niedziela, 2 lipca 2017

Prezent pożegnalny - opowiadanie, cz. 1

    Ostatnio mam mało czasu, więc wygrzebuję kolejne teksty z szuflady, to bodajże ostatni, więc nie wiem, co to będzie, jak opublikuję całość... A no właśnie, ponieważ tekst jest długi, a przed publikacją muszę wprowadzić w nim pewne zmiany, na razie wrzucam fragment (nieco mniej, niż połowę). Reszta... za tydzień? Jak Bóg da. (Tak, wiem, że nikt na nią nie czeka).



   - Skończyłem. - Staszek otarł dłonią pot z czoła. Kiedy po chwili zobaczył swoje odbicie w wypolerowanej blasze leżącej pod ścianą, uświadomił sobie, że nie był to dobry pomysł. Teraz był nie tylko spocony, ale i brudny - na czole miał ciemną plamę ze smaru.
     Mirkof przyjrzał się krytycznie naprawianemu przez pasierba pojazdowi. Po chwili jednak pokiwał łysą głową, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
- Niech będzie. Teraz zabierz się za... - szef warsztatu przez chwilę się zastanawiał. - Umyj tamten samochód. - Wskazał na stojący przed pracownią pojazd marki Zefir. - Przecież nie oddamy klientowi takiego upaćkanego... Tylko wpierw wyczyść ręce, bo jeszcze gorzej go zafajdasz. - Mirkof zaśmiał się pod nosem.
    - Od kiedy to przykładasz wagę do czystości? - warknął Staszek. - Przyznaj się, specjalnie wymyślasz mi coraz to nowe prace.
    Mirkof podparł się pod boki i spojrzał na pasierba z góry. Nie było to trudne, gdyż był od niego sporo wyższy. Szerszy zresztą też.
    - A co? Nie chcesz pracować? Chcesz darmo chleb jeść? I jeszcze pyskujesz? Chcesz, żeby twoja matka się o tym dowiedziała? Nie? To przeproś.
    Staszek zagryzł zęby z wściekłości. Przez chwilę patrzył prosto w kpiące oczy Mirkofa, a potem mruknął - Przepraszam.
    - Co powiedziałeś? Powtórz głośniej? - Mirkof przyłożył rękę do ucha.
    - Przepraszam!
    Mężczyzna pokiwał głową z zadowoleniem. - No. I tak ma być. Żeby mi to było ostatni raz! A teraz smyraj do do roboty!
    Milcząc chłopak zaczął myć ręce w pojemniku z rozpuszczalnikiem. Że też jego matka była taka zapatrzona w swojego męża... A on nie miał serca rozwiewać jej złudzeń. Pamiętał jaka była zrozpaczona po śmierci ojca... Widać potrzebowała kogoś. Zresztą, Mirkof nie był dla niej zły. Jak widać, wystarczało mu wyżywanie się na pasierbie... Jedynym co pocieszało w tej sytuacji Staszka było to, że po śmierci mamy (nie to, żeby jej tego życzył) Mirkof Galarez gówno z tego dostanie... To była ojcowizna Staszka, a ten wieprz mógł się tu panoszyć tylko dzięki... jak to mówił ten jurysta? ,,Wspólnocie małżeńskiej".
    Chłopak skończył myć ręce. Złapał za wiadro z wodą i szmatę i ruszył do akcji. Umył Zefira. Raz. A potem drugi, ,,dla pewności" jak to stwierdził Mirkof. Potem ustawiał skrzynki. A potem naprawiał wycieraczki... A potem...
    Kiedy skończył pracę i ojczym łaskawie stwierdził, że to koniec na dziś, było już po zmroku. Najgorsze było to, że gdyby Staszek mógł użyć tych wszystkich ustrojstw, jakie znajdowały się w warsztacie, uwinąłby się z tym o połowę szybciej... Niestety, Mirkof nie wyznawał zasady ,,kiedy jest potrzeba, pracuj" tylko ,,jeśli nie ma potrzeby pracować, znajdź ją". Szkoda tylko, że stosował ją jedynie do innych, a sam znaczną część dnia spędzał przy piwie w pobliskim pubie.
    Staszek przysiadł na jednej ze skrzynek. Rzucił tęskne spojrzenie na stojący w kącie obiekt, nakryty płachtą. To było jego oczko, jego marzenie. Od kilku lat próbował złożyć motor. Ale nie byle jaki! Prawie każdego zaoszczędzonego solida wydawał na zamawianie technicznych książek i brakujących części u kupców międzyplanetarnych odwiedzających Chopina raz na dwa miesiące. Był pewien, że udało mu się wpaść na kilka rozwiązań, które umknęły inżynierom z wielkich koncernów... Był pewien, że pewnego dnia na rynku pojawi się nowy model, który zostanie nazwany jego imieniem. Był pewien, że zarobi na tym tyle pieniędzy, że on i mama będą mogli żyć w luksusie do końca życia (miał nadzieję, że Mirkofa trafi szlag z zazdrości). Był pewien, że kiedy zabierze Renatę na jazdę próbną i będą jechać uliczkami Chopin Prim, wszyscy będą patrzeć z podziwem.
    Ale najpierw musiał go skończyć... prawdę powiedziawszy - zostały mu już ostatnie poprawki. Miał nadzieję, że za kilka dni wszystko będzie gotowe.
    Ale dziś już nie miał siły się przy tym grzebać. Tym bardziej, że jutro, choć była sobota, musiał rano wstać. Miał jechać z Renatą nad staw. Następnym razem zabierze ją na motorze... Ale na razie mieli się zabrać razem z Tomasem.
     Staszek przeciągnął się, rozluźniając przemęczone mięśnie i ziewnął przeciągle. A potem wyszedł z warsztatu i ruszył w stronę domu.

    - Weź wetrzyj mi krem, co? - poprosiła Renata. Staszek ochoczo złapał za tubkę, wycisnął nieco na dłoń i zaczął energicznie wcierać w plecy dziewczyny. Raz, że nie miał nic przeciwko dotykaniu jej skóry - a po drugie, nie chciał, żeby wypad zakończył się dla niej poparzeniami. Chopin był dosyć blisko słońca, jak na skolonizowaną planetę. Prawdę powiedziawszy, rozsądek raczej nakazywałby po prostu chronić się przed jego światłem, zamiast wystawiać roznegliżowane ciało na działanie promieni. Ale cóż z tego. Telewizyjne programy oraz gazety, które niezbyt często docierały na planetę, jasno wykazywały, że w tym sezonie modna jest opalenizna. Zatem kobiety z Chopina będą się opalać, choćby nawet miało to je kosztować zdrowie.
    Upały panujące na planecie sprawiały, że mało było tu naturalnych zbiorników wodnych pod gołym niebem. Staw nad który przyjechali, został stworzony dzięki pobliskiej kopalni. Mieścił się w dawnym wyrobisku - a dzięki łączności z podziemnymi źródłami oraz częściowo osłaniającemu go przed promieniami słońca nawisowi skalnemu - woda nie parowała na tyle szybko, aby jeziorko wyschło.
   - No to chyba wystarczy, nie? - spytał Staszek, zamykając tubkę z kremem.
   - Ponieważ nie potrafię obejrzeć własnych pleców, zdam się na twój osąd - odpowiedziała Renata, odwracając się. Odwróciła się do chłopaka, jednocześnie nieco się przysuwając. Uśmiechnęła się lekko. - Jak ja się odwdzięczę? - spytała.
    - Drobiazg. - bąknął Staszek.
    - Nie bądź taki skromny - mruknęła Renata, przymykając ciemne oczy i zbliżając swoją twarz do jego. Staszek rzucił spojrzeniem na bok. Ochroniarze przy lądowisku helikoptera byli zajęci rozmową. Nigdzie nie było widać Tomasa. Dobra. Chłopak również się przysunął i już miał pocałować dziewczynę, kiedy...
    Renata odskoczyła, kiedy oboje zostali obryzgani wodą przez wyskakującego ze stawu Tomasa. Chłopak stanął na brzegu i otrząsnął się.
    - Byście też popływali trochę, zamiast się wylegiwać! Ruch to zdrowie, czysta woda zdrowia doda, a w zdrowym ciele zdrowy duch! - krzyknął Tomas. Staszek mimochodem zarejestrował jakiś dziwny odgłos od strony kopalni.
    - Wybacz, ale nie. Ale jeśli chcesz samemu popływać jeszcze trochę, to proszę, nie krępuj się - z kwaśną miną odpowiedziała Renata.
    - E nie, zmęczyłem się już - odparł niezrażony Tomas, uwalając się na kocu obok nich (i jeszcze bardziej go mocząc). W tej chwili Staszek znowu usłyszał ten odgłos. Jakby... trzask? I jakiś łomot.
    - Słyszycie to? - zwrócił się do przyjaciół. - To chyba z kopalni.
    Wszyscy troje odwrócili się w tamtą stronę. Także ochroniarze wyglądali na zaniepokojonych. Od strony widocznej jamy w jednej ze skał, będącej wejściem do kopalni żelaza, znowu dały się słyszeć jakieś hałasy. Tym razem dołączyło do nich coś, co brzmiało jak rozpaczliwy krzyk.
    - Matko, co się tam dzieje? - spytała Renata.
    - Metan pewnie pierdyknął. Słyszałem, że to się zdarza w kopalniach. - wtrącił się Tomas.
    - To chyba w kopalniach węgla. - z powątpiewaniem odpowiedział Staszek.
    - Cicho! - krzyknęła Renata, zrywając się na równe nogi. - Patrzcie, ktoś wychodzi!
    Faktycznie, z jamy wybiegł mężczyzna. Był ubrany w szary górniczy kombinezon. Gdzieś zgubił swój hełm. Staszek mógł dostrzec na jego twarzy wyraz przerażenia.
    - Pomocy! - wrzasnął górnik, ciągle biegnąc. Nagle przewrócił się o jakiś kamień. Nie zdążył się podnieść. W ślad za nim z kopalni wybiegło coś... Coś... Staszek w tej chwili był w stanie dostrzec jedynie tyle, że było wielkie, szare i bardzo szybko się poruszało. Istota wybiła się w powietrze i spadła na próbującego wstać górnika. Rozległ się okropny krzyk bólu.
    I choć ten agoniczny wrzask był okropny, to następny odgłos okazał się jeszcze gorszy. Stworzenie
zaczęło wydawać przeraźliwy ni to ryk, ni to skrzek. Teraz Staszek mógł się mu przyjrzeć. Istota miała nieco ponad dwa metry wysokości. Jej skóra była była szara i łuskowata - chyba pokrywał ją jakiś śluz. Posiadała sześć kończyn. Dwie, pełniące rolę nóg były ugięte (widać było, że kolana tego czegoś wyginają się w odwrotny sposób niż ludzkie). Dwie były zakończone szponiastymi łapami, a dwie - jedynie pojedynczymi, wielkimi zagiętymi pazurami, przypominającymi ostrza od kosy. Łeb stworzenia posiadał co rodzaju dziobu (ale nie do końca, gdyż widać w nim było wyraźnie wielkie, pokryte krwią zęby) oraz rogowate narośle.
     Potwór po raz kolejny odchylił głowę i zaryczał.
- Święty Joannesie-Cały-W-Bliznach, co to jest? - wyszeptał Tomas.
    Kopalniani ochroniarze zaatakowali istotę. Rozległa się kanonada. Jednak nie wyglądało na to, aby stwora w jakikolwiek sposób ruszały kule z automatycznych karabinków i pistoletów. Stwór kucnął, a potem wybił się w powietrze. Błyskawicznie przeleciał kilkanaście metrów, a potem spadł na najbliższe skupisko zbrojnych. Część zgniótł lądując, a ostatniego przebił ostrzem na końcu swojej łapy. Uniósł go w powietrze i zaczął nim wymachiwać, rozsiewając dookoła krople krwi. Kanonada, skrzek potwora, krzyki wciąż jeszcze żyjącej ofiary i pisk Renaty zmieszały się ze sobą. Z domów należących do małej osady mieszczącej się przy kopalni zaczęli się wychylać przerażeni mieszkańcy.
Potwór zamachnął się łapą. Ciało człowieka poleciało w stronę skał, a następnie z wielką siłą w nie uderzyło, obryzgując krwią.
    - Uciekajmy! - krzyknął Tomas. - Do samochodu! - wskazał na swój wysłużony, czerwony ,,kabriolet". Renata dalej krzyczała. Staszek złapał ją i potrząsnął. - Uspokój się! - krzyknął. - Musimy uciekać!
    Renata zamilkła. Spojrzała na niego nie do końca przytomnym wzrokiem. - Tak, tak... - wymamrotała. W tym czasie Tomas już biegł na parking, położony koło lądowiska. Staszek ruszył za nim tak szybko jak mógł, ciągnąc za sobą dziewczynę. Po chwili biegu, właściciel samochodu dotarł do niego i zaczął gorączkowo otwierać drzwi.
    - Jeszcze chwila! - Staszek odwrócił się do Renaty. Oboje stali kilkanaście kroków od kabrioletu Tomasa. Dziewczyna pokiwała niemrawo głową. Nagle cała zesztywniała. Otworzyła szeroko oczy i krzyknęła. Potem wyrwała swoją dłoń z uścisku Staszka i zaczęła uciekać.
    - Co jest... - w tej chwili Staszek usłyszał za sobą znajomy skrzek. Błyskawicznie się odwrócił. Potwór już tu był. Stał koło samochodu Tomasa. Sam Tomas też tu był - istota trzymała go w jednej z łap. Mężczyzna nie był w stanie wykrztusić ani słowa, jedynie wpatrywał się w swojego oprawcę. Potwór również patrzył na niego. Parę razy mrugnął powiekami, chroniącymi małe, jadowicie żółte oczy.
    Staszek zrozumiał, że podczas gdy istota zastanawia się, co zrobić z jego przyjacielem (czy co tam robiła) on może uciec i pobiec za Renatą. Już miał ruszyć, kiedy stwór błyskawicznym ruchem dzioba odgryzł głowę Tomasa. Fontanna krwi trysnęła z szyi mężczyzny. Potwór machnął łapą, w której trzymał ciało.
    I ostatnią rzeczą, jaką Staszek zobaczył, zanim stracił przytomność, było lecące w jego stronę truchło przyjaciela.

    "Co to może do cholery być? Skoro nawet rakiety go nie ruszyły..."
    Staszek na granicy świadomości usłyszał niewyraźny głos. Była to jego pierwsza myśl od... nie wiedział jakiego czasu. To pozwoliło mu się skupić. Przypomniał sobie wszystkie ostatnie wydarzenia. Otworzył oczy.
     - Nie wiem. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. - Chłopak zobaczył mężczyznę w uniformie służb ochronnych kopalni. Oprócz niego była tu także jego matka i pielęgniarka. Pielęgniarka... Tak... Poznawał to miejsce. Kilka łóżek - w tej chwili tylko to, na którym leżał było zajęte - i białe ściany... To był szpital w Chopin Prim.
    W tej chwili matka spojrzała na niego. Dostrzegał, ze otworzył oczy.
    - Staszek! - krzyknęła z radością, podchodząc do niego. Nachyliła się i mocno go uścisnęła.
    - Niech pani nie przesadza...- powiedziała pielęgniarka, niska starsza kobieta w białym fartuchu. - Właśnie przeżył silny wstrząs.
    Dopiero teraz Staszek poczuł, że głowa go boli. Mimo wszystko nie chciał aby matka była zmuszona do odejścia, dlatego stłumił jęk bólu.
    - Pan Hernandez cię uratował, niech go Niebiosa błogosławią - powiedziała wzruszonym tonem matka Staszka, Maria Kielnik.
    - Dziękuję... Ale co się właściwie stało? - spytał chłopak. Dotknął swojej głowy. Wyczuł, że jest obwiązana bandażem.
    - Nie do końca wiem. - pokręcił głową śniady ochroniarz. - Znalazłem cię nieprzytomnego, kiedy biegłem do helikoptera. Na szczęście potwora nie było w pobliżu... Miotał się po całej okolicy, to tu to tam. Zaciągnąłem cię do kabiny. Wystartowałem. Próbowałem trafić stwora rakietami, ale on poruszał się tak cholernie szybko... Nie dało rady. Musiałem  odlecieć. - zakończył krótką opowieść.
    Staszek poczuł się, jakby ponownie dostał w głowę. Momentalnie podniósł się na łóżku i nachylił w stronę Hernandeza.
    - Tylko my dwaj? Nikt inny nie odleciał?
    - Nie - odpowiedział zaskoczony ochroniarz.
    Staszek zeskoczył z łóżka i podszedł do siedzącego na stołku mężczyzny.
    - Nie powinieneś się przemęczać! Wracaj do łóżka! - krzyknęła Maria, ale syn jej nie posłuchał.
    - Dlaczego nie próbowałeś ratować innych! - syknął w stronę Hernandeza.
    Ochroniarz uśmiechnął się smutno i rozłożył ręce. - Uwierz, chłopcze, zrobiłbym to, gdybym mógł. Ale byłeś jedyną żywą osobą, jaką napotkałem, biegnąc do helikoptera... Nie mogłem ryzykować i szukać innych. Musiałem dotrzeć do śmigłowca. Miałem nadzieję, że te rakiety powstrzymają bestię... Tak się nie stało. Ale i tak, gdybym miotał się po okolicy szukając innych, zanim bym pobiegł do maszyny, pewnie obaj byśmy teraz nie żyli. - Mężczyzna wzruszył ramionami.
    - Nie powinieneś tak mówić - zwróciła się Maria do syna. - Pan Hernandez uratował ci życie.
    - Przepraszam. - powiedział chłopak. - Ale czy nikt inny... W jakiś inny sposób... Się nie uratował? - spytał z nadzieją.
    Hernandez pokręcił głową. - Z okolicy kopalni - chyba nikt. W każdym razie nic o tym nie wiadomo. Z okolicznych osad nadciągają uciekinierzy... Z jednej z nich dostaliśmy przekaz przez radio - tam też potwór zaatakował. Podobno gubernator rozważa ewakuację.
    Zrezygnowany chłopak opadł na łóżko i skrył twarz w dłoniach. Matka usiadła obok niego i przytuliła syna.
    - Wiem, że tam zostali twoi przyjaciele...- powiedziała kojącym głosem. - Na pewno ni im nie będzie - dodała, gładząc syna po głowie.
    - Tomas zginął na moich oczach - wyszeptał Staszek, również przytulając matkę - A Renia... Nie wiem co się z nią stało. Zdążyła uciec, zanim potwór mnie ogłuszył.
    - Na pewno udało się jej gdzieś skryć.
    Przez chwilę Staszek milczał. Po chwili jednak stanowczo - choć delikatnie - odsunął Marię i wstał. W jego oczach płonął blask zdecydowania.
    - Pójdę tam. Nie mogę tak jej zostawić. - oświadczył.
    - Nie rób tego! - krzyknęła błagalnym tonem matka. - Nie znajdziesz jej... A gdybyś sam zginął, nie przeżyłabym tego.
    Determinacja opuściła Staszka. Stał bez ruchu, rozdarty wewnętrznie. Z jednej strony - nie chciał sprawić bólu matce. Z drugiej - nie był w stanie pogodzić się z tym, że Renata (o ile jeszcze żyła) pozostanie na łasce potwora, a on nic nie zrobi by jej pomóc.
    - Ale ona nie ma szans, żeby sama dostać się do miasta... Nawet jeśli potwór jej nie dopadnie, to nie zdąży przed ewakuacją... - powiedział niepewnym tonem.
    Hernandez odchrząknął. - To może pójdziecie na kompromis? Na razie niech chłopak odpocznie, bo jest zbyt słaby. Jutro weźmie jakiś pojazd, a mówiła pani, że macie warsztat, więc coś na pewno się znajdzie... Niech wyjedzie w trasę. Niech jedzie drogą w stronę kopalni,
powiedzmy do piętnastej... Jeśli napotka dziewczynę, zabierze ją ze sobą. Jeśli nie - trzeba ją będzie uznać za martwą. - wyjaśnił swój plan.
    - Nie, nie... - Maria przyłożyła rękę do ust. - To i tak byłoby niebezpieczne.
    - Mamo. - Staszek kucnął obok matki i położył jej dłonie na kolanach. - Mówiłaś, że nie przeżyłabyś, gdyby coś się ze mną stało... A ja nie byłbym w stanie żyć ze świadomością, ze nawet nie spróbowałem jej ratować.
    Po chwili namysłu kobieta przeciągle westchnęła i położyła rękę na głowie chłopaka.
     - Mój dzielny syn... Dobrze. Zrób jak mówi pan Hernandez. Ale! - dodała podniesionym tonem. - Przysięgnij, że jeśli minie piętnasta... Albo dowiesz się w jakiś sposób, że potwór jest blisko... Natychmiast zawrócisz!
    - Przysięgam mamo. - odpowiedział Staszek. - Przysięgam na Niebiosa i na pamięć taty.
   - Przepraszam państwa, ale on naprawdę musi wypocząć! - odezwała się surowym tonem pielęgniarka. - Chłopcze, wracaj natychmiast do łóżka! A państwa muszę wyprosić.

     Po niespokojnie przespanej nocy, podczas której parę razy budził się z krzykiem na skutek sennych wizji dotyczących potwora i rzezi, jakie sprawiał, Staszek zdecydowanie odmówił dalszego pozostania w szpitalu. Zresztą personel zbytnio nie nalegał. Pracownicy zbyt byli zajęci przygotowaniami do ewakuacji. Gubernatorowi planety udało się nawiązać kontakt z najbliższym wojskowym sztabem Paktu. Jego dowódca obiecał, że wyśle na planetę statek z oddziałem komandosów i bronią ciężką. Szkopuł w tym, że statek przybędzie najprędzej za dwa tygodnie. W związku z tym, gubernator nakazał ewakuację. Co w tym przypadku oznaczał "ewakuację poza planetę". Chopin był słabo zaludniony i łatwiej było wysłać ludzi - zwłaszcza mieszkańców tak zwanej "stolicy" poza niego, niż kazać im koczować na pustyni. Zwłaszcza, że nie było wiadomo, gdzie uda się potwór. Walka z potworem nie wchodziła w grę - miejscowe siły porządkowe nie dysponowały niczym silniejszym od rakiet, które wcześniej wypróbował Hernandez. Dlatego gubernator podjął taką właśnie decyzję. Wszystko, co potrafiło opuścić atmosferę, zostało skonfiskowane. Odlot miał się odbyć jutro rano.
    W całym mieście trwały gorączkowe przygotowania. Kiedy Staszek szedł do domu, ciągle napotykał zabieganych ludzi, gorączkowo załatwiających różne sprawy. Przed budynkami widział całe rodziny, pakujące się do odlotu (i tak pewnie nie pozwolą im zabrać tych wszystkich bambetli).
    Wrócił do do swojego domu. Tam zjadł śniadanie w towarzystwie milczącej matki i ojczyma. Kiedy po zakończeniu posiłku chciał się pożegnać z Marią, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Matka zaś jedynie uścisnęła go, wcisnęła do ręki podróżną torbę (jak się później okazało, zawierała ona kanapki oraz nieco lekarstw) i ukradkiem otarła łzę. Młodzieniec ruszył do warsztatu.
    Zerwał płachtę z motoru. Zadecydował, ze to będzie chrzest bojowy jego maszyny. W zasadzie była gotowa, włącznie z ulepszeniami, jakie do niej wprowadził. Brakowało tylko paru kosmetycznych dodatków... Jak choćby lakieru. Motor był wielokolorowy - nic dziwnego, do montażu użył wielu części z odzysku, pochodzących od różnych maszyn. Staszek wyprowadził pojazd na dwór. Wsiadł na niego i już miał odpalić, kiedy usłyszał głos Mirkofa.
     - Nie lepiej wziąć samochód?Jak chcesz, to weź.
    Chłopak odwrócił się w stronę nadchodzącego ojczyma. Postawny mężczyzna stał z założonymi rękoma i krytycznie przyglądał się Staszkowemu dziełu.
    - Nie. Podobno jest wielu uciekinierach na drogach. Mogą być zatłoczone. Zmieścimy się tu oboje. - sucho odpowiedział pasierb.
    Mirkof pokiwał głową. A potem powiedział: - Powodzenia.
    Staszek przez chwilę stał, przytrzymując motor. A potem odrzekł: - Dzięki. - Odpalił motor i ruszył w drogę.

    Prosta droga biegła przez pustkowia. Jedynymi punktami orientacyjnymi wyróżniającymi się pośród pomarańczowych piasków były skały i suchorośla. Choć raz zdarzyło się Staszkowi minąć jakiś budynek znajdujący się w pewnej odległości od szosy - zapewne zajazd albo coś w tym rodzaju.
    Choć chłopak jechał przez pustynię, to jednak nie przebywał drogi w samotności. Co prawda, wszyscy, których spotykał, jechali w przeciwną stronę. Zwykłe samochody, ciężarówki wypełnione po brzegi ludźmi, grupy pieszych. Co jakiś czas Staszek łapał zdziwione spojrzenia uciekinierów, nie rozumiejących po co jedzie w rejon, gdzie grasuje potwór. Udało mu się zaczepić paru pieszych. Nie wiedzieli oni nic pewnego - nie było wiadomo, co stało się z ludźmi przykopalnianej osady. Co gorsza, krążyły pogłoski, że potwór wybił też kilka okolicznych wiosek i wciąż szaleje po powierzchni planety. Niektórzy dzielili się z nim swoimi przemyśleniami na temat pochodzenia monstrum. Długowłosy młodzieniec obwieszonymi koralikami podnieconym tonem próbował Staszkowi wmówić, że to efekt nieudanego eksperymentu prowadzonego przez korporację wydobywczą. Jakiś dziadek mruczał coś o kopalnianym upiorze. Mało to obchodziło Staszka. Najgorsze było to, ze faktycznie nie spotkał nikogo, kto byłby świadkiem zdarzeń przy kopalni i przeżył.
    Choć, prawdę mówiąc, nie spotkał nikogo od... Staszek zerknął na zegarek. Od ponad pół godziny. (Szlag, za godzinę piętnasta, obiecał, że wtedy zawróci...). Od czasu jak minął ostatni pochód i kilka samochodów, droga była pusta. Chłopak jechał, czując na sobie prażące promienie słońca (nie miał nic przeciwko - chronił go kask, wyłożony od środka materiałem przeciw nagrzewaniu i krem, a poza tym motor był na baterie słoneczne i potrzebował doładowania). Ochładzał go pęd powietrza. Prawdę powiedziawszy, było to całkiem fajne doznanie. Miał okazję wypróbować swój sprzęt - i jak na razie sprawował się bez zarzutu. Dopóki poddawał się uczuciom związanym z jazdą, był spokojny. Teraz jednak na nowo obudziły się w nim wątpliwości....
    Nagle motor podskoczył. Świat zawirował przed oczyma Staszka, a po chwili poczuł straszny ból, kiedy walnął o powierzchnię szosy. Zaś motor przeleciał jeszcze parę metrów i zatrzymał się na poboczu. Chłopak jęcząc podniósł się, rozcierając obolałe miejsca. Na szczęście niczego nie złamał. Lekko kuśtykając podszedł do maszyny, żeby zobaczyć, co się stało. Ukląkł przy niej. Po chwili oględzin wszystko było jasne. Złapał gumę... Cholera jasna! Wszystkie te stabilizatory, resory, zabezpieczenia, jakie zainstalował stały się bezużyteczne... Bo i tak nie mógł dalej jechać. Klapa na całej linii... Ani nie odnajdzie Renaty... Ani nie zdąży na ewakuację... Nie zdoła uratować swojej dziewczyny, a złamie serce matce... Już nie mówiąc o tym, że pozostanie na tej planecie, podczas gdy potwór szaleje. Chłopak usiadł na nagrzanym piasku i zaczął z wściekłością uderzać pięściami w maszynę, która go tak niecnie zawiodła... Czuł jak po jego policzkach zaczynają spływać łzy bezsilności.
    - Coś się panu stało? - nagle usłyszał dziecięcy głos. Błyskawicznie się odwrócił. Najwyraźniej w gniewie nie usłyszał, jak w jego stronę zbliża się mała dziewczynka... I jej rodzina. W sumie siedmioro osób. Dwóch chłopców, trzy dziewczynki - dzieci były na oko w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Co do rodziców - kobieta była blondynką, raczej drobnej budowy. Jej towarzysz zaś miał ciemne włosy i poczciwą twarz. Co dziwne, miał na sobie szarą, standardową sutannę.
    - Miał pan wypadek? - spytała kobieta. Miała melodyjny głos, w którym słychać było troskę.
    - Złapałem gumę - mruknął Staszek podnosząc się.
    - Fajny. Nie widziałem jeszcze takiego. - powiedział najstarszy chłopiec, przyglądając się leżącemu motorowi.
    - Dzięki. Sam go zmontowałem. Ale co z tego, skoro dalej nie pojedzie. - machnął ręką Staszek.
Człowiek w sutannie pokręcił głową ze smutkiem.
    - Więc jest pan w podobnej sytuacji, jak my... - powiedział. - Nasz samochód odmówił posłuszeństwa kiedy go odpalałem... Już dawno powinniśmy oddać go do naprawy.
     - Mamy warsztat w Chopin Prim, zapraszam - z ironią odrzekł Staszek.
    - Pracujesz przy samochodach? Fajnie masz. - wtrącił się dziesięciolatek.
    - Byś się zdziwił - westchnął chłopak. Nie był w nastroju do podejmowania tematu.
    - Wygląda na to, że razem będziemy podążać do portu - westchnął najstarszy członek grupy.
Staszek nie mógł zaprzeczyć. Nie był również w nastroju, żeby tłumaczyć, że jechał w przeciwną stronę, ani tego, w jaki celu tam jechał... Ale... Właśnie sobie uświadomił, że... On nie zdąży na ewakuację. Oni też. Jednak wolał tego nie mówić przy dzieciach, żeby nie wzbudzać paniki.
    - Jesteśmy z osady Makaris. - powiedział mężczyzna. - Nazywam się Herbert Cavalieri i jestem diakonem Wszechkościoła, a to moja żona Marta. - Wskazał na kobietę, która lekko się uśmiechnęła i skinęła głową.
     - Stanisław Maliniak - odpowiedział Staszek, ściskając po kolei dłonie państwa Cavalieri.
    - A to nasze dzieci - Marta zaczęła prezentację swoich pociech. - Tobias, Anna, Irena, Peter, Magda... - Kobieta po kolei wskazywała na dzieci. Staszek zastanawiał się, jak mogła być ich matką... Nie mogła być wiele od niego starsza, najwyżej kilka lat, nie dałby jej więcej jak 25 lat.

     - Maamo, już nie mooogę... - zajęczała chyba piąty raz w ciągu ostatniej pół godziny siedmioletnia Magda.
      - Jeszcze trochę, kochanie, widzisz, za chwilę będziemy w tym zajeździe, o którym mówił pan Maliniak - łagodnym tonem odpowiedziała pani Cavalieri, wskazując widoczny na horyzoncie budynek.
    - Kochanie, zostało parę kroków - powiedział diakon w stronę Irenki, najmłodszej córki, którą od jakiegoś czasu niósł na barana. Herbert był już mocno zasapany - mimo  wieczornego ochłodzenia oraz tego, że rozpiął swoją sutannę i obwiązał wokół pasa.
    - Dobzie - dziewczynka skinęła jasnowłosą główką i kiedy ojciec przykucnął, zeszła z jego pleców. Staszek uznał, że jest to okazja, aby porozmawiać z duchownym.
    - Możemy pogadać na osobności? - zwrócił się do pana Cavalieri. Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zdziwienia, ale kiwnął głową. Obaj zaczęli iść wolnym krokiem, zostając nieco z tyłu.
    - Nie zdążymy na ewakuację. - Staszek postanowił nie owijać w bawełnę.
    Diakon przystanął i zamrugał oczami, zszokowany. Po chwili zaczął mówić niepewnym tonem: - Ale dzieci są wykończone... Nie mogę zmusić ich do dalszego marszu. Chyba, że odpoczniemy tylko chwilę i ruszymy dalej...
    Staszek pokręcił głową. - Powiedziałem - nie zdążymy. Nawet gdybyśmy biegli od momentu naszego spotkania... Zresztą nie dalibyśmy rady. Równie dobrze pana rodzina może się normalnie wyspać w tym zajeździe. I może pan nic im nie mówić. To niczego nie zmieni.
    Diakon westchnął. - I tak się dowiedzą. Lepiej, żebym teraz to powiedział na spokojnie, niż żeby potem mieli szok.
    Staszek wzruszył ramionami. Jako jedynak, nie miał pojęcia, jak postępować z małymi dziećmi. Herbert ruszył do przodu i w krótkich słowach wyjaśnił rodzinie sytuację. O dziwo, dzieci całkiem dobrze to przyjęły.
    - Cholera, po cośmy szli taki kawał drogi, jak to wszystko na nic? - mruknął dziesięcioletni Tobias.
    - Prosiłam, żebyś tak nie mówił - lekko skarciła go matka.
    - Przepraszam.
    - Ale możemy być pewni, że Bóg się nami zaopiekuje i jakoś wyprowadzi z tej sytuacji! Widzicie, sprawił, że na naszej drodze znalazł się ten dom, w którym możemy odpocząć! - kontynuowała Marta, tonem pełnym entuzjazmu.
    Staszek uśmiechnął się pobłażliwie.

   Najwyraźniej właściciele i goście zajazdu zdążyli się ewakuować. Wewnątrz budynku nie napotkali żywej duszy. Dzięki temu nie mieli problemów z miejscem do spania. Jeden pokój zajęli państwo Cavalieri, dwa kolejne ich synowie i córki. Staszek miał całe pomieszczenie dla siebie. Prawie natychmiast, kiedy tam wszedł, walnął się na łóżko, w ubraniu i butach. To był ciężki dzień...
    Prawdę powiedziawszy, inaczej sobie wyobrażał wnętrze takiego zajazdu. Jego wyobrażenie oscylowały od sterylnych, metalicznych wnętrz - po brudną, śmierdzącą spelunkę. Jednak nie spodziewał się, że będzie tu tak... domowo. W pokojach były tapety, dywany, nawet jakieś obrazki z widoczkami... Staszek dziwił się, że właścicielom opłacało się utrzymywać taki wystrój... A może i nie opłacało? Ich problem, zresztą możliwe, że już tu nie wrócą.
    Teraz, kiedy miał chwilę spokoju znowu wróciły złe myśli... Koncentrowały się wokół dwóch obrazów - Renaty rozszarpywanej przez potwora i mamy lamentującej nad niewracającym synem, zaciąganej na siłę przez Mirkofa do statku ewakuacyjnego... Szlag, szlag, szlag!
    - Mama prosi na kolację! - usłyszał nagle zza drzwi głos Tobiasa.
    - Już idę... - odmruknął niechętnie, zwlókł się z łóżka i podszedł do drzwi. Za nimi czekał na niego chłopiec.
    - Zostało sporo jedzenia po właścicielach. Tata mówi, że to nie kradzież, tylko wyższa potrzeba, a mama, że Bóg nam to zsyła - poinformował go Tobias.
    - Aha - odparł Staszek, ruszając w stronę jadalni.
    - To ma pan warsztat? - spytał Tobias ciekawskim tonem.
    - Tak. - Staszek nie zamierzał wtajemniczać go w prawdziwą strukturę własności warsztatu... Ale uznał, że jednak powinien z chłopakiem pogadać. Był wobec niego zbyt opryskliwy. Dzieciak przecież nie był winien jego niepowodzeniom, a wyglądał na wyraźnie zafascynowanego... i należało mu się nieco otuchy w tych ciężkich chwilach.
    - Interesujesz się maszynami? - spytał Tobiasa, nieco przyjaźniejszym tonem.
    - No! - chłopiec z entuzjazmem pokiwał głową. - Mam parę egzemplarzy ,,Młodego Inżyniera". Zbudowałem sam baterię, tak jak tam pokazali! Chciałem pomajstrować przy naszym samochodzie, ale tata nie pozwolił. Może bym go naprawił?
    Staszek zaśmiał się w duchu. "Tak, na pewno po lekturze kilku gazet naprawiłbyś samochód". Ale prawdę mówiąc, czuł coraz większą sympatię do Tobiasa. Czy on sam w jego wieku, nie marzył o zbudowaniu statku kosmicznego ze starych skrzynek?
   - Jak dojdziemy do Chopin Prim, to pokażę ci nasz warsztat. Może nawet coś razem zmontujemy, czekając na żołnierzy Paktu - podsunął chłopcu pomysł.
    - Super! Dzięki! - odpowiedział Tobias, w momencie, w którym przekraczali próg jadalni.
    Jadalnia również przypominała domową... No może stół był nieco większy. Siedziała już przy nim reszta gromadki Cavalierów - oprócz Marty, która kręciła się wokoło stołu, poprawiając talerze. Na blacie stało kilka ładnie ułożonych półmisków z ułożonymi artystycznie potrawami w rodzaju mięsa z puszki czy sałatki z suchorośli. Jak widać, żona diakona nie poddawała się stresowi, a na pewno nie na tyle, aby zrezygnować z bawienia się we wzorową gospodynię. A może właśnie to ją uspokajało? Kto wie.
    - Witamy pana! - Marta odwróciła się w stronę Staszka, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Zapraszamy do stołu!
    - Dziękuję - odpowiedział chłopak, odsuwając sobie krzesło.
    - Chyba możemy zaczynać! - kontynuowała kobieta, zajmując miejsce swoje miejsce przy stole. - Herbercie, możesz poprowadzić modlitwę?
    W pierwszej chwili Staszek był zaskoczony. Nie to, żeby był wrogiem wiary czy ateistą... Ale w jego rodzinie i otoczeniu nikt nie przywiązywał do religii aż takiej wagi, żeby się modlić przed posiłkiem... No ale w sumie czego się spodziewać po rodzinie duchownego?
    Cavalieri wstał z krzesła i odchrząknął. Na ten sygnał wszystkie dzieci, które do tej pory były zajęte zabawą sztućcami, czy kłóceniem się, które siedzi w lepszym miejscu, ucichły. Widać było już zaznajomione z ceremonią. Herbert po chwili zaczął przemawiać - starał się, aby jego głos brzmiał poważnie i pewnie, ale jednak można było w nim wyczuć drobne drgnięcia niepewności.
    - Dziękujemy, Panie, ze te dary. Prosimy, pobłogosław, tych dzięki którym je spożywamy oraz nas samych... Prosimy też, abyś chronił nas i wszystkich inne swoje dzieci i sprawił, abyśmy wyszli cało z tej sytuacji - zakończył po chwili wahania, nieco mniej ,,modlitewnym" językiem - zapewne dodał te słowa na poczekaniu.
    - Amen! - odpowiedziały chórem cienkich głosików dzieci i zabrały się do jedzenia.
    - Jestem pewna, że tak się stanie. Bóg ma nas w swojej opiece, tak jak zawsze. - stwierdziła Marta z głębokim przekonaniem. - Nie ruszaj noża! Mama zaraz wam posmaruje chleb! - dodała nieco bardziej podniesionym tonem, widząc, że jedna z jej pociech sięga po mordercze narzędzie leżące koło pojemnika na masło sojowe. Prawdę powiedziawszy, Staszka coraz bardziej denerwowała jej naiwna wiara i optymizm... Zresztą wyglądało na to, że jej mąż, choć diakon, też czuje się nieco przytłoczony... Na jej pełne wiary zapewnienia zareagował jedynie niepewnym kiwnięciem głowy.
    - Pan Maliniak powiedział, że kiedy dojdziemy do Chopin Prim, pokaże mi swój warsztat! - pochwalił się Tobias, zanim zapchał usta kanapką.
    - Bardzo miło z jego strony - odpowiedział pan Cavalieri. - Więc pański warsztat jest w stolicy? - Była to dosyć szumna nazwa, na jednej z planet Centrum władze musiałyby okazać naprawdę dużo dobrej woli, żeby uznać Chopin Prim za miasto, no ale nie zmieniało to faktu, że było stolicą tej planety. - Czyli jaka pana spotkaliśmy, to nie uciekał pan, jak my, tylko po prostu wracał do domu?
    - Jechałem w drugą stronę - wymknęło się Staszkowi.
    - Czemu pan to robił? - zdziwiła się Marta.
    Chcąc nie chcąc, Staszek musiał wyjaśnić całą rzecz Cavalierom.
    - Tam, w osadzie przy kopalniach, gdzie pojawił się potwór. Była moja dziewczyna. Jechałem, żeby ją zabrać - powiedział.
    - Współczuję panu - Marta przez chwilę jakby się wahała, ale potem dotknęła lekko dłoni Staszka, leżącej na stole. - Ale jestem pewna, że Bóg sprawi, że pana narzeczona zostanie uratowana. - dodała uspokajającym tonem.
    Staszek zwalczył pokusę, żeby nie zabrać ręki... Albo lepiej walnąć nią w stół. Ale czuł, że jeśli jeszcze raz usłyszy zdanie zawierające frazę ,,Jestem pewna, że Bóg sprawi" to zrobi coś naprawdę głupiego.
    - Pan Maliniak pojechał ratować swoją nazeconą od smoka. Jak w bajce. - zauważył siedmioletni Peter.
    - Głupi jesteś! To nie smok, tylko obcy! - parsknął Tobias, rozsiewając dookoła kawałki jedzenia.
    - Mama! On mówi, ze jestem gupi! - zaczął się drzeć mały. Marta natychmiast ruszyła do akcji. Na szczęście to odciągnęło uwagę Cavalierów i ich latorośli od problemów Staszka i mógł spokojnie dokończyć posiłek.
    Po chwili posiłek się skończył. Dzieci grzecznie podziękowały, matka otarła brudną twarz małej Irenki i maluchy poszły do swoich pokoi - za chwilę zaczęły z nich dobiegać śpiewy, piski, krzyki - generalnie odgłosy zabawy.
    - Chyba Tobias zawraca panu głowę... - odezwał się po chwili milczenia diakon, podczas gdy jego żona zaczęła zbierać naczynia ze stołu. - Przepraszam, jeśli to kłopot.
    - Nie ma sprawy! - Staszek machnął ręką. - Nie przeszkadza mi, poza tym mamy wspólne zainteresowania. - Z kuchni dał się słyszeć odgłos płynącej wody.
    - Chyba diakona żona zmywa. Pomimo, że jutro i tak odejdziemy z tego miejsca i nie będziemy więcej używać zastawy...
   - A tak - odpowiedział Herbert. - Poczucie obowiązku. Wspaniała kobieta. Co dzień dziękuję za nią Bogu. Miła, gospodarna. I piękna.
    - Faktycznie. - Choć naiwny optymizm Marty nieco irytował Staszka, chłopak musiał
przyznać, że kobieta była ładna ze swoimi pięknymi włosami, uśmiechem i dołeczkami w policzkach. - Nigdy bym nie pomyślał, że może być matką piątki dzieci...
    - Bo nie jest. - Diakon nieco ściszył głos. - Tylko Irenka, Peter i Magda są nasze wspólne. Tobiasa i Annę urodziła moja pierwsza żona, świeć Panie nad jej duszą - wyjaśnił. - To również była wspaniała kobieta... Na szczęście, dzieci bez problemu zaakceptowały Martę jako nową matkę... A ona też kocha wszystkie tak samo. No i dzieci są bardzo ze sobą zżyte - chłopcy się ze sobą kłócą, ale tak naprawdę skoczyli by za sobą w ogień... Dziewczynki też są nierozłączne. Nawet jak w nocy jedna wstanie do łazienki, to pozostałe zaraz dołączają... Prawie co noc mnie budzą - diakon zaśmiał się cicho.
    Staszek poczuł pewien przypływ sympatii do Cavalierów ale i lekkie ukłucie żalu. On sam również cenił życie rodzinne... Pamiętał wciąż wspaniałe chwile, kiedy jeszcze byli razem wszyscy troje, kiedy tata żył... Oczywiście, mamę kochał równie mocno a ona jego... Ale jednak od kiedy pojawił się Mirkof, to już nie było to samo. Poza tym... nie rozmawiał o takich sprawach z Renatą - prawdę powiedziawszy, to razem głównie się wygłupiali, a ich relacja wyjąwszy trzymanie się za ręce, przytulanie, całowanie i takie tam przypominała bardziej kumplostwo niż poważny związek - ale często myślał o przyszłości. Często wyobrażał sobie, jakby wyglądało jego małżeństwo z Renatą. Jakby wyglądały ich dzieci.
    - Dzieci! Kto mi pomoże myć naczynia? - rozległ się dźwięczny głos, dobiegający z kuchni. Po chwili zaś Staszek usłyszał kroki dzieci. - No, wszyscy naraz nie będziemy myć! - zaśmiała się Marta.
    Staszek pokręcił głową. Dzieci, które bez namysłu porzucają zabawę, żeby pomóc w myciu naczyń? Rodzina Cavalierów naprawdę była udana... Aż trochę za bardzo. Diakon nie potrafił się powstrzymać od dumnego spojrzenia.
   - Więc mieszka pan w Chopi Prim... - odezwał się po chwili duchowny.
   - Aha - odparł Staszek. I tak zaczęła się rozmowa - z początku chłopak odpowiadał machinalnie, ale wkrótce się wciągnął i zaczął dyskutować swobodnie. Raz, że pomagało mu to zapomnieć o tym wszystkim... A po drugie - okazało się, że ma o czym pogadać z Herbertem. Duchowny z zaciekawieniem wysłuchał jego wywodów na tematy techniczne (choć sam przyznawał, że nie bardzo się na tym zna). Potem się okazało, że mało nieco wspólnych zainteresowań. Ot, choćby obaj lubili stare filmy (Staszek oglądał je czasem w małym kinie w Chopin Prim, zaś Cavalierowie mieli własną kolekcję, którą Herbert przywiózł z rodzinnej planety). Zresztą jego żona również. Po kilkunastu minutach Marta podziękowała dzieciom (które zaraz pobiegły do swoich pokoi) za pomoc i przyszła do jadalni. Przysiadła na boku i z nieco nieobecnym uśmiech przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn, ale włączyła się, kiedy zaczęli rozmawiać o filmach historycznych.
   - ,,Wielkie przemienienie" to chyba mój ulubiony. - stwierdził Staszek. - Ta bitwa, kiedy bohaterowie oblegają pałac cesarski, a jednocześnie cała stolica od zewnątrz jest atakowana przez hordy nekrarchy, to chyba najlepsza, jaką widziałem.
    - Tak, fajna rozwałka - diakon się uśmiechnął a potem odchrząknął. - Oczywiście cenię ten film przede wszystkim za pozytywne przesłanie, jakie niesie - dodał, poważnym tonem.
    Marta zaśmiała się cicho. - Ciekawe, ja też lubię ten film, ale w ogóle nie wiem jak wygląda ta scena, o której mówicie.
    - Jak to? - zdziwił się Staszek.
    - Marta zawsze wychodzi, jak się zaczynają sceny z przemocą. - wyjaśnił diakon.
    - Albo przewijam, jeśli oglądam sama - dodała kobieta wzruszając ramionami. - Nie przepadam za krwią i mordowaniem... wy też nie powinniście. Zresztą przecież to tak naprawdę film o miłości! O tym jak pozwala przezwyciężyć przeciwieństwa, odmienić swoje życie...
    - Ciekawe - Staszek pozwolił sobie na lekką kpinę - ja zawsze przewijam sceny romantyczne...
    Żona diakona pokręciła głową i mruknęła coś pod nosem. Zaś jej mąż nagle wstał i podszedł do okna. Staszek zerknął w tamtą stronę. Zapadłą już noc, a widoczny na niebie księżyc planety świecił czerwonawym blaskiem. Staszek nawet nie spostrzegł, jak szybko minął czas.
    - Coś nie tak, Herb? - spytała Marta, zerkając w stronę męża, który stał i wyglądał przez okno.
    - Zdaje mi się, że coś słyszałem - stwierdził diakon. - Może jacyś inni uciekinierzy? Sprawdzę. Jeśli tak, to ich zaproszę do środka.
    - Nie wiem, czy to dobry pomysł... - wtrącił się Staszek. - Nie muszą mieć dobrych zamiarów... Jak się robi taki burdel... przepraszam - rzucił w stronę kobiety - to zawsze szumowiny korzystają z okazji do bezkarności, kradną i napadają. (Co prawda Staszek nigdy nie przeżył prawdziwych zamieszek, no ale na filmach widział). Poszukam lepiej broni, a wielebny niech będzie ostrożny.
    - Trochę zaufania do ludzi - pokręciła głową Marta, ale po chwili namysłu dodała - Ale faktycznie bądź ostrożny, Herb. Najpierw się im przyjrzyj, najlepiej dyskretnie.
    - Oczywiście - diakon pokiwał głową i ruszył w stronę drzwi. - Tylko nic nie mówcie dzieciom, bo zaraz będą chciały iść ze mną - rzucił wychodząc z jadalni.
    Natomiast Staszek ruszył na poszukiwanie broni. Obejrzał szybko pokój, który należał do właścicieli, a także mały składzik, jednak nie znalazł żadnego oręża. No tak, nie pomyślał - w sumie to pewnie gospodarze, jeśli mieli broń, to zabrali ją ze sobą, uciekając. W związku z tym Staszek zadowolił się dużym nożem, zabranym z kuchni.
    Idąc w stronę wyjścia usłyszał jakiś hałas z łazienki - pewnie któremuś z dzieciaków
zachciało się siku... Przeszedł obok po cichu, ale na tyle szybko, by zdążyć, zanim któreś z nich wyjdzie z ubikacji - księżulo miał rację, lepiej żeby dzieci zostały w domu, a jak któreś z nich się dowie, że choćby hipotetycznie coś się może dziać na dworze, zaraz wszystkie zwalą się im na głowy.
    Na korytarzu chłopak napotkał panią Cavalieri. Kobieta stała oparta o drzwi od schowka na miotły, który znajdował się pod schodami na strych.
    - Co pan zamierza zrobić z tym nożem? - kobieta szeroko otworzyła oczy, na widok ostrza trzymanego przez Staszka.
    - Korzystając z nieobecności wielebnego, poderżnę pani gardło. - Mężczyzna zamachnął się w powietrzu nożem, wywracając oczami i robiąc przy tym tak karykaturalnie groźną minę, że Marta nie mogła go potraktować poważnie i roześmiała się. - To byłaby nauczka, żeby nie ufać nieznajomym. - dodał po chwili. - Co prawda raczej po czasie i mało użyteczna. A po co wziąłem nóż...Przecież mówiłem, że idę po broń, na wypadek gdyby nasi ,,goście" okazali się niemili... O ile w ogóle ktoś tam jest.
    - Prawda, przepraszam, jestem trochę... rozkojarzona - Marta  skrzywiła wargi i pokręciła głową, a potem przyłożyła rękę do czoła. No proszę, pierwszy ludzki odruch ze strony pani Świętej Optymistki.
    - Jak my wszyscy. - mruknął Staszek. - Się pani nie martwi, wszystko będzie dobrze. Jutro dotrzemy do stolicy a potem przeczekamy w moim domu, aż do przylotu wojska.
    - Dziękuję - kobieta uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową. Chłopakowi przeszło przez myśl, że faktycznie diakon dobrze trafił.
    - Ale teraz muszę iść, pani mąż nie wraca, może potrzebuje pomocy - powiedział szybko i wyszedł przed dom. Na zewnątrz panował przyjemny chłodek - choć za dnia na Chopinie słońce mocno dogrzewało, noce potrafiły być naprawdę zimne.
    Po chwili poszukiwań odnalazł diakona. Duchowny stał za jedną ze skał, które znajdowały się w okolicy zajazdu. Rozglądał się dookoła, a kiedy usłyszał kroki Staszka odwrócił się w jego stronę i przeciągle westchnął.
    - Nie ma nikogo - stwierdził.- Może mam obsesję.
- Bywa. - wzruszył ramionami Staszek. - Lepiej przesadzić z ostrożnością, niż umrzeć przez lekkomyślność, prawda?
    - Prawda - uśmiechnął się diakon. Na jego twarzy, do tej pory lekko czerwonawej w świetle księżyca pojawił się cień. Pewnie chmura zasłoniła satelitę. - Chyba wracamy, co nie?
    - Na to wygląda - odpowiedział Staszek, a potem przypadkowo zerknął w górę. To nie chmura rzucała cień na Herberta... Chłopak nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Machinalnie zrobił krok w tył.
   - Co się dzieje? - spytał Cavalieri, a potem również spojrzał w górę. Jego reakcja była odmienna niż Staszka - zaczął wrzeszczeć wniebogłosy. A krzyki stały się jeszcze straszniejsze, kiedy siedzący na skale potwór skoczył na niego i zaczął rozrywać na strzępy. Chłopak odwrócił się i zaczął biec. Może było to niezbyt bohaterskie, ale przecież nie miał szans ze swoim nożykiem przeciw tej grozie... Poza tym musiał ostrzec resztę - w oknach jadalni paliło się światło, to na pewno zwabi potwora do budynku!
    Jak burza wpadł do zajazdu i natychmiast zaczął ryglować drzwi. Zaniepokojona Marta podbiegła do niego.
    - Co się stało? Co to za hałasy? Czemu zamykasz? Co z Herbertem? - zasypała chłopaka gradem pytań.
    Staszek odwrócił się, złapał ją za ramiona i krzyknął prosto w jej twarz - Potwór! Jest tutaj!
    Marta otworzyła szeroko oczy i usta. - Co robimy? - jęknęła.
    - Bierz dzieci i... - zaczął Staszek, ale przerwał. W tej chwili dał się słyszeć upiorny skrzek, a po chwili szponiasta łapa przebiła drzwi, wyrywając wielką dziurę. Było pewne, że za kilka sekund stwór wtargnie do środka. Staszek zareagował instynktownie. Jedną ręką otworzył drzwi do składziku, a drugą wepchnął Martę do środka. Otoczył ją ramieniem, jednocześnie przytrzymując i zatykając usta, żeby nie krzyczała. Stojąc w ciemności, pośród mioteł, mopów, środków czystości i gratów, nasłuchiwali jak sapiąc i poskrzekując, poczwara idzie przez korytarz. W tej dało się słyszeć przytłumione, zaspane ,,Co się dzieje?" wypowiedziane chłopięcym głosem... Jedno z dzieci się obudziło. Natychmiast ciężkie, powolne człapanie potwora zmieniło się w odgłosy biegu, dodatkowo wzbogacane przez łomot niszczonych po drodze mebli. Po chwili do tych odgłosów dołączyły inne... I była to najgorsza rzecz jaką Staszek kiedykolwiek słyszał, która miała mu się śnić do końca jego życia. Dziecięce krzyki, pełen strachu i bólu.
    Kiedy Marta usłyszała, jak potwór morduje jej synów zaczęła się wyrywać. Staszek nie puszczał jej, żeby nie pobiegła na pewną śmierć.
    - Nie uratujesz ich, biegnijmy do dziewczynek, uciszymy je, schowamy się razem, może się uratujemy! - zaczął gorączkowo tłumaczyć. Marta z bólem w oczach skinęła głową. Chłopak puścił ją i otworzył drzwi. Puścili się pędem do pokoju, gdzie spały córki Cavalierów. Potwór był wciąż zajęty chłopcami... Zdążyli wpaść do sypialni, Staszek zamknął drzwi. Światło było zgaszone i panowała cisza - najwyraźniej jakimś cudem dziewczynki wciąż spały.
    - Obudź je po cichu i wytłumacz, że mają milczeć - szepnął Staszek do kobiety. Marta natychmiast podeszła do łóżek. Chłopak zaś zaczął przesuwać komódkę pod drzwi. Po chwili jednak zorientował się, że to bez sensu - i tak to nie powstrzyma potwora, ich jedyna szansa to to, że poczwara się nie zainteresuje tym pokojem.
    - Nie ma ich! - dał się słyszeć pełen rozpaczy krzyk Marty. Staszek rzucił się do łóżek i
zaczął gorączkowo je sprawdzać... Faktycznie - były puste... Ale jak to, wszystkie?
    W tej chwili do krzyków chłopców dołączyły dziewczęce piski, dobiegające od strony łazienki... "Dziewczynki też są nierozłączne. Nawet jak w nocy jedna wstanie do łazienki, to pozostałe zaraz dołączają... Prawie co noc mnie budzą" przypomniały się Staszkowi słowa diakona.
    Marta pobiegła w stronę drzwi. Niewątpliwie rzuciłaby się na potwora, z szaleńczą odwagą broniąc swoich dzieci - i zginęła razem z nimi - ale Staszek jej na to nie pozwolił. Złapał kobietę zanim zdążyła wejść i znowu zatkał jej usta. Rozpaczliwie się szamotała i wydawała nieartykułowane, stłumione jęki, ale chłopak był dla niej silny. Po chwili straszliwe odgłosy agonii małych Cavalierów ucichły. Dało się słyszeć ciężkie człapanie i posapywanie. Monstrum było coraz bliżej ich kryjówki...
    - Błagam, bądź cicho - wyszeptał Staszek do ucha Marty. Kobieta przestała jęczeć. Wciąż próbowała się wyrwać z uścisku, ale z każdą chwilą jej usiłowania słabły. Chłopak poczuł, jak po dłoni, którą trzymał jej na ustach spływają łzy.
    Sądząc po odgłosach potwór najwyraźniej stał i rozglądał się (a może obwąchiwał? Staszek miał nadzieję, że to coś nie ma czułego węchu, inaczej już po nich).
    Po chwili znowu mogli usłyszeć kroki, tym razem powoli cichnące. Najwyraźniej potwór uznał, że nie ma tu już nic do upolowania i zdecydował się odejść. Po paru minutach odgłosy przez niego wydawane ucichły. Staszek odczekał jeszcze chwilę, a potem rozluźnił uścisk i wypuścił drżącą Martę. Kobieta natychmiast wybiegła z pokoju - nie była w stanie uwierzyć, że jej dzieci nie żyją, dopóki nie zobaczy tego na własne oczy.
     Staszek poszedł za nią. Zobaczył jak kobieta klęczy, łkając nad... nad czymś czerwonym, co kiedyś było małą dziewczynką, sądząc po resztkach ubrania. Chłopak poczuł, że jemu również łzy spływają po policzkach... A potem poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Nie mógł się powstrzymać i zwymiotował.

sobota, 10 czerwca 2017

Schizma na Socratesie - kolejne moje opowiadanie

Schizma na Socratesie

    Vitnika była zwyczajną wioską, jakich wiele na Socratesie. Znajdowała się w okolicy położonej od stolicy na tyle daleko, że rzadko odczuwała na sobie wzrok świętych rządców planety. Mieszkańcy żyli z dala od przepychów Primurbium, a żaden z nich nie obcował z tajemnymi cudami Pierwszego Domu. Nie byli jednak prostakami - choć nie czuli nad sobą kapłańskiej ręki, to oświecone słowa duchownych docierały pod ich strzechy. Prowadzili proste, pracowite życie, a ich pola i obejścia w większości były zadbane. Tuż za osadą rozciągały się pola pszenżyta i pastwiska, gdzie przechadzały się dorodne flambeny o czerwonej skórze. Nie każdemu się tutaj przelewało, ale nikt nie cierpiał głodu.
    Choć na wsi nigdy nie brakuje pracy, był to okres względnego odpoczynku. Już miesiąc minął od żniw, zboże zostało zebrane do spichlerzy. Co prawda, zbliżał się czas zbiorów bulw, ale w tym regionie mało kto je uprawiał. Dlatego też, wielu osadników mogło sobie pozwolić na chwilę wytchnienia. Zresztą, pogoda była na tyle słoneczna, że mało kto miał ochotę i siły, aby przykładać się do pracy w południe. Z niewielkiej gospody słychać było szczęk kufli i kilka rozochoconych głosów bywalców, którzy gasili pragnienie piwem.. Przed jednym z domów jakiś staruszek siedział na krześle i wygrzewał kości, z lubością wystawiając twarz do słońca. Na piaszczystej dróżce dzieciaki wyrysowały patykami coś w rodzaju planszy do gry - jej zasady i sens były najwyraźniej niezrozumiałe dla każdego, kto liczył więcej niż dwanaście wiosen. Ucichło dzwonienie metalu dobiegające z kuźni - kowal zrobił sobie przerwę, aby otrzeć pot z czoła. Może gdzieś tam w dalekim świecie, Arcykapłan toczył wojnę z Kaszmirytami, ale Vitniczan to nie dotyczyło.
    Niestety, jak się okazało, spokój panujący w wiosce był tylko ciszą przed burzą... A może ,,na szczęście", jeśli weźmie się pod uwagę, co miało wyniknąć z najbliższych wydarzeń?
    - Nevadim! Nevadim nadchodzą! – rozległ się głos. Do sioła Vitnika wbiegł mężczyzna. Na jego twarzy było wypisane przerażenie. Chyba wszyscy w osadzie słyszeli jego krzyk. Ludzie porzucali pracę, wybiegali z domów i zbierali się na środku placu, żywo komentując nowinę. Kilka kobiet zaczęło lamentować. Jakieś dziecko się rozpłakało. Mieszkańcy czekali, aż Waldo – bo to on był krzykaczem – ochłonie na tyle, aby powiedzieć coś więcej. Na razie mężczyzna oparł się o cembrowaną studnię, która stała pośrodku niewielkiego placyku. Ciężko dyszał. Pewnie musiał przebiec kawał drogi, żeby zdążyć, zanim Nevadim faktycznie dotrą do Vitniki.
    - Co się tu dzieje? – rozległ się tubalny głos Makeja. Tłum ustępował z drogi, gdy szedł starszy wioski. Potężna postawa (trzymał się prosto mimo wieku, ale i tak wspomagał się włócznią, używaną też jako laska), siwe włosy i groźne, poważne spojrzenie budziły we wszystkich respekt. Po chwili starszy stanął nad wciąż opartym o cembrowinę Waldem. Opierając się na włóczni, spytał:
    - No? Co jest z tymi Nevadim?
    - Nadchodzą! – wydyszał człowiek. Mówił z trudem, a jego koszula była cała zlepiona potem.
    - Tyle to już wiemy – sarknął Makej. – Hej, dajcie mu wody, niech gardło przepłucze!
Młody Jaros, który stał zaraz obok studni, natychmiast rzucił się, aby wyciągnąć wiadro. Rozległ się skrzyp, gdy kubełek wędrował do góry, ciągnięty przez łańcuch. Rówieśniczka chłopaka, Atalia, podała Waldowi chochlę. Jednak, prawdę mówiąc, nie była mu ona potrzebna. Jak tylko Jaros wyciągnął wiadro, mężczyzna rzucił się do niego, by zaspokoić pragnienie.
- Spokojnie! – burknął Matej. – Powoli, bo się zatchniesz!
- Niech gada wreszcie! – krzyknął ktoś z tłumu.
W końcu Waldo oderwał się od wiadra. Rozejrzał się po wyczekujących twarzach zgromadzonych na placu ziomków, splunął, po czym zaczął gadać.
- Spotkałem ich nad strumieniem. Poili letaury. Siła ich było, a przewodzi im Kadze Półgęby. Jak mnie złapali, to kazał powiedzieć, że na razie rozłożą tam obóz, bo rumaki są wykończone, a jutro przyjadą do nas, po daninę.
- Kurwie syny – warknął Matej, stukając w ziemię drzewcem.
- To już trzeci raz tego roku – jęknął któryś z mieszkańców.
- Nie możemy im na to pozwolić! – krzyknęła Atalia. – Za każdym razem jak się podniesiemy, oni przyjeżdżają i od nowa wszystko rozwalają!
Matej nie mógł nie przyznać racji swojej wnuczce. W czasie ,,pobierania daniny” Nevadim zdarzało się zarzynać zwierzęta, niszczyć zboże i zasiewy, a czasem nawet palić chałupy – bez żadnego celu, ot po prostu po to, żeby pokazać, kto tu rządzi. A połamanych kości, nabitych siniaków i rozlanych łez, nikt nie był w stanie zliczyć.
Jednocześnie, Matej nie mógł zgodzić się z pierwszym zdaniem dziewczyny.
- Nie możemy im na to nie pozwolić – stwierdził ponurym głosem. – Jak ich niby chciałabyś powstrzymać?
Atalia na chwilę zamilkła, zgaszona. Jednak po chwili na jej twarzy pojawił się pełen nadziei uśmiech.
- Wezwijmy na pomoc templariuszy!
- Tak, w końcu mają nas bronić! Od tego są! Na coś płacimy dziesięcinę! – rozległy się okrzyki poparcia.
W odpowiedzi Matej gorzko się zaśmiał.
- Myślicie, że nie wzywałem ich? Owszem, robiłem to. Nawet parę razy. Zawsze mi odmawiano. Jego Ekscelencja ma ważniejsze sprawy na głowie. Choćby święta wojna przeciwko Kaszmirytom... Vitnika go nie obchodzi. Obawiam się, że z naszych dziesięcin jest dla nas jeszcze mniej pożytku, niż z tego, co oddajemy Nevadim...
- Jak możesz tak mówić o kapłanach, dziadku! – jęknęła Atalia. Matej pokręcił głową. Od śmierci jej rodziców wychowywał ją. Robił to w duchu poszanowania dla bogów i ich sług – ale teraz zastanawiał się, czy dobrze robił...
- Przygotujcie wszystko na jutro – rozkazał starszy sucho swoim ziomkom. – Nie drażnijmy ich dodatkowo czekaniem.

Atalia siedziała przy ognisku, które rozpaliła na wzgórzu za wioską – już skończyli przygotowania do jutrzejszego dnia i mogła odejść. Przykucnięta, patrzyła na Vitnikę. O tej porze wioska była spowita mrokiem - tylko w oknach chatki należącej do znachorki można było dostrzec słabe światełko lampy olejnej. Osada wyglądała tak spokojnie... Ale jutro znowu ci brudni barbarzyńcy będą po niej łazić... Każdy, kto chciał, wykorzystywał wieśniaków. Nevadim, inne bandy, czasem maruderzy z wojska... A nawet i kapłani – teraz to widziała. Chłopi byli do tego przyzwyczajeni – byli na dnie. Każdy mógł po nich deptać. Byleby przeżyć dał.
Ale co to było za życie! Pełne upokorzeń... A poza tym, jak żyć, kiedy co chwila ktoś odbiera ci owoce twojej pracy? A nawet tego marnego życia nie jesteś pewien, bo dla kaprysu ktoś może je odebrać.
Z oczu Atalii popłynęła łza bezsilnej złości. Cisnęła do ogniska kawałki gałęzi, którą od jakiegoś czasu wyginała i łamała na kawałki. Nagle usłyszała za sobą kroki. Natychmiast skoczyła na równe nogi i odwróciła się. To mógł być jeden ze zbójców. Przecież Nevadim mogli przybyć wcześniej!
Ale to był tylko Jaros, Atalia nawet po ciemku była w stanie rozpoznać jego twarz i ciemne włosy, nieco dłuższe niż u większości mężczyzn w Vitnice. Chłopak przez chwilę przyglądał się jej z podniesionymi brwiami, po czym lekko się uśmiechnął.
- Mogę się przysiąść? – spytał.
- Siadaj – rzuciła krótko dziewczyna, po czym, nie patrząc na niego, ponownie przykucnęła.
- Coś taka niemiła? – spytał chłopak, siadając koło niej.
- Nie mam powodu do radości. A ty? – odburknęła Atalia.
Jaros wzruszył ramionami. – Pewnie, że nie. Ale nie ma czym się przejmować... Takie życie. Przychodzą i odchodzą.
- A daj mi spokój – warknęła dziewczyna, wstała i odeszła w kierunku wioski. Przez chwilę Jaros zastanawiał się, czy nie iść za nią... Lubił Atalię. Nawet bardzo. Ale co miał jej powiedzieć? Stary Matej miał rację. Jedynym co im pozostawało to zagryźć zęby i czekać, aż ta klęska przeminie. Jak grad czy susza.

Kadze Półgęby jechał na swoim letaurze przez Vitnikę. Przezwisko nosił od dnia, kiedy został wodzem Nevadim. Co prawda, wówczas udało mu się wykończyć w pojedynku poprzedniego herszta, ale przedtem ostrze starego co nieco nadwyrężyło  facjatę następcy. Praktycznie cały lewy policzek i skóra na części jego szczęki nie istniały. Czasem było to denerwujące – na przykład kiedy jadł – ale generalnie nawet pożyteczne, bo wygląd pomagał mu utrzymać jego przerażająca legendę.
Legendę, dzięki której marne szczury, takie jak mieszkańcy Vitniki robili w gacie ilekroć o nim usłyszeli. O, jakże Kadze nimi gardził! Marni tchórze... frajerzy... żyli tylko po to, żeby zaspokajać zachcianki prawdziwych królów życia, takich jak on i jego chłopcy!
Oddział posuwał się w kierunku placu na środku osady. Była to obdarta zgraja, zbrojna w siekiery, kordy, dzidy, miecze i łuki. Większość szła pieszo, ale kilku jechało na letaurach. Pośrodku grupy można był dojrzeć samego wodza. Kadze patrzył na porządne, schludne budynki, których kryte gontami dachy zdobione były rzeźbionymi w drewnie gwiazdami – dobrze, bogaty łup... Patrzył też na uboższe chaty i nędzne lepianki - nie szkodzi, nie ma domu tak biednego, żeby nie byłe czego odebrać jego mieszkańcom... Patrzył na kryjących się po kątach, starających się nie wpadać w oczy wieśniaków... Niektórzy z jego chłopców rzucali w ich stronę obelgi a nikt nie śmiał im odpowiedzieć... Sam Kadze milczał. Wiedział dobrze, że mówienie nie wychodzi mu najlepiej.
Po chwili dojechali na plac. Wódz wstrzymał swojego letaura - zielonego, rogatego jaszczura, a inni Nevadim poszli w jego ślady. Kadze rozejrzał się. Na środku placu stał starszy wioski, a koło niego kilku chłopów. Wokoło zgromadzili kilka małych beczułek z gorzałką i kosze na jedzenie. Było tego mało. Za mało.
Kadze wydął wargi i świsnął przez nos. Natychmiast Chudy Lete, jego przyboczny, oświadczył – Wielki Kadze jest niezadowolony! – Lete zawdzięczał swoje stanowisko temu, że w jakiś sposób zawsze rozumiał wodza bez słów, wyręczając go w jakże kłopotliwej czynności, jaką było przemawianie. Tylko dzięki temu – i wrodzonemu sprytowi – ten wątły, szczurowaty osobnik mógł przeżyć w takiej bandzie jak Nevadim.
- Za pozwoleniem – zaczął Matej. – To już trzecia danina w tym roku... Nie możemy dać więcej. Naprawdę. Błagam o wybaczenie.
Och, te słowa nie przychodziły łatwo staremu! Za młodu, jako żołnierz, grzmocił takich sukinsynów jak ci tutaj. Ale teraz... Musiał się płaszczyć, jeśli chciał dobrze dla swojej wioski i ludzi.
Wódz Nevadim uderzył w szyję swojego letaura, po czym splunął na ziemię (przy czym część śliny spłynęła mu bokiem).
- Wielki Kadze sra na twoje wyjaśnienia, staruchu! – oświadczył Lete. – Nevadim będą pobierać, co im się należy, choćby dziesięć razy w roku! Choćby zabraliby wam wszystko, łącznie z waszymi brudnymi portkami – macie siedzieć cicho i spełniać ich wolę!
Z lekkim uznaniem Kadze pomyślał, że nawet gdyby mógł mówić, nie ująłby tego tak pięknie.
- Nie damy rady więcej... Naprawdę. To prawie wszystko, co mamy. I tak będzie nam ciężko przeżyć zimę – stwierdził Matej.
Kadze ujął uzdę letaura. Powoli zaczął jechać w stronę Mateja. Chłopi, którzy stali obok starszego zaczęli się cofać. Jednak sam starzec stał w miejscu. Po chwili rumak wodza stał przed nim. Jego pysk niemal dotykał piersi Mateja – mężczyzna czuł gorący i wilgotny oddech. Kadze nieco nachylił się w jego kierunku. Przez chwilę starszy patrzył na jego paskudną twarz i na kaprawe oczy patrzące spod hełmu.
- Wielkiego Kadzego gówno obchodzi to, czy przeżyjecie, śmierdziele! – wrzasnął Lete. ,,Pomijając to, że jeśli zdechniecie, nie będziemy miał kogo łupić” – pomyślał, ale zachował to dla siebie.
Kadze szarpnął uzdą. Jego letaur zrobił krok do przodu. Uderzył pyskiem w pierś Mateja – a ponieważ jednocześnie nadepnął mu na nogę, starzec zachwiał się i upadł. Jego laska upadła obok.
Starzec uniósł się nieco na jednej ręce. W tej samej chwili Kadze ujął swoją lancę. Odchylił rękę do tyłu – i wbił ją w ciało Mateja, który jęknął z bólu. Wódz wyszarpnął włócznię. Starszy opadł bezładnie na ziemię.
- Oto co się dzieje z tymi... – zaczął Chudy Lete, ale nie skończył. Nagle coś uderzyło w głowę wodza, aż się zachwiał w siodle.
- Ty potworze! – wszyscy usłyszeli ten krzyk. Przed drzwiami od jednej z chałup stała młoda dziewczyna o związanych blond włosach. Miała zaciśnięte pięści i nienawiść wypisaną na twarzy.
    - Brać ją! – wrzasnął Lete. Natychmiast kilku jeźdźców ruszyło w jej stronę. Kiedy byli już blisko, zeskoczyli z letaurów. Dziewczyna najwyraźniej zorientowała się, co się dzieje. Rzuciła się do drzwi, aby się schować w domu, ale wcześniej jeden z Nevadim złapał ją w mocnym uścisku.
Młoda kobieta wyrywała się i krzyczała, ale nic nie pomagało. Po chwili najeźdźca cisnął ją pod nogi letaura Kadzego. Atalia uniosła głowę i spojrzała w twarz watażki. Krwawa plama na jego czole, pomiędzy kaprawymi oczami, nie robiła wielkiego wrażenia przy jego zmasakrowanej twarzy – ale i tak poczuła odrobinę satysfakcji.
- Ty .... plugawy bękarcie! – wrzasnęła i splunęła pod nogi wierzchowca. – Morderco!
Atalia widziała przez dziurę w twarzy, jak zęby Kadzego poruszają się, zgrzytając. Wódz znów uniósł swoją lancę. Dziewczyna już chciała odskoczyć, kiedy...
    - Wodzu, ta mała dziwka zasługuje na karę! Ale czy śmierć wystarczy? Oddaj ją twoim wiernym druhom, a oni ukarzą ją za zuchwalstwo jak należy! – rozległ się głos Letego. Na szczurzej twarzy przybocznego pojawił się obleśny uśmiech.
    Wódz najwyraźniej myślał przez chwilę, trzymając w powietrzu lancę. Potem powoli skinął głową i odłożył broń.
Atalię otoczyła zgraja rechoczących Nevadim. Wreszcie do niej dotarło, co miał na myśli Lete... Znowu złapało ją kilku bandytów. Zaczęli ją gdzieś nieść.
     - Nie, tylko nie to! – krzyczała. ,,Czemu nikt mi nie pomoże, nic nie zrobi, jak mogą na to patrzeć!” – takie myśli przelatywały przez jej głowę. Ale nikt nie ruszył jej na ratunek. Otaczały ją jedynie zarośnięte gęby śmierdzących barbarzyńców i słyszała jedynie ich rechot. W końcu rzucili ją na jakiś stóg siana.
- Ja pierwszy! – warknął szczególnie rosły Nevadim o skołtunionej czarnej brodzie. Nogami przycisnął Atalię do podłoża, a sam zaczął rozpinać pas, dopingowany okrzykami towarzyszy. Dziewczyna cały czas próbowała się wyrwać. Zaczęła uderzać w brzuch najeźdźcy, ale to wywołało jedynie jego śmiech.
- Ostra, co? Dobrze, lubię takie! – warknął.
Po policzkach Atalii popłynęły łzy, ale przestała bić napastnika. Jak go nienawidziła! Była taka bezsilna... Nic nie mogła zrobić... A on mógł z nią zrobić, co zechce... To było takie... NIESPRAWIEDLIWE!
Nagle czarnobrody Nevadim przestał się śmiać. Jego ręce, którymi właśnie zaczynał ściągać spodnie opadły. Wpatrywał się w twarz Atalii szeroko otwartymi, przerażonymi oczami, a potem skierował wzrok nieco niżej. Dziewczyna spojrzała w to samo miejsce. Na jego brzuch.
Jej dłoń była W NIM. Wbiła gołą rękę w jego brzuch. Nawet nie zauważyła kiedy... Przerażona, odruchowo wyrwała ją. Ręką wyszła z ciała z ohydnym mlaśnięciem. Pomimo tego, że była cała pokryta krwią, widać było, ze otacza ją jakaś niebieskawa poświata...
     Napastnik otworzył szeroko usta. Popłynął z nich strumień krwi. Zwalił się na leżąca na sianie Atalię. Dopiero teraz dziewczyna usłyszała okrzyki jego towarzyszy – do tej pory wszyscy bez słów wpatrywali się w nią i jej dzieło.
Atalia czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła... To było ohydne. Czuła, ze jest cała we krwi... Ciężkie ciało barbarzyńcy przygniatało ją – w dodatku jeszcze żył i trząsł się w agonii. A poza tym... śmierdział.
    Ogromnym wysiłkiem udało się jej zrzucić umierającego. Wstała.
   Dookoła niej stali w kole Nevadim. Przez chwilę nikt się nie ruszał. Potem jeden z nich uniósł topór.
    - Ta dziwka zabiła Jehana! – warknął i ruszył w jej stronę.
    - Nie rusz jej, to wiedźma... – powiedział któryś, ale to nie powstrzymało topornika. Dopadł do Atalii i wzniósł swój oręż nad głowę, by zadać śmiertelny cios. Dziewczyna powinna spróbować zrobić unik, ale w takich chwilach nie zawsze ludzie zachowują się racjonalnie. Zamiast tego, złapała barbarzyńcę za ręce. Oczywiście, nie miała tyle siły, aby powstrzymać takiego wojownika.
     Nie musiała mieć. Ramiona Nevadima, w miejscu za które złapała, po prostu zaczęły się... Topić.
    Bandyta, wyjąc z bólu, wypuścił topór, który spadł na ziemię, za jego plecami. Wyrwał ręce z uścisku Atalii. Z przerażeniem spojrzał na nie. W miejscu, gdzie dziewczyna go dotknęła, było widać gołą kość prześwitującą pomiędzy resztkami skóry i mięśni. Będąc w szoku, Naveadim zaczął wrzeszczeć i biegać dookoła, wymachując swoimi rękoma, rozsiewając dookoła krople krwi. Jeden z towarzyszy złapał go. Reszta ruszyła na Atalię.
     Dziewczyna w panice skuliła się, zasłaniając głowę rękoma. Było ich zbyt wielu. Co z tego, że potrafiła zabijać dotknięciem? Co jej to dało i tak zdechnie...
    Ale ciosy nie nadchodziły. Atalia nieśmiało uniosła głowę i rozejrzała się.
    Dookoła niej w dalszym ciągu stali Nevadim. Większość z nich miała w ręku broń i wściekłość wypisaną na twarzy, ale niektórzy patrzyli na nią z wyraźnym przerażeniem albo... zdziwieniem? O co tu chodziło?
    Nagle jeden z Nevadim wzniósł miecz i zamachnął się w jej stronę. Atalia odruchowo odskoczyła... Ale zauważyła, że cios i tak by jej nie dosięgnął. Ostrze zatrzymało się przed jej twarzą. Choć Nevadim próbował je popchnąć dalej, a na jego twarzy pojawił się wyraz wysiłku, nie był w stanie jej zranić. Jakby miecz napotkał niewidzialną ścianę. Dodatkowo spod ostrza sypały się niebieskawe iskry... Podobne do tej poświaty! Atalia spojrzała na swoje dłonie. Wciąż się lekko jarzyły. Ta sama magia, która pozwoliła jej okaleczyć tamtych dwóch, teraz chroniła ją przed ciosami!
    Atalia spojrzała w kierunku Nevadim. Chyba to, co ujrzeli w jej oczach nie spodobało się im. Ten, który ją atakował, opuścił broń i zaczął się cofać. Tak samo inni.
    - Cooo, skurwysyny? – wysyczała dziewczyna. – Przyjemnie napadać, gwałcić, zabijać, kiedy ofiara się nie broni, co? Śmierdzący tchórze! – Atalia tak się zapamiętała w gniewie, że nie widziała, co się dzieje. Nie zauważyła, że uniosła się o kilka palców w górę, zawisając nad ziemią. Nie zwróciła uwagi na to, że jej tarcza stała się widzialna. Dookoła niej jarzyła się błękitna, iskrząca aura. Pomału coraz bardziej się rozszerzała, sięgając coraz bliżej Nevadim.
    A potem wybuchła.

   Na środku wioski Kadze ze swojego letaura obserwował, jak pod nadzorem jego chłopców, wieśniacy wynoszą wszystkie swoje dobra na plac. Wierny Lete miotał się tu i tam, zaglądając do domów, dbając o to, aby te śmierdziele niczego przed nimi nie ukryli.
    Kilku chłopaków już się zajęło zabawą. Wytoczyli beczkę gorzałki i otworzyli ją, rozlewając do skonfiskowanych kubków. Jeden z nich wyciągnął nawet harmonijkę i zaczął grać jakąś skoczną melodię. Dobrze. Niech się chłopcy poweselą. Zasługują na to.
    - Ej, szybciej, ruchy, ruchy! – krzyknął jeden z chłopców i kopnął w tyłek młodego, ciemnowłosego wieśniaka, który niósł kosz z kiełbasą. Kmiot zachwiał się, ale nie upadł. Nevadim już szykował się, aby wymierzyć mu kolejny cios, kiedy nagle stanął, patrząc się gdzieś w dal.
    - Eee... szefie... – wyjąkał zbój. – Co to jest?
    Młody wieśniak przystanął i spojrzał w tę samą stronę, co on. Wypuścił z rąk kosz, kilka kiełbas wypadło na ziemię.
   - Atalia?.... – wymamrotał.
   Kadze również obrócił głowę. Jego oczom ukazał się niezwykły widok. Spomiędzy chałup wyszła... Nie... wyleciała? Wypłynęła? (Pomału posuwała się do przodu, choć jej nogi pozostawały bez ruchu – poza tym unosiły się nad ziemią) jakaś postać. Jej jasne, długie, rozpuszczone włosy powiewały za nią – choć nie było wiatru. Jej ubrania, twarz i rozłożone na boki ręce – były pokryte krwią. Dookoła niej co jakiś czas strzelały błękitne iskry.
    - Demon? – wyszeptał Lete, który stanął koło swego przywódcy.
    Kilku z Nevadim wyciągnęło broń, ale nikt nie śmiał ruszyć w kierunku tej istoty. Wszyscy – także wieśniacy – stali i wpatrywali się w nią.
    - To koniec – rozległo się w końcu. Był to dźwięczny, dziewczęcy głos... Ale czuć w nim było jakąś siłę. I determinację. I nienawiść. – Nie będzie więcej rabowania. Nie będzie więcej zabijania. Nie będzie więcej gwałcenia!
    - Hej, to tylko ta dziewka! – zaśmiał się Lete. – Wykończcie ją! Może jest wiedźmą... ale tym lepiej! Bogowie nas będą lubić, jak ją załatwimy!
    Kilku z grabieżców wyrwało się z otępienia i ruszyło w stronę Atalii. Teraz, kiedy wiedzieli, że to człowiek z krwi i kości, a nie demon, już się jej nie bali.
    - Nie wycieraj sobie gęby bogami – oświadczyła dziewczyna. – Bo jesteś śmieciem w ich oczach. A ja jestem ich mieczem, który ukarze was! – jej słowa przerodziły się w krzyk. Uniosła wyżej ręce. Po jej dłoniach zaczęły tańczyć błękitne iskry – takie same, jak te w powietrzu wokół niej (których zresztą zaczynało być coraz więcej). Po chwili jej palce zaciskały się wokół lśniących kul energii.
    - Zdychajcie! – krzyknęła, po czym miotnęła kule w kierunku idących w jej stronę Nevadim. Jeden z pocisków z sykiem przeciął powietrze, po czym trafił w któregoś z bandytów i z hukiem wybuchł. Nevadim padł na ziemię, wrzeszcząc z bólu. Po jego ciele przebiegały niebieskie rozbłyski energii.
    - Dorwijcie ją szybko, zanim wystrzeli tego więcej – krzyknął Lete.
   Ale już kolejne pociski przeszywały powietrze. Jeden z Nevadim, który dosiadł letaura, aby zaszarżować, po chwili legł przygnieciony jego ciężarem, kiedy wierzchowiec padł, trafiony kolejną sferą.
    - To nasza szansa! Na nich! – krzyknął Jaros. Kopnął w krocze najbliższego Nevadim, a kiedy ten zgiął się w bólu, wyrwał mu miecz. Kilku wieśniaków poszło w ślady chłopaka.
    Po raz pierwszy, mieszkańcy Vitniki walczyli z Nevadim.


    Walka była skończona. Wszędzie walały się trupy. Niestety – wiele z nich należało do wieśniaków. Ale co najmniej tyle samo do Nevadim. A te drugie były w o wiele gorszym stanie. Wiele z nich było zmasakrowanych – rozerwanych albo nadpalonych. Pośrodku tego wszystkiego stała główna sprawczyni rzezi. Tak, stała. Już nie lewitowała. Znikła też błękitna aura. Prawdę powiedziawszy, Atalia niewiele pamiętała z tego, co się przed chwilą działo. Jakby jej się to wszystko śniło... Ale trupy dookoła utwierdzały ją w przekonaniu, że to zdarzyło się naprawdę.
    Podszedł do niej Jaros. Chłopak miał kilka szram, ale jego twarz była rozradowana.
   - Hej, ale ich załatwiłaś! – krzyknął. – Cuda wyczyniałaś... Nie jesteś ranna? – spytał.
   Atalia natychmiast odwróciła się w jego stronę.
   - Przedtem nie byłeś taki troskliwy – syknęła. – Nic nie zrobiłeś, kiedy tamte bydlaki ciągnęły mnie, żeby... – Jej oczy zalśniły niebieskim blaskiem, a po dłoniach znów zaczęły pełzać iskierki. Chłopak cofnął się, przerażony. Nagle jednak światła zgasły.
   - A pomyśleć, że cię kiedyś... - teraz w jej głosie zabrzmiał jakby żal. Nie dokończyła. Na twarzy dziewczyny pojawiło się przerażenie. Właśnie sobie o czymś przypomniała.
   - Dziadek! – krzyknęła. – Co z nim? Żyje?
   - Kiedy Kadze go zranił, zabraliśmy go do znachorki – szybko odpowiedział Jaros. – Zajęła się nim do razu.
    Atalia natychmiast pobiegła w kierunku chatki należącej do zielarki. Nie zwracała uwagi na ziomków, którzy próbowali ją zatrzymać, żeby o coś spytać czy podziękować za to, co zrobiła (nie zauważyła też, że niektórzy na jej widok odsuwali się ze strachem w oczach).
   Wpadła do małego domku znachorki. W ciemnej izdebce, pośród ziół zwieszających się z sufitu i ścian, na drewnianej ławie leżał Matej a stara, przygarbiona kobieta nachylała się nad nim. Atalia natychmiast podbiegła do łoża, odsuwając na bok starowinkę.
   - Dziadku! Dziadku! – krzyknęła, klękając przy nim. Matej przekręcił głowę, aby spojrzeć na nią.
   - Jesteś... cała? – spytał z wysiłkiem. – Nic ci... nie zrobili?
   - Nie, nie... – odpowiedziała dziewczyna. – Próbowali, ale nie pozwoliłam... Dziadku! Pokonaliśmy ich!
   - Co ty... mówisz... – W tej chwili do chatki wszedł Jaros, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
   - Tak! Dziadku! Bogowie zesłali mi moc... Wielką moc! Pozabijałam ich!
   - Przestań mnie... okłamywać.
   - Ona mówi prawdę! – wtrącił się Jaros. – Zobaczcie sami! – otworzył szeroko drzwi do chatki. Matej uniósł się lekko przez otwór mógł widzieć kawałek placu. Zobaczył parę trupów Nevadim i ich letaurów.
   - Więc to prawda... Zrobiłaś to, czego ja... się zawsze bałem. Jestem z ciebie... dumny – wyszeptał słabnącym głosem Matej. – Teraz mogę... umrzeć.
   - Nie mów tak! – krzyknęła Atalia. – Mam moc... Mam moc! Uzdrowię cię! – przyłożyła mu ręce do piersi. – Żyj! Żyj!!!
   Głowa starszego opadła bezwładnie na bok.
   - Daj mu spokój – łagodnym głosem powiedziała znachorka. - On już nie żyje, córciu.
  Atalia położyła głowę na ciele dziadka. Przez chwilę tak półleżała. Jaros i zielarka usłyszeli, jak cicho łka.
   - Atalia... – powiedział chłopak, kładąc jej dłoń na ramieniu. Nagle dziewczyna się podniosła, odtrącając rękę Jarosa. Siąpnęła nosem i otarła rękawem łzy z twarzy. Potem się odezwała, a w jej głosie czuć było ponurą determinację.
   - Skoro bogowie chcą, żebym była narzędziem kary, a nie szafarką łask.... Niech tak będzie!
   Wyszła z chatki. Przeszła pośród trupów na środek placu, a jej ziomkowie przyglądali się jej, szepcząc między sobą.
   Atalia stanęła na środku.
   - Czy jacyś Nevadim przeżyli? – spytała.
   - A juści! – krzyknął jeden z wieśniaków.- Samego Kadzego żeśmy złapali!
   - Dawać go tu – warknęła Atalia. – Dawać go tu, powiedziałam! – krzyknęła głośniej, kiedy nikt nie kwapił się, żeby wykonać rozkaz. Jej oczy zalśniły. Tym razem posłuchali się. Po chwili dwóch rosłych chłopów rzuciła jej pod nogi wodza Nevadim. Kadze był w opłakanym stanie. Był cały poraniony. Gdzieś zgubił swój hełm i widać było jego rzadkie, choć długie, ciemne włosy, teraz zlepione juchą. Kiedy spojrzał na Atalię – wciąż poplamioną krwią jego towarzyszy – zagulgotał coś niezrozumiale. Potem zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Któryś z chłopów podciął mu nogę i watażka runął jak długi. Teraz nikt się go nie bał.
    Atalia stanęła nad nim.
   - To twój koniec – oświadczyła. – Z woli bogów dziś będziesz się smażył w piekle – a ja ci dam tego przedsmak!
    Dziewczyna pochyliła się nad przerażonym bandytą. Wykonała rękę – która znów zaczęła się świecić – po czym, poprzez dziurę w policzku, wepchnęła ją do środka jamy ustnej Kadzego. Wódz zaczął jęczeć. Z jego ust, nozdrzy, uszu, a nawet oczu wytrysnęły strumienie błękitnego światła. Po chwili jego głowa eksplodowała, obryzgując Atalię krwią i płynem mózgowym. Ciało opadło na ziemię. Ktoś głośno zwymiotował.
    Dziewczyna obróciła się.
   - Zakopcie to gdzieś – oświadczyła, po czym ruszyła w stronę domu, który przedtem zamieszkiwała razem z dziadkiem, a wszyscy schodzili jej z drogi.


    Legendy głoszą, że wieki temu olbrzymi, stalowy dom zesłany przez bogów zstąpił z niebios pośrodku równin Czerkan. W jego środku byli przodkowie wszystkich ludzi. Wyszli z wielkiego domu i założyli dookoła niego osadę – a po latach rozmnożyli się tak, że zasiedlili cały świat.
    Pierwsza wioska nie została zapomniana – wręcz przeciwnie, przetrwała i rozrosła się. Ba, stała się największym miastem na Socratesie. A pośrodku stolicy zwanej Primurbium wciąż wnosi się Pierwszy Dom – obecnie jest świątynią i siedzibą Arcykapłana, a także skarbcem świętych relikwii, otrzymanych od samych bogów. Z jego stalowych ścian Jego Ekscelencja włada wszystkimi bogobojnymi ludźmi dobrej woli, którzy uznają jego nadaną przez bogów władzę i wypełniają jego światłe i pełne mądrości słowa.
    Jednak nie zawsze Arcykapłan przebywa wśród pełnych przepychu sal Pierwszego Domu. Czasem chwalebna, lecz ciężka służba bogom zmusza go, aby wyruszył w świat, na spotkanie z wiernymi. Tak też uczynił owego dnia. Jego zaprzężona w dwa letaury kareta, otoczona eskortą templariuszy, właśnie wjeżdżała do małej wioski, zwanej Vitniką.
    Nagle Ezdrael poczuł, że wóz się zatrzymał. Zniecierpliwiony wyjrzał przez okno.
   - Co się dzieje? – spytał jednego z templariuszy. Opancerzony jeździec oświadczył:
   - Za pozwoleniem... Musimy poczekać, aż otworzą, Wasza Ekscelencjo.
   - Co niby mają otworzyć? – spytał zdziwiony Ezdrael. Wychylił się nieco dalej i spojrzał przed wóz.
Jego oczom ukazały się fortyfikacje – solidny ziemny wał i palisada. Po murze kręciło się kilku strażników. To wyglądało bardziej jak wojskowy obóz, niż spokojna, rolnicza wioska. Nie tego się spodziewał... Choć zważywszy na pogłoski – powinien.
    W końcu wrota się otworzyły i karawana mogła ruszyć. Jeźdźcy i karoca wjechali do środka grodu. Od wewnątrz Vitnika bardziej przypominała zwykłą osadę – choć można było tu dostrzec całkiem sporo mężczyzn pod bronią (nic wielkiego – głównie dzidy, czy narzędzia rolnicze – choć kilku miało miecze). Większość z nich na widok karocy ozdobionej emblematem Arcykapłana – Złotym Trójrogiem – skłaniało w szacunku głowy – a Ezdrael odwzajemniał się im, rozdzielając błogosławieństwa. Jednak niektórzy z nich nie zwracali na niego uwagi – czy wręcz patrzyli się hardo. To nie podobało mu się.
    Po chwili orszak stanął na placu pośrodku osady. Jeden z templariuszy otworzył drzwiczki karety i pomógł wyjść Arcykapłanowi. Ezdrael spojrzał przed siebie.
    Na ganku największego i najbardziej okazałego domu (nie to, żeby by wyglądał jakoś szczególnie, w porównaniu z pałacami Primurbium) stała dziewczyna. Była ubrana w skórzaną, nabijaną metalowymi ćwiekami i paskami żelaza kurtę – taki strój nosiło wielu najemników i bandytów. Długie, jasne włosy miała spięte z tyłu. Sądząc po twarzy, mogła sobie liczyć nie więcej jak kilkanaście wiosen – ale jej wyprostowana sylwetka, kamienna twarz i poważne spojrzenie, sprawiały wrażenie, jakby była dużo dojrzalsza. Przez chwilę stali naprzeciw siebie – młoda dziewczyna ubrana, jak żołnierz i starzec spowity w białą szatę z kapturem. Potem jasnowłosa wskazała na otwarte drzwi chaty.
- Witamy w Vitnice, Wasza Ekscelencjo. Zapraszam, czym chata bogata, tym rada – powiedziała. Choć jej słowa były uprzejme, jej ton był chłodny. I nie skłoniła głowy. To nie podobało się Ezdraelowi. Z namysłem pogładził swoją niewielką kozią bródkę, gdzieniegdzie przetykaną siwymi pasmami. Wciąż przyglądał się gospodyni.
    - Moi bracia zajmą się twoimi sługami – oświadczyła dziewczyna.
    Arcykapłan skinął dowódcy straży. Ale na wszelki wypadek rozkazał, aby dwóch templariuszy poszło razem z nim.
    W trójkę wkroczyli do wnętrza domostwa. Tam czekał na nich zastawiony stół. Cóż, nie było zbyt bogato, ot zupa warzywna, kasza z omastą, piwo do popicia – ale czego mogli się spodziewać? Liczy się gościnność.
    Co prawda, na niej też, tej Atalii nie zbywało. Choć dwóch chłopów, usługujących przy stole napełniało kiedy trzeba kubki gości i podsuwało im jedzenie, sama gospodyni siedziała sztywno wyprostowano na krześle i uważnie obserwowała przybyszy. Ezdrael starał się nie zdradzać zaniepokojenia. Jadł powoli, uważając, aby nie zaplamić swojej białej szaty. Ciszę przerywały jedynie odgłosy drewnianych łyżek stukających o talerze i chrzęst kolczug templariuszy.
    W końcu Arcykapłan zdecydował się przerwać kłopotliwe milczenie.
   - Zatem... moje dziecko... – zaczął łagodnym głosem.
    - Nie jestem dzieckiem – przerwała mu Atalia. – Już nie. A na pewno nie twoim.
    - Jak śmiesz! – warknął jeden z templariuszy, unosząc się. Ezdrael powstrzymał go uspokajającym ruchem dłoni. – Z pokorą wybaczam te słowa, składając je na karb młodzieńczej zapalczywości – oświadczył. Na zdecydowane kroki zawsze był czas. Na razie chciał się dowiedzieć, co się właściwie tu dzieje. Poza tym – nie był pewien, czy w razie konfrontacji wieśniacy z Vitniki staną po WŁAŚCIWEJ stronie.
    - Jesteś dosyć śmiała i wygadana, jak na osobę wychowaną w takim miejscu, czyż nie, moje... panienko? – spytał Arcykapłan.
    - W jakim miejscu? Takim, które nie zasługuje na twą uwagę i ochronę twych templariuszy? A ja... Wychowywał mnie człowiek bywały w świecie. Mądry człowiek. Na tyle mądry, że poznał się na was.
    Na te słowa Ezdrael zamilkł na chwilę. No cóż, faktycznie Vitnika wysyłała prośby o pomoc... Ale na bogów! Rządził całym państwem, nie mógł interweniować za każdym razem, kiedy jakaś banda złupi wioskę na peryferiach!
    - Więc... wydaje ci się, że zostałaś obdarzona mocą przez bogów? – kontynuował.
    - Nie.
    Arcykapłan uśmiechnął się pobłażliwie.
    - Cieszy mnie to... Wygląda na to, ze to wszystko jest nieporozumieniem, wywołanym przez plotki, roznoszone...
    - Nie wydaje mi się, że zostałam obdarzona mocą przez bogów – przerwała jego tyradę Atalia. – Bo to prawda.
    - Wielu ludzi tak mówi. Daj mi dowód – oświadczył wprost Ezdrael.
    - Dowód? – spytała się Atalia, wstając z krzesła. – Chcesz dowodu? – oparła się o stół.
    Zaniepokojony Arcykapłan zauważył, że jej oczy zaczynają się świecić. – Człowieku małej wiary! – krzyknęła, wznosząc ręce do góry. – Oto masz dowód! – Po jej palcach zaczęły skakać z trzaskiem błękitne iskry. Kątem oka Arcykapłan zobaczył, że dwaj wieśniacy cofają się pod ścianę. Natomiast jego gwardziści nie ulegli panice.
    - To wiedźma! – krzyknął jeden z nich i sięgnął do pasa po Święty Samopał. Jednak zanim zdążył wycelować, Atalia machnęła rękę. Błękitna błyskawica przecięła powietrze i templariusz z krzykiem wypuścił broń. Uniósł ku twarzy dłoń. W kilku miejscach skóra była całkiem spalona.
    W tym czasie dziewczyna uniosła się do góry. Iskry skakały wszędzie dookoła, a jej naelektryzowane włosy fruwały w powietrzu.
    - CZY TERAZ MASZ DOWÓD?! – krzyknęła nieludzkim głosem.
    Arcykapłan zanurkował pod stół. – Brońcie mnie, na litość bogów! – krzyknął. W tej chwili trzaskające odgłosy iskier ucichły. Ezdrael wyjrzał nieśmiało spod stołu.
    - Odejdźcie – usłyszał spokojny głos. Atalia stała jak by nic nie zaszło. Nie było śladu po wydarzeniach sprzed chwili – no może poza tym, że jeden z templariuszy tulił do siebie ranną dłoń.
    - Odejdźcie – powtórzyła. – Służcie wiernie bogom... Od tej pory nie słowami, a czynem. Żegnam.
Po chwili zgromadzeni na placu wieśniacy i kilku templariuszy zobaczyło, jak z chatki wypada Jego Ekscelencja, a w ślad za nim dwaj gwardziści. Arcykapłan stanął na ganku. Po jego twarzy było widać, że jest wściekły.
    - Jest wśród was wiedźma! – krzyknął, wznosząc ręce ku górze. – Demon w ludzkiej skórze!
    - Prawda, ciarki mnie przechodzą, jak ją widzę... – mruknął jeden z wieśniaków, jednak reszta natychmiast go zbeształa.
    - Cichaj!
    - Wszyscy wiedzą, ze to dobra dziewczyna, tylko trochę... tego.. nerwowa.
    - Panienka Atalia uratowała nas wszystkich!
    - A co WY zrobiliście dla nas, a? – krzyknął jakiś chłop, wskazując palcem na Ezdraela.
    Arcykapłan aż zazgrzytał zębami ze złości.
    - Bluźniercy! Niewdzięcznicy! – krzyczał. – Klątwa na was i na wasze potomstwo!
    Ochłonął trochę. Rozejrzał się po placu. Miał tylko dziesięciu (w tym dziewięciu zdolnych do walki) templariuszy. Normalnie byliby w stanie rozpędzić całą wioskę – cywile pierzchali przed doświadczonymi żołnierzami, kiedy tylko usłyszeli huk wystrzałów i ujrzeli pierwszą krew.
    Ale nie w tym wypadku. Nie pod dowództwem tej wiedźmy. Arcykapłan widział pełne determinacji oczy. Widział zaciśnięte na drzewcach dłonie. Wolał nie próbować.
    - Jedziemy stąd – rzucił sucho w kierunku templariuszy.


    Świątynia Słonecznego Głosu była jednym z najchętniej odwiedzanych przez pielgrzymów miejsc, zaraz za samym Pierwszym Domem. Choć tego miejsca nie nawiedzał osobiście żaden z bogów, to jednak można było tu ujrzeć wyraźny przejaw działania Gwiezdnych Panów... A raczej, usłyszeć go.
Derek dopiero rok temu otrzymał niższe święcenia kapłańskie, a już dostąpił zaszczytu dotknięcia relikwii. Z namaszczeniem przyjął niewielki, okrągły przedmiot z rąk przełożonego świątyni. Zdziwiła go niezwykła faktura artefaktu – nie stworzono go z kamienia, ani metalu. To utwierdziło Dereka w przekonaniu, że trzyma rzecz nie pochodzącą z tego świata.
     Kapłan wyszedł na dziedziniec. W ślad za nim kroczył templariusz Zakhar – jedyny przedstawiciel tego zakonu, pełniący służbę w świątyni. Derek ustawił relikwię na niewielkim podeście i odstąpił. Przez chwilę spoglądał na przedmiot, a potem pozostawił go pod pieczą Zakhara. Teraz pozostawało jedynie czekać, aż promienie słońca przekażą swą moc artefaktowi.
    Kilka tygodni temu, przełożony świątyni zdradził Derekowi, że spokojnie można by dokonywać wystawienia świętości częściej niż raz na rok, w czasie letniego przesilenia. Może nawet codziennie. Zbroje templariuszy były wspomagane przez tę samą słoneczną moc, a przecież można ich było używać bez większych ograniczeń.
     - To dlaczego robimy to tylko raz na rok? - pytał zdziwiony Derek. - Dlaczego skąpimy wiernym tej łaski?
    - Dla ich dobra, rzecz jasna! - odparł wówczas stary Jahim. - Sam pomyśl. Gdyby mogli być świadkami tego cudu codziennie... Spowszedniałby im. Przestałby by budzić zachwyt. Czy to, że słońce wschodzi co rano nie jest większym cudem i przejawem łaski bogów, niż jakaś śpiewająca skrzynka? Jest. A czy budzi to podziw maluczkich? Niespecjalnie. Wczoraj słońce wzeszło, jutro też wzejdzie, czy się tu zachwycać? Za co dziękować? A tak... wierni przybywają do nas z dalekich stron. Nie każdy może sobie pozwolić na oderwanie się od pracy właśnie w te letnie dni. Niektórzy pielgrzymują do nas tylko raz w życiu. Wracają do domów utrudzeni, ale szczęśliwi, bo mają poczucie, że dotknęli czegoś niezwykłego... A to coś, dotknęło ich. Mają co wspominać. Nie odbierajmy im tego.
    Derek wyparł z głowy wspomnienia. Musiał dopilnować bardziej przyziemnych aspektów tego świątecznego dnia. Jak na przykład, przypilnować, aby kucharze przygotowali dania, którymi przełożony chciał wieczorem ugościć co znaczniejszych gości. Na razie artefakt może spokojnie spoczywać, pod czujmy okiem templariusza.
    Mijały godziny. Słońce osiągnęło zenit i zaczęło wędrować ku zachodowi, ale wcześniej spełniło swe zadanie i użyczyło mocy relikwii. Wieczór przyniósł miły chłodek. Na trybunach otaczających dziedziniec zgromadzili się wierni. Kilkunastu strażników świątynnych (z których każdy marzył, by kiedyś przywdziać zbroję templariusza) utrzymywało porządek wśród tłumu, ale i tak gwar był niesamowity.
    Hałas umilkł, gdy do podestu podszedł stary Jahim w asyście młodszych kapłanów. Ostatecznie, każdy z pielgrzymów przybył, tu, aby słuchać.
Na razie jednak, zgromadzeni wierni musieli wysłuchać kazania wygłoszonego przez przełożonego świątyni. Jahim zamierzał celebrować tę szczególną chwilę. Najpierw odmówił modlitwę dziękczynną, potem podzielił się z pielgrzymami swoimi przemyśleniami na temat bogów, ludzi, relacji bogów z ludźmi i odwrotnie, a także kilkoma poradami gospodarskimi.
    - A teraz, boskie dzieci, nadeszła chwila... - oznajmił wyższy kapłan, zawieszając głos w celu zbudowania napięcia. Ale zanim Jahim pociągnął wątek, wśród zebranych na nowo wszczął się zamęt. Przełożony chramu uniósł wzrok – bynajmniej nie ku niebiosom, lecz ku trybunom, aby zobaczyć, czemu wierni hałasują, podczas gdy powinni w nabożnym skupieniu czekać na objawienie Słonecznego Głosu.
    Derek poszedł w ślady swego mistrza i zobaczył, że przez tłum przedzierali się jacyś ludzie. Ich ubiory były raczej ubogie, ot, proste chłopskie odzienia, ale niektórzy mieli na sobie proste skórzane kaftany, jakie nosili żołnierze, najemnicy i rozbójnicy. Większość była uzbrojona – nie tylko w pałki, noże czy dzidy, ale nawet w miecze. Kapłan ocenił, że grupa spóźnialskich przybyszów liczyła około trzydziestu-czterdziestu osób. Osobnicy poszukiwali miejsc do siedzenia, a ponieważ większość była już zajęta, zaczęli się rozdzielać. Jednakże, w dalszym ciągu kilkunastu z nich tworzyło w miarę zwarty oddział. Większość stanowili mężczyźni, ale Derek zauważył trzy kobiety. Wśród nich wyróżniała się młoda dziewczyna o jasnych włosach. Nie nosiła broni, ale kiedy zwróciła się do jednego z przybyszów z władczą miną (kapłan nie był w stanie usłyszeć jej słów), ten tylko pokiwał głową i przesunął się. Czyżby była ich przywódczynią? Nie wyglądała na szlachciankę.
    - Czemu zakłócacie naszą świętą ceremonię? - dał się słyszeć głos Jahima. Starszy kapłan starał się sprawiać spokojne i dostojne wrażenie, ale Derek domyślał się, że jego mentor ledwie skrywa irytację. - Powinniście zająć swoje miejsca już dawno temu!
    - Wybaczcie, wielebny – odpowiedziała mu dziewczyna. Chyba faktycznie była przywódczynią przybyszów, skoro przemawiała w ich imieniu. - Spóźniliśmy się.
    - Spóźniliście się?! - tym razem Jahim dał się ponieść gniewowi. - Więc powinniście zostać na zewnątrz! Kimże jesteś, żebyśmy my... i sami bogowie, mieli czekać aż ty i twoi pachołkowie raczą zająć miejsca?
    - Jestem Atalia z Vitniki! - oznajmiła kobieta. Teraz wśród zgromadzonych rozpętał się prawdziwy rozgardiasz. Wierni gadali między sobą oraz wypytywali obstawę dziewczyny, by upewnić się co do jej tożsamości. 
    Derek słyszał co nieco o tej kobiecie. Głównie plotki, niektóre wzajemnie się ze sobą sprzecznie. Ludzie mówili o niej jako o nieskalanej dziewicy zesłanej przez bogów, pod której stopami, gdy przechodzi, wyrastają kwiaty. Albo o krwiożerczej wiedźmie, pożerającej serca swoich wrogów. Albo o nieślubnej córce Arcykapłana, chcącej odebrać ojcu tron. Albo o rewolucjonistce, palącej pałace i nawołującej do tego, żeby wszystko było wspólne, łącznie z żonami i onucami. 
   Jahim zamilkł. Starszy duchowny wyglądał na skonsternowanego. Potem na nowo przybrał groźny wyraz twarzy i oznajmił:
    - Myślisz, że to cię czyni kimś ważniejszym w oczach bogów? A teraz siadaj, milcz i nie przeszkadzaj więcej! 
   O dziwo, kobieta usłuchała. Zamilkła i usiadła. Jej ludzie poszli w ślady swojej przywódczyni. To jeszcze spowodowało jeszcze większe zmieszanie u przełożonego świątyni. Zapadła cisza. Dopiero po chwili Jahim wziął się w garść i powrócił do przerwanego rytuału. 
   - Jak powiedziałem, nadeszła chwila, aby boski śpiewak obdarzył nas swym głosem! - oświadczył kapłan, a potem przycisnął klawisz znajdujący się na relikwii i stanął z boku.  Z niewielkiego przedmiotu dobył się dźwięk. Przez chwilę słychać było jedynie szum i trzaski. Niektórzy wierzą, że to dlatego, że głos boga musi się przebić przez chmury rozciągnięte pomiędzy ziemią, a niebem. Potem rozległ się śpiew. Pieśniarzem był mężczyzną, albo kobieta o bardzo niskiej barwie głosu - zresztą, kto wie, jak to jest z tymi bogami. Ton pieśni był raczej radosny, wręcz frywolny. Z jednej strony, nie pasował do uroczystej, religijnej ceremonii... Z drugiej  - wpasowywał się w "słoneczny", pogodny nastrój, który na ogół był domeną tego święta. W każdym razie, może to i dobrze, że słowa pieśni należały do jakiegoś tajemnego języka bogów (lub dialektu ludzkich praprzodków), bo treść mogłaby spowodować wiele zawirowań teologicznych i rodzić nowe herezje. 
    Wszyscy słuchali w zaiste nabożnym skupieniu. Nikt nie nie gadał, nikt nie kaszlał, nikt nie tupał. Skończyła się jedna pieśń i zaczęła druga. Tym razem głos był zdecydowanie damski, a śpiew przybrał rzewny ton. Wyraźnie było słychać, że słowa drugiego utworu są w w języku innym, niż pierwszego. Potem przyszła na mężczyznę, który śpiewał w tej samej mowie, co pierwszy, ale w kompletnie odmienny sposób. Nie tyle śpiewał, co recytował w rytm, wyrzucając z siebie słowa z jakąś taką złością. 
    Derek nie pierwszy raz uczestniczył w obrzędzie, być może dlatego, aż tak bardzo nie skupiał się na świętych pieśniach. Rozglądał się po trybunach. Nie mógł się powstrzymać, aby kierować co chwilę wzroku na Atalię. Dziewczyna siedziała z dłońmi splecionymi na podołku i ze szczerą uwagą skupiała się na świętej muzyce.
     Wierni wysłuchali jeszcze kilku piosenek. Wreszcie Jahim ponownie podszedł do relikwii i nacisnął inny przycisk. Muzyka ucichła. No, teraz jeszcze słowo końcowe i rozpocznie się festyn. Będzie dużo handlu, chlania i zgoła nieboskich śpiewów. 
   Derek niemal nie słuchał kolejnej przemowy swego mistrza. Czuł, że coś musi się stać. Przecież Atalia i jej zwolennicy nie przybyli tu tylko po to, żeby uczestniczyć w święcie. I faktycznie, jak tylko Jahim zakończył krótkie kazanie słowami "A teraz, bawcie się dobrze, bracia i siostry, z naszym błogosławieństwem", dał się słyszeć głos dziewczyny.
   - Jestem wdzięczna za to przeżycie - oznajmiła kobieta. - Zarówno tobie, wielebny, jak i bogom, których muzykę mieliśmy łaskę słyszeć.
   Jahim otworzył usta. Być może, żeby przyjąć podziękowania, ale raczej po to, by zbesztać bezczelną dziewkę. Może nawet po to, by kazać strażnikom świątynnym, aby ją aresztowali. To ostatnie posunięcie mogłoby okazać się bardzo głupie, biorąc pod uwagę siłę grupy przyprowadzonej przez Atalię. 
   Tak, czy inaczej, dziewczyna nie dała dojść duchownemu do słowa. Schodząc po stopniach prowadzących ku arenie, cały czas przemawiała. A jej głos był tak donośny, że Derek miał wrażenie, że w grę wchodzi coś więcej, niż dobra akustyka amfiteatru. Od kobiety wypływały się jakieś takie... wibracje. W pewnym sensie przypominające sposób, w jaki rozchodził się dźwięk boskiej muzyki.
   Derek przestraszył się tej myśli natychmiast po tym, jak przemknęła przez jego głowę. 
   - Ale prawdziwej wdzięczności nie wyraża się słowami, tylko czynami! - ciągnęła dziewczyna. - Wysłuchaliśmy głos bogów... i co dalej? Pobawimy się trochę na festynie, a potem wrócimy do domów i nic się nie zmieni? Po co to wszystko? Nie! Jeśli wysłuchaliśmy głosu bogów, powinniśmy czynić wolę bogów! - Atalia wkroczyła na arenę i stanęła tuż obok osłupiałego Jahima. - A co jest wolą bogów? Walka z niesprawiedliwością! Walka z wyzyskiem! Walka ze złem! 
   Za każdym wypowiedzianym słowem, dziewczyna unosiła się odrobinę w górę, a jej głos stawał się odrobinę głośniejszy. Coraz jaśniejsze stawały się też iskry sypiące się z jej dłoni. Widzowie, którzy wcześniej w milczeniu podziwiali cud boskiej muzyki, teraz szeptali między sobą. Niektórzy nawet wyciągali w jej stronę palce.
   - Każdy, kto chce dołączyć do walki o sprawiedliwość, ma teraz okazję! - oświadczyła Atalia, a jej głos był niczym grom z nieba. - Każdy, kto stanie przeciwko nam, zostanie pokarany i zniszczony!
   Tego dnia kilkudziesięciu nowych ludzi dołączyło do armii Atalii. Derek był wśród nich.



    Arcykapłan Ezdrael siedział zadumany na swoim złotym tronie w Wewnętrznym Sanktuarium. Był tu zupełnie sam. Miał wiele do przemyślenia. Sprawy szły w złym kierunku.
    Minęło już kilka miesięcy od... tamtych wydarzeń. Nigdy nikt go tak nie upokorzył! Jego, Arcykapłana, z Woli Bogów Zarządzającego Socratesem! Do tej pory wpadał we wściekłość, kiedy o tym pomyślał.
    W dodatku ta suka.... Jej wpływy się rozszerzały. Rozbijała zbójeckie bandy, karała zbrodnie, gdzie tylko mogła. A szeregi jej zwolenników się powiększały. Przyłączała się do niej nawet pomniejsza szlachta... I kapłani. Do wszystkich demonów Lorf-Lekanta, nawet kapłani!
    A on nie mógł nic zrobić z tą histerią. Zbyt dużo sił zaangażował w świętą wojnę z Kaszmirytami. W tej chwili na dworze było zaledwie pięć Czcigodnych Zbroi Wspomaganych.
    W tej chwili w sali rozległ się znajomy trzask. Arcykapłan natychmiast zerwał się z tronu i podbiegł do jednej ze ścian. Wiedział, co się dzieje. Ołtarz Wizji Przemówi! Słowo od bogów!
    Duchowny stanął przed świętym miejscem. Tuż pod ścianą stał niewielki podest, a przed nim... Cóż, Ezdraelowi kojarzyło się to z kazalnicą - dziwne, bo bardziej pasowałby tu klęcznik, ale widać tak miało być. Przebudowa byłaby bluźnierstwem. Pulpit ,,kazalnicy" pokrywały różne przyciski. Arcykapłan wcisnął zielony, tak jak nakazywała w takiej sytuacji Instrukcja autorstwa świętego Obsługi. Natychmiast z Ołtarza wytrysnął snop światła, który po chwili skupił się w eteryczny wizerunek. Oczom Ezdraela ukazała się dobrze odżywiony, lekko łysiejący mężczyzna, ubrany w jakiś połyskliwy strój.
    - Ekhem – odchrząknął i zaczął mówić. – Dzień dobry. Inspektor Sektora Victor Narracote. W ramach co dziesięcioletniej inspekcji chciałem porozmawiać z Zarządzającym planetą Socrates.
    - Ja mam zaszczyt pełnić ten urząd, panie mój! – krzyknął Ezdrael, padając na kolana.
    - Miło mi poznać, ale... bez przesady – odparł, wyraźnie lekko zakłopotany, mężczyzna. – Jak się przedstawiają sprawy?
    - Toczymy wojnę z niewiernymi Kaszmirytami na waszą chwałę! Wkrótce ich zmiażdżymy.
    - Ach. No tak. Radzenie sobie z lokalnymi buntami leży w pańskich kompetencjach. Jeśli to wszystko, to...
    Arcykapłan wszedł w słowo bogu. Wiedział, że to zuchwalstwo, ale musiał o to spytać, zanim on zniknie.
    - Czy Atalia z Vitniki jest waszym posłańcem?
    - Hem? – zdziwił się holograficzny wizerunek. – Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Ale wiem na pewno, że nikogo do was nie posyłaliśmy.
    Ezdrael zerwał się na równe nogi. Zaczęła go ogarniać euforia.
    - Błagam o wybaczenie! Proszę o chwilę czasu, wszyscy muszą to usłyszeć! – krzyknął i podbiegł do drzwi. Z hukiem je otworzył. Jego oczom ukazał się przedsionek wypełniony templariuszami oraz mnóstwem pątników ze wszystkich zakątków Socratesa, którzy pokornie czekali, aż Jego Ekscelencja raczy ich przyjąć.
    - Chodźcie, chodźcie wszyscy! – krzyknął Arcykapłan. – Słowo od bogów!
    Natychmiast go posłuchali. Nikt z nich – prócz kilku z templariuszy – nie miał jeszcze okazji widzieć Objawienia.
    Tłum zgromadził się wokół holograficznego wizerunku. Niektórzy krzyczeli w zachwycie. Inni padali na kolana.
    Narracote był wyraźnie zakłopotany. Wiedział, że na niektórych odległych koloniach panuje spore zacofanie, ale żeby takie? Ale nikt z wiernych nie zwracał uwagi na takie szczegóły, jak zmieszanie ,,bóstwa".
    - Błagam! – zaczął Ezdrael. – O panie, powtórz to wobec wszystkich! Czy Atalia z Vitniki jest waszym posłańcem? Czy przemawia w waszym imieniu?
    - Nie, nie znam jej! Na pewno nie jest przedstawicielem rządu Paktu! – odpowiedział wizerunek.
    Ezdrael odwrócił się do tłumu z triumfalnie wzniesionymi ramionami. Nie zwrócił uwagi na to, że projektor z trzaskiem się wyłączył. Liczyło się, to co usłyszeli ludzie. Teraz wszyscy odwrócą się od Atalii! Szeregi heretyków stopnieją z dnia na dzień. A kiedy będzie sama....
    Ukarze jej zuchwalstwo.



   - Zwiadowcy mówią, że... oni nadchodzą – powiedział Derek.
   - Czekamy na nich – odpowiedziała Atalia.
   Jej zwolennicy zebrali się w wąwozie Szamara, na południe od Primurbium. Czemu Atalia poprowadziła swoje siły do tej nieurodzajnej krainy, między skały i kamienie? Każdy, kto studiował historie powstań i rewolucji wie, że góry są przyjaciółkami buntowników walczących z regularną armią. Atalia nie znała historii, ale potrafiła myśleć. Dlatego, kiedy dowiedziała się, że ogłoszono ją heretyczką, a władcy Primurbium wysłali przeciwko niej armię templariuszy, zarządziła, by jej ludzie pomaszerowali właśnie do wąwozu Szamara. Tutaj oczekiwali na nadejście żołnierzy Arcykapłana. Tutaj mieli stawić im czoła.
    A co do jej zwolenników... Od kiedy rozeszły się plotki, że w Pierwszym Domu pośród huku piorunów i feerii świateł ukazał się jeden z bogów, w całej swej chwale i ogłosił, że Atalia z Vitniki jest bluźnierczą heretyczką, wielu z nich odeszło.
    Ale i wielu pozostało.
   Atalia przysiadła na kamieniu. Dookoła niej kręcili się rozgorączkowani ludzie, szykując się do nadchodzącej bitwy.
    - Czy... Czy nie miałaś wątpliwości? Jeśli ten bóg mówił prawdę... – usłyszała głos Dereka.
    - Owszem, miałam – odpowiedziała cicho, nie odwracając się. – Ale... wiem, że postępuję słusznie. Ci wszyscy ludzie... potrzebują kogoś, kto ich ochroni. A jeszcze bardziej potrzebują kogoś, kto przekona ich, że są w stanie sami się ochronić. To co robię jest dobre, a jeśli bogowie sprzeciwiają się temu, co jest dobre.... – zawiesiła głos. - .... to pieprzyć bogów! A ty? – nagle Atalia odwróciła się do Dereka, patrząc mu prostu w oczy. – Czy ty nie masz wątpliwości? Jesteś przecież kapłanem!
    Derek uśmiechnął się.
    - Po to zostałem kapłanem, aby postępować słusznie. I pomagać innym, którzy też tego chcą.
Atalia słabo odwzajemniła uśmiech. – Poza tym – powiedziała – skądś moje moce się biorą... Więc nawet jeśli bogowie mają nas gdzieś, jak ich wielce świątobliwy arcykapłan... Jest coś... lub ktoś... ponad nimi. Kto nam pomógł. Kto nam pomoże.
    - Chciałbym, żeby tak było – mruknął Derek, tak cicho, że dziewczyna nie mogła go usłyszeć.
    - Zaraz będą! – ktoś krzyknął.
    Atalia zerwała się i wskoczyła na kamień. Krzyknęła: - Słuchajcie mnie wszyscy! – Zgromadzeni ludzie szybko zebrali się wokół niej.
    - Broniliśmy się zjednoczeni przeciwko tym, którzy nastawali na nasze życie i mienie! – zaczęła mówić. – I dziś też to zrobimy! Bandyci, templariusze... Nie ma to znaczenia! Nie pozwolimy, żeby ktokolwiek traktował nas jak gówno! – odpowiedziały jej okrzyki poparcia. – Niech wszyscy zajmą swoje miejsca, tak jak ustaliliśmy. I niech... – Atalia uświadomiła sobie, że nie wie, jak zakończyć. ,,...bogowie mają nas w swojej opiece” w świetle ostatnich wydarzeń, nieco nie pasowało. – Niech zwycięstwo będzie nasze! – w końcu wybrnęła.
    Ludzie uzbrojeni we włócznie i inną broń do walki wręcz ustawili się z przodu. Strzelcy (mieli nawet kilka kulomiotów) pozajmowali miejsca nieco z tyłu, w miarę możliwości na wzniesieniach. Atalia zauważyła kątem oka ruch w górze, ponad zboczami wąwozu. Wszystko odbyło się dosyć sprawnie. Prawie wszyscy mieli za sobą już kilka potyczek z bandytami. Poza tym, do ich sprawy dołączyło nieco żołnierzy, którzy pomagali Atali utrzymać jako taką organizację i dyscyplinę.
    Sama Atalia zeskoczyła ze swego kamienia i wdrapała się na dużo większy głaz. Z niego miała widok na pole nadchodzącej bitwy.
Wszyscy w ciszy patrzyli w stronę, z której miał nadejść atak Po chwili dał się słyszeć odgłos, jaki wydawały szarżujące letaury. Za moment, zza zakrętu, w kłębach kurzu wyłonił się oddział jeźdźców. Ubrani w zielone zbroje, dopasowane do skór ich rumaków, z obniżonymi lancami pędzili w kierunku grupy Atalii.
    - Strzelać! – krzyknęła dziewczyna. W stronę templariuszy poleciał grad strzał, bełtów, kamieni i kul. Paru jeźdźców spadło z letaurów – ale była to kropla w morzu. Zbroje wykute ze świętego metalu, pozyskiwanego ze ścian Pierwszego Domu, były naprawdę wytrzymałe. Wrogowie byli coraz bliżej – za chwilę wpadną w tłum, tratując i rozdzielając ciosy.
Atalia wolała nie sprawdzać, czy jej zwolennicy dotrzymają pola jeźdźcom Arcykapłana. A templariusze właśnie zbliżali się do TEGO miejsca.
    - Teraz! – krzyknęła dziewczyna, wznosząc ręce do góry. Na zboczach wąwozu pojawiły się ludzkie sylwetki. Jeźdźcy nie zwrócili na nie uwagi. Źle zrobili – po chwili z hukiem po ścianach wąwozu zaczęły zwalać się głazy i mniejsze kamienie. Szarża się załamała. Ludzie i letaury ginęli w deszczu kamieni. Wszystko pokryła chmura pyłu, z wnętrza której dobiegały przeraźliwe krzyki ludzi i ryki letaurów. Po chwili kurz opadł. Większość z grupy atakującej legła pod gruzem. Na wierzchu było widać jedynie kilka ciał – no i paru rannych templariuszy, którzy wciąż się ruszali.
Ludzie Atalii zaczęli wydawać okrzyki radości. Kilku z nich wyrwało się z szeregu. Chcieli jako pierwsi dorwać się do łupów.
    - Stójcie, głupcy, jeszcze nie! – krzyknęła Atalia, ale jej nie posłuchali. Kilku mężczyzn dorwało się do ciał i zaczęli je ograbiać. W tym momencie rozległ się terkot – i szabrownicy padli na ziemię, szarpani drgawkami. Zza zakrętu, w równiutkim szyku, wyszło kilkunastu templariuszy. Ich zbroje lśniły w słońcu, a każdy z nich trzymał w ręku samopał. Przemaszerowali kilka kroków, po czym jeden, wyróżniający się purpurowym pióropuszem na hełmie, krzyknął.
    - Stać! Przygotować się! – Oddział stanął w miejscu. Pierwszy szereg templariuszy przystanął. Atalia wiedziała, co za chwilę się stanie.
    - Użyjcie tarcz! – krzyknęła. Tym razem jej rozkaz został natychmiast wykonany. Pierwsze szeregi uniosły przygotowane wcześniej, solidne i grube tarcze, tworząc prawdziwą ścianę, na moment przedtem nim oficer krzyknął ,,Cel! Pal!” i w ich stronę pofrunął rój pocisków.
    Choć tarcze osłaniały jej ludzi, Atalia widziała, ze i tak ostrzał zbiera swe żniwo. Co chwila jakaś kula znajdowała lukę w obronie, albo po prostu przebijała ją. Co chwila ktoś umierał. A przecież nie mogli ruszyć na kapłańskich strzelców.... Wystrzelają ich jak kaczki. To będzie rzeź...
Atalia czuła narastającą wściekłość. Znów świat zaczęła jej przesłaniać błękitna mgiełka.
    - Ubić wiedźmę! – przez huk pocisków usłyszała głos świątynnego oficera. Ale było za późno. Pociski nie były w stanie zrobić jej krzywdy. Nawet pomimo tego, że zaczęła wznosić się do góry, stanowiąc świetny cel. Jej tarcza ochronna zaczynała działać.
    Co więcej, zaczynała się rozszerzać. Świetlista aura sięgała coraz dalej, sięgając ku jej zwolennikom.  Na początku niektórzy z nich zaczęli krzyczeć w panice, bojąc się, że płomienie magii ich pochłoną – ale po chwili okazało się, że tym razem moc służy tylko i wyłącznie ochronie. Żaden z tych, którzy znaleźli się błękitnym polu nie doznawał szkody od pocisków.
    - Dalej! – krzyknęła Atalia. – To nasza szansa! Naprzód!
    Jej wojownicy odrzucili tarcze i z krzykiem ruszyli w stronę templariuszy. Atalia unosiła się nad nimi, starając się objąć wszystkich ochronną aurą.
Buntownicy byli już o krok od żołnierzy Arcykapłana. Ci najwyraźniej dostrzegli, że ich samopały nie czynią im szkody i sięgnęli po miecze. Teraz, kiedy w pobliżu Atalii oprócz podopiecznych znaleźli się też wrogowie, tarcza zaczęła słabnąć, aż znikła. To była nierówna walka. Co prawda rebeliantów było więcej, ale templariusze byli nieporównywalnie lepiej uzbrojeni i wyszkoleni. Tak czy inaczej doszłoby do rzezi, gdyby nie to, że Atalia była zdecydowana do niej nie dopuścić. Co chwila miotała we wrogów pociski energii, raniąc lub nawet zabijając. Walka z magią, w dodatku używaną przez kogoś, kogo nie byli w stanie zranić, czy choćby dosięgnąć – to było zbyt wiele, nawet jak na nerwy templariuszy. Niektórzy z nich zaczęli się wycofywać. Po chwili cały oddział był w odwrocie, ścigany przez triumfujących buntowników.
    W tej chwili nadeszła ostatnia fala żołnierzy Pierwszego Domu. Wszyscy – zarówno buntownicy, jak i templariusze zamarli, obserwując. Lekko poskrzypując i dudniąc z każdym krokiem, parły do przodu monumentalne machiny. Każda z nich miała ponad dwa metry wysokości. Nic dziwnego, że dotarły dopiero teraz – ciężar pancerza czynił je dość powolnymi. Ale jego wytrzymałość w pełni to rekompensowała.
    Atalia cisnęła pociskiem w najbliższą Czcigodną Zbroję Wspomaganą - jedną z legendarnych maszyn, boskich tworów, które przywieźli na Socratesa w starożytnych czasach jego pierwsi mieszkańcy. Kula energii skwiercząc wybuchła, gdy w nią trafiła, rozsiewają dookoła iskry. Ale nie wyglądało, aby uczyniła jakąkolwiek szkodę jej, lub ukrytemu w niej żołnierzowi. Z wnętrza innej zbroi rozległ się donośny śmiech, a po chwili mowa. To był (zniekształcony) głos Arcykapłana.
    - I co, wiedźmo? Twoje sztuczki są niczym wobec boskiej techniki! Dziś jest dzień triumfu wiernych i kary dla heretyków! – to powiedziawszy, opancerzony duchowny zamachnął się potężnym ramieniem maszyny, wyrzucając w powietrze kilku buntowników, których udało mu się zagarnąć. Pozostali rebelianci zaczęli z trwogą uciekać.
    - Ci, których omamiłaś, cię opuszczają, wiedźmo! A ty sama za chwilę trafisz do piekła. – Atalia dostrzegła, że jeden z opancerzonych templariuszy przytargał na ramieniu jakąś długą rurę. Atalia domyślała się, co to jest. Pobłogosławione Działo Przenośne. I było wycelowane prosto w nią. Czy jest w stanie przebić się przez jej ochronę?
    Podczas, gdy kanonier nastawiał wyrzutnię i celował, Atalia słyszała szyderczy śmiech Arcykapłana, zwielokrotniany przez głośniki w jego hełmie. NIE! To się nie mogło tak skończyć! On nie mógł wygrać! Nie mógł jej upokorzyć!
    Iskry wokół jej dłoni zaczęły skwierczeć tak głośno, że zagłuszyły śmiech Ezdraela. Pomiędzy jej rękoma zaczęły przeskakiwać błyskawice. Wyciągnęła obie ręce przed siebie. Z jej dłoni wystrzeliła prosta, skupiona wiązka energii, trafiając w zbroję kanoniera. Jego hełm – i głowa – zostały całkowicie zmiecione. Zbroja upadła z hukiem na ziemię.
    Kilku uciekających rebeliantów odwróciło się na ten odgłos. Widząc triumf swojej przywódczyni, odzyskali wiarę w zwycięstwo. Zaczęli powstrzymywać innych i pokazywać im, co się stało. Po chwili podjęli walkę z templariuszami.
    - To niemożliwe! – usłyszała Atalia donośny jęk Arcykapłana. W tym samym momencie zmiotła kolejnego z jego sług spowitych w zbroję wspomaganą. Ezdrael obrócił się i zaczął uciekać. Niezdarnie i powolnie, gdyż jego zbroja – która teraz i tak nie stanowiła żadnej ochrony – spowalniała jego ruchy.
    Tego dnia urząd Arcykapłana opróżnił się.
    Tego dnia na Socratesie rozpoczęła się Wielka Schizma.

   Tego samego dnia, doktor Victor Tremayne, dyrektor Ośrodka Badań nad Parapsychologią, mieszczącego się na planecie Copernicus, przyjmował w swoim gabinecie świeżo mianowanego Wielkiego Inkwizytora Paktu, Wolframa Eutejmene.
    - Zatem wedle pańskich badań, te... zdolności najczęściej ujawniają się w wieku dojrzewania? - zahuczał swoim basowym głosem dygnitarz, siadając w skórzanym fotelu.
    - Zgadza się - gorliwie pokiwał głową uczony. - I zazwyczaj na skutek silnych przeżyć. Na przykład - wieści o śmierci bliskiej osoby, sytuacji ekstremalnego zagrożenia...
    Inkwizytor pokręcił głową.
    - Tak, nasze obserwacje to potwierdzają. Ale to bardzo... Niewłaściwe. To może powodować, że całkiem nieznani ludzie, bez żadnej kontroli, będą w stanie używać nadnaturalnych mocy...
    - Khem - odchrząknął z urazą doktor. - Nie nazwałbym tego ,,nadnaturalnymi mocami". To brzmi zbyt... okultystycznie. Mam na myśli raczej... naturalne, choć rzadko spotykane zdolności. Pozostające w ramach Bożego porządku świata, powiedziałbym.
    Ale Wolfram go nie słuchał. W zadumie patrzył przez okno gabinetu. Widać było przez nie nocne niebo, a na nim - miliony gwiazd.
- Pakt obejmuje setki planet... Ma setki miliardów obywateli. Ilu dzikich psioników może być w galaktyce? Tysiące? Miliony? - wyszeptał sam do siebie.