sobota, 8 lipca 2017

Prezent pożegnalny - opowiadanie, cz. 2

  To druga część opowiadania, pierwsza znajduje się w poprzednim poście. Mimo wszystko, jest na tyle długie, że rozbiłem je na trzy fragmenty, ostatni będzie planowo za tydzień. Jak zwykle, proszę o komentarze.

    Staszek otworzył oczy, a potem zmrużył je, kiedy oślepiły go promienie słońca, padające przez okno. Natychmiast przypomniał sobie wczorajszą noc - tragedię, jaka się rozegrała w zajeździe. To jak nieporadnie próbował pocieszać Martę, zdając sobie sprawę, że żadne słowa nie są w stanie zmniejszyć jej bólu... I to, jak w końcu, pomimo rozpaczy, zmęczenie zrobiło swoje, gdy zmorzył ich sen i położyli się spać w jednym z pokoi, nie zwracając uwagi na konwenanse.
    Staszek odwrócił się, żeby spojrzeć na sąsiednie łóżko. Było puste! Zerwał się natychmiast. Musiał odnaleźć Cavalieri, miał nadzieję, że nie zrobiła niczego głupiego...
    Nie było jej nigdzie w budynku... Jednak... Drzwi od składziku były otwarte i panował tu bałagan. Najwyraźniej Marta czegoś tu szukała. Staszek wybiegł na zewnątrz. Po chwili odnalazł kobietę. Siedziała na kamieniu, koło kilku kopczyków czerwonawej ziemi. Jej ubranie było brudne od pyłu i krwi. Obok niej leżała na ziemi łopata.
    - Sama... sama ich pochowałaś? - powiedział Staszek, podchodząc do niej. Poczuł nagły przypływ poczucia winy. - Czemu mnie nie obudziłaś, zrobiłbym to.
    Marta odwróciła się w jego stronę. Miała cienie pod oczami, a jej włosy kleiły się od potu. Twarz była tak samo brudna jak ubranie, ale z jakiegoś powodu widniał na niej delikatny, nieobecny uśmiech. Zaś oczy kobiety lśniły jakimś dziwnym blaskiem.
    - Nic się nie stało - odpowiedziała melodyjnym głosem. - To moja rodzina, ja zadbałam o ich pochówek.
    - Aha, no tak - odparł zmieszany Staszek, stając koło Marty. Odetchnął a potem wykrztusił - Przepraszam. Pewnie obwiniasz mnie, że nie... nie uratowałem twoich dzieci... ani nie pozwoliłem ci pobiec do nich... Ale nie dalibyśmy rady tej bestii... tylko byśmy....
     - Nie musisz przepraszać - przerwała mu Marta. - Nie zrobiłeś niczego złego...
     - Bardzo... bardzo mi przykro z powodu pani rodziny - wyjąkał Staszek, zdając sobie sprawę, jak bezsensowne i błahe są to słowa.
    - Niepotrzebnie. - Na twarz kobiety powrócił uśmiech, a jej głos podniósł się o kilka tonów. - Mój mąż i moje aniołki już nie cierpią. Są już po lepszej stronie, a Bóg udziela im swojego zbawienia i pokoju! - zadeklarowała z zapałem.
     Poczucie winy Staszka ustąpiło miejsca irytacji. ,,Jeśli Bóg tak ich kocha, to czemu po prostu ich nie uratował?!". Miał ochotę wykrzyczeć te słowa, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Nie będzie wrzeszczał na kobietę, która przeżyła taką tragedię. Poza tym - widać było wyraźnie, że Martaa jest na granicy... I jeśli wiara pomagała jej to wszytko przetrwać, czy miał prawo ją rozwiewać?
     - Dobrze. To co teraz zrobimy? - zaczął po chwili kłopotliwego milczenia. - Nie wiem, czy jest sens iść do Chopin Prim - tutaj mamy całkiem sporo jedzenia, a bestia chyba nie wróci... Choć z drugiej strony, gdyby wróciła, nie obronimy się tutaj... - głośno rozmyślał. Marta nic nie odpowiadała, patrząc gdzieś w przestrzeń. Nagle Staszkowi przyszedł do głowy pomysł. - Nie, lepiej idźmy do stolicy! Tam jest bunkier... Założę się, że nie jest zamknięty, na pewno wszyscy oficjele się ewakuowali i zabrali dokumenty, pieniądze, czy co tam mogli trzymać... Zatrzaśniemy się tam i bezpiecznie przeczekamy do przylotu żołnierzy. Ale... będziesz w stanie dojść do Chopin Prim? - spytał z niepokojem kobiety.
     Marta odwróciła się w jego stronę. - Tak. Musimy dotrzeć do stolicy. Gdyż tam pokonamy tego demona. Taka jest wola Boga. Wyruszajmy natychmiast. - Kobieta zerwała się z kamienia i zaczęła iść w stronę drogi.
    - HEJ! Poczekaj! - Staszek złapał ją za ramię. - Zjedzmy chociaż śniadanie i zabierzmy jakieś zapasy.
    Marta rzuciła mu pełen nagany spojrzenie. No tak, nie była to najlepsza chwila na mówienie o jedzeniu... Ale przecież z pustymi żołądkami nigdzie nie zajdą.
    - Musimy mieć siły, aby wypełnić naszą świętą misję! - dodał, starając się wykrzesać choć odrobinę entuzjazmu w swoim głosie. Marta skinęła głową.
    - Bóg doda nam sił. Ale masz rację, potrzebujemy pożywienia. Chodźmy. - Teraz dla odmiany ruszyła w stronę zajazdu.
     Staszek westchnął przeciągle, zanim poszedł za nią. Niepokoiło go jej podejście do sprawy i cała ta gadka o walce z demonem... Miał nadzieję, że to tylko kwestia szoku i za jakiś czas jej to minie... Zanim w imię jakiejś urojonej krucjaty poprowadzi ich oboje na pewną śmierć.


    Zmierzch zapadł już parę godzin temu, ale wciąż szli. W sumie to w nocy podróżowało się nawet lepiej, przynajmniej słońce nie prażyło. Jednak mimo wszystko byli na nogach już bardzo długo... Staszek czuł, że jest jeszcze w stanie trochę przejść, ale miał wątpliwości co do swojej drobno zbudowanej towarzyszki.
    - Nie jesteś zmęczona? - spytał się, zwracając głowę w stronę kobiety.
    - Nie, ale dziękuję za troskę - odpowiedziała i obdarzyła Staszka słabym, pozbawionym wesołości uśmiechem.
     - Na pewno? - chłopak chciał się upewnić, że kobieta nie robi jedynie dobrej miny do złej gry.
     - Na pew... - zaczęła Marta, ale nie dokończyła. Nagle przystanęła, przymknęła oczy i zachwiała się... A potem upadła na ziemię. Staszek natychmiast do niej podbiegł i przyklęknął. Na szczęście było to tylko omdlenie - widać stres, głód i wysiłek zrobiły swoje. Organizm ma swoje prawa i choć Staszek chciałby jak najszybciej dotrzeć do stołecznego bunkra, wyglądało na to, że bez odpoczynku się nie obejdzie. Po chwili udało mu się znaleźć małą jaskinię - w zasadzie to co najwyżej zagłębienie - pośród skał. Zaciągnął tam, w miarę możliwości delikatnie, Śpiącą Królewnę i ułożył pod ścianą. Zdjął plecak i zaczął wyjmować rzeczy, które uznał za potrzebne - koc, którym nakrył Martę, termos z kawą i konserwy.
    - Co się stało? - usłyszał nie do końca przytomny głos. Kobiecie wróciła świadomość i zaczęła przecierać oczy.
    - Zemdlałaś - wyjaśnił Staszek. - Pewnie ze zmęczenia... No i uznałem, że pora na odpoczynek.
    - Musimy dotrzeć do stolicy - z nagłą siłą w głosie odpowiedziała Marta, unosząc się lekko na rękach.
    - Nie, to nie ma sensu. Musimy odpocząć, inaczej i tak daleko nie zajdziemy. - po raz kolejny Staszek próbował pełnić rolę głosu rozsądku.
    - Może i masz rację - westchnęła Marta  i otuliła się mocniej kocem.
    - Wolisz sałatkę warzywną czy szynkę? Czy jedno i drugie? - spytał Staszek, pokazując na konserwy.
    - Prawdę mówiąc, nie jestem głodna - odparła kobieta.
    - To mnie nie interesuje. Mówię to z czystego egoizmu. Na głodniaka znowu mi zemdlejesz i będę musiał cię targać do samego Chopin Prim.
    - Ciężary jedni drugim noście... Czy jakoś tak - mruknęła Marta. - Ale znowu masz rację... Jak zwykle. Poproszę sałatkę.
     Po chwili oboje spałaszowali po jednej konserwie. Staszek nalał do kubka-pokrywki nieco kawy i wręczył towarzyszce, mówiąc - W sumie to nie wiem, czy powinniśmy pić kawę teraz, lepiej jakbyśmy przespali choć parę godzin, a potem napili, żeby się orzeźwić... No ale musimy, jak to się mówi, uzupełnić płyny, wody już nie ma... No i dobrze się nieco rozgrzać, niby zabrałem zapałki, ale wolę nie palić ognia, no bo wiesz, to może COŚ ściągnąć, no ale wziąłem ten koc, mam nadzieję, że to ci wystarczy - produkował się chłopak, podczas kiedy kobieta piła kawę.
     - Czasem ja jestem gadatliwa, ale to już przesada - oświadczyłą Marta, oddając kubek Staszkowi. - Boże, racja, jest strasznie zimno! - dodała. - Jak szliśmy to tego nie czułam... Ale ty nie masz koca! Musisz się czuć okropnie.
    - No nie mam, do plecaka by dwa nie weszły - mruknął Staszek i machnął ręką. - I nie jest tak źle. Napiję się ciepłego i jakoś przeżyję.
    - Nie, przecież mamy tu spać, możesz zamarznąć przez sen! - zaprotestowała Marta. - Koc jest duży, zmieścimy się oboje - dodała, rozkładając płachtę.
    - Nie wiem, czy powinienem - pokręcił głową Maliniak.
     Marta westchnęła. - Daj spokój. Jesteśmy dwójką... przyjaciół? - spytała niepewnie, a kiedy Staszek kiwnął głową, kontynuowała - Którym jest zimno. Nie doszukujmy się żadnych podtekstów, dobrze? Więc właź pod ten koc - mówię to z czystego egoizmu, jeśli zamarzniesz, to kto poniesie ten plecak i zaprowadzi mnie do bunkra?
      Staszek uśmiechnął się i wszedł pod koc. Zresztą miała rację... Na filmach takie sytuacje - mężczyzna i kobieta, zmuszeni żeby nocować razem, przeżywający ciężkie chwile - zawsze kończyły się... wiadomo czym. Jednak tu nie było o tym mowy. Chociaż Marta była bardzo ładna i zaczynał ją coraz bardziej lubić, to... Oboje właśnie stracili bliskie osoby (stracił już nadzieję na to, że odnajdzie Renatę - choć oczywiście jego straty nie można było porównać do tego co spotkało Cavalieri) a Staszek nie był na tyle prymitywny, żeby próbować to odreagować w ten sposób.
     W tej chwili chłopak uświadomił sobie, że połleżąca koło niego Marta nuci pod nosem jakąś spokojną, melancholijną melodyjkę. Zerknął w jej stronę. Kobieta wykonywała w powietrzu
powolne, delikatne ruchy dłonią.
    - Co robisz? - spytał.
    - Układam moje aniołki do snu - odpowiedziała ze słodyczą w głosie Marta, wpatruwając się gdzieś poniżej swojej uniesionej dłoni. Staszek przełknął ślinę. Widząc, jak kobieta się zachowuje... Jak nie poddaje się rozpaczy z powodu śmierci bliskich... Zapomniał, że to szaleństwo pozwala jej normalnie (o ile można tego słowa użyć) funkcjonować.
    Maliniak patrzył, jak Marta głaszcze główki nieistniejących dzieci. Było to wzruszające... i upiorne jednocześnie.


    Minęło już południe, kiedy wreszcie dotarli do Chopin Prim. Ulice miasta były puste i ciche - jedynie śmieci walały się na chodniku. Gdzieniegdzie, na środku drogi, stały samochody i inne pojazdy - zapewne za ich pomocą ludzie przybyliw celu ewacukacji, a potem porzucili, nie mogąc zabrać ze sobą.
    ,,Cholera, jeden stwór to zrobił. Cała planeta - dobra, słabo zamieszkana, ale jednak - ucieka przed nim" pomyślał Staszek. Jednak, ponieważ sam widział potwora w akcji, zdawał sobie sprawę, że koloniści nie byli w stanie się mu przeciwstawić i zginęliby jeden po drugim w jego szponach. Co innego obiecani legioniści... Dla nich rozwalenie tej pokraki to będzie chleb z masłem.
    - Po drodze zajrzymy do mojego domu - zaproponował Staszek. - Upewnię się, że moja mam się ewakuowała... a to i tak po drodze do bunkra.
    Marta  bez słowa skinęła głową. Chłopak poczuł ukłucie żalu - na pewno mama była zrozpaczona, że musi odlecieć bez syna. To była jego wina... Ale przecież nie mógł wiedzieć, że złapie gumę - i nie mógł nie spróbować uratować Renaty... Teraz mógł mieć jedynie nadzieję, że Mirkof zmusił swoją żonę, aby mimo wszystko wsiadła na statek... Przynajmniej na tyle by się przydał.
    - Hej, goście! - z zadumy wyrwał go ochrypły głos. Staszek odwrócił się. Z jednego z zaułków wychynęło trzech mężczyzn. Dwóch wyglądało na osiłków, obaj byli wygoleni na łyso i cierpieli na syndrom braku szyi - jeden z nich, o nagich, potężnych przedramionach pokrytych tatuażami, wymachiwał metalową pałką. Trzeci, ten który mówił, był nieco szczuplejszy i niższy, ale obleśny uśmiech i wąskie, świńskie oczka powodowały, że sprawiał równie niemiłe wrażenie.
     - Najpierw ważniaki zostawili nas, bidaków, na zatracenie... A teraz jakieś wsioki z prowincji przybywają, żeby na nas żerować - stwierdził prowodyr bandy, a potem z ukrywanym smutkiem pokiwał głową. - Chyba nie puścimy tego płazem, nie, chłopaki?
    - Pewnie, kurwa. - skwitował ten wytatuowany, powoli podchodząc w stronę pary.
   - Jestem... Jesteśmy stąd, tylko byliśmy poza miastem! - Staszek podjął próbę wyjścia z sytuacji - co prawda bez większych nadziei na sukces.
    - Czyżbyście żerowali na tym nieszczęściu, jakie spotkało naszą planetę? To nie po chrześcijańsku! - krzyknęła Marta głosem pełnym oburzenia. Staszek jęknął w duchu - ich nikłe szanse na załagodzenie sytuacji właśnie spadły do zera. Niski bandzior zarechotał, a jego rośli kompani zawtórowali.
    - To się świetnie składa! - powiedział z ironią herszt. - Skoro jesteście naszymi ziomkami, a w dodatku dobrymi chrześcijanami, na pewno nie macie nic przeciwko dzieleniu się z bliźnimi? Od ciebie weźmiemy tylko forsę, ale od panienki - nieco więcej! Brać ich! - zakończył, już poważnym tonem.
    - Uciekaj! - krzyknął Staszek rzucając się z pięściami na draba, który ruszał w stronę Marty. Choć chłopak nie był ułomkiem, jednak jego ataki nie robiły na mięśniaku żadnego wrażenia. Zbir wziął zamach i przyłożył pięścią w podbródek Staszka. Chłopakowi aż pociemniało w oczach. Zatoczył się, potknął i upadł na chodnik. Po chwili do jego uszu doszły kobiece piski. Z wysiłkiem uniósł się na rękach. Zobaczył, jak niski bandyta trzyma wyrywającą się i krzyczącą Marta.
    - Spokojnie, mała, to będzie mniej bolało! - zaśmiał się zbir. - AAAAAAA! KURWA MAĆ! Ugryzłaś mnie, suko! - śmiech przeszedł we wrzask.
    - Zostawcie ją! - krzyknął Staszek, próbując wstać, jednak skutecznie powstrzymał go przed tym kopniak wymierzony przez wytatuowanego bandytę. Chłopak zajęczał i zwinął się z bólu.
    - Chłopak dobrze mówi. - Dał się słyszeć męski głos, dochodzący od drugiej strony ulicy. - Zostawcie dziewczynę. I jego też. Bo źle się to skończy. Dla was.
    - Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy! - wrzasnął szef zbirów. Staszkowi udało się wstać - i obejrzeć ich wybawcę. To był Mirkof. Ubrany w roboczy kombinezon stał na ulicy, trzymają w rękach dubeltówkę. Był z nim jakiś nieznany facet. Ojczym Maliniaka bez słowa uniósł lufę broni i wystrzelił. Mięśnika z tatuażami z krzykiem padł na chodnik. Chyba nie żył.
    - Ostrzegałem - warknął Mirkof. - Mam jeszcze jedną kulkę, któryś z was reflektuje? - rzucił w stronę dwóch pozostałych bandytów. Szef natychmiast puścił Martę i zaczął się wycofywać, chichocząc nerwowo.
    - Oj, po co zaraz te nerwy... Tylko sobie żartowalim - powiedział. - Bez urazy, prawda?
    - Wypierdalaj, albo znowu strzelę - skwitował Mirkof. Tym razem przesłanie dotarło do zbirów w pełni - rzucili się do ucieczki. Po chwili ich kroki ucichły.
    - Nic ci nie jest? - Staszek podszedł do Martę.
    - Nie, Bogu dzięki nie... Ale to ja powinnam spytać ciebie, mocno oberwałeś - z troską w głosie odpowiedziała kobieta.
    - Trochę - odparł chłopak, wypluwając odłamany kawałek zęba. - Żebro mnie napier.... strasznie boli, ale chyba nie złamane.
    - Bardzo to pięknie. Może jakieś słowa podziękowania, za uratowanie waszej skóry? - burknął Mirkof, razem ze swoim towarzyszem podchodząc do rozmawiającej pary.
    - Oczywiście! - zmieszana Marta skłoniła się lekko w stronę mechanika. - Niech Bóg pana za to błogosławi. - Mirkof w odpowiedzi na te nieco egzaltowane słowa uniósł brwi.
    - Dzięki - mruknął Staszek. Nie przepadał za ojczymem, ale musiał przyznać, że krucho by z nimi było, gdyby Mirkof nie pojawił się we właściwym miejscu i czasie. Zaraz... skoro on tu był...
    - Czemu tu jesteś? - krzyknął Staszek, łapiąc mechanika za szelki od kombinezonu. - Nie wylecieliście? Co z mamą?
    - Wy się znacie? - spytała zszokowana Marta.
    - To mój ojczym - szybko wyjaśnił Staszek. - No mów!
    - Spokojnie. - Mirkof odsunął pasierba. - Twoja matka odleciała. Co prawda płakała, rozpaczała się i zarzekała, że nie zostawi dziecka na zatracenie... Aleśmy ją wepchnęli na statek. Dla mnie... i paru innych... zabrakło miejsca. Pewnie Maria teraz wypłakuje sobie oczy. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony. - zakończył opierając ręce na dubeltówce, jak na lasce.
    - Nie rozumiesz... - warknął Staszek. - Dobra, nie będziemy się teraz kłócić. Grunt, że mama jest bezpieczna... Chcieliśmy ukryć się w bunkrze. - spróbował zmienić temat.
    - My? - Mirkof znowu uniósł brew.
    - To jest pani Marta Cavalieri. - Staszek wskazał na swoją towarzyszkę, która skłoniła się lekko.
    - Mirkof Velarez. - mruknął mechanik. - A to Jean Lucarda - wskazał na mężczyznę, który z nim przyszedł - szczupłego człowieka w tanim garniturze, wyglądającego na urzędnika. Lucarda uśmiechnął się niepewnie.
    - Dobra. Tak się składa, że my już zajęliśmy bunkier... I nie tylko my. Mamy nawet gościa spoza planety - ciągnął Mirkof.
    - Co? - zdziwili się chórem Staszek i Marta.
    - A tak. Zresztą sami zobaczycie. Dosyć gadki-szmatki - idziemy do bunkra. - zakomenderował mechanik i sam ruszył ulicą. Pozostali musieli iść za nim. Po chwili Marta wdała się w rozmowę z panem Lucardą. Staszek przesunął się do przodu i zrównał z Mirkofem.
    - Dzięki - mruknął.
    - Już dziękowałeś za ratunek, chłopaku - odparł ojczym, nie patrząc na pasierba.
    - Nie za to. Za to, że zadbałeś, żeby mama odleciała - wyjaśnił chłopak. Mirkof zwolnił i rzucił szybkie spojrzenie w stronę chłopaka.
    - A. Spoko. W końcu obaj ją kochamy, nie? - odparł starszy mężczyzna. Staszek skinął głową. Cholera, wciąż nie lubił Velareza... Ale coraz gorzej się z tym czuł.
   - Ale, mówiąc o uczuciach, chyba nie jesteś w nich zbyt stały, co? - ciągnął Mirkof. - Nie patrząc na nic, wyruszyłeś, żeby ratować jedną dziewczynę... A wracasz z inną. Szybko się pocieszyłeś po Renacie.
    - Zamknij się! - warknął Staszek. Mirkof znowu uniósł brwi i skrzywił wargi. Chyba ostro się wkurzył i zanosiło się na to, że zechce nauczyć pasierba moresu. Jednak chłopak nie zważał na to i kontynuował - choć na tyle cicho, żeby pozostała dwójka ich nie słyszała. - Ta kobieta wczoraj w nocy straciła całą rodzinę. Męża i piątkę dzieci. Ten potwór zabił ich prawie, że na jej oczach... Ja przy tym byłem. To chyba normalne, że się nią zaopiekowałem?
    Po chwili milczenia Velarez kiwnął głową. - Wierzę, wygląda na taką co sporo przeszła. Dobra, przepraszam, ale naprawdę mnie wnerwiłeś tą całą wyprawą. Ale nie ma sensu się kłócić, choć wiem, że do tej pory nie bardzo nam się układało. Razem jesteśmy w tym gównie, musimy się trzymać razem. No i było nie było - jesteśmy rodziną. Czy czymś w rodzaju. Sztama? - Mirkof niespodziewane przystanął i wyciągnął rękę do pasierba. Staszek również przestał iść. Przez chwilę wpatrywał się w kwadratową twarz ojczyma, a potem uścisnął jego dłoń.


    Czwórka w końcu stanęła do wejścia przed bunkrem, które znajdowało się obok budynku, który na Chopinie pełnił rolę ratusza - czyli de facto siedziby władz planety. Mirkof podszedł do metalowej, niepozornej budki, która mieściła w sobie windę. Nacisnął jeden z przycisków na konsolecie.
    - Kto tam i czego chce? - odezwał się po chwili głos z interkomu.
    - Velarez i Lucarda - odpowiedział mechanik. - Mamy jeszcze dwójkę ze sobą, to swoi.
    - Dobrze... - osoba po drugiej stronie przyjęła to oświadczenie do wiadomości i po chwili z sykiem metalowe drzwi się otworzyły i oczom czwórki ukazała się kabina windy o sterylnym wyglądzie.
    - Zapraszam - Mirkof machnął ręką w stronę maszynerii. Wszyscy obecni wsiedli, a potem mechanik nacisnął jeden z przycisków na konsolecie. Drzwi się zasunęły, a po chwili szum i lekkie przeciążenie dały znać, że podróż na dół się rozpoczęła. Podczas kiedy ojczym pogwizdywał coś pod nosem, Staszek zerknął kątem oka na Martę. Kobieta spoglądała w lustro (które zgodnie z odwieczną tradycją musiało się znajdować w windzie). W zwierciadle widać było wymizerowaną twarz pokrytą kurzem i plamami krwi. Chłopak po raz kolejny poczuł przypływ żalu i współczucia wobec biedniej kobiety. Zbyt wiele razy stał z boku lub uciekał. Zbyt wiele razy zawiódł w ostatnich dniach... W tym osoby, na których mu zależało. Poprzysiągł sobie, że chociaż tym razem nie zawiedzie - i że zrobi wszystko, żeby Cavalieri przetrwała ten cały burdel... I odzyskała szanse na w miarę normalne życie. W końcu niejako była pod jego opieką - odpowiadał za nią.
    Nagle winda stanęła, a po chwili drzwi się rozsunęły.
    - Kuniec jazdy - oświadczył Mirkof. - Witamy w podziemnym królestwie. Chodźcie, poznacie resztę pechowców... I naszego gościa. - to powiedziawszy, mechanik ruszył podziemnych korytarzem, którego ściany były wyłożone tym samym metalem, co wnętrze windy. Po kilkunastu krokach zatrzymał się i otworzył jedne z drzwi, które znajdowały się na korytarzu.
    - To sala zebrań - wyjaśnił. - I wydaje mi się, że coś się tu wyrabia. - Faktycznie, nawet na korytarzu było słychać jakiś męski, głos, który chyba wygłaszał jakieś przemówienie. Cała czwórka weszła do pomieszczenia. Wewnątrz znajdowało się kilka rzędów składanych krzeseł - ale tylko siedem było zajętych, wszystkie przez dorosłych mężczyzn (no tak, kobiety i dzieci pewnie dostały przydział na statek w pierwszej kolejności). Za mównicą, stojącą na podwyższeniu, stał ósmy mężczyzna. I na pierwszy rzut oka Staszek mógł powiedzieć, że nie był on człowiekiem - jego niebieska skóra wskazywała na pochodzenie z gatunku Laszamarów. Chłopak nigdy w życiu nie spotkał nieczłowieka - nie było takich na Chopinie, wśród kupców i inspektorów Paktu, którzy czasem odwiedzali planetę, również się nie zdarzali. No ale przecież chodził do szkoły i wiedział, jakie inteligentne rasy zdarzają się wśród obywateli Paktu - a poza tym oglądał filmy, prawda?
    - Witam - odezwał się Laszamar, patrząc na nowoprzybyłych. - Przyprowadziliście nowych, panowie? - spytał Velareza i Lucardę.
    - Ano - przytaknął mechanik. - To mój pasierb, a to pani Cavalieri. - dokonał błyskawicznej prezentacji. - Im więcej tym weselej, prawda panie inkwizytor? - dodał z przekąsem.
    No tak! Staszek teraz sobie to uświadomił - szary, prostu mundur ze stójką, noszony przez Laszamara, to strój inkwizytora! Czyli pomoc wreszcie nadeszła... Ale przecież mieli wysłać oddział legionistów, nie zakonnika? I jakim cudem przybył tak szybko?
    - Po raz kolejny - witam. - Laszamar skinął lekko głową. Jego głos był głęboki i mocny, ale suchy i beznamiętny. - Jestem brat-asesor Abiatar Refuze. W Zakonie Ładu zajmuję się głównie ksenobiologią - a konkretnie - badam organizmy tworzone i przekształcane przez genetykę i spaczoną alchemię Nihilistów. Parę dni temu, na podstawie pewnych zapisków, doszedłem do wniosku iż słudzy Nieistoty mogli tu zostawić tak zwaną ,,niespodziankę". Kiedy tu przyleciałem, okazało się, że to niestety prawda - i że się spóźniłem, niespodzianka została już aktywowana.
    Teraz wyjaśniło się, czemu inkwizytor dotarł dużo wcześniej niż żołnierze - po prostu wyruszył zanim potwór zaatakował i władze Chopina poprosiły Pakt o pomoc.
    - ,,Niespodzianka"? - zdziwiła się na głos Marta, zajmując jedno z krzesełek.
    - Tak jest. - skinął głową Refuze. - Jak zapewne wszyscy z was wiedzą, około stu dwudziestu lat temu, ta planeta została odbita z rąk Nihilistów, konkretnie celebracji zwącej się Oddechem Spaczenia. Ponieważ planeta nie odgrywała w ich planach dużej roli, nie było tu żadnych groźnych instalacji, tylko baza obserwacyjna i nasłuchowa - dlatego bez problemu podjęto decyzję o kolonizacji. Podobny los spotkał kilka innych, które Pakt odbił w tamtym czasie. Jakiś czas temu na jednej z nich, Aureliusie, podczas budowy kanalizacji natrafiono na groźną istotę, która wywołała wielkie zniszczenia. Sięgnąłem do archiwów - okazało się, że na innej planecie, która została odzyskana od Oddechu Spaczenia, miał miejsce podobny wypadek - kilka lat temu. Doszedłem do wniosku, że to nie może być zbieg okoliczności. Celebracja OS słynie ze swojego zaawansowania na gruncie genetyki, nawet pośród Nihilistów - oraz faktów, że używają zmutowanych stworzeń, jako żywych broni. Najwyraźniej opuszczając te planety wykazali się typową dla siebie perfidią - pozostawili ukryte, zahibernowane potwory, ustalając ich czas inkubacji na tyle długo, aby mieć pewność, że zanim się obudzą i ujawnią swoją obecność, planety będą na tyle zasiedlone, żeby ich wytwory miały... kogo zabijać. Oczywiście, to tylko pojedyncze istoty - na planetach Centrum poradzono by sobie z nimi z łatwością, ale w takich odległych koloniach, gdzie mieszkańców jest mało, są słabo zorganizowani i nie mają zaawansowanej broni - mogą poczynić naprawdę wielkie zniszczenia. - zakończył inkwizytor.
    Jeden z siedzących, starszawy, łysiejący mężczyzna prychnął z oburzeniem.
    - Patrzcie, panicz z wielkiego świata, będzie nas obrażał!
    Laszamar spojrzał się prosto na człowieka. - Czy może nie mam racji? Jakoś nie widać, żebyście sobie z nim radzili własnym sumptem? - spytał. Starzec ponownie prychnął, ale niczego nic nie odpowiedział. W związku z tym inkwizytor kontynuował.
    - Ponieważ nadleciałem parę godzin przed ewakuacją, udało mi się porozmawiać z osobą, która widziała potwora na własne oczy. Niejaki Hernandez, strażnik. Z opisu jaki mi przekazał, wynika, że ta istota pasuje go gatunku Gargoyla Metabolens. Co znaczy, że musimy jak najszybciej się nią zająć - inaczej będzie naprawdę źle.
    - Taaa, jasne. - mruknął Mirkof, który cały czas stał koło wyjścia, krzyżując ramiona na piersiach. - Po pierwsze, niby jak? A po drugie - czemu nie mamy poczekać na żołnierzy? W bunkrze jesteśmy bezpieczni - a sam pan mówiłeś, że ta bestia jest zagrożeniem tylko dla bidnych kolonistów z zadupia - czyli nas - ale ludzie z Centrum sobie z nią poradzą raz dwa... Więc z pana gadki wychodzi raczej na to, że nie powinniśmy pchać się pokrace do gardła, prawda?
    Kilku słuchaczy zaczęło wydawać potakujące okrzyki. Refuze zszedł z podwyższenia i podszedł do mechanika. - Nie rozumiesz... - zaczął.
    - Rozumiem, rozumiem - burknął Mirkof. - Jesteś inkwizytorem, masz świętą misję itede... Widzisz pan, wiem, że jesteś porządnym facetem. Przyleciałeś tu, żeby nam pomóc. Oddałeś swój statek na ewakuację, tracąc szansę na zabranie stąd swojego tyłka, zanim potwór przybędzie. Szacunek. Ale widzisz, sam żeś mówił, że w Zakonie jesteś badaczem. Gryzipiórkiem. Siedzisz przed komputerem i oglądasz obrazki potworów. Ale tu jest prawdziwy potwór, który nie będzie stał i czekał aż go przebadasz. Witamy w prawdziwym życiu.
    Refuze pokręcił głową. - Mylisz się. To, że jestem uczonym, nie znaczy, że jestem słaby. W Zakonie dbamy o harmonijny rozwój ciała i umysłu. Byłbym w stanie cię bez problemu pokonać.
    Mirkof zmrużył oczy, a na jego twarzy ukazał się wyraz lekkiej irytacji. Po chwili jednak machnął ręką. - Dobra, wierzę na słowo. Jak pan jesteś taki mocny, to idź wyzwij stwora na solo. Wtedy chętnie popatrzę. - słowom zawtórował śmiech siedzących.
    - Mogę to udowodnić. Jeśli się nie boisz - odpowiedział niezrażony asesor.
    Velarez uśmiechnął się krzywo i zaczął podwijać rękawy zgrzebnej koszuli, którą nosił pod kombinezonem mechanika. - Jak sobie chcesz braciszku, nie będę się kłócił. - powiedział i zamachnął się zaciśniętą pięścią w stronę zakonnika. Reakcja Refuze była błyskawiczna - zanim ręka pokonała pół drogi, on jakimś cudem stał za plecami mechanika. Złapał jego wyciągnięte ramię a potem szarpnął do tyłu, przyginając je do pleców Mirkofa. Mechanik jęknął a z z bólu i złości. Zakonnik odepchnął go, jednocześnie kopiąc kolanem w tyłek - w efekcie Velarez potknął się i upadł na podłogę. W tym czasie dwóch mężczyzn zerwało się ze swoich krzeseł, by ruszyć na pomoc Mirkofowi. Pierwszemu asesor po prostu usunął się z drogi, a kiedy ten z rozpędu przebiegał koło niego, podstawił mu nogę - w efekcie człowiek dołączył do Velareza. Trzeciego napastnika Abiatar ogłuszył ciosem w skroń wymierzonym krawędzią dłoni.
    - Dosyć! - rozległ się krzyk Marty - Nie bijcie się! Pax!
    To podziałało. Jeden z mężczyzn zamarł, trzymając w rękach składane krzesełko, które zamierzał użyć jako broń przeciw asesorowi. Przystanął również Staszek, który w końcu zdecydował się ruszyć na pomoc ojczymowi (niechętnie, ale jak sztama, to sztama). Zaś Mirkof zaczął się podnosić z podłogi, stękając lekko.
    - Racja - mruknął. - Koniec, panowie. W ogóle kto was prosił o pomoc? Miałem się tłuc ja z braciszkiem. I wyszło na jego. - Mechanik zwrócił twarz w kierunku inkwizytora. - Dobra, nakopałeś nam, szacun, jesteś gość... Ale co z tego wynika? I tak nie ma sensu, żebyśmy polowali na to coś.
    - On ma rację - niechętnie (nie dlatego, że miał ochotę polować, tylko dlatego, ze musiał się zgodzić ze swoim ojczymem) powiedział Staszek. - Ja i Marta też spotkaliśmy to... coś. To nie jest jakieś strasznie wielkie - było w stanie wejść do zwykłego domu. Co prawda, pewnie przygarbione.
    - Nic mu nie będzie, tylko go ogłuszyłem - stwierdził inkwizytor, patrząc na Martę, która nachylała się nad nieprzytomnym mężczyzna, którego asesor wcześniej powalił. - Rzecz w tym, że niedługo będzie większe... - dodał Abiatar, wracając do tematu potwora.. Zabrał krzesełko mężczyźnie, który przed chwilą biegł z nim, żeby go uderzyć (pozwolił sobie odebrać mebel bez protestów), rozłożył je i usiadł. - Mówiłem, że zidentyfikowałem ten gatunek. Gargoyla Metabolens charakteryzuje się tym, że jej przemiana materii może osiągać dwie skrajności. Z jednej strony może zapaść w letarg, trwający setki lat. Z drugiej kiedy się obudzi - zużywa ogromne ilości energii. Dlatego potwór bez przerwy krąży po całej planecie i dlatego nie spocznie, póki nie pożre każdej żywej istoty na powierzchni. Kiedy żołnierze przybędą, będą już mieli przeciwko sobie olbrzymiego, latającego behemota. Słyszeliście o Smokach Zamętu? Otóż prawda jest taka, że gargulec to młody smok. W ciągu tygodnia bestia osiągnie takie rozmiary i siłę, że drużyna legionistów będzie dla niej niczym. Potrzeba będzie całej centurii, z ciężkim sprzętem, żeby sobie z nią poradzić.
    Na chwilę zapadła głucha cisza.
    - I co z tego? - burknął starszy człowiek, który już wcześniej sprzeciwiał się wywodom inkwizytora. - Jakbyś pan nie zauważył, jesteśmy pod ziemią. Do windy to to nie wsiądzie, a choćby wyrosło na tego ,,smoka" o którym pan bajasz, to nie jest na tyle cwane, żeby zacząć ryć w ziemi, bo a nuż znajdzie bunkier? - starzec zaśmiał się skrzekliwie.
    - Za niecałe dwa tygodnie, przybędzie tutaj drużyna legionistów - spokojnym tonem odpowiedział Abiatar. - Wszyscy zginą. Być może któryś z nich wcześniej nada wiadomość, która wyjaśni z czym mają do czynienia - wówczas poczekacie co najmniej kolejne dwa tygodnie, aż władze wyślą poważne siły. Zatem nawet jeśli nie rusza was to, że żołnierzy czeka pewna śmierć, a póki co istnieje szansa na unikniecie tego i zabicie potwora przy minimalnych stratach... To pomyślcie - czy perspektywa spędzenia co najmniej miesiąca ze Smokiem Zamętu szalejącym ponad waszymi głowami jest zachęcająca? Już nie mówiąc o tym, że jak wspominaliście, oficjele Chopina uciekając, uszczuplili zapasy żywności w tym bunkrze.
    - Brat Refuze ma rację. - znienacka odezwała się Marta. W jej melodyjnym głosie czuć było nienaturalny spokój. - Musimy stawić czoła temu demonowi rodem z czeluści piekielnych. Taka jest wola Boga! - oświadczyła. - Został pan przez niego wysłany, aby strącić tego diabła z powrotem w otchłań.
    Kilku mężczyzn zareagowała śmiechem i lub porozumiewawczymi spojrzeniami na oświadczenie Cavalieri. Staszek jęknął w duchu. Owszem, pamiętał wcześniejsze deklaracje Marty... Ale miał nadzieję, że trochę ochłonęła.
    - Cokolwiek pan postanowi, pomogę w tym zbożnym dziele. - dodała kobieta, stając koło inkwizytora. Zakonnik zmarszczył brwi. Chyba był nieco zdziwiony poparcie i bojowymi słowami ust drobnej kobiety. Jednak po chwili skinął głową i powiedział. - Dziękuję. Na pewno pani pomoc się przyda.
    - O to, mocarna para! Już po potworze! - jeden z mężczyzn, zaryczał śmiechem.
    - Może jestem słabsza od was... Co po waszej sile, skoro jesteście zbyt wielkim tchórzami, żeby z niej skorzystać? - odpowiedziała z dumnie podniesioną głową Marta, a jej spojrzenie wyrażało krańcową pogardę.
   - Zam... - adresat jej nagany otworzył usta, by się odgryźć, ale po chwili machnął tylko ręką. - Zresztą, róbcie, jak chcecie. Wasze życie, wasza sprawa.
    - Chyba ta panienka niezbyt się z tobą zżyła, co? Łatwo cię opuszcza. - mruknął Mirkof, przysuwając się do Staszka. Chłopak zagryzł wargi. Przez chwilę bił się z myślami. A potem podjął decyzję. Zrobił kilka kroków i stanął koło Marty i Abiatara.
    - Idę z wami - powiedział. - Dwa razy się spotkałem z potworem i przeżyłem. Widać nie jest mi pisane, żeby mnie dorwał.
    - Po mojemu to raczej kusisz los, chłopaku. - pokręcił głową Mirkof. - I nie podoba mi się, to. Wcale.
    - Masz rację - oświadczyła Marta, patrząc Staszkowi prosto w oczy. Jej twarz przybrała natchniony wyraz. - Nie zginiesz, lecz pokonasz bestię i zasłużysz się w oczach Pana.
    - Jakaś nawiedzona. - mruknął ten sam mężczyzna, który wcześniej śmiał się z Marty.
    - Zamknij się - warknął Staszek w jego stronę.
    - Bo co mi zrobisz? Mam do ciebie podejść? - zaczepnym tonem odpowiedział człowiek, dla podkreślania swych słów, zaciskając dłonie w pięści.
    - Stój, Victor. Ja też jestem z nimi. Może ze mną chcesz się... kłócić? Proszę bardzo - oświadczył Mirkof, stając za pasierbem. Staszek spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma. Mimo wszystko, nie spodziewał się tego.
    - Taaa, wiem, że robię cholerne głupstwo - mruknął Velarez. - Ale wolę sam zadbać, żeby twoja matka zobaczyła cię w jednym kawałku... Poza tym, nie widzi mi się chowanie w dziurze. Ktoś jeszcze chętny na samobójczą misję? - dodał głośniej. - Lucarda?
    - Eeee.... Nie.... raczej nie... Ale życzę powodzenia - wymamrotał Jean, cofając się pod ścianę.
    - Zatem czworo przeciw stworzeniu, które jak się rozkręci może rozwalić całą centurię? Mam nadzieję, że to co mówią o Bogu, o którym tak chętnie mówisz - Mirkof zwrócił się do Marty - jest prawdą. Mam na myśli to, że kocha głupców.
    W odpowiedzi Cavalieri jedynie się tajemniczo uśmiechnęła.
    - Psychole - sarknął starszy pan z łysiną, wiercąc się na swoim krześle.
    - To co? Jakiś plan? - rzucił Velarez. - Może zwabimy paskudę przed ratusz. Na wieżyczce jest działko, zarządzający je zamontował po tym, jak kiedyś nas piraci napadli.
    - Widziałem tą wyrzutnię - pokręcił głową Abiatar. - Nie nadaje się. Jest za wolna, gargulec bez problemu uniknie pocisków z niej wystrzelonych. Ale mam coś innego...
    Choć inkwizytor odrzucił pomysł Mirkofa. to jednak spotkał on się z szerokim odzewem pośród pozostałych słuchaczy. Niezbyt pozytywnym.
    - Co? - zaczął drzeć się, z niespodziewaną jak na jego wiek siłą głosu łysiejący staruszek. - Chcecie wabić TO tutaj? Koło naszego schronienia? Chcecie umierać, wasza sprawa, ale zostawcie w spokoju normalnych ludzi! Musimy się pozbyć stąd tych oszołomów, zanim sprowadzą śmierć na nas wszystkich! - oświadczył.
    - Ta. Lepiej stąd idźcie - poparł dziadka Victor. Jego głos był poważny, a mina groźna, ale w oczach widać było niepewność. Mirkof był chłopem na schwał, a co gorsza był tu inkwizytor, który z Mirkofem - i dwoma innymi mężczyznami poradził sobie bez problemu. Jednak Refuze tylko pokręcił głową.
    - Chodźmy. Ani nie otrzymamy tu tej pomocy... Ani jej nie potrzebujemy. Paru ludzi więcej nie ma znaczenia. Nasza szansa nie leży w liczebności, tylko wykorzystaniu sposobności.
    - I łasce bożej. - dodała Marta.
    - Tak - potwierdził po chwili namysłu Abiatar.
    - Dobra, idźmy i zostawmy tych tchórzy! Zamelinujemy się w naszym domu - oświadczył Mirkof. Czwórka ruszyła do wyjścia z sali, by skierować się do windy, żegnana milczeniem zgromadzonych mężczyzn.

    Zanim wyjechali na powierzchnię, Abiatar zniknął w jednej z sal bunkra - zapewne tej, którą obrał sobie (na niezbyt długo) za sypialnię i powrócił z jakąś podłużną walizą. Maliniak zastanawiał się, co też tam może być - zapewne jakieś naukowe przybory. Potem mogli już pojechać na górę. Po kolejnej przygnębiającej przechadzce ulicami wyludnionego miasta, ekipa trafiła do domu Staszka. Szczęśliwie żadni szabrownicy się nim nie zajęli - już ojciec Staszka, po nieudanej próbie obrabowania warsztatu, założył na budynkach porządne (jak na Chopin Prim) zabezpieczenia.
    - Witam w naszych skromnych progach - z ironią powiedział Mirkof, wykonując parodię ukłonu, kiedy weszli już do salonu. Staszek pominął to zdanie milczeniem, choć nie do końca podobało mu się, że to ojczym pełni honory gospodarza domu.
    - Ładnie tu - oświadczyła Marta, rozglądając się po pokoju gościnnym.
    - Dziękuję. - Tym razem Staszek nie dał się uprzedzić Velarezowi. - Mama wszystko tu urządzała - i dba o dom.
    - Mam nadzieję, że się spotkamy - Cavalieri uśmiechnęła się słabo. - Jeśli nie, przekaż proszę wyrazy uznania.
    - Na pewno się spotkacie! - żarliwie zapewnił Staszek. - Przecież nikt z nas nie zginie... Zabijemy bestię, wszyscy wrócą... Życie wróci do normy... Prawda? - spytał, a jego głos, wbrew woli, zabrzmiał nieco niepewnie. Nie doczekał się odpowiedzi. Zauważył, że Marta wpatruje się w zdjęcie, które stało na półce regału. Przedstawiało ono małego Staszka z rodzicami. Być może Mirkofowi nie było w smak, że taka fotka zajmuje tak poczesne miejsce w ich salonie - ale nigdy nie próbował go usunąć. Zresztą ani Staszek, ani jego matka (był tego pewien) nie pozwolili by na to. Chłopak sam często z nostalgią wpatrywał się w to zdjęcie, wspominając chwile, kiedy tata żył, a on sam był małym brzdącem. Jednak zdawał sobie sprawę z jakiego powodu Cavalieri patrzy ze smutkiem na roześmianą rodzinkę... Jej usta lekko drżały, a dłonie nerwowo wędrowały po przedramionach, jakby kobieta chciała objąć samą siebie. Wyglądało na to, że za chwilę dojdzie do wybuchu uczuć, które do tej hamowała tama zbudowana z wiary i... ciężko użyć innego słowa - szaleństwa. Staszek nie chciał do tego dopuścić. Musiał szybko przyciągnąć uwagę Marty.
  - Możemy trochę odpocząć, zanim pomyślimy co dalej? - zapytał głośno. Oczy kobiety, tak samo jak Mirkofa i Abiatara, zwróciły się na niego.
  - No nie wiem. Każda chwila może mieć znaczenie - odpowiedział z powątpiewaniem Refuze, kładąc na stole swoją podłużną walizkę.
  - Tak, ale nie będzie z nas za dużo pożytku, jeśli nie wypoczniemy choć parę godzin - kontynuował Staszek. - Taka prawda. Szliśmy na piechotę do miasta, a przedtem... - chłopak zamilkł, bojąc się, by przypomnienie o rzezi w hotelu nie przywołało u Marty tych wspomnień, przed którymi chciał ją uchronić. Kobieta westchnęła i pokiwała głową.
    - Staszek ma rację.- stwierdziła. - Ledwo stoję na nogach, on pewnie też. Przepraszam, ale naprawdę nie będzie z nas dużego pożytku... - zakończyła cichym głosem.
    - Dobrze - stwierdził po chwili namysłu Abiatar. - Zresztą pewnie i tak dziś byśmy nie zdążyli nic zdziałać... A w nocy lepiej nie próbować, po co dawać bestii przewagę... Za dwie godziny się tu zbierzemy, wyjaśnię wam co i jak, a potem możecie iść spać, za to jutro równo ze świtem zabierzemy się do pracy.
   - Co tylko rozkażesz, wodzu - mruknął pod nosem Mirkof. - Pójdę po amunicję do tego cuda - wskazał na swoją dubeltówkę. - Może gówno to da przy spotkaniu z tym czymś, ale przynajmniej wystrzelę mu kaprawą gębę, zanim mnie zeżre. Wy róbcie co chcecie.
     Marta podeszła do Staszka. Zagryzła lekko wargi i nieśmiało spytała: - Czy... No wiesz... Mogłabym się wykąpać? - wypaliła w końcu. - Skoro mam tu spać, nie chciałabym niczego pobrudzić...
    - Oczywiście! - natychmiast odpowiedział chłopak, patrząc na nieco już wyblakłe plamy na skórze kobiety - na ubraniu zresztą też. - Zaprowadzę cię do łazienki... A może chciałbyś się przebrać? - dodał. - Na pewno mama nie wzięła nawet połowy ubrań ze sobą. O ile w ogóle.
     - Dziękuję, chyba teraz tego nie dopiorę - kobieta zerknęła na swój, będący w opłakanym stanie strój - ale nie wiem czy... mogę... czy powinnam. Nie chcę nadużywać gościnności. - wyraziła swoją niepewność Cavalieri.
    - Jestem pewien, że mama gdyby tu była, sama by to zaproponowała! - odpowiedział zdecydowanie (i szczerze).
    - No dobrze. To jak możesz, poszukaj... Ja nie mam do tego głowy - kobieta pokręciła głową.
    - Oczywiście. - odrzekł chłopak, prowadząc Martę do łazienki. - Proszę! - otworzył drzwi. - Tutaj masz płyn i szampon, a tutaj wiszą ręczniki. Miłego... eeee.... miłej kąpieli. - zakończył dosyć niezręcznie, a potem zostawił kobietę samą. Po chwili z łazienki dał się słyszeć odgłos płynącej wody. Staszek postanowił pójść do pokoju mamy - chciał poszukać jakiegoś ubrania, tak, żeby Marta mogła się w nie ubrać od razu po wyjściu z wanny. Jednak po drodze do sypialni, w salonie, musiał przejść przez salon. Tam napotkał inkwizytora. Zakonnik siedział wygodnie w fotelu, wyglądał na rozluźnionego i miał zamknięte oczy. Jego oddech był miarowy. Staszek nie miał pojęcia, co robił Refuze - rozmyślał, modlił się, medytował, czy po prostu spał. I tak nie miał ochoty mu przeszkadzać. Po cichu, niemal wstrzymując oddech, ruszył przez pokój. Jednak na nic to się zdało. Kiedy przechodził koło fotela Abiatara, powieki inkwizytora natychmiast się uniosły, ukazując jego czarne laszamarskie oczy a z jego ust dobył się głos.
    - Nie odpoczywasz?
    - Nie... widzi pan... brat... eee... wielebny... pomyślałem, że poszukam... - zaczął zmieszany chłopak. Jednak natychmiast przerwał. Przecież był u siebie w domu! Nie musiał się z niczego tłumaczyć.
    - Szukam jakiegoś ubrania dla pani Cavalieri - oświadczył niedbałym tonem, mającym przekazać ,,Skoro już pytasz, to niech tam, powiem, ale nie wiem czemu cię to interesuje".
    - Słusznie. - kiwnął głową inkwizytor. - Pomimo straty, jaka ją spotkała, przyda się jej zmiana garderoby.
    - No tak. - Staszek już miał ruszyć dalej, kiedy nagle coś go tknęło. Stanął jak słup i zwrócił na zakonnika szeroko otwarte oczy. - Skąd wiesz, że jej rodzinę zabił potwór? - spytał zdziwionym i jednocześnie podejrzliwym tonem. Słyszał co nieco o... nienaturalnych... zdolnościach inkwizytorów. Czyżby to był ich pokaz?
    - Szczegółów nie znam, ale że do jakiejś tragedii doszło, to się domyśliłem. - Abiatar wzruszył lekko ramionami. - O tym, że się spotkaliście z potworem, sam wspomniałeś. Ubranie pani Cavalieri jest tak zakrwawione, że gdyby krew pochodziła z jej ran, w najlepszym wypadku nie byłaby w stanie utrzymać się na nogach. Co znaczy, że udzielała pomocy rannym, albo przenosiła trupy. Pierwsze wykluczyłem, gdyż żaden ranny z wami nie przybył. Zatem w grę wchodzili polegli. Widząc, jak pani Cavalieri jest na skraju płaczu, widząc rodzinne zdjęcie, doszedłem do wniosku, że coś złego stało się z jej własnymi bliskimi... I doszedłem do końcowego wniosku. Mam rację? - zakończył zakonnik.
   - Tak - westchnął Staszek, siadając na oparciu fotela. - Jej mąż i dzieci zginęły, zabite przez tego... gargulca. Słyszała jak umierają, potem widziała i chowała ich zwłoki.
    - Zatem i tak bardzo dobrze się trzyma - stwierdził Abiatar. 
   - Właśnie... Aż za dobrze. Wiem, to brzmi głupio, ale... - zaczął tłumaczyć chłopak. Analiza Refuzego zrobiła na nim wrażenie - i wzbudziła nadzieję, że pomoże mu z... tym wszystkim. - Widzi... brat... To rozklejenie się przed zdjęciem, to był wyjątek. Oczywiście, na początku rozpaczała... Bałem się, żeby czegoś sobie nie zrobiła... Ale potem... Zrobiła się dziwnie spokojna. Zaczęła tłumaczyć, że jej bliskim już nic nie grozi, że już nie cierpią, bo są w niebie...
    - Jesteś wierzący? - spytał Abiatar.
    - Ja? Tak - odpowiedział zdziwiony Staszek. - Ale co to ma do rzeczy?
    - Zatem nie wiem, co widzisz w tym dziwnego. Takie są logiczne wnioski wynikające z wiary w życie pośmiertne. Śmierć jest kresem cierpienia, a początkiem nieskończonej szczęśliwości dla dobrych osób - a niewątpliwie za takie uważa swoich zmarłych pani Cavalieri.
    - Tak, jasne. Faktycznie logiczne. - mruknął Staszek. "Jednak jakbyś nie zauważył, panie zakonniku, większość ludzi tak nie reaguje" - pomyślał. - Tylko, że to nie koniec. Ona... - Staszek ściszył głos. - Jej się wydaje, że widzi duchy swoich dzieci. I że one przekazały jej od Boga misję zabicia tego potwora. Zresztą widział pan - czasem zachowuje się normalnie, ale nagle nachodzi ją... coś dziwnego. - zakończył niezgrabnie chłopak.
    Laszmar pokiwał z namysłem głową.
   - Czasem to się zdarza. Niekiedy szok towarzyszący traumatycznym przeżyciom jest zbyt duży i coś w istocie pęka - dotychczasowe życie, cały świat i zasady panujące w nim okazują się wobec tragedii tak bezsensowne, że umysł je po prostu odrzuca, budując sobie... Nowy obraz świata.
    - Pięknie. - Staszek zagryzł z rozpaczą wargi.
   - Ale powiedziałem ,,czasem" - ciągnął inkwizytor. - Niekiedy dzieje się coś innego - osoba nie traci rozumu. Wręcz przeciwnie - używa go, żeby stworzyć sobie... Powiedzmy mur ochronny, który ma ją właśnie przed szaleństwem chronić. Po prostu podświadomie szuka sobie... czasem na siłę, prawda... czegoś co sprawi, że tragedia znajdzie swoje miejsce w porządku świata. Co sprawi, że życie nie straci sensu, pomimo tego, co się stało. Czasem jest to dosyć cienki murek, ledwo stojący - widział pan, że mimo wiary w zbawienie mało się nie rozpłakała, kiedy zdjęcie przypomniało jej utracone rodzinne szczęście. Dlatego nie ma sensu go burzyć - dopóki sam nie przestanie być potrzebny. Choć z drugiej strony - być może w pewnym momencie trzeba to będzie zrobić, aby wewnątrz niego nie zamknęła się na zawsze? Tak jak kiedyś trzeba zerwać opatrunek, choć to boli.
    - Więc to jej umysł... Płata jej figle... Właśnie po to, żeby nie zwariować? - spytał po chwili milczenia Staszek ignorując niepojącą dwuznaczność, jaka była zawarta w słowach inkwizytora.
    - Tak można ująć to, co powiedziałem. - przytaknął Abiatar.
    - I kiedy już sobie poradzi... z tym... To znowu będzie normalna? - z ulgą w głosie dodał chłopak.
    Tym razem to inkwizytor milczał, patrząc gdzieś w przestrzeń. A potem zadał Staszkowi pytanie, które wprawiło go w osłupienie.
    - A skąd wiesz, że nie jest cały czas... ,,normalna"? Że te wszystkie doznania, o których mówi są prawdziwe?
    - Co?!
    Zakonnik zaśmiał się cicho. Był to suchy, niemal mechaniczny i całkowicie pozbawiony wesołości dźwięk.
   - Kiedy ty mówisz do Boga, nazywamy to modlitwą. a kiedy Bóg mówi do ciebie, nazywamy to szaleństwem? Tak uważasz? - nie czekając na odpowiedź, Abiatar ciągnął dalej.
     - Owszem, Wiele razy słyszałem o przypadkach, kiedy Bóg, czy anioł powierzał komuś specjalną misję. Widziałem także statki i bronie poruszane siłą wiary. Widziałem demony - prawdziwe demony, których sam widok wystarczyłby abyś poznał czym jest PRAWDZIWE szaleństwo - kroczące po polach bitwy i zbierające krwawe żniwo pośród śmiertelników. Widziałem kobietę, której sam gniew potrafił zabijać, lub ratować życie. I wreszcie -widziałem już umarłych przemawiających do żywych. Oczywiście - spirytyzm to jedna z najgorszych herezji, nekromancja to najgorsze plugawstwo, śmierć jest granicą, poza którą nie wolno nam sięgać pod żadnym pozorem... Nam. Ale w drugą stronę czasem to działa inaczej. Bóg czasem dopuszcza, pozwala, aby umarli przemówili do żywych. Wyjątkowo. Rzadko. Ale zdarza się. Dlatego nie szafuj tak chętnie sądami. - Laszamar obrócił twarz w kierunku Staszka, a jego oczy były mroczne i nieprzeniknione. - Bo to, co znasz, wiesz i rozumiesz, to tylko maleńki skrawek wszechświata. Nie odrzucaj z góry, tego, czego nie znasz - po chwili pauzy inkwizytor dodał, znacznie swobodniejszym tonem. - Co rzecz jasna nie znaczy, że całkowicie wykluczam poprzednią teorię. - to powiedziawszy, inkwizytor ponownie zamknął oczy i zatopił się w rozmyślaniach. Najwyraźniej uważał rozmowę za skończoną.
    Prawdę powiedziawszy, pozostawiła ona w głowie Staszka jeszcze większy mętlik, niż wcześniej. Choć... Abiatar miał sporo racji. Do tej pory Maliniak żył sobie spokojnie na peryferyjnej planecie. Choć od czasu do czasu docierały tutaj - niepełne i z reguły mocno spóźnione - wieści o nieustającym konflikcie, jaki Pakt toczył z Nihilistami, to jednak ta tajemnicza... organizacja, religia, ciężko było coś o nich pewnego powiedzieć.... była dla niego i innych mieszkańców Chopina czymś nierealnym, jakąś mglistą metaforą zła i zagrożenia... A wojna była równie odległa jak te, które ludzkość toczyła wieki temu, jeszcze na Straconej Ziemi. A teraz odpryski Wielkiego Konfliktu uderzyły w Staszka, życie jego i jego bliskich. Potwór okazał się bronią Nihilistów, krwawym dowcipem i zemstą za odebranie im tej planety. A z pomocą w walce z nim spieszył członek mistycznego zakonu, którego początki kryły się w niepamiętnej historii - w dodatku z rasy, której przedstawicieli Staszek widywał dotąd tylko na filmach. Już nie mówiąc o tym, że zaprzyjaźnił się z kobietą, która widuje duchy.
    Właśnie. Chłopak w końcu sobie przypomniał, że przecież szedł po ubranie dla Marty. Szalona, czy też nie - odpowiadał za nią... lubił ją, współczuł jej i chciał ją wspomóc, choć w ten drobny sposób. Dlatego w końcu ruszył do pokoju mamy. Wszedł do środka i zaczął grzebać w szafie. Po chwili westchnął ciężko. Wszystkie te ubrania... Ich wygląd, a nawet zapach... Przypominały mu matkę. Tą sukienkę zakładała, kiedy szli w gości... Tą na naprawdę wielkie okazje... A w tej zielonej często chodziła po domu. Staszek przytulił do niej twarz i nabrał powietrza, wdychając ulotną woń jej perfum. Miał nadzieję, że gdzieś tam poza planetą jest bezpieczna i że ją jeszcze zobaczy, jak krząta się po mieszkaniu. Maliniak ponownie westchnął, a potem wyprostował się. Musiał w końcu wybrać jakiś strój, zanim Marta się wykąpie. Po chwili wahania zdecydował się na lekką, niebieską bluzkę. Do tego do wyboru krótka - ale rzecz jasna bez przesady, w końcu to była garderoba jego mamy (poza tym Staszek zdawał sobie sprawę, że proponowanie Cavalieri miniówy byłoby lekko niefajne) i spodnie.
     W tej chwili usłyszał ledwo słyszalne chrząknięcie od strony łazienki, a zaraz potem ,,Już wyszłam" wypowiedziane tonem... JakbyMarta jednocześnie chciała, żeby ją usłyszano, ale jednocześnie nie chciała zwrócić na siebie uwagi. Staszek popędził w stronę łazienki, trzymając przygotowane ubrania. Po drodze zauważył, że w salonie nie ma już Abiatara. Dziwne, nie słyszał, jak inkwizytor wychodził. Po chwili stanął przed drzwiami do przybytku higieny.
    - To może podam ci ubranie przez szparę? - zaproponował.
    - Dziękuję, ale... słuchaj, mogę wysuszyć włosy? - rozległ się zakłopotany głos zza drzwi.
    - Jasne.
    - A gdzie jest suszarka?
    - Powinna być między pralką a wanną, na tym stojaku.
    Chwila ciszy, potem grzechot przegarnianych drobiazgów i znowu cisza.
    - Nie mogę znaleźć. - oświadczyła Cavalieri. - Możesz mi pomóc?
    - Mogę wejść? - wolał upewnić się Staszek.
   - Tak, poczekaj chwilkę.... Już.


niedziela, 2 lipca 2017

Prezent pożegnalny - opowiadanie, cz. 1

    Ostatnio mam mało czasu, więc wygrzebuję kolejne teksty z szuflady, to bodajże ostatni, więc nie wiem, co to będzie, jak opublikuję całość... A no właśnie, ponieważ tekst jest długi, a przed publikacją muszę wprowadzić w nim pewne zmiany, na razie wrzucam fragment (nieco mniej, niż połowę). Reszta... za tydzień? Jak Bóg da. (Tak, wiem, że nikt na nią nie czeka).



   - Skończyłem. - Staszek otarł dłonią pot z czoła. Kiedy po chwili zobaczył swoje odbicie w wypolerowanej blasze leżącej pod ścianą, uświadomił sobie, że nie był to dobry pomysł. Teraz był nie tylko spocony, ale i brudny - na czole miał ciemną plamę ze smaru.
     Mirkof przyjrzał się krytycznie naprawianemu przez pasierba pojazdowi. Po chwili jednak pokiwał łysą głową, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
- Niech będzie. Teraz zabierz się za... - szef warsztatu przez chwilę się zastanawiał. - Umyj tamten samochód. - Wskazał na stojący przed pracownią pojazd marki Zefir. - Przecież nie oddamy klientowi takiego upaćkanego... Tylko wpierw wyczyść ręce, bo jeszcze gorzej go zafajdasz. - Mirkof zaśmiał się pod nosem.
    - Od kiedy to przykładasz wagę do czystości? - warknął Staszek. - Przyznaj się, specjalnie wymyślasz mi coraz to nowe prace.
    Mirkof podparł się pod boki i spojrzał na pasierba z góry. Nie było to trudne, gdyż był od niego sporo wyższy. Szerszy zresztą też.
    - A co? Nie chcesz pracować? Chcesz darmo chleb jeść? I jeszcze pyskujesz? Chcesz, żeby twoja matka się o tym dowiedziała? Nie? To przeproś.
    Staszek zagryzł zęby z wściekłości. Przez chwilę patrzył prosto w kpiące oczy Mirkofa, a potem mruknął - Przepraszam.
    - Co powiedziałeś? Powtórz głośniej? - Mirkof przyłożył rękę do ucha.
    - Przepraszam!
    Mężczyzna pokiwał głową z zadowoleniem. - No. I tak ma być. Żeby mi to było ostatni raz! A teraz smyraj do do roboty!
    Milcząc chłopak zaczął myć ręce w pojemniku z rozpuszczalnikiem. Że też jego matka była taka zapatrzona w swojego męża... A on nie miał serca rozwiewać jej złudzeń. Pamiętał jaka była zrozpaczona po śmierci ojca... Widać potrzebowała kogoś. Zresztą, Mirkof nie był dla niej zły. Jak widać, wystarczało mu wyżywanie się na pasierbie... Jedynym co pocieszało w tej sytuacji Staszka było to, że po śmierci mamy (nie to, żeby jej tego życzył) Mirkof Galarez gówno z tego dostanie... To była ojcowizna Staszka, a ten wieprz mógł się tu panoszyć tylko dzięki... jak to mówił ten jurysta? ,,Wspólnocie małżeńskiej".
    Chłopak skończył myć ręce. Złapał za wiadro z wodą i szmatę i ruszył do akcji. Umył Zefira. Raz. A potem drugi, ,,dla pewności" jak to stwierdził Mirkof. Potem ustawiał skrzynki. A potem naprawiał wycieraczki... A potem...
    Kiedy skończył pracę i ojczym łaskawie stwierdził, że to koniec na dziś, było już po zmroku. Najgorsze było to, że gdyby Staszek mógł użyć tych wszystkich ustrojstw, jakie znajdowały się w warsztacie, uwinąłby się z tym o połowę szybciej... Niestety, Mirkof nie wyznawał zasady ,,kiedy jest potrzeba, pracuj" tylko ,,jeśli nie ma potrzeby pracować, znajdź ją". Szkoda tylko, że stosował ją jedynie do innych, a sam znaczną część dnia spędzał przy piwie w pobliskim pubie.
    Staszek przysiadł na jednej ze skrzynek. Rzucił tęskne spojrzenie na stojący w kącie obiekt, nakryty płachtą. To było jego oczko, jego marzenie. Od kilku lat próbował złożyć motor. Ale nie byle jaki! Prawie każdego zaoszczędzonego solida wydawał na zamawianie technicznych książek i brakujących części u kupców międzyplanetarnych odwiedzających Chopina raz na dwa miesiące. Był pewien, że udało mu się wpaść na kilka rozwiązań, które umknęły inżynierom z wielkich koncernów... Był pewien, że pewnego dnia na rynku pojawi się nowy model, który zostanie nazwany jego imieniem. Był pewien, że zarobi na tym tyle pieniędzy, że on i mama będą mogli żyć w luksusie do końca życia (miał nadzieję, że Mirkofa trafi szlag z zazdrości). Był pewien, że kiedy zabierze Renatę na jazdę próbną i będą jechać uliczkami Chopin Prim, wszyscy będą patrzeć z podziwem.
    Ale najpierw musiał go skończyć... prawdę powiedziawszy - zostały mu już ostatnie poprawki. Miał nadzieję, że za kilka dni wszystko będzie gotowe.
    Ale dziś już nie miał siły się przy tym grzebać. Tym bardziej, że jutro, choć była sobota, musiał rano wstać. Miał jechać z Renatą nad staw. Następnym razem zabierze ją na motorze... Ale na razie mieli się zabrać razem z Tomasem.
     Staszek przeciągnął się, rozluźniając przemęczone mięśnie i ziewnął przeciągle. A potem wyszedł z warsztatu i ruszył w stronę domu.

    - Weź wetrzyj mi krem, co? - poprosiła Renata. Staszek ochoczo złapał za tubkę, wycisnął nieco na dłoń i zaczął energicznie wcierać w plecy dziewczyny. Raz, że nie miał nic przeciwko dotykaniu jej skóry - a po drugie, nie chciał, żeby wypad zakończył się dla niej poparzeniami. Chopin był dosyć blisko słońca, jak na skolonizowaną planetę. Prawdę powiedziawszy, rozsądek raczej nakazywałby po prostu chronić się przed jego światłem, zamiast wystawiać roznegliżowane ciało na działanie promieni. Ale cóż z tego. Telewizyjne programy oraz gazety, które niezbyt często docierały na planetę, jasno wykazywały, że w tym sezonie modna jest opalenizna. Zatem kobiety z Chopina będą się opalać, choćby nawet miało to je kosztować zdrowie.
    Upały panujące na planecie sprawiały, że mało było tu naturalnych zbiorników wodnych pod gołym niebem. Staw nad który przyjechali, został stworzony dzięki pobliskiej kopalni. Mieścił się w dawnym wyrobisku - a dzięki łączności z podziemnymi źródłami oraz częściowo osłaniającemu go przed promieniami słońca nawisowi skalnemu - woda nie parowała na tyle szybko, aby jeziorko wyschło.
   - No to chyba wystarczy, nie? - spytał Staszek, zamykając tubkę z kremem.
   - Ponieważ nie potrafię obejrzeć własnych pleców, zdam się na twój osąd - odpowiedziała Renata, odwracając się. Odwróciła się do chłopaka, jednocześnie nieco się przysuwając. Uśmiechnęła się lekko. - Jak ja się odwdzięczę? - spytała.
    - Drobiazg. - bąknął Staszek.
    - Nie bądź taki skromny - mruknęła Renata, przymykając ciemne oczy i zbliżając swoją twarz do jego. Staszek rzucił spojrzeniem na bok. Ochroniarze przy lądowisku helikoptera byli zajęci rozmową. Nigdzie nie było widać Tomasa. Dobra. Chłopak również się przysunął i już miał pocałować dziewczynę, kiedy...
    Renata odskoczyła, kiedy oboje zostali obryzgani wodą przez wyskakującego ze stawu Tomasa. Chłopak stanął na brzegu i otrząsnął się.
    - Byście też popływali trochę, zamiast się wylegiwać! Ruch to zdrowie, czysta woda zdrowia doda, a w zdrowym ciele zdrowy duch! - krzyknął Tomas. Staszek mimochodem zarejestrował jakiś dziwny odgłos od strony kopalni.
    - Wybacz, ale nie. Ale jeśli chcesz samemu popływać jeszcze trochę, to proszę, nie krępuj się - z kwaśną miną odpowiedziała Renata.
    - E nie, zmęczyłem się już - odparł niezrażony Tomas, uwalając się na kocu obok nich (i jeszcze bardziej go mocząc). W tej chwili Staszek znowu usłyszał ten odgłos. Jakby... trzask? I jakiś łomot.
    - Słyszycie to? - zwrócił się do przyjaciół. - To chyba z kopalni.
    Wszyscy troje odwrócili się w tamtą stronę. Także ochroniarze wyglądali na zaniepokojonych. Od strony widocznej jamy w jednej ze skał, będącej wejściem do kopalni żelaza, znowu dały się słyszeć jakieś hałasy. Tym razem dołączyło do nich coś, co brzmiało jak rozpaczliwy krzyk.
    - Matko, co się tam dzieje? - spytała Renata.
    - Metan pewnie pierdyknął. Słyszałem, że to się zdarza w kopalniach. - wtrącił się Tomas.
    - To chyba w kopalniach węgla. - z powątpiewaniem odpowiedział Staszek.
    - Cicho! - krzyknęła Renata, zrywając się na równe nogi. - Patrzcie, ktoś wychodzi!
    Faktycznie, z jamy wybiegł mężczyzna. Był ubrany w szary górniczy kombinezon. Gdzieś zgubił swój hełm. Staszek mógł dostrzec na jego twarzy wyraz przerażenia.
    - Pomocy! - wrzasnął górnik, ciągle biegnąc. Nagle przewrócił się o jakiś kamień. Nie zdążył się podnieść. W ślad za nim z kopalni wybiegło coś... Coś... Staszek w tej chwili był w stanie dostrzec jedynie tyle, że było wielkie, szare i bardzo szybko się poruszało. Istota wybiła się w powietrze i spadła na próbującego wstać górnika. Rozległ się okropny krzyk bólu.
    I choć ten agoniczny wrzask był okropny, to następny odgłos okazał się jeszcze gorszy. Stworzenie
zaczęło wydawać przeraźliwy ni to ryk, ni to skrzek. Teraz Staszek mógł się mu przyjrzeć. Istota miała nieco ponad dwa metry wysokości. Jej skóra była była szara i łuskowata - chyba pokrywał ją jakiś śluz. Posiadała sześć kończyn. Dwie, pełniące rolę nóg były ugięte (widać było, że kolana tego czegoś wyginają się w odwrotny sposób niż ludzkie). Dwie były zakończone szponiastymi łapami, a dwie - jedynie pojedynczymi, wielkimi zagiętymi pazurami, przypominającymi ostrza od kosy. Łeb stworzenia posiadał co rodzaju dziobu (ale nie do końca, gdyż widać w nim było wyraźnie wielkie, pokryte krwią zęby) oraz rogowate narośle.
     Potwór po raz kolejny odchylił głowę i zaryczał.
- Święty Joannesie-Cały-W-Bliznach, co to jest? - wyszeptał Tomas.
    Kopalniani ochroniarze zaatakowali istotę. Rozległa się kanonada. Jednak nie wyglądało na to, aby stwora w jakikolwiek sposób ruszały kule z automatycznych karabinków i pistoletów. Stwór kucnął, a potem wybił się w powietrze. Błyskawicznie przeleciał kilkanaście metrów, a potem spadł na najbliższe skupisko zbrojnych. Część zgniótł lądując, a ostatniego przebił ostrzem na końcu swojej łapy. Uniósł go w powietrze i zaczął nim wymachiwać, rozsiewając dookoła krople krwi. Kanonada, skrzek potwora, krzyki wciąż jeszcze żyjącej ofiary i pisk Renaty zmieszały się ze sobą. Z domów należących do małej osady mieszczącej się przy kopalni zaczęli się wychylać przerażeni mieszkańcy.
Potwór zamachnął się łapą. Ciało człowieka poleciało w stronę skał, a następnie z wielką siłą w nie uderzyło, obryzgując krwią.
    - Uciekajmy! - krzyknął Tomas. - Do samochodu! - wskazał na swój wysłużony, czerwony ,,kabriolet". Renata dalej krzyczała. Staszek złapał ją i potrząsnął. - Uspokój się! - krzyknął. - Musimy uciekać!
    Renata zamilkła. Spojrzała na niego nie do końca przytomnym wzrokiem. - Tak, tak... - wymamrotała. W tym czasie Tomas już biegł na parking, położony koło lądowiska. Staszek ruszył za nim tak szybko jak mógł, ciągnąc za sobą dziewczynę. Po chwili biegu, właściciel samochodu dotarł do niego i zaczął gorączkowo otwierać drzwi.
    - Jeszcze chwila! - Staszek odwrócił się do Renaty. Oboje stali kilkanaście kroków od kabrioletu Tomasa. Dziewczyna pokiwała niemrawo głową. Nagle cała zesztywniała. Otworzyła szeroko oczy i krzyknęła. Potem wyrwała swoją dłoń z uścisku Staszka i zaczęła uciekać.
    - Co jest... - w tej chwili Staszek usłyszał za sobą znajomy skrzek. Błyskawicznie się odwrócił. Potwór już tu był. Stał koło samochodu Tomasa. Sam Tomas też tu był - istota trzymała go w jednej z łap. Mężczyzna nie był w stanie wykrztusić ani słowa, jedynie wpatrywał się w swojego oprawcę. Potwór również patrzył na niego. Parę razy mrugnął powiekami, chroniącymi małe, jadowicie żółte oczy.
    Staszek zrozumiał, że podczas gdy istota zastanawia się, co zrobić z jego przyjacielem (czy co tam robiła) on może uciec i pobiec za Renatą. Już miał ruszyć, kiedy stwór błyskawicznym ruchem dzioba odgryzł głowę Tomasa. Fontanna krwi trysnęła z szyi mężczyzny. Potwór machnął łapą, w której trzymał ciało.
    I ostatnią rzeczą, jaką Staszek zobaczył, zanim stracił przytomność, było lecące w jego stronę truchło przyjaciela.

    "Co to może do cholery być? Skoro nawet rakiety go nie ruszyły..."
    Staszek na granicy świadomości usłyszał niewyraźny głos. Była to jego pierwsza myśl od... nie wiedział jakiego czasu. To pozwoliło mu się skupić. Przypomniał sobie wszystkie ostatnie wydarzenia. Otworzył oczy.
     - Nie wiem. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. - Chłopak zobaczył mężczyznę w uniformie służb ochronnych kopalni. Oprócz niego była tu także jego matka i pielęgniarka. Pielęgniarka... Tak... Poznawał to miejsce. Kilka łóżek - w tej chwili tylko to, na którym leżał było zajęte - i białe ściany... To był szpital w Chopin Prim.
    W tej chwili matka spojrzała na niego. Dostrzegał, ze otworzył oczy.
    - Staszek! - krzyknęła z radością, podchodząc do niego. Nachyliła się i mocno go uścisnęła.
    - Niech pani nie przesadza...- powiedziała pielęgniarka, niska starsza kobieta w białym fartuchu. - Właśnie przeżył silny wstrząs.
    Dopiero teraz Staszek poczuł, że głowa go boli. Mimo wszystko nie chciał aby matka była zmuszona do odejścia, dlatego stłumił jęk bólu.
    - Pan Hernandez cię uratował, niech go Niebiosa błogosławią - powiedziała wzruszonym tonem matka Staszka, Maria Kielnik.
    - Dziękuję... Ale co się właściwie stało? - spytał chłopak. Dotknął swojej głowy. Wyczuł, że jest obwiązana bandażem.
    - Nie do końca wiem. - pokręcił głową śniady ochroniarz. - Znalazłem cię nieprzytomnego, kiedy biegłem do helikoptera. Na szczęście potwora nie było w pobliżu... Miotał się po całej okolicy, to tu to tam. Zaciągnąłem cię do kabiny. Wystartowałem. Próbowałem trafić stwora rakietami, ale on poruszał się tak cholernie szybko... Nie dało rady. Musiałem  odlecieć. - zakończył krótką opowieść.
    Staszek poczuł się, jakby ponownie dostał w głowę. Momentalnie podniósł się na łóżku i nachylił w stronę Hernandeza.
    - Tylko my dwaj? Nikt inny nie odleciał?
    - Nie - odpowiedział zaskoczony ochroniarz.
    Staszek zeskoczył z łóżka i podszedł do siedzącego na stołku mężczyzny.
    - Nie powinieneś się przemęczać! Wracaj do łóżka! - krzyknęła Maria, ale syn jej nie posłuchał.
    - Dlaczego nie próbowałeś ratować innych! - syknął w stronę Hernandeza.
    Ochroniarz uśmiechnął się smutno i rozłożył ręce. - Uwierz, chłopcze, zrobiłbym to, gdybym mógł. Ale byłeś jedyną żywą osobą, jaką napotkałem, biegnąc do helikoptera... Nie mogłem ryzykować i szukać innych. Musiałem dotrzeć do śmigłowca. Miałem nadzieję, że te rakiety powstrzymają bestię... Tak się nie stało. Ale i tak, gdybym miotał się po okolicy szukając innych, zanim bym pobiegł do maszyny, pewnie obaj byśmy teraz nie żyli. - Mężczyzna wzruszył ramionami.
    - Nie powinieneś tak mówić - zwróciła się Maria do syna. - Pan Hernandez uratował ci życie.
    - Przepraszam. - powiedział chłopak. - Ale czy nikt inny... W jakiś inny sposób... Się nie uratował? - spytał z nadzieją.
    Hernandez pokręcił głową. - Z okolicy kopalni - chyba nikt. W każdym razie nic o tym nie wiadomo. Z okolicznych osad nadciągają uciekinierzy... Z jednej z nich dostaliśmy przekaz przez radio - tam też potwór zaatakował. Podobno gubernator rozważa ewakuację.
    Zrezygnowany chłopak opadł na łóżko i skrył twarz w dłoniach. Matka usiadła obok niego i przytuliła syna.
    - Wiem, że tam zostali twoi przyjaciele...- powiedziała kojącym głosem. - Na pewno ni im nie będzie - dodała, gładząc syna po głowie.
    - Tomas zginął na moich oczach - wyszeptał Staszek, również przytulając matkę - A Renia... Nie wiem co się z nią stało. Zdążyła uciec, zanim potwór mnie ogłuszył.
    - Na pewno udało się jej gdzieś skryć.
    Przez chwilę Staszek milczał. Po chwili jednak stanowczo - choć delikatnie - odsunął Marię i wstał. W jego oczach płonął blask zdecydowania.
    - Pójdę tam. Nie mogę tak jej zostawić. - oświadczył.
    - Nie rób tego! - krzyknęła błagalnym tonem matka. - Nie znajdziesz jej... A gdybyś sam zginął, nie przeżyłabym tego.
    Determinacja opuściła Staszka. Stał bez ruchu, rozdarty wewnętrznie. Z jednej strony - nie chciał sprawić bólu matce. Z drugiej - nie był w stanie pogodzić się z tym, że Renata (o ile jeszcze żyła) pozostanie na łasce potwora, a on nic nie zrobi by jej pomóc.
    - Ale ona nie ma szans, żeby sama dostać się do miasta... Nawet jeśli potwór jej nie dopadnie, to nie zdąży przed ewakuacją... - powiedział niepewnym tonem.
    Hernandez odchrząknął. - To może pójdziecie na kompromis? Na razie niech chłopak odpocznie, bo jest zbyt słaby. Jutro weźmie jakiś pojazd, a mówiła pani, że macie warsztat, więc coś na pewno się znajdzie... Niech wyjedzie w trasę. Niech jedzie drogą w stronę kopalni,
powiedzmy do piętnastej... Jeśli napotka dziewczynę, zabierze ją ze sobą. Jeśli nie - trzeba ją będzie uznać za martwą. - wyjaśnił swój plan.
    - Nie, nie... - Maria przyłożyła rękę do ust. - To i tak byłoby niebezpieczne.
    - Mamo. - Staszek kucnął obok matki i położył jej dłonie na kolanach. - Mówiłaś, że nie przeżyłabyś, gdyby coś się ze mną stało... A ja nie byłbym w stanie żyć ze świadomością, ze nawet nie spróbowałem jej ratować.
    Po chwili namysłu kobieta przeciągle westchnęła i położyła rękę na głowie chłopaka.
     - Mój dzielny syn... Dobrze. Zrób jak mówi pan Hernandez. Ale! - dodała podniesionym tonem. - Przysięgnij, że jeśli minie piętnasta... Albo dowiesz się w jakiś sposób, że potwór jest blisko... Natychmiast zawrócisz!
    - Przysięgam mamo. - odpowiedział Staszek. - Przysięgam na Niebiosa i na pamięć taty.
   - Przepraszam państwa, ale on naprawdę musi wypocząć! - odezwała się surowym tonem pielęgniarka. - Chłopcze, wracaj natychmiast do łóżka! A państwa muszę wyprosić.

     Po niespokojnie przespanej nocy, podczas której parę razy budził się z krzykiem na skutek sennych wizji dotyczących potwora i rzezi, jakie sprawiał, Staszek zdecydowanie odmówił dalszego pozostania w szpitalu. Zresztą personel zbytnio nie nalegał. Pracownicy zbyt byli zajęci przygotowaniami do ewakuacji. Gubernatorowi planety udało się nawiązać kontakt z najbliższym wojskowym sztabem Paktu. Jego dowódca obiecał, że wyśle na planetę statek z oddziałem komandosów i bronią ciężką. Szkopuł w tym, że statek przybędzie najprędzej za dwa tygodnie. W związku z tym, gubernator nakazał ewakuację. Co w tym przypadku oznaczał "ewakuację poza planetę". Chopin był słabo zaludniony i łatwiej było wysłać ludzi - zwłaszcza mieszkańców tak zwanej "stolicy" poza niego, niż kazać im koczować na pustyni. Zwłaszcza, że nie było wiadomo, gdzie uda się potwór. Walka z potworem nie wchodziła w grę - miejscowe siły porządkowe nie dysponowały niczym silniejszym od rakiet, które wcześniej wypróbował Hernandez. Dlatego gubernator podjął taką właśnie decyzję. Wszystko, co potrafiło opuścić atmosferę, zostało skonfiskowane. Odlot miał się odbyć jutro rano.
    W całym mieście trwały gorączkowe przygotowania. Kiedy Staszek szedł do domu, ciągle napotykał zabieganych ludzi, gorączkowo załatwiających różne sprawy. Przed budynkami widział całe rodziny, pakujące się do odlotu (i tak pewnie nie pozwolą im zabrać tych wszystkich bambetli).
    Wrócił do do swojego domu. Tam zjadł śniadanie w towarzystwie milczącej matki i ojczyma. Kiedy po zakończeniu posiłku chciał się pożegnać z Marią, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Matka zaś jedynie uścisnęła go, wcisnęła do ręki podróżną torbę (jak się później okazało, zawierała ona kanapki oraz nieco lekarstw) i ukradkiem otarła łzę. Młodzieniec ruszył do warsztatu.
    Zerwał płachtę z motoru. Zadecydował, ze to będzie chrzest bojowy jego maszyny. W zasadzie była gotowa, włącznie z ulepszeniami, jakie do niej wprowadził. Brakowało tylko paru kosmetycznych dodatków... Jak choćby lakieru. Motor był wielokolorowy - nic dziwnego, do montażu użył wielu części z odzysku, pochodzących od różnych maszyn. Staszek wyprowadził pojazd na dwór. Wsiadł na niego i już miał odpalić, kiedy usłyszał głos Mirkofa.
     - Nie lepiej wziąć samochód?Jak chcesz, to weź.
    Chłopak odwrócił się w stronę nadchodzącego ojczyma. Postawny mężczyzna stał z założonymi rękoma i krytycznie przyglądał się Staszkowemu dziełu.
    - Nie. Podobno jest wielu uciekinierach na drogach. Mogą być zatłoczone. Zmieścimy się tu oboje. - sucho odpowiedział pasierb.
    Mirkof pokiwał głową. A potem powiedział: - Powodzenia.
    Staszek przez chwilę stał, przytrzymując motor. A potem odrzekł: - Dzięki. - Odpalił motor i ruszył w drogę.

    Prosta droga biegła przez pustkowia. Jedynymi punktami orientacyjnymi wyróżniającymi się pośród pomarańczowych piasków były skały i suchorośla. Choć raz zdarzyło się Staszkowi minąć jakiś budynek znajdujący się w pewnej odległości od szosy - zapewne zajazd albo coś w tym rodzaju.
    Choć chłopak jechał przez pustynię, to jednak nie przebywał drogi w samotności. Co prawda, wszyscy, których spotykał, jechali w przeciwną stronę. Zwykłe samochody, ciężarówki wypełnione po brzegi ludźmi, grupy pieszych. Co jakiś czas Staszek łapał zdziwione spojrzenia uciekinierów, nie rozumiejących po co jedzie w rejon, gdzie grasuje potwór. Udało mu się zaczepić paru pieszych. Nie wiedzieli oni nic pewnego - nie było wiadomo, co stało się z ludźmi przykopalnianej osady. Co gorsza, krążyły pogłoski, że potwór wybił też kilka okolicznych wiosek i wciąż szaleje po powierzchni planety. Niektórzy dzielili się z nim swoimi przemyśleniami na temat pochodzenia monstrum. Długowłosy młodzieniec obwieszonymi koralikami podnieconym tonem próbował Staszkowi wmówić, że to efekt nieudanego eksperymentu prowadzonego przez korporację wydobywczą. Jakiś dziadek mruczał coś o kopalnianym upiorze. Mało to obchodziło Staszka. Najgorsze było to, ze faktycznie nie spotkał nikogo, kto byłby świadkiem zdarzeń przy kopalni i przeżył.
    Choć, prawdę mówiąc, nie spotkał nikogo od... Staszek zerknął na zegarek. Od ponad pół godziny. (Szlag, za godzinę piętnasta, obiecał, że wtedy zawróci...). Od czasu jak minął ostatni pochód i kilka samochodów, droga była pusta. Chłopak jechał, czując na sobie prażące promienie słońca (nie miał nic przeciwko - chronił go kask, wyłożony od środka materiałem przeciw nagrzewaniu i krem, a poza tym motor był na baterie słoneczne i potrzebował doładowania). Ochładzał go pęd powietrza. Prawdę powiedziawszy, było to całkiem fajne doznanie. Miał okazję wypróbować swój sprzęt - i jak na razie sprawował się bez zarzutu. Dopóki poddawał się uczuciom związanym z jazdą, był spokojny. Teraz jednak na nowo obudziły się w nim wątpliwości....
    Nagle motor podskoczył. Świat zawirował przed oczyma Staszka, a po chwili poczuł straszny ból, kiedy walnął o powierzchnię szosy. Zaś motor przeleciał jeszcze parę metrów i zatrzymał się na poboczu. Chłopak jęcząc podniósł się, rozcierając obolałe miejsca. Na szczęście niczego nie złamał. Lekko kuśtykając podszedł do maszyny, żeby zobaczyć, co się stało. Ukląkł przy niej. Po chwili oględzin wszystko było jasne. Złapał gumę... Cholera jasna! Wszystkie te stabilizatory, resory, zabezpieczenia, jakie zainstalował stały się bezużyteczne... Bo i tak nie mógł dalej jechać. Klapa na całej linii... Ani nie odnajdzie Renaty... Ani nie zdąży na ewakuację... Nie zdoła uratować swojej dziewczyny, a złamie serce matce... Już nie mówiąc o tym, że pozostanie na tej planecie, podczas gdy potwór szaleje. Chłopak usiadł na nagrzanym piasku i zaczął z wściekłością uderzać pięściami w maszynę, która go tak niecnie zawiodła... Czuł jak po jego policzkach zaczynają spływać łzy bezsilności.
    - Coś się panu stało? - nagle usłyszał dziecięcy głos. Błyskawicznie się odwrócił. Najwyraźniej w gniewie nie usłyszał, jak w jego stronę zbliża się mała dziewczynka... I jej rodzina. W sumie siedmioro osób. Dwóch chłopców, trzy dziewczynki - dzieci były na oko w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Co do rodziców - kobieta była blondynką, raczej drobnej budowy. Jej towarzysz zaś miał ciemne włosy i poczciwą twarz. Co dziwne, miał na sobie szarą, standardową sutannę.
    - Miał pan wypadek? - spytała kobieta. Miała melodyjny głos, w którym słychać było troskę.
    - Złapałem gumę - mruknął Staszek podnosząc się.
    - Fajny. Nie widziałem jeszcze takiego. - powiedział najstarszy chłopiec, przyglądając się leżącemu motorowi.
    - Dzięki. Sam go zmontowałem. Ale co z tego, skoro dalej nie pojedzie. - machnął ręką Staszek.
Człowiek w sutannie pokręcił głową ze smutkiem.
    - Więc jest pan w podobnej sytuacji, jak my... - powiedział. - Nasz samochód odmówił posłuszeństwa kiedy go odpalałem... Już dawno powinniśmy oddać go do naprawy.
     - Mamy warsztat w Chopin Prim, zapraszam - z ironią odrzekł Staszek.
    - Pracujesz przy samochodach? Fajnie masz. - wtrącił się dziesięciolatek.
    - Byś się zdziwił - westchnął chłopak. Nie był w nastroju do podejmowania tematu.
    - Wygląda na to, że razem będziemy podążać do portu - westchnął najstarszy członek grupy.
Staszek nie mógł zaprzeczyć. Nie był również w nastroju, żeby tłumaczyć, że jechał w przeciwną stronę, ani tego, w jaki celu tam jechał... Ale... Właśnie sobie uświadomił, że... On nie zdąży na ewakuację. Oni też. Jednak wolał tego nie mówić przy dzieciach, żeby nie wzbudzać paniki.
    - Jesteśmy z osady Makaris. - powiedział mężczyzna. - Nazywam się Herbert Cavalieri i jestem diakonem Wszechkościoła, a to moja żona Marta. - Wskazał na kobietę, która lekko się uśmiechnęła i skinęła głową.
     - Stanisław Maliniak - odpowiedział Staszek, ściskając po kolei dłonie państwa Cavalieri.
    - A to nasze dzieci - Marta zaczęła prezentację swoich pociech. - Tobias, Anna, Irena, Peter, Magda... - Kobieta po kolei wskazywała na dzieci. Staszek zastanawiał się, jak mogła być ich matką... Nie mogła być wiele od niego starsza, najwyżej kilka lat, nie dałby jej więcej jak 25 lat.

     - Maamo, już nie mooogę... - zajęczała chyba piąty raz w ciągu ostatniej pół godziny siedmioletnia Magda.
      - Jeszcze trochę, kochanie, widzisz, za chwilę będziemy w tym zajeździe, o którym mówił pan Maliniak - łagodnym tonem odpowiedziała pani Cavalieri, wskazując widoczny na horyzoncie budynek.
    - Kochanie, zostało parę kroków - powiedział diakon w stronę Irenki, najmłodszej córki, którą od jakiegoś czasu niósł na barana. Herbert był już mocno zasapany - mimo  wieczornego ochłodzenia oraz tego, że rozpiął swoją sutannę i obwiązał wokół pasa.
    - Dobzie - dziewczynka skinęła jasnowłosą główką i kiedy ojciec przykucnął, zeszła z jego pleców. Staszek uznał, że jest to okazja, aby porozmawiać z duchownym.
    - Możemy pogadać na osobności? - zwrócił się do pana Cavalieri. Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zdziwienia, ale kiwnął głową. Obaj zaczęli iść wolnym krokiem, zostając nieco z tyłu.
    - Nie zdążymy na ewakuację. - Staszek postanowił nie owijać w bawełnę.
    Diakon przystanął i zamrugał oczami, zszokowany. Po chwili zaczął mówić niepewnym tonem: - Ale dzieci są wykończone... Nie mogę zmusić ich do dalszego marszu. Chyba, że odpoczniemy tylko chwilę i ruszymy dalej...
    Staszek pokręcił głową. - Powiedziałem - nie zdążymy. Nawet gdybyśmy biegli od momentu naszego spotkania... Zresztą nie dalibyśmy rady. Równie dobrze pana rodzina może się normalnie wyspać w tym zajeździe. I może pan nic im nie mówić. To niczego nie zmieni.
    Diakon westchnął. - I tak się dowiedzą. Lepiej, żebym teraz to powiedział na spokojnie, niż żeby potem mieli szok.
    Staszek wzruszył ramionami. Jako jedynak, nie miał pojęcia, jak postępować z małymi dziećmi. Herbert ruszył do przodu i w krótkich słowach wyjaśnił rodzinie sytuację. O dziwo, dzieci całkiem dobrze to przyjęły.
    - Cholera, po cośmy szli taki kawał drogi, jak to wszystko na nic? - mruknął dziesięcioletni Tobias.
    - Prosiłam, żebyś tak nie mówił - lekko skarciła go matka.
    - Przepraszam.
    - Ale możemy być pewni, że Bóg się nami zaopiekuje i jakoś wyprowadzi z tej sytuacji! Widzicie, sprawił, że na naszej drodze znalazł się ten dom, w którym możemy odpocząć! - kontynuowała Marta, tonem pełnym entuzjazmu.
    Staszek uśmiechnął się pobłażliwie.

   Najwyraźniej właściciele i goście zajazdu zdążyli się ewakuować. Wewnątrz budynku nie napotkali żywej duszy. Dzięki temu nie mieli problemów z miejscem do spania. Jeden pokój zajęli państwo Cavalieri, dwa kolejne ich synowie i córki. Staszek miał całe pomieszczenie dla siebie. Prawie natychmiast, kiedy tam wszedł, walnął się na łóżko, w ubraniu i butach. To był ciężki dzień...
    Prawdę powiedziawszy, inaczej sobie wyobrażał wnętrze takiego zajazdu. Jego wyobrażenie oscylowały od sterylnych, metalicznych wnętrz - po brudną, śmierdzącą spelunkę. Jednak nie spodziewał się, że będzie tu tak... domowo. W pokojach były tapety, dywany, nawet jakieś obrazki z widoczkami... Staszek dziwił się, że właścicielom opłacało się utrzymywać taki wystrój... A może i nie opłacało? Ich problem, zresztą możliwe, że już tu nie wrócą.
    Teraz, kiedy miał chwilę spokoju znowu wróciły złe myśli... Koncentrowały się wokół dwóch obrazów - Renaty rozszarpywanej przez potwora i mamy lamentującej nad niewracającym synem, zaciąganej na siłę przez Mirkofa do statku ewakuacyjnego... Szlag, szlag, szlag!
    - Mama prosi na kolację! - usłyszał nagle zza drzwi głos Tobiasa.
    - Już idę... - odmruknął niechętnie, zwlókł się z łóżka i podszedł do drzwi. Za nimi czekał na niego chłopiec.
    - Zostało sporo jedzenia po właścicielach. Tata mówi, że to nie kradzież, tylko wyższa potrzeba, a mama, że Bóg nam to zsyła - poinformował go Tobias.
    - Aha - odparł Staszek, ruszając w stronę jadalni.
    - To ma pan warsztat? - spytał Tobias ciekawskim tonem.
    - Tak. - Staszek nie zamierzał wtajemniczać go w prawdziwą strukturę własności warsztatu... Ale uznał, że jednak powinien z chłopakiem pogadać. Był wobec niego zbyt opryskliwy. Dzieciak przecież nie był winien jego niepowodzeniom, a wyglądał na wyraźnie zafascynowanego... i należało mu się nieco otuchy w tych ciężkich chwilach.
    - Interesujesz się maszynami? - spytał Tobiasa, nieco przyjaźniejszym tonem.
    - No! - chłopiec z entuzjazmem pokiwał głową. - Mam parę egzemplarzy ,,Młodego Inżyniera". Zbudowałem sam baterię, tak jak tam pokazali! Chciałem pomajstrować przy naszym samochodzie, ale tata nie pozwolił. Może bym go naprawił?
    Staszek zaśmiał się w duchu. "Tak, na pewno po lekturze kilku gazet naprawiłbyś samochód". Ale prawdę mówiąc, czuł coraz większą sympatię do Tobiasa. Czy on sam w jego wieku, nie marzył o zbudowaniu statku kosmicznego ze starych skrzynek?
   - Jak dojdziemy do Chopin Prim, to pokażę ci nasz warsztat. Może nawet coś razem zmontujemy, czekając na żołnierzy Paktu - podsunął chłopcu pomysł.
    - Super! Dzięki! - odpowiedział Tobias, w momencie, w którym przekraczali próg jadalni.
    Jadalnia również przypominała domową... No może stół był nieco większy. Siedziała już przy nim reszta gromadki Cavalierów - oprócz Marty, która kręciła się wokoło stołu, poprawiając talerze. Na blacie stało kilka ładnie ułożonych półmisków z ułożonymi artystycznie potrawami w rodzaju mięsa z puszki czy sałatki z suchorośli. Jak widać, żona diakona nie poddawała się stresowi, a na pewno nie na tyle, aby zrezygnować z bawienia się we wzorową gospodynię. A może właśnie to ją uspokajało? Kto wie.
    - Witamy pana! - Marta odwróciła się w stronę Staszka, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Zapraszamy do stołu!
    - Dziękuję - odpowiedział chłopak, odsuwając sobie krzesło.
    - Chyba możemy zaczynać! - kontynuowała kobieta, zajmując miejsce swoje miejsce przy stole. - Herbercie, możesz poprowadzić modlitwę?
    W pierwszej chwili Staszek był zaskoczony. Nie to, żeby był wrogiem wiary czy ateistą... Ale w jego rodzinie i otoczeniu nikt nie przywiązywał do religii aż takiej wagi, żeby się modlić przed posiłkiem... No ale w sumie czego się spodziewać po rodzinie duchownego?
    Cavalieri wstał z krzesła i odchrząknął. Na ten sygnał wszystkie dzieci, które do tej pory były zajęte zabawą sztućcami, czy kłóceniem się, które siedzi w lepszym miejscu, ucichły. Widać było już zaznajomione z ceremonią. Herbert po chwili zaczął przemawiać - starał się, aby jego głos brzmiał poważnie i pewnie, ale jednak można było w nim wyczuć drobne drgnięcia niepewności.
    - Dziękujemy, Panie, ze te dary. Prosimy, pobłogosław, tych dzięki którym je spożywamy oraz nas samych... Prosimy też, abyś chronił nas i wszystkich inne swoje dzieci i sprawił, abyśmy wyszli cało z tej sytuacji - zakończył po chwili wahania, nieco mniej ,,modlitewnym" językiem - zapewne dodał te słowa na poczekaniu.
    - Amen! - odpowiedziały chórem cienkich głosików dzieci i zabrały się do jedzenia.
    - Jestem pewna, że tak się stanie. Bóg ma nas w swojej opiece, tak jak zawsze. - stwierdziła Marta z głębokim przekonaniem. - Nie ruszaj noża! Mama zaraz wam posmaruje chleb! - dodała nieco bardziej podniesionym tonem, widząc, że jedna z jej pociech sięga po mordercze narzędzie leżące koło pojemnika na masło sojowe. Prawdę powiedziawszy, Staszka coraz bardziej denerwowała jej naiwna wiara i optymizm... Zresztą wyglądało na to, że jej mąż, choć diakon, też czuje się nieco przytłoczony... Na jej pełne wiary zapewnienia zareagował jedynie niepewnym kiwnięciem głowy.
    - Pan Maliniak powiedział, że kiedy dojdziemy do Chopin Prim, pokaże mi swój warsztat! - pochwalił się Tobias, zanim zapchał usta kanapką.
    - Bardzo miło z jego strony - odpowiedział pan Cavalieri. - Więc pański warsztat jest w stolicy? - Była to dosyć szumna nazwa, na jednej z planet Centrum władze musiałyby okazać naprawdę dużo dobrej woli, żeby uznać Chopin Prim za miasto, no ale nie zmieniało to faktu, że było stolicą tej planety. - Czyli jaka pana spotkaliśmy, to nie uciekał pan, jak my, tylko po prostu wracał do domu?
    - Jechałem w drugą stronę - wymknęło się Staszkowi.
    - Czemu pan to robił? - zdziwiła się Marta.
    Chcąc nie chcąc, Staszek musiał wyjaśnić całą rzecz Cavalierom.
    - Tam, w osadzie przy kopalniach, gdzie pojawił się potwór. Była moja dziewczyna. Jechałem, żeby ją zabrać - powiedział.
    - Współczuję panu - Marta przez chwilę jakby się wahała, ale potem dotknęła lekko dłoni Staszka, leżącej na stole. - Ale jestem pewna, że Bóg sprawi, że pana narzeczona zostanie uratowana. - dodała uspokajającym tonem.
    Staszek zwalczył pokusę, żeby nie zabrać ręki... Albo lepiej walnąć nią w stół. Ale czuł, że jeśli jeszcze raz usłyszy zdanie zawierające frazę ,,Jestem pewna, że Bóg sprawi" to zrobi coś naprawdę głupiego.
    - Pan Maliniak pojechał ratować swoją nazeconą od smoka. Jak w bajce. - zauważył siedmioletni Peter.
    - Głupi jesteś! To nie smok, tylko obcy! - parsknął Tobias, rozsiewając dookoła kawałki jedzenia.
    - Mama! On mówi, ze jestem gupi! - zaczął się drzeć mały. Marta natychmiast ruszyła do akcji. Na szczęście to odciągnęło uwagę Cavalierów i ich latorośli od problemów Staszka i mógł spokojnie dokończyć posiłek.
    Po chwili posiłek się skończył. Dzieci grzecznie podziękowały, matka otarła brudną twarz małej Irenki i maluchy poszły do swoich pokoi - za chwilę zaczęły z nich dobiegać śpiewy, piski, krzyki - generalnie odgłosy zabawy.
    - Chyba Tobias zawraca panu głowę... - odezwał się po chwili milczenia diakon, podczas gdy jego żona zaczęła zbierać naczynia ze stołu. - Przepraszam, jeśli to kłopot.
    - Nie ma sprawy! - Staszek machnął ręką. - Nie przeszkadza mi, poza tym mamy wspólne zainteresowania. - Z kuchni dał się słyszeć odgłos płynącej wody.
    - Chyba diakona żona zmywa. Pomimo, że jutro i tak odejdziemy z tego miejsca i nie będziemy więcej używać zastawy...
   - A tak - odpowiedział Herbert. - Poczucie obowiązku. Wspaniała kobieta. Co dzień dziękuję za nią Bogu. Miła, gospodarna. I piękna.
    - Faktycznie. - Choć naiwny optymizm Marty nieco irytował Staszka, chłopak musiał
przyznać, że kobieta była ładna ze swoimi pięknymi włosami, uśmiechem i dołeczkami w policzkach. - Nigdy bym nie pomyślał, że może być matką piątki dzieci...
    - Bo nie jest. - Diakon nieco ściszył głos. - Tylko Irenka, Peter i Magda są nasze wspólne. Tobiasa i Annę urodziła moja pierwsza żona, świeć Panie nad jej duszą - wyjaśnił. - To również była wspaniała kobieta... Na szczęście, dzieci bez problemu zaakceptowały Martę jako nową matkę... A ona też kocha wszystkie tak samo. No i dzieci są bardzo ze sobą zżyte - chłopcy się ze sobą kłócą, ale tak naprawdę skoczyli by za sobą w ogień... Dziewczynki też są nierozłączne. Nawet jak w nocy jedna wstanie do łazienki, to pozostałe zaraz dołączają... Prawie co noc mnie budzą - diakon zaśmiał się cicho.
    Staszek poczuł pewien przypływ sympatii do Cavalierów ale i lekkie ukłucie żalu. On sam również cenił życie rodzinne... Pamiętał wciąż wspaniałe chwile, kiedy jeszcze byli razem wszyscy troje, kiedy tata żył... Oczywiście, mamę kochał równie mocno a ona jego... Ale jednak od kiedy pojawił się Mirkof, to już nie było to samo. Poza tym... nie rozmawiał o takich sprawach z Renatą - prawdę powiedziawszy, to razem głównie się wygłupiali, a ich relacja wyjąwszy trzymanie się za ręce, przytulanie, całowanie i takie tam przypominała bardziej kumplostwo niż poważny związek - ale często myślał o przyszłości. Często wyobrażał sobie, jakby wyglądało jego małżeństwo z Renatą. Jakby wyglądały ich dzieci.
    - Dzieci! Kto mi pomoże myć naczynia? - rozległ się dźwięczny głos, dobiegający z kuchni. Po chwili zaś Staszek usłyszał kroki dzieci. - No, wszyscy naraz nie będziemy myć! - zaśmiała się Marta.
    Staszek pokręcił głową. Dzieci, które bez namysłu porzucają zabawę, żeby pomóc w myciu naczyń? Rodzina Cavalierów naprawdę była udana... Aż trochę za bardzo. Diakon nie potrafił się powstrzymać od dumnego spojrzenia.
   - Więc mieszka pan w Chopi Prim... - odezwał się po chwili duchowny.
   - Aha - odparł Staszek. I tak zaczęła się rozmowa - z początku chłopak odpowiadał machinalnie, ale wkrótce się wciągnął i zaczął dyskutować swobodnie. Raz, że pomagało mu to zapomnieć o tym wszystkim... A po drugie - okazało się, że ma o czym pogadać z Herbertem. Duchowny z zaciekawieniem wysłuchał jego wywodów na tematy techniczne (choć sam przyznawał, że nie bardzo się na tym zna). Potem się okazało, że mało nieco wspólnych zainteresowań. Ot, choćby obaj lubili stare filmy (Staszek oglądał je czasem w małym kinie w Chopin Prim, zaś Cavalierowie mieli własną kolekcję, którą Herbert przywiózł z rodzinnej planety). Zresztą jego żona również. Po kilkunastu minutach Marta podziękowała dzieciom (które zaraz pobiegły do swoich pokoi) za pomoc i przyszła do jadalni. Przysiadła na boku i z nieco nieobecnym uśmiech przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn, ale włączyła się, kiedy zaczęli rozmawiać o filmach historycznych.
   - ,,Wielkie przemienienie" to chyba mój ulubiony. - stwierdził Staszek. - Ta bitwa, kiedy bohaterowie oblegają pałac cesarski, a jednocześnie cała stolica od zewnątrz jest atakowana przez hordy nekrarchy, to chyba najlepsza, jaką widziałem.
    - Tak, fajna rozwałka - diakon się uśmiechnął a potem odchrząknął. - Oczywiście cenię ten film przede wszystkim za pozytywne przesłanie, jakie niesie - dodał, poważnym tonem.
    Marta zaśmiała się cicho. - Ciekawe, ja też lubię ten film, ale w ogóle nie wiem jak wygląda ta scena, o której mówicie.
    - Jak to? - zdziwił się Staszek.
    - Marta zawsze wychodzi, jak się zaczynają sceny z przemocą. - wyjaśnił diakon.
    - Albo przewijam, jeśli oglądam sama - dodała kobieta wzruszając ramionami. - Nie przepadam za krwią i mordowaniem... wy też nie powinniście. Zresztą przecież to tak naprawdę film o miłości! O tym jak pozwala przezwyciężyć przeciwieństwa, odmienić swoje życie...
    - Ciekawe - Staszek pozwolił sobie na lekką kpinę - ja zawsze przewijam sceny romantyczne...
    Żona diakona pokręciła głową i mruknęła coś pod nosem. Zaś jej mąż nagle wstał i podszedł do okna. Staszek zerknął w tamtą stronę. Zapadłą już noc, a widoczny na niebie księżyc planety świecił czerwonawym blaskiem. Staszek nawet nie spostrzegł, jak szybko minął czas.
    - Coś nie tak, Herb? - spytała Marta, zerkając w stronę męża, który stał i wyglądał przez okno.
    - Zdaje mi się, że coś słyszałem - stwierdził diakon. - Może jacyś inni uciekinierzy? Sprawdzę. Jeśli tak, to ich zaproszę do środka.
    - Nie wiem, czy to dobry pomysł... - wtrącił się Staszek. - Nie muszą mieć dobrych zamiarów... Jak się robi taki burdel... przepraszam - rzucił w stronę kobiety - to zawsze szumowiny korzystają z okazji do bezkarności, kradną i napadają. (Co prawda Staszek nigdy nie przeżył prawdziwych zamieszek, no ale na filmach widział). Poszukam lepiej broni, a wielebny niech będzie ostrożny.
    - Trochę zaufania do ludzi - pokręciła głową Marta, ale po chwili namysłu dodała - Ale faktycznie bądź ostrożny, Herb. Najpierw się im przyjrzyj, najlepiej dyskretnie.
    - Oczywiście - diakon pokiwał głową i ruszył w stronę drzwi. - Tylko nic nie mówcie dzieciom, bo zaraz będą chciały iść ze mną - rzucił wychodząc z jadalni.
    Natomiast Staszek ruszył na poszukiwanie broni. Obejrzał szybko pokój, który należał do właścicieli, a także mały składzik, jednak nie znalazł żadnego oręża. No tak, nie pomyślał - w sumie to pewnie gospodarze, jeśli mieli broń, to zabrali ją ze sobą, uciekając. W związku z tym Staszek zadowolił się dużym nożem, zabranym z kuchni.
    Idąc w stronę wyjścia usłyszał jakiś hałas z łazienki - pewnie któremuś z dzieciaków
zachciało się siku... Przeszedł obok po cichu, ale na tyle szybko, by zdążyć, zanim któreś z nich wyjdzie z ubikacji - księżulo miał rację, lepiej żeby dzieci zostały w domu, a jak któreś z nich się dowie, że choćby hipotetycznie coś się może dziać na dworze, zaraz wszystkie zwalą się im na głowy.
    Na korytarzu chłopak napotkał panią Cavalieri. Kobieta stała oparta o drzwi od schowka na miotły, który znajdował się pod schodami na strych.
    - Co pan zamierza zrobić z tym nożem? - kobieta szeroko otworzyła oczy, na widok ostrza trzymanego przez Staszka.
    - Korzystając z nieobecności wielebnego, poderżnę pani gardło. - Mężczyzna zamachnął się w powietrzu nożem, wywracając oczami i robiąc przy tym tak karykaturalnie groźną minę, że Marta nie mogła go potraktować poważnie i roześmiała się. - To byłaby nauczka, żeby nie ufać nieznajomym. - dodał po chwili. - Co prawda raczej po czasie i mało użyteczna. A po co wziąłem nóż...Przecież mówiłem, że idę po broń, na wypadek gdyby nasi ,,goście" okazali się niemili... O ile w ogóle ktoś tam jest.
    - Prawda, przepraszam, jestem trochę... rozkojarzona - Marta  skrzywiła wargi i pokręciła głową, a potem przyłożyła rękę do czoła. No proszę, pierwszy ludzki odruch ze strony pani Świętej Optymistki.
    - Jak my wszyscy. - mruknął Staszek. - Się pani nie martwi, wszystko będzie dobrze. Jutro dotrzemy do stolicy a potem przeczekamy w moim domu, aż do przylotu wojska.
    - Dziękuję - kobieta uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową. Chłopakowi przeszło przez myśl, że faktycznie diakon dobrze trafił.
    - Ale teraz muszę iść, pani mąż nie wraca, może potrzebuje pomocy - powiedział szybko i wyszedł przed dom. Na zewnątrz panował przyjemny chłodek - choć za dnia na Chopinie słońce mocno dogrzewało, noce potrafiły być naprawdę zimne.
    Po chwili poszukiwań odnalazł diakona. Duchowny stał za jedną ze skał, które znajdowały się w okolicy zajazdu. Rozglądał się dookoła, a kiedy usłyszał kroki Staszka odwrócił się w jego stronę i przeciągle westchnął.
    - Nie ma nikogo - stwierdził.- Może mam obsesję.
- Bywa. - wzruszył ramionami Staszek. - Lepiej przesadzić z ostrożnością, niż umrzeć przez lekkomyślność, prawda?
    - Prawda - uśmiechnął się diakon. Na jego twarzy, do tej pory lekko czerwonawej w świetle księżyca pojawił się cień. Pewnie chmura zasłoniła satelitę. - Chyba wracamy, co nie?
    - Na to wygląda - odpowiedział Staszek, a potem przypadkowo zerknął w górę. To nie chmura rzucała cień na Herberta... Chłopak nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Machinalnie zrobił krok w tył.
   - Co się dzieje? - spytał Cavalieri, a potem również spojrzał w górę. Jego reakcja była odmienna niż Staszka - zaczął wrzeszczeć wniebogłosy. A krzyki stały się jeszcze straszniejsze, kiedy siedzący na skale potwór skoczył na niego i zaczął rozrywać na strzępy. Chłopak odwrócił się i zaczął biec. Może było to niezbyt bohaterskie, ale przecież nie miał szans ze swoim nożykiem przeciw tej grozie... Poza tym musiał ostrzec resztę - w oknach jadalni paliło się światło, to na pewno zwabi potwora do budynku!
    Jak burza wpadł do zajazdu i natychmiast zaczął ryglować drzwi. Zaniepokojona Marta podbiegła do niego.
    - Co się stało? Co to za hałasy? Czemu zamykasz? Co z Herbertem? - zasypała chłopaka gradem pytań.
    Staszek odwrócił się, złapał ją za ramiona i krzyknął prosto w jej twarz - Potwór! Jest tutaj!
    Marta otworzyła szeroko oczy i usta. - Co robimy? - jęknęła.
    - Bierz dzieci i... - zaczął Staszek, ale przerwał. W tej chwili dał się słyszeć upiorny skrzek, a po chwili szponiasta łapa przebiła drzwi, wyrywając wielką dziurę. Było pewne, że za kilka sekund stwór wtargnie do środka. Staszek zareagował instynktownie. Jedną ręką otworzył drzwi do składziku, a drugą wepchnął Martę do środka. Otoczył ją ramieniem, jednocześnie przytrzymując i zatykając usta, żeby nie krzyczała. Stojąc w ciemności, pośród mioteł, mopów, środków czystości i gratów, nasłuchiwali jak sapiąc i poskrzekując, poczwara idzie przez korytarz. W tej dało się słyszeć przytłumione, zaspane ,,Co się dzieje?" wypowiedziane chłopięcym głosem... Jedno z dzieci się obudziło. Natychmiast ciężkie, powolne człapanie potwora zmieniło się w odgłosy biegu, dodatkowo wzbogacane przez łomot niszczonych po drodze mebli. Po chwili do tych odgłosów dołączyły inne... I była to najgorsza rzecz jaką Staszek kiedykolwiek słyszał, która miała mu się śnić do końca jego życia. Dziecięce krzyki, pełen strachu i bólu.
    Kiedy Marta usłyszała, jak potwór morduje jej synów zaczęła się wyrywać. Staszek nie puszczał jej, żeby nie pobiegła na pewną śmierć.
    - Nie uratujesz ich, biegnijmy do dziewczynek, uciszymy je, schowamy się razem, może się uratujemy! - zaczął gorączkowo tłumaczyć. Marta z bólem w oczach skinęła głową. Chłopak puścił ją i otworzył drzwi. Puścili się pędem do pokoju, gdzie spały córki Cavalierów. Potwór był wciąż zajęty chłopcami... Zdążyli wpaść do sypialni, Staszek zamknął drzwi. Światło było zgaszone i panowała cisza - najwyraźniej jakimś cudem dziewczynki wciąż spały.
    - Obudź je po cichu i wytłumacz, że mają milczeć - szepnął Staszek do kobiety. Marta natychmiast podeszła do łóżek. Chłopak zaś zaczął przesuwać komódkę pod drzwi. Po chwili jednak zorientował się, że to bez sensu - i tak to nie powstrzyma potwora, ich jedyna szansa to to, że poczwara się nie zainteresuje tym pokojem.
    - Nie ma ich! - dał się słyszeć pełen rozpaczy krzyk Marty. Staszek rzucił się do łóżek i
zaczął gorączkowo je sprawdzać... Faktycznie - były puste... Ale jak to, wszystkie?
    W tej chwili do krzyków chłopców dołączyły dziewczęce piski, dobiegające od strony łazienki... "Dziewczynki też są nierozłączne. Nawet jak w nocy jedna wstanie do łazienki, to pozostałe zaraz dołączają... Prawie co noc mnie budzą" przypomniały się Staszkowi słowa diakona.
    Marta pobiegła w stronę drzwi. Niewątpliwie rzuciłaby się na potwora, z szaleńczą odwagą broniąc swoich dzieci - i zginęła razem z nimi - ale Staszek jej na to nie pozwolił. Złapał kobietę zanim zdążyła wejść i znowu zatkał jej usta. Rozpaczliwie się szamotała i wydawała nieartykułowane, stłumione jęki, ale chłopak był dla niej silny. Po chwili straszliwe odgłosy agonii małych Cavalierów ucichły. Dało się słyszeć ciężkie człapanie i posapywanie. Monstrum było coraz bliżej ich kryjówki...
    - Błagam, bądź cicho - wyszeptał Staszek do ucha Marty. Kobieta przestała jęczeć. Wciąż próbowała się wyrwać z uścisku, ale z każdą chwilą jej usiłowania słabły. Chłopak poczuł, jak po dłoni, którą trzymał jej na ustach spływają łzy.
    Sądząc po odgłosach potwór najwyraźniej stał i rozglądał się (a może obwąchiwał? Staszek miał nadzieję, że to coś nie ma czułego węchu, inaczej już po nich).
    Po chwili znowu mogli usłyszeć kroki, tym razem powoli cichnące. Najwyraźniej potwór uznał, że nie ma tu już nic do upolowania i zdecydował się odejść. Po paru minutach odgłosy przez niego wydawane ucichły. Staszek odczekał jeszcze chwilę, a potem rozluźnił uścisk i wypuścił drżącą Martę. Kobieta natychmiast wybiegła z pokoju - nie była w stanie uwierzyć, że jej dzieci nie żyją, dopóki nie zobaczy tego na własne oczy.
     Staszek poszedł za nią. Zobaczył jak kobieta klęczy, łkając nad... nad czymś czerwonym, co kiedyś było małą dziewczynką, sądząc po resztkach ubrania. Chłopak poczuł, że jemu również łzy spływają po policzkach... A potem poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Nie mógł się powstrzymać i zwymiotował.