychwycić, co trzeba.
W tym momencie Andrea podniosła głowę znad panelu. Na jej twarzy po raz pierwszy od kilku dni pojawiło się ożywienie. Mervel uniósł się lekko na krześle i wpatrywał się w nią w napięciu. Przeczuwał, co się stało. Jakimś sposobem reszta załogi też się zorientowała. Wszyscy w napięciu wpatrywali się w Andreę. No oprócz Zakkarina, który przebywał aktualnie w lepszym świecie.
- Chyba... Chyba ją znalazłam – w końcu wyszeptała nawigatorka.


- Patrz na kulkę – głos wielebnego dochodził do Marca jakby... z oddali. Tym razem ich spotkanie przebiegało inaczej... Nie było żadnego bólu. Żadnego przepytywania (oraz bólu – jakżeby inaczej – w razie złej odpowiedzi). W sumie to... Jakby... Nic nie było. Złamas czuł się... jakby śnił? W sumie to w ogóle się nie ,,czuł”. Nic go nie obchodziło... Miał wrażenie, cały świat – i on sam – zebrał się w tej małej ołowianej kulce, która za pomocą swoich sztuczek Torwal umieścił w powietrzu tuż przed nosem Marca.
- Obudź się. – zabrzmiało gdzieś w oddali. Chłopak nawet nie próbował zastanawiać się nad sensem tych słów. Wtem – ołowiana kulka zniknęła z pola widzenia. Marco otrząsnął się i rozejrzał dokoła.
Byli w kajucie, którą wielebny dostał od kapitana. Nie było tu nic, prócz koi, stolika i dwóch taboretów – pierwszego dnia Torwal wyrzucił wszystkie inne sprzęty, a także butelki i plakaty z gołymi babami, które zostały po poprzednim lokatorze. Panował tu straszny zaduch, a wyłączone oświetlenie nie dodawało przytulności. Marco poczuł, coś mokrego i zimnego na swoich przedramionach. Spojrzał na nie - i krzyknął przerażony. Były całe we krwi, a głębokie szramy ciągnęły się wzdłuż nich. Torwal, chowając hipnokulkę do płaszcza, stwierdził:
- Przez ponad godzinę cię torturowałem, a ty się nawet nie skrzywiłeś. Byłeś nieobecny, błądząc myślami po Pustce... Wiedziałem, że będzie z ciebie pożytek.
Marco powoli uniósł dłoń, aby dotknąć swojej głowy. Czuł, że z nią jest też coś nie tak. Była wygolona na łyso. Błądząc dłonią po nagiej czaszcze w niektórych miejscach wyczuwał jakąś szorstkość. ,,Pewnie wymalował mi te swoje znaki” – pomyślał.
W tej chwili drzwi kajuty się otworzyły i stanął w nich Victor. – Trafiliśmy na tą planetę! – krzyknął od progu. – Kapitan mówi, że w ciągu godziny będziemy gotowi do lądowania! – wtem najwyrażniej zauważył... niecodzienny wygląd Marca. Otworzył szeroko oczy i z zakłopotaniem podrapał się za uchem zdrową ręką.
   - Eeeeee.... To ja nie będę przeszkadzał – stwierdził, cofając się. 
   - Już skończyliśmy. – oznajmił wielebny, wstając ze swojego stołka. – Idziemy – rzucił Złamasowi. – Pora wypróbować cię w praktyce.


- Kiedy lądowniki będą gotowe!? – darł się na cały statek kapitan. Z niecierpliwością przemierzał mostek w te i z powrotem i nie wiadomo, czy jego sapiący oddech był spowodowany irytacją, czy wysiłkiem, jakim było przenoszenie niemałego ciężaru własnej tuszy.
- Niech ten cholerny gówniarz wam pomoże! – krzyczał Mervel na mechaników. – Nigdy go nie ma, kiedy jest potrzebny!
- Był potrzebny mi, gdzie indziej – dał się słyszeć głęboki, mocny głos. Do pomieszczenia wszedł Torwal a za nim, nieledwie kryjąc się w cieniu wielebnego, wlókł się Marco.
- Hehe. Ciekawie się tam zabawialiście, nie powiem – parsknął śmiechem Glaukos, wskazując na ,,przyozdobioną” głowę chłopca. Jednak nikt mu nie zawtórował. Prawie wszyscy bali się narazić wielebnemu. Choć jedna osoba, nie śmiała się z innego powodu. Andrea wyrwała się do przodu, w kierunku Marca. – Co on ci zrobił? – krzyknęła.
- Zamknij się, głupia babo – warknął kapitan i złapał swoją siostrę za ramię, pchając ją na ścianę. – Zostaw go. Wkurza mnie to twoje ciągłe niańczenie go! Nie rozczulaj się teraz nad nim, musi być twardy jak ma zrobić to, o czym gadał wielebny!
    - Zostawisz ją – stwierdził Marco.
    - Co ty pieprzysz, Złamas? – warknął kapitan idąc w kierunku chłopca.
- Stawia się, bo myśli, że ktoś się wystraszy jego imidżu – znowu zażartował Glaukos.
Marco uśmiechnął się z satysfakcją. Wiele razy stawał w obronie Andrei, kiedy Mervel się na niej wyżywał. Ona zresztą odwzajemniała mu się tym samym. Zawsze to się kończyło tym samym – obrywali oboje. Ale tym razem miał asa w rękawie.
- On – wskazał na Torwala – mówi, że jestem do czegoś potrzebny na tej planecie. Potrzebujecie mnie. A ja się nie ruszę, jak nie przeprosisz Andrei i nie obiecasz, że więcej jej nie uderzysz. Aha. – uśmiechnął się mściwie – I że nigdy nie nazwiesz mnie Złamasem!
- Ja cię nauczę moresu! – ryknął kapitan.
- To bez sensu – stwierdził Torwal. – Dzięki moim rytuałom osiągnął już taki stan, kiedy ból go nie dotyczy. Nie zmusisz go. Po prostu zrób co mówi. Nie chcę tracić czasu. Bardzo nie chcę.
Mervel odchrząknął. – No dobra. Więc... Ten. Tego.... Przepraszam. Nigdy więcej jej nie uderzę. I nie nazwę cię Złamasem.... Obiecuję. Zadowolony? 
- Taaa – mruknął Marco.
Glaukos wybuchnął śmiechem, obnażając swoje ostre kły. – Kapitanie, tańczysz pan jak ten Pustak ci zagra! – wskazał na Torwala. – Jak on, albo jego nowy ,,uczeń” sobie zażyczą, żebyś zrobił striptiz, też się posłuchasz?
- Skończ z tymi dowcipami, pijawko – oświadczył beznamiętnym tonem wielebny. – Zaczynają być... irytujące.
Na bladej twarzy Glaukosa pojawił się lekceważący uśmiech.
- A ty skończ z tym szpanem, oszołomie. Ja się ciebie nie boję.
W odpowiedzi Torwal położył rękę na czymś, co miał przypięte do pasa – i co wyglądało, jak rękojeść miecza – tylko, że na rękojeści się kończyło, ostrza nie było.
- Eeee... Glaukos – mruknęła Helena. – Może weź go nie drażnij? – powiedziała i odsunęła się o krok od swego chłopaka. Inni już wcześniej zaczęli się oddalać. Wokół mężczyzny zaczynało się robić pusto.
Jednak on nie tracił rezonu. – Dajcie spokój! – krzyknął. – Czego się boicie? Mało to frajerów chodzi z samymi rękojeściami, żeby szpanować i straszyć naiwniaków?
W tym momencie Torwal wyszarpnął zza pasa wspomniany przedmiot i błyskawicznie wyciągnął do przodu rękę, machając nim przed Glaukosem, po czym znów wsadził ją za pas. Cały ruch trwał chyba mnie niż sekundę. Pozornie nic się nie stało. Glaukos dalej stał z dwriącym uśmiechem. Już miał zamiar triumfalnie stwierdzić, że miał rację i broń wielebnego jest lipna, już otworzył usta... Ale nie był w stanie nic powiedzieć. Na jego szyi, na tej wysokości, na jakiej zamachnął się Torwal, pojawiła się cieniutka, krwawa linia, a po chwili głowa Glaukosa osunęłą się z szyi, spadając z łoskotem na metalową podłogę statku. Jego ciało natychmiast poszło w ślad czerepu. Wszyscy patrzyli z trwogą na wielebnego. Ci, którzy co nieco słyszeli o Nihlistach, teraz nie mieli wątpliwości, że to co Torwal nosi za pasem to puste ostrze – jedno z tych, które Nieistota wykuwa z czystego niebytu gdzieś w mrocznych kazamatach podziemi Czarnego Słońca. Niektórzy z załogantów dopiero teraz uświadomili sobie, w jakie gówno wdepnęli, kiedy kapitan zgodził się na interesy z tym Czarnym Inkwizytorem.
- Nie stać. Nie patrzeć się. – powiedział Torwal, przerywając milczenie. – Sprzątnąc to truchło. Dalej się szykować. – wiedział, że teraz ma bezwzględny posłuch u najemników.
Wszyscy pośpiesznie ruszyli do swych zajęć. Semblle i Helena, (która lekko pociągała nosem, a łzy rozmyły jej krzykliwy makijaż). Marco, oparty o brudną, zimną ścianę, patrzył na to obojętnym wzrokiem. Glaukos zawsze był pierwszy do dokuczania. Marco nie żałował go, o nie.
- Stój spokojnie. – usłyszał zatroskany głos Andrei, która kucnęła koło niego. – Zdezynfekuję ci te rany i opatrzę je... Co ten fanatyk ci zrobił... – mruczała zajmując się rękoma chłopca. – Bardzo boli?
    - Wcale. – stwierdził Marco.
    - Nie musisz udawać.
    - Ale to prawda. – odpowiedział. Bo tak właśnie było.
- Mój dzielny chłopiec – ze łzami w oczach powiedziała Andrea, przytulając go lekko. Marco bez zastanowienia przywarł do niej, ciesząc się tą krótką chwilą bliskości, zanim będzie musiał ruszyć wykonywać dla Torwala jego spaczoną misją. Andrea była jedyną osobą, którą lubił – ba, nawet więcej. Gdyby był parę lat starszy, pewnie pokochałby ją beznadziejną, niemożliwą do zrealizowania miłością. (Choć i bez tego uważał, że jest najładniejszą kobietą we wszechświecie.) A tak... starsza od niego o kilkanaście lat Laszamarka była dla niego kimś pośrednim pomiędzy starszą siostrą a przybraną matką. Od kiedy banda najemników Mervela przygarnęła go jako kilkuletniego brzdąca (,,Przyda się takie małe, co się wszędzie wślizgnie”) Andrea była jedyną osobą, która okazywała mu choć odrobinę ciepła. Opatrywała go zawsze, kiedy kapitan albo ktoś z ekipy mu przywalił. Obcierała mu łzy, kiedy traktowali go jak śmiecia. Kiedy był mały zawsze kołysała go do snu.
I nigdy, przenigdy, nie nazwała go ,,Złamasem”.
Nawigatorka, przytuliła go mocniej i przysunęła swoją twarz do jego, tak że jej ciemne włosy łaskotały go w policzek. – Posłuchaj... – zaczęła szeptać mu do ucha – Gdybym tylko mogła, zrobiłabym wszystko, żebyś nie musiał iść na tą planetę... Ale teraz nigdzie nie możemy uciec. Kiedy tylko to się skończy... Choćby nie wiadomo co... W najbliższym porcie uciekniemy. Mervel nie zdaje sobie sprawy co zrobił... Wszedł w układ z Nihilistą. Władze Paktu nigdy mu tego nie darują. Cała załoga zgnije w lochach Prawdziwej Inkwizycji. Dobrze, że te szpetne malunki co ci zrobił, to tylko farba, nie tatuaże. Zmyję ci je, włosy odrosną... Znikniemy gdzieś. Za naszą część nagrody zaczniemy nowe życie. A jak nie dostaniemy - i tak uciekniemy. Tylko proszę... Nie daj się zabić. Proszę. – Andrea pocałowała go w czoło i wstała. Po jej błękitnoskórych policzkach płynęły łzy, a na białym kombinezonie było kilka plam krwi z ran na rękach Marca, które przed chwilą opatrzyła.
    - Lądowniki gotowe! – dał się słyszeć piskliwy głos Kramera.
    - Wszyscy do mnie – wrzasnął w odpowiedzi kapitan. – Pora na odprawę.
    - Chodźmy – uśmiechnęła się słabo Andrea.



Kapitan Mervel leciał skulony w kapsule lądownika. Generalnie te pojazdy służyły dwóm osobom naraz – ale do tej nie zmieścił by się nikt inny. Laszamar byl dosyć otyły, a jeszcze objętości dodawał mu wyszabrowany na jakimś pobojowisku pancerz bojowy, który zakładał na każdą akcję. Co prawda – ledwo się niego wbijał, a pocił się w nim jak w saunie, ale był to mały koszt za względne poczucie bezpieczeństwa. Mervel, wpatrując się nerwowo w coraz bardziej zbliżające się połacie zielonej powierzchni planety, widoczne przez okienko, w myślach powtarzał słowa informacji, które podał im Torwal.
,,Planetę zamieszkuje rdzenna ludność. Powinni... Są całkiem dzicy. W zasadzie zwierzęta. Ale mogą być groźni. Musimy się przedrzeć do kamiennej budowli w kształcie piramidy. Znaleźć tam wielki, żółty kryształ. Zabezpieczyć i zabrać. Pierwszy poleci chłopak – i on pierwszy dotrze do świątyni. Dzięki mocom, które w nim obudziłem... Przedostanie się pomiędzy tubylcami. Kiedy dorwie się do kryształu i zrobi, co mu kazałem, tubylcy przestaną być grożni. Jeśli mu się nie uda – cóż, sam to zrobię.”.
Może kapitana powinno zastanowić parę rzeczy – na przykład jakim cudem tublcy - ,,zwierzęta” mogli zbudować świątynię. Albo jakim cudem ten kryształ ma ich unieszkodliwić... Ale po pierwsze – wiedział, ze ludzie, którzy wypytują Nihilistów o ich sprawy i uzyskują odpowiedź, w najlpeszym wypadku do końca życia, co noc boją się zasnąć – a po drugie, obchodziła go tylko sowita nagroda w walucie Paktu, jaką Czarny Inkwizytor obiecał.
W końcu lądownik znalazł się bezpośrednio nad powierzchnią planety. Autopilot poderwał pojazd (a Mervel poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła) aby uniknąć zderzenia z gęsto ją porastającymi drzewami. W końcu komputer znalazł wolną przestrzeń i pojazd zarył w ziemi. Melver natychmiast, nie czekając na odczyty systemu bezpieczeństwa, wcisnął odpowiedni przycisk i właz lądownika odskoczył. Z niemały wysiłkiem, kapitan wydostał się z kapsuły. Rozejrzał się dookoła. Pojazd wylądował na bardzo rozległej polanie, pośrodku puszczy. Wszyscy pozostali – prócz Andrei i Kramera, którzy musieli zostać na ,,Uśmiechu Losu” na orbicie – i ich lądowniki już tam były.
- Tam! – wskazał stojący na lewo Torwal, wskazując coś palcem. Mervel spojrzał w tamtą stronę. W oddali wznosiła się kamienna piramida. – Tam jest kryształ! – Na te słowa, wszyscy najemnicy zaczęli biec. – Szybko, zanim tublycy nadejdą! – Mervel chciał już wrzasnąć, żeby poczekali na niego, ale na te słowa sam zaczął szybciej przebierać nogami. A nie było łatwo. Pancerz bojowy był stworzony dla ciężkiej piechoty, nie dla biegaczy.
Byli dopiero w połowie drogi, a Mervel był tak zadyszany, że czuł, że po prostu musi odpocząć. – Ej, zwolnijcie! – krzyknął. – Tu i tak nikogo nie ma.
- Fakt! – krzyknął Victor Osiem Palców, który do tej pory biegł po prawej stronie, niemal przy ścianie lasu. Przystanął i stwierdził. – Bułka z masłem. Nie ma co się śpieszyć. Wejdziemy sobie do tego kloca i... – słowa przeszły w krzyk przerażenia. Z kniei coś wyskoczyło na Victora. Najemnik nie zdążył nawet wystrzelić, kiedy leżał na ziemii, a bliskodwumetrowy stwór o pomarańczowym pysku rozdzierał go na strzępy.
- Święty Joannesie-Od-Blizn, miej nas w swojej opiece – wymamrotał kapitan, pośpiesznie się oddalając. Usłyszał terkot karabinka. To Semble krótką serią zakończył żywot tego czegoś. Stwór leżał w kałuży krwi – ale i tak wyglądało na to, że zdążył wykończyć Victora. Co gorsza, z puszczy wyłaniali się jego pobratymcy.
- Do piramidy! – wrzasnął Torwal. – Musimy dostać się do kryształu!
,,Kryształem miał się zająć Złamas” – pomyślał kapitan. ,,Cholerny gówniarz, jak zwykle do niczego się nie przydaje...”. Mervel niemal poczuł, jak jego niebieska krew odpływa z twarzy. Wyglądało na to, że pozostałe osoby z ekipy nie usłyszały wezwania Torwala, może przez wściekłe ryki wydawane przez bestie. Semble cały czas strzelał do nadbiegających stworzeń. Helena miotała swoje noże. Brego odbezpieczył i miotnął w ich kierunku granat – wybuch zmiótł kilku, ale kolejni i tak nadciągali. Zakkarin z pianą na ustach, wymachując mieczami, ruszył do ataku. Kapitan wiedział, że ten na codzień nieobecny duchem osobnik, w walce jest straszny. Kiedy był na haju, napędzały go narkotyki w jego żyłach, kiedy na głodzie – ich żądza. Ale nie na wiele to się zdało. Owszem, z wysoku wbił jedno ostrze w oko którejś bestii, drugim rozpruł brzuch jej towarszysza – ale po chwili kilka stworzeń rzuciło się na niego.Wściekle czerwona, skołutniona czupryna zniknęła pod plątaniną pomarańczowych ciał.
- Piekło i Niebiosa – krzyczał Torwal. – Bando idiotów, do piramidy! Nie macie z nimi szans.
W końcu najemnicy pojęli aluzję. Zaczęli biec – a na czele Mervel, który przez cały czas posuwał się do przodu w swym ciężkim skafandrze. Jednak bestie były szybsze. Kątem oka Kapitan zauważył jak jedno ze stworzeń jednym zamachem szponiastego łapską urywa głowę Bregowi i odrzuca ją do tyłu. Po chwili usłyszał krótki pisk Helenie. Ją chyba też dostały. Choć kapitan bał się, musiał się odwrócić.
Faktycznie, dziewczyna leżała bez życia pod nogami jednego ze stworów. Jej dośc skąpy ubiór teraz byl całkiem rozszarpany... Podobnie jak ciało. Inna bestia właśnie złapała Pałkarza za nogę i wymachiwała potężnie zbudowanym mężczyzną, niczym szmacianą lalką. Pałkarz darł się wniebogłosy, zanim stworzenie nie gruchnęło jego głową o ziemię, zgniatając ją. Leżąca bezładnie urwana czarna ręką, dowodziła, że Semble’a też dorwali chociaż nigdzie nie było widać ciała Murzyna. Jedynie Torwal się trzymał. Wymachiwał swoim pustym ostrzem na prawo i lewo, niewidzialnymi ciosami odcinając głowy i kończyny nacierających stworów. Mimo tego, kolejne zacieśniały wokół niego krąg i wątpliwym było, że przeżyje.
,,Dobrze... Paskudy zajmą się klechą, a dotrę do piramidy!” – pomyślał Mervel. Zapomniał, że przecież i tak nie wie, jak aktywować kryształ. Ruszył, przebierając nogami tak szybko jak mógł. Już, już... Ledwie kilka kroków brakowało mu do czerniejącego wejścia do świątyni, kiedy potknął się na kamieniu. ,,Wstanie w tym cholerstwie zajmie mi kilka minut” – pomyślał z paniką. ,,Mam nadzieję, że żaden z tych stworów nie...”. W tym momencie ujrzał nad sobą cień. To był jeden z ,,tubylców”. Pochylił nad Mervelem swój, przypominający tygrysi, pysk. W pierwszej chwili kapitan jęknął z frustracją – los był taki niesprawiedliwy, żeby gubić niemal na progu ocalenia! Jednak po chwili już tylko krzyczał. Najpierw kiedy potężne szpony zdzierały z jego ciała blachy pancerza – potem, kiedy zdzierały z kości skórę i mięso.


Pokryty krwią (zarówno tubylców, jak swoją), kolekcją blizn powiększoną chyba dwukrotnie i szatą w strzępach, Torwal wszedł do wnętrza świątyni. Walka była ciężka, ale z łaski Pustki, udało mu się tu dostać. Tym lepiej, że tubylcy wykończyli najemników. To zaoszczędziło wielebnemu trudu ich wykończenia po akcji. Poza tym, naocznie przekonał się, że kryształ nie jest już potrzebny na tej planecie. Kiedyś tutejsi mieszkańcy mieli wysoko rozwieniętą kulturę – teraz byli jedynie dzikimi bestiami. Ta świątynia to niejedyny pomnik ich dawnej chwały – Torwal wiedział, że gdzieś lesie kryją się wielkie miasta – teraz zapewne opustoszałe. Taaaak... Niewątpliwie ta planeta została dotknięta Zmianą. Niech pobłogosławiona będzie Zmiana!
Torwal kroczył korytarzami świątyni, podziwiając malunki na ścianach. Wszędzie roiło się od Symboli Zatracenia, Wszystkoniewidzących Ócz i Piekieł Niebios. Zauważył nawet na jednej ze ścian piękne malowidło z cyklu Lord Lecante W Całej Swej Chwale. Jak widać, emisariusze Nieistoty wykonali tutaj kawał dobrej roboty...
W końcu stanął w głównej komnacie. Nie było tu żadnych otworów w ścianach i niemal całą salę spowijał mrok. Oprócz środka, gdzie na podeście stała rozgałęziony, żółty kryształ, spowity lekką poświatą. Torwal podszedł do niego. Zdawało mu się, że w ścianach obiektu widzi, jakby przewijające się zarysy mordowanych członków załogi ,,Ostatniej Szansy” – oraz tubylców. A kiedy wytężył zmysły, miał wrażenie, jakby na granicy słuchu, rozbrzmiewały nikłe echa wściekłych ryków i okrzyków bólu. Tak, wiedział, że takie kryształy karmią się strachem, cierpieniem, nienawiścią i innymi emocjami. W końcu skądś musiały brać swą moc do Zmieniania istot w swym otoczeniu. Niech pobłogosławiona będzie Zmiana!
Po namyśle Torwal doszedł do wniosku, że jednak źle się stało, że choć część najemników nie ocalał. Przydałby się ktoś, by mu pomógł zatargać to do lądownika.
W tej chwili usłyszał dźwięk kroków na kamiennej posadzce. Odwrócił się. Z ciemności, które skrywały obrzeża komnaty, wychynął Marco. Obojętnie patrzył na Torwala.
- Dobrze, że przeżyłeś. – stwierdził wielebny. – Pomożesz mi. – z lekkim powątpiewaniem spojrzał na wątłego dzieciaka – ale zawsze lepsze to, niż nic. – Tylko powiedz mi, skoro tu dotarłeś przed nami, zgodnie z planem, czemu nie aktywowałeś kryształu?
    - Aktywowałem. – odpowiedź była krótka.
   - Więc... Więc kiedy przejąłeś kontrolę nad tubylcami, zamiast ich uspokoić napuściłeś na swych towarzyszy ze statku? No tak, z tego co wiem, nie traktowali cię zbyt dobrze. W sumie prawidłowo zrobiłeś. – stwierdził Torwal. – Zemsta jest jedną z motywacji, które pomagają zrozumieć, że istoty – i same istnienie – są nic niewarte i które umożliwiają pojęcia prawdziwych nauk Nieistoty. To kolejny krok na drodze, abyś stał się jednym z nas. Ale teraz – pomóż mi z tym kryształem.
W niczym ci nie pomogę. Ty też nie traktowałeś mnie zbyt dobrze. – odpowiedział chłopak.
     - Kiedyś zrozumiesz, że cierpienie, które ci zadałem jest niczym wobec ogromu bólu, jaki przenika wszechświat. – tłumaczył Torwal. – On jedynie ci pomoże zrozumieć bezsens istnienia. Powtarzam – pomóż mi z tym kryształem. Potem wrócimy na statek, zmusimy tego dziada i dziewuchę, by polecieli na jedną z planet kontrolowanych przez Armię Mrocznego Oświecenia. Potem ich zabijemy – a ty będziesz mógł dokończyć swoje szkolenie.     -  Obojętność została zastąpiona na twarzy Marca przez czystą nienawiść.
     - Nie skrzywdzisz Andrei! – warknął. – Nie pozwolę!
Torwal pokręcił głową w rozczarowaniem. – Widzę, że przywiązanie zbyt mocno cię pęta. Błędem było marnowanie na ciebie czasu. Nigdy nie zostaniesz Czarnym Inkwizytorem. A w każdym razie ja nie mam czasu, by cię do tego... przekonywać. – wielebny wyciągnął rękojeść pustego ostrza. – Jakoś sobie sam poradzę z tym kryształem.
Jednak zanim zdążył zadać cios, Marco machnął ręką. W ciemności wychynęła szponiasta łapa, która wytrąciła z dłoni Torwala rękojeść. Po chwili kilka innych ramion wciągnęło go w ciemność. ,,Zapomniałem, że ich wciąż kontroluje” – zdążył pomyśleć, zanim osiągnął cel swojej egzystencji – Pustkę.
Marco usiadł na stopniu podestu. Wokół niego zaczęły się gromadzić stwory. Nie zwracał na nie uwagi. Myślami był daleko. Gdzieś tam Andrea czeka na sygnał. Czeka na niego. Miał nadzieję, że uzna, że wszyscy zginęli i nie będzie go szukać. Wiedział, że nie może się z nią spotkać. Torwal nie miał racji. Marco mógł się stać jednym z Czarnych, o których wspominał, a których chłopiec wiedział z opowieści, jakimi raczyła go jego błękitnoskóra przyjaciółka. Tak naprawdę aż tak nie nienawidził ludzi z ,,Uśmiechu Losu”, żeby ich mordować. No, może kapitana. Ale... Ale te rytuały Torwala coś w nim zmieniły. A kiedy stanął koło tego kryształu... Dziwne... Paskudne obrazy i słowa same pchały mu się do głowy. Były w nich różne rzeczy. Byli tam pozabijani załoganci... Był on sam, już dorosły, jako potężny wojownik, wódz i czarnoksiężnik, podbijący planety... I niszczący je. Wreszcie respektowany... ale i znienawidzony.
W tych obrazach był też on sam, zabijający Andreę. Głosy mówiły, że przecież gdyby się postarał, już dawno mogłaby go uchronić przed razami i obelgami ze strony swego brata. Że w gruncie rzeczy jest tak samo nic niewarta, jak wszyscy. Ze tak samo jak wszyscy, zasługuje na karę.
Marco nie potrafił się powstrzymać przed wydaniem tubylcom rozkazu, by wymordowali najemników. Czy będzie potrafił powstrzymać się przed zrealizowaniem tych innych wizji? Wolał nie sprawdzać. Pozostanie tu, razem z tymi bestiami. Tutaj zdechnie on, i te zło, które się zalęgło w jego głowie.
Chłopiec skulił się, obejmując kolana i zaczął płakać. Z kąta dochodziły odgłosy szczękania i przeżuwania. To jego nowi towarzysze ucztowali na ciele Torwala.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielkanoc

Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkiego dobrego, Bożego błogosławieństwa od Zmartwychwstałego Chrystusa oraz nawrócenia, którego my wszyscy potrzebujemy.

wtorek, 21 marca 2017

O "Loganie", X-menach i supermocach ogólnie

Niedawno obejrzałem Logana. Jest to dobry film, o czym zapewne wiecie z setek recenzji, więc nie będę się nad tym rozwodził. Tym niemniej... nie wiem, czy Fox nie dokonał "Loganem" samozaorania, przynajmniej w kwestii X-menów. Ciężko teraz będzie oglądać kolejne filmy o tej grupie, wiedząc z góry, jaki los ich spotka. Coby nie mówić, "Marvel właściwy" (ten od Avengersów) konsekwentnie buduje swoje spójne uniwersum i nie panikuje w przypadku potknięć. Natomiast Fox trochę się tak mota - najpierw ogłosili, że nieudany "Wolverine: Geneza" jest niekanoniczny (przykładowo, w owym skasowanym filmie występuje Deadpool - i był on ukazany w sposób bardzo mocno odbiegający od swojego własnego filmu oraz od komiksowego pierwowzoru i generalnie fanom się to strasznie nie podobało), potem dokonał resetu-nieresetu (teoretycznie filmy po "Day of future past" stanowią część tego samego uniwersum, co wcześniejsze, tylko po manipulowaniu czasem i zmianach rzeczywistości z tym związanych, jednakże różnice są na tyle duże, że brzmi to mocno pretekstowo). Teraz wypuścili owszem, bardzo udany film... Ale nakręcenie "finału" i to tragicznego, w sytuacji, gdy mają do opowiedzenia tyle innych historii o X-menach jest lekko kontrowersyjne i wpisuje się w opisane powyżej "motanie".


 Oczywiście, osoby, które przeczytały przynajmniej kilka moich postów (albo opis bloga) zdają sobie sprawę z tego, że jedną z rzeczy, które musiały zwrócić moją uwagę, były odniesienia religijne. Nie spodziewałem się tak dużej ilości pozytywnie ukazanych elementów chrześcijańskich w hollywoodzkim filmie:
- 100% dobra aż do przesłodzenia murzyńska rodzina odmawia modli się przed jedzeniem i mówi o Bogu. Oczywiście, fakt, że wkrótce potem owa rodzina zostaje zmasakrowana, może wywołać złośliwy uśmiech satysfakcji na ustach wojujących ateistów "hehehe i tyle daje wiara w Opatrzność" (swoją drogą, to zabawne, że Jezus mówił "Jeśli zostaniecie moimi uczniami, będziecie cierpieć, a ludzie was będą prześladować", a mimo to ludzie zakładają, że chrześcijaństwo obiecuje ludziom wolność od wszelkich trosk),
- Wolverine wspomina, że Xavier wierzył, że mutanci są częścią "boskiego planu" - mówi to kpiącym tonem, ale sam fakt, że Profesor X, czyli naczelny mędrzec i naukowiec X-menów bierze pod uwagę w swoich teoriach Boga jest fajny (swoją drogą, to wielu amerykańskich widzów-protestantów miało spore obiekcje moralne wobec tego, że w poprzednich filmach z serii często mówiło się o ewolucji, więc ich szczególnie powinna ucieszyć ta kwestia - my katolicy nie mamy powodów, aby sądzić, że "boski plan" i ewolucja stoją ze sobą w sprzeczności, czego do wiadomości nie przyjmują wojujący ateiści, czerpiący wiedzę o religii głównie z anglojęzycznego internetu, który siłą rzeczy częściej odnosi się do wierzeń protestanckich),
- kiedy Draco Malfoy zastanawia się, czemu Calliban "zmiękł", pyta go "got religion?". Oczywiście, jako złoczyńca, mówi to z pogardą, tym niemniej sama sugestia, że religia czyni ludzi lepszymi jest fajna, zwłaszcza, że Hollywood raczej próbuje nam wmawiać, ze cała moralność wynika z "ludzkiej przyzwoitości" (oczywiście definiowanej po lewacku), a religia jedynie "sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy",
- kiedy Xavier ogląda z Laurą stary western i mówi, jaki to wspaniały film i że oglądał go w dzieciństwie, m.in. słyszymy jako bohaterowie westernu odmawiają "Ojcze Nasz". Oczywiście, na koniec okazuje się, że Laura najlepiej zapamiętała inną wypowiedź z tego filmu tym niemniej przekaz jest pozytywny - "dziadek" pokazuje "wnuczce" stary, dobry film pełen wartości, a jedną z tych wartości jest religia (co ma tym większe znaczenie, że "wnuczka" jest dzika i pokazywanie jej filmu jest elementem socjalizacji),
- końcowa scena... no i tu pojawia się duży problem. Chodzi o to przekręcenie krzyża na koniec. Tak, rozumiem symbolikę tej sceny, rozumiem, że grób Logana symbolicznie staje się grobem wszystkich X-menów, rozumiem też, że Laura znała komiksy o X-menach, za to raczej nie chodziła na katechezę czy tam do szkółki niedzielnej, ale mimo wszystko przerabianie symbolu męki Chrystusa na symbol superbohaterów jest niewłaściwe. Gdyby nie ta scena, mój odbiór Logana na płaszczyźnie religijnej byłby jednoznacznie pozytywny, a tak, film pozostawił po sobie bardziej mieszane uczucia.

Niejako na pologanowej fali, obejrzałem również "Ostatni bastion". No cóż, to nie jest dobry film. Fox w kwestii X-menów wybrał inną ścieżkę niż "Marvel właściwy". Ten drugi wychodzi z założenia "Ok, zmniejszmy liczbę postaci i skalę wydarzeń, ale za to starajmy się, żeby każdy z bohaterów był choć trochę rozbudowany", zaś Fox idzie w ilość i stara się pokazać jak najwięcej postaci, choćby miały mignąć gdzieś z tyłu. Jest to zrozumiałe, bo przecież w X-menach ważny jest kontekst społeczny i fakt, że drużyna superbohaterów jest jedynie częścią wielkiej społeczności mutantów - ale trochę szkoda, gdy w parze z ilością idzie spadek jakości. Nawet w filmie z dużą ilością postaci, da się rozbudować przynajmniej kilka. A tutaj tak naprawdę nikt nie jest ciekawie pokazany. Profesor X oraz Cyclops, czyli przywódcy X-menów, giną niemal na początku (szczególnie ten drugi nie ma w filmie żadnej roli oprócz śmierci). Jean Grey, która teoretycznie powinna być w centrum zainteresowania, jest pokazana płasko - ot, odwaliło jest, zaczęła na przemian zabijać starych przyjaciół, gapić się tępo w przestrzeń oraz mówić "zabij mnie" - jest to pozbawione większego dramatyzmu. Magneto jest skrajnie zły i nie budzi ani krzty sympatii, ani choćby odrobiny "szacunku", jest płaskim jednowymiarowym czarnym charakterem, który robi złe rzeczy, nawet jeśli jest to głupie (odrzucenie Mistique po jej wyleczeniu) i w dodatku nie wiadomo o co mu do końca chodzi (raz wygląda na to, że na serio jest fanatykiem supremacji mutantów, jak w sytuacji z Mistyque, raz wygląda na cynika, którego sprawa w ogóle nie obchodzi i który jedynie dąży do władzy po trupach - jak w sytuacji, gdy posyła masowo "pionki" do walki, nie mając nic przeciwko temu, że większość z nich zginie/utraci swoje moce- swoją drogą, idiotyzmem jest to, ze w czasie tej bitwy nie wspomaga ich swoimi mocami). W przypadku Storm, Wolverine'a czy Rogue mamy niby zasygnalizowane jakieś problemy, ale właśnie zasygnalizowane. To jest co najwyżej punkt zaczepienia dla twórców fanfików, a nie pełnoprawne wątki. I nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy jednocześnie dostali lepiej zarysowanych bohaterów pierwszoplanowych... Ale tak nie jest.

No i na tle "Ostatniego bastionu" chciałbym poczynić pewne ogólne obserwacje na temat kwestii super mocy. Otóż, mamy tutaj taką scenę, kiedy Wolverine ściera się z mutantem, którego mocą jest to, że potrafi wystrzeliwać z nadgarsktów jakigoś rodzaju pociski, przypominające świdry. No i.... co jest w tym takiego super? To znaczy, nie mówię, że to jest bezużyteczna moc - każda umiejętność jest jakoś przydatna i generalnie lepiej umieć strzelać świdrami z nadgarstków niż nie umieć, ale przecież ten facet byłby duzo bardziej niebezpieczny, gdyby zostawił sobie świdry na czarną godzinę, a a normalnej walce używał zwykłej broni palnej.
Stanisław Lem generalnie nie przepadał za fantasy. Jednym z zarzutów, jakie wysuwał pod adresem magii ukazywanej w fantasy było to, że często ona niczego nie wnosi do świata przedstawionego. Pisał coś w stylu "co z tego, że mogę pomalować ścianę na czerwono czarami, zamiast farbą, efekt ten sam". Często trochę bezmyślnie zachwycamy się "o, to jest magia/supermoc", nie zwracając uwagi na to, że nie ma w niej niczego cudownego. Podobnie jest np w Harrym Potterze. Wmawia nam się, że Avada Kedavra, zaklęcie, które polega na tym, że z różdżki wystrzeliwujesz zielony promień, który leci na tyle wolno, że spokojnie może go uniknąć i przed którym 100% osłonę zapewnia np kamień nagrobny i które wymaga znacznej mocy (jest powiedziane, że dajmy na to, uczeń czwartej klasy Hogwartu nie byłby w stanie za jego pomocą spowodować choćby krwawienia z nosa) , to jest superpotężne zaklęcie. Jednocześnie HP stwierdza, że "Voldemort nie potrzebuje żadnej broni, wystarczy mu Avada Kedavra", a minister magii z lekceważeniem wypowiada się o broni palnej "to chyba jakiś rodzaj różdżki, którą mugole zabijają się nawzajem".
Sam swego czasu tworząc autorską mechanikę RPG i rozpisując jakieś zaklęcie w rodzaju "magicznego pocisku", zacząłem się zastanawiać "ale w sumie po co, skoro są łuki i kusze?". Im wyższy poziom rozwoju technologicznego, tym magia staje się mniej potężna. O ile w średniowiecznym settingu miotanie kulami ognia jest superpotężne, o tyle w świecie odpowiadającym technologią naszym czasom jest przydatne, ale nie aż tak bardzo, żeby przesądzać o losach świata i niekiedy dajmy na to, dobry snajper może rozwalić takiego magika w parę sekund.
Generalnie, mam wrażenie, że ten deficyt cudowności występuje najbardziej właśnie w przypadku magii typowo ofensywnej - właśnie ze względu na to, że łatwo znaleźć jej substytuty w realnym arsenale. Ciekawsze są moce "psychiczne" - ot np, wracając do przykładu z Potterem, Avada Keddavra to jest śmiech na sali, podobnie jak drugie z Zaklęć Niewybaczalnych - Cruciatus, które powoduje, że cel czuje ból (no po prostu potęga i moc), ale już trzecie - Imperius - pozwalające "opętać" inną osobę faktycznie jest niesamowicie przydatne i daje magowi olbrzymią przewagę. Podobnie np niewidzialność.
Dlatego przy wymyślaniu magii/supermocy warto się zastanowić, czy dana moc w ogóle ma sens, czy daje "magowi" jakąś przewagę względem "mugola". I pomyśleć, czy subtelne manipulowanie rzeczywistością i umysłami nie będzie potężniejsze (i ciekawsze) niż walenie błyskawicami z dłoni.

A

czwartek, 9 marca 2017

Publikacja "Spraw rodzinnych".

Od dzisiaj jedna z moich gier paragrafowych "Sprawy rodzinne" jest dostępna online na stronie Książkosilnik:  https://ksiazkosilnik.azurewebsites.net/Player/#Games/1021
. Generalnie, jeśli interesujecie się/chcecie zainteresować paragrafówkami. Są tam opublikowane różne gry, a jeśli ktoś z Was złapie bakcyla, może skontaktuje się z redakcją i sam spróbuje swoich sił w tworzeniu.

EDIT:
Niestety, wygląda na to, że stronę szlag trafił.