poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Przemyślenia po "X-Men Apocalypse" i "Suicide Squad"

 (Tekst jest skierowany raczej do osób, które filmy już obejrzały i chciałyby porównać swoje doznania. Zawiera spoilery, to nie typowa recenzja, tylko analiza pewnych elementów filmów, które mi się podobały/nie podobały, a także poszukiwanie pozytywnego, chrześcijańskiego przesłania. Co dziwne, da się takie przesłanie odnaleźć w "X-Men Apocalypse", a co jeszcze dziwniejsze - również w Suicide Squad. )

Miałem okazję ostatnio obejrzeć dwa filmy superbohaterskie - najnowszy obraz z tego nurtu, tj. "Suicide Squad" oraz też nowy, ale trochę mniej "X-Men Apocalypse". W sumie to przypadek, że "Apocalypse" obejrzałem dwa dni przed "Legionem Samobójców". Pomiędzy tymi filmami jest pewne oczywiste podobieństwo - główny zły. W obu przypadkach mamy do czynienia ze starożytnym hiperpotężnym superzłoczyńcą, który potrafi zmieniać ciała i który wieki temu był czczony jako pogańskie bóstwo, zanim nie został pogrzebany i zapomniany, a który zostaje teraz odkopany i wyzwolony, po czym na skutek rozgoryczenia spowodowanego tym, że nikt go już nie czci, postanawia rozwalić świat, poczynając od instalacji militarnych. Przy czym moim zdaniem, twórcy "Suicide Squad", pomimo pewnych wad ich dzieła, poradzili sobie z tym motywem lepiej.

"Age of Apocalypse" to dla mnie słaby film. Miał być w założeniu "epicki" (a pewnie też liryczny i dramatyczny), a wyszło na poziomie klasy B. Plan En Sabah Nura jest żenujący. Tworzy sobie tych Jeźdźców Apokalipsy... I tyle. Magneto, spoko - jego moce są potężne, a po "ulepszeniu" wręcz hiperpotężne... I w zasadzie na nim zasadza się cały plan Apokalipsy. Pozostali pomagierzy są w zasadzie zbędni. Jeszcze Storm, jak Cię mogę, kontrolowania pogody jest fajne. Ale Angel i Psylocke? Po co komuś, kto potrafi zabić kilkanaście osób mrugnięciem oka (i kto ma za prawą rękę mistrza magnetyzmu potrafiącego rozwalić most na drugim końcu świata) "ochroniarz", który potrafi latać jak ptak i rzucać nożami? Toż zwykły żołnierz z karabinem maszynowym ma większą siłę bojową. I po niego Apokalipsa jechał aż do Berlina? Nie było silniejszych mutantów? Chyba chodziło tylko o image, że fajnie, aby wśród był Jeźdźców Apokalipsy był "Anioł Śmierci". Serio, gdyby Sabah nie był tak nadęty, to patrząc na zmaltretowanego przez X-menów Angela po pełnych pogardy słowach "Słabeusze", powinien westchnąć i dodać "Ale w sumie czego się spodziewałem". Psylocke reprezentuje podobny poziom mocy, a oboje reprezentują identyczny poziom braku charakteru i kwestii dialogowych. Choć to akurat nie jest jakiś wielki zarzut - ostatecznie, przy tak dużej ilości postaci, trzeba się liczyć z tym, że część będzie "statystami".
Jeszcze trochę więcej o Magneto. Motyw "próbowałem żyć jak mugol, ale PO PROSTU SIĘ NIE DA, WIĘC CHRZANIĆ TO, JESTEM SUPERZŁOCZYŃCĄ I NIE BĘDĘ UDAWAŁ, ŻE JEST INACZEJ" jest fajny, ale wykonanie - nie do końca. Śmierć Pani Magnetowej i małej Magnetówny była strasznie kliszowa, a i przemiana Magneto trochę przesadna. "Hej, drodzy koledzy z pracy - policjant niechcący zabił moją żonę i córkę, prawdopodobnie była to konsekwencja tego, że jeden z Was doniósł policji, że jestem ściganym na całym świecie superłoczyńcą... W związku z tym chcę wymordować was wszystkich, jak leci i to wcale nie świadczy o tym, że jestem poj...em, który wyżywa się na niewinnych za swoje nieszczęścia, tylko postacią tragiczną". Nawiasem mówiąc, widać, że twórcy starają się wybielać Magneto tak, żeby wciąż prof. Xavier mógł się z nim kumplować i mówić "jest w tobie dobro". Magneto wyraża chęć wymordowania Bogu ducha winnych hutników, ale ostatecznie zabija ich En Sabah Nur. Magneto unosi cały metal na ziemi (oprócz katany Psylocke) w górę, budowle się rozwalają, ale nie pokazujemy żadnych trupów, a na końcu świat mu wybacza, bo ostatecznie pomógł pokonać swojego szefa.
A właśnie - jak na film pokazujący w zamierzeniu "Apokalipsę" (nawet niedoszłą), to dzieło jest strasznie "kameralne". Główny Zły nie zawraca sobie głowy tworzeniem armii, wystarczy mu czterech pomagierów, z których dwójka to cieniasy (a przynajmniej tak są ukazani w filmie). A przecież w momencie, w którym usunął niemal bezkrwawo cały ziemski arsenał atomowy, mógł bez problemu zaprezentować się jako dobroduszny zbawca ludzkości (zwłaszcza, że dzięki porwaniu Xaviera miał telepatyczną łączność z wszystkimi ludźmi) i porwać za sobą mnóstwo wyznawców. Ale nie, po co, lepiej losowo wytłuc większość populacji, nie zawracając sobie głowy wcześniejszym odsianiem ziarna od plew. Gdyby miał chociaż namiastkę armii, ekipa X-menów by go nie dorwała.
Co prawda, wpadłem na jedno uzasadnienie, mogące jakoś "ratować" kreację pana Apocalypse. Otóż przespał on tysiące lat. Kiedy ostatnio był świadomy, rządził starożytnym królestwem (z definicji dużo słabiej zaludnionym) o niskim poziomie technologii - i do rządzenia czymś takim faktycznie mogły mu wystarczać jego własne supermoce+czwórka kolesi. Teraz znalazł się w zupełnie innym świecie, którego nie ogarnia... Więc próbuje przystosować go do warunków, które zna i w których potrafi się odnaleźć. Dlatego stara się wyeliminować nowoczesną technologię, zamiast użyć i dlatego zamiast próbować zostać władcą sześciu miliardów ludzi, stara się ich wytrzebić do poziomu, który potrafi ogarnąć.

Średnio wypadają też Ci dobrzy. Są dosyć bezbarwni, żadnego nie polubiłem. W dodatku cierpią na syndrom "mam superfajną moc, ale mogę jej użyć tylko wtedy, gdy scenariusz tak mówi". Weźmy takiego Quicksilvera. W tym odcinku jego szybkość jest już megaprzegięta. Do poziomu, w którym pojawia się pytanie "dlaczego nie mógł samemu pobiec do Kairu, nastukać En Sabah Nura i resztę?". W świetle sceny, w której ratuje wszystkich uczniów szkoły Xaviera przez wybuchem i jeszcze znajduje czas na poprawianie im fryzur, to, że dał się ogłuszyć żołnierzom Strykera i pokonać Sabahowi jest absurdalne. Ponadto - nawiązując do powyższych uwag o kameralności filmu - z Apocalypsem walczy kilku X-menów, koniec kropka. Wojska żadnego państwa (w tym Egiptu) nie odgrywają tu żadnej roli, a większość mutantów leży ogłuszona w bazie Strykera. Podobnie jak w niedawnym Civil War, wojna jest tu sprowadzona do bijatyki kilku gości. Tyle, że w Civil War było to dużo łatwiejsze do przełknięcia, bo tam nikt nikogo nie wkręcał, że na naszych oczach ważą się losy ludzkiej cywilizacji.

(Na koniec jeszcze jedno - co się stało z mieszkańcami Kairu? Apocalypse przerobił ich wszystkich na swój pałac? Bo od chwili stworzenia zamku żadnego nie widać na horyzoncie, a już wcześniej było pokazane, że Sabah lubi wtapiać ludzi w ściany... I czemu Storm, która wcześniej opiekowała się kairskimi sierotkami to nie ruszyło, a zaczęła myśleć dopiero, gdy zobaczyła jak jej nowy idol dusi jej starą idolkę?).

W tym zestawieniu znacznie lepiej wypada Legion Samobójców. Paradoksalnie, pomimo tego, że mamy tu mniejszą ilość bohaterów, a zwiastuny nie zapowiadały "epickości", ten film dużo lepiej pokazuje ratowanie świata. Głównym bohaterom towarzyszą zwykli żołnierze (jeśli SEAL-sów można określić jako zwykłych), a ich przeciwnicy są na tyle rozgarnięci, żeby stworzyć sobie armię liczącą więcej niż 4 wojowników. Same postacie są też barwniejsze... choć mogłyby być barwniejsze.
Harley jest psycholką, ale jednak czegoś mi brakowało, trochę zbyt mało odjechana była. Deadshoot - rzuca fajnymi tektstami, ale jest mocno sztampowy. Płatny zabójca, który kocha swoją małą córeczkę i który nie zabija kobiet i dzieci - ile już razy widzieliśmy takie postaci (swoją drogą, jak to jest z tym niezabijaniem kobiet? Przyjął zlecenie na Harley - co prawda w końcu celowo chybił, ale jednak). Z drugiej strony, nie do końca wpasowuje się w kliszę "cyngla o złotym sercu" - nie zabija ludzi, żeby zarobić na leczenie chorej na raka krewnej itd. Wygląda na to, że po prostu lubi tę robotę.
Kapitan Boomerang ma kilka fajnych momentów, ale też jest ich trochę za mało, żeby naprawdę się nakręcić na tę postać. Podobno w wersji niepociętej było go dużo więcej, w tym rozwinięto jego zaloty wobec Katany, z których w kinie ostały się okrawki - głównie dlatego, że uznano, że są zbyt "rasistowskie" (oczywiście, mamy skład złodziei i morderców, ale podrywanie Azjatki to za dużo). Jeszcze stosunkowo ciekawą postacią jest El Diablo - wbrew swojemu pseudonimowi ten członek oddziału przechodzi największą przemianę moralną ze wszystkich i jako jedyny odbywa pełną drogę od złoczyńcy do bohatera (inna sprawa, ze ta droga zaczęła się jeszcze przed akcją filmu... i definitywnie zakończyła śmiercią). Dowódca (i nadzorca) oddziału, płk Rick Flag również ma parę fajnych tekstów. Do pewnego momentu wyglądał na jedynego "nieskazitelnego" członka grupy (nie licząc bezimiennych żołnierzy, o których nic nie wiadomo), ale muszę przyznać, że trochę rozczarował mnie fakt, że przeszedł do porządku dziennego nad tym, jak jego szefowa (swoją drogą, chyba najbardziej zła postać) rozwaliła swoich informatyków, bo wiedzieli za dużo.
Niestety, podzielam zdanie wielu recenzentów. Film był całkiem fajny, bawiłem się na nim dobrze -   ale widać zmarnowany potencjał. Za mało "odjazdu", chemia pomiędzy postaciami jest momentami fajna, ale to jeszcze nie to. Dlatego okrzyk Diablo, w którym nazywa Suicide Squad swoją drugą rodziną, choć piękny, jest nieco przesadny. Mam taką refleksję - kiedy Marvel kręcił swoich Avengersów, miał trochę łatwiej. Większość członków drużyny miała już za sobą filmy solowe, w których ich sylwetka była zaprezentowana. Dlatego pomimo tego, że w Avengersach nie było czasu na znaczne pogłębianie większości postaci i poszczególni bohaterowie w sumie nie mieli aż tak dużo do powiedzenia, większość widzów miała już w głowie ich obraz zaprezentowany przez poprzednie filmy i w ten obraz wpasowywała ich zachowania w czasie "filmu zbiorowego", dzięki czemu odbierała ich jako postaci pogłębione (i tu się należą brawa dla Marvela za konstrukcję jego uniwersum filmowego - dla mnie jest to majstersztyk). Przy Suicide Squad tego zabrakło.
Poza tym - kolejny słaby punkt - Joker. Jedna z najlepszych postaci w uniwersum DC została tu moim zdaniem, spartolona. Oglądając zwiastuny jeszcze się łudziłem, że może na ekranie zobaczę "Agenta Chaosu" porównywalnego z tym z "Mrocznego Rycerza". Ale już stojąc przed salą kinową i widząc makietę Jokera wyglądającego wypisz wymaluj, jak stereotypowy wizerunek amerykańskiego alfonsa (rozchełstany fioletowy płaszcz, mnogość złotych łańcuchów, złocona laska w dłoni), tę nadzieję porzuciłem. Scena w klubie nocnym, gdy próbuje "sprezentować" Harley czarnoskóremu gangsterowi, jest chyba najgorsza w całym filmie. Ani nie ukazuje szalonego poczucia humoru Jokera, ani w sumie nic. Jeśli już musiała być, to można było to zrobić lepiej "Daję Ci w prezencie moją kobietę!" "Nie no Joker, co Ty, nie mogę przyjąć" "Aha, nie podoba Ci się moja panna? Uważasz, ze mam zły gust? Masz coś do niej, masz coś do mnie! BUM, nie żyjesz!".

Oczywiście, ponieważ to blog o określonym profilu ideologicznym, nie może w nim zabraknąć oceny "światopoglądowej".

Jeśli chodzi o Apocalypse, to obawiałem się, że film będzie antyreligijny, bo jeden z twórców w wywiadzie porównał En Sabah Nura do "Boga Sterego Testamentu". Na szczęście, ten tekst nie znalazł się w filmie. Jest kilka balansujących na granicy antyreligijności, ale chyba nie przekraczających granicy.
1. Kiedy Apocalypse wymienia imiona, pod którymi był znany, wśród nich pada "Elohim". W Biblii hebrajskiej jest to jedno z określeń Boga... Tyle, że nie jest to nazwa własna Boga jak JHWH, czy tytuł przynalezny tylko Jemu, tym słowem są określani również bogowie pogańscy, a skoro En Sabah Nur był czcony jako bóstwo, da się to wytłumaczyć.
2. W rozmowie o Jeźdźcach Apokalipsy, ktoś stwierdza, że Apocalypse pewnie ściągnął to z Biblii, na co pada odpowiedź "albo Biblia z niego". No cóż, można potraktować to jako żart, nawet jeśli nie w najlepszym guście. Film nie rozwija tego motywu i nie snuje teorii spiskowych nt powstania Apokalipsy biblijnej. Notabene, przyjęcie, że biblijni Jeźdźcy są wzorowani na tych od Sabaha, było nielogiczne - w końcu w naszym świecie nie było En Sabah Nura ani jego pomagierów, a i tak w Biblii Czterej Jeźdźcy są wspomniani.
3. En Sabah Nur rozbrajając atomowy arsenał krzyczy coś w stylu "Nie macie już broni, możecie sobie stać na wieży Babel i pokrzykiwać, ale nie dosięgnięcie boga!". Cóż, to to by się mogło wpasowywać w "Boga Starego Testamentu" - z drugiej strony, ta postać wyraźnie ma kompleks boga, czy raczej Boga (bo "bogiem" w rozumieniu pogańskim można powiedzieć, że już jest, a sam przyznaje, że chciałby "być wszędzie" - czyli jak Bóg monoteistyczny), więc nic dziwnego, że używa takiej metafory, siebie samego identyfikując z Bogiem.


Z drugiej strony mamy sporo (zwłaszcza jak film hollywoodzki) elementów pozytywnie religijnych. Przede wszystkim Nightcrawler - jego wiara jest mniej eksponowana niż w starej trylogii (ale na plus liczy się, że tym razem nie ma tej głupiej kliszy "katolicyzm to taki trochę masochizm"), ale w pewnym momencie modli się, a owa modlitwa jest całkiem wyeksponowana - zajmuje kilka zdań i wyraźnie jest kierowana do Boga osobowego. Po pokonaniu En Sabah Nura padają też zwroty "wygraliśmy z boża pomocą" i "nasze modlitwy zostały wysłuchane", także spoko.

Co ciekawe, całkiem sporo pozytywnych elementów jest też w Suicide Squad, mimo tego, że nie opowiada on o herosach, ale byłych przestępcach zmuszonych do walki ze złem. Przede wszystkim - zdecydowane potępienie okultyzmu. Enchantress i jej "brata" z chrześcijańskiego punktu widzenia nie da się opisać inaczej jako demonów - i odpowiednio zostali pokazani. Korzystanie przez rząd USA z usług Enchantress było absolutnym błędem, przy pierwszej okazji obróciła się przeciwko im - nie ma sensu paktować z diabłem. Dr June Moone, opętana "nosicielka" Enchantress nie traktuje tego jako fajnej magicznej przygody - wręcz przeciwnie, cały czas jest pokazywana jako udręczona ofiara, która do "współpracy" ze złym duchem została zmuszona, a jej happy end jest możliwy dzięki pozbyciu się tego magicznego pasożyta. Zresztą, wymowne jest, że podczas pierwszej prezentacji mocy Enchantress, jedna kobieta pośród zebranych oficjeli jest wyraźnie przerażona i czyni znak krzyża - gdyby reszta władz USA podzielała jej chrześcijańską postawę, nie doszło by do katastrofy, po której musi sprzątać Suicide Squad. Wspominałem już o El Diablo. Mimo pseudonimu i wizualnego efektu mocy - strzelania płomieniami - jego zdolności nie są efektem praktyk okultystycznych, to raczej wrodzona mutacja. U tego bohatera najwyraźniejsza jest przemiana - i nawet pojawia się w niej wątek religijny, choć niezbyt mocno wyeksponowany. Otóż Diablo, wspomina, że kiedy jeszcze jego żona żyła, modliła się za niego i starał się go nawrócić. We wspomnieniach tego bohatera widzimy niewątpliwie katolicki dom - najwyraźniej rzuca się w oczy wizerunek Matki Boskiej. To zapewne zasługa pani Diablowej. Diablo nie potrafił wyrzec się przemocy i jego agresywność w połączeniu z niepohamowanym korzystaniem z mocy doprowadziła do śmierci żony i dzieci. To odmieniło Diablo, który postanowił się wyrzec przemocy (oczywiście, w trakcie filmu daje się namówić kolegom, żeby znowu zacząć miotać ogniem - ale biorąc pod uwagę, że jak wyżej, moc Diablo nie pochodzi od prawdziwego Diabła, a przeciwnikami drużyny są demoniczni czarownicy i ich ohydny czarci pomiot, nie można mu tego brać za złe). Diablo jako jedyny potrafi przejrzeć mamiące wizje Enchantress i odrzuca jej kłamliwe obietnice - w jego przypadku obietnicę przywrócenia życia jego rodzinie. Stwierdza, że musi żyć z konsekwencjami swoich czynów, nie próbuje ich usprawiedliwiać, ani wypychać z pamięci. Ostatecznie poświęca się, żeby pokonać złowieszczego "brata" Enchantress, chwilę przedtem krzycząc "Nie stracę drugiej rodziny!", tym samym wykonując Jezusowe słowa "Nie ma większej miłości, niż gdy kto oddaje życie za przyjaciół swoich". Diablo jest postacią, co do której mogę zaryzykować stwierdzenie, że poszła do nieba - dużo nagrzeszył, ale przecież Bóg wybacza każdemu grzesznikowi, który na wybaczenie zasługuje. Diablo przerobił poszczególne punkty katolickiego sakramentu pokuty - dokonał rachunku sumienia, czuł żal za grzechy, powziął postanowienie poprawy, a potem dokonał zadośćuczynienia. Co prawda, brakuje tu spowiedzi - ale jak uczy Kościół, w godzinie śmierci, żal doskonały (czyli wtedy, gdy grzesznik żałuje krzywd, które wyrządził z samego obrzydzenia dla zła, a nie ze strachu przed karą) wystarcza do zbawienia, bez odbycia formalne spowiedzi. Wydaje mi się, że Diablo taki żal odczuwał (na pewno nie bał się kary, gdyż sam wcześniej pozwolił się schwytać policji). Jeśli się nie mylę, to jego zbawienie będzie zwycięstwem jego żony zza grobu. Kiedy jego żona żyła i się za niego modliła, Diablo to lekceważył, ale modlitwa, niczym ziarno, czasem ukrywa się głęboko w ziemi, by wykiełkować po długim czasie, tak, że nikt się nie spostrzeże, gdy wreszcie przyniesie owoc. To zabawne, że w tym filmie najlepszym wzorem dla chrześcijanina jest osobnik o imidżu szkieletora i "demonicznym" pseudonimie. Ciekawym przypadkiem jest też Harley Quinn. Jeden z recenzentów określił ją jako "dziwkarską psycholkę" i taki właśnie jest jej wizerunek. Tyle, że w tej postaci kryje się coś więcej. Niewątpliwie szczerze kocha swojego psychopatycznego chłopaka Jokera (nawet jeśli to toksyczna miłość wynikająca z warunkowania torturami) i kiedy wydaje się, że on zginął, jest autentycznie smutna. I jest taka scena, kiedy ta smutna Harley sobie siedzi i rozpacza, a kiedy pojawia się reszta drużyny, natychmiast zaczyna się uśmiechać, żartować i prężyć - w tej scenie wyraźnie widać, że jej zachowanie jest przynajmniej po części pozą. Potem, kiedy Diablo opowiada swoją smutną historię, Harley wybucha i krzyczy coś w rodzaju "Odbiło Ci? Wydawało Ci się, że możesz mieć normalną rodzinę i nic się nie stanie? Tacy jak my się do tego nie nadają!". No i wreszcie - gdy Enchantress ujawnia skryte marzenia Samobójców, okazuje się, że Harley wcale nie marzy o kolejnych szalonych napadach, strzelaninach i orgiach z Jokerem - wręcz przeciwnie, marzy o tym, żeby ona i Joker stali się normalni, wzięli ślub i wychowywali dwójkę dzieci. Jako katolik nie mogę nie pochwalać takich pragnień. I nagle okazuje się, że "dziwkarska psycholka" kryje w sobie tragizm - chciałaby normalnego, dobrego życia, ale jednocześnie jest przekonana, że dla niej to nieosiągalne.
Oczywiście, ten film nie jest chrześcijańską przypowieścią, a bohaterowie nie są świętymi. atmosfera moralnej, ujmijmy to delikatnie, dwuznaczności, jest silna. Ale też tego się spodziewałem i tego oczekiwałem. Nie należę do tych chrześcijan, którzy wychodzą z założenia, że pokazywanie zła, jest złe. Pokazywanie zła, analizowanie go, może stanowić podłoże ciekawej i dobrej historii (o ile autorzy nie ulegają fascynacji tym złem i nie starają się przedstawić go jako dobra). Tym niemniej, ukazanie, że w antybohaterach z Suicide Squad (przynajmniej niektórych) też się tli iskierka dobra, a przynajmniej w jednym przypadku pozwolenie, żeby ta iskierka wybuchnęła płomieniem (dosłownie), z chrześcijańskiego punktu widzenia było miłym akcentem.

Na koniec, ciekawa obserwacja. Otóż, przed premierą Suicide Squad Warner Bros udało się nakręcić wielki hype na ten film, wiele osób było zachwyconych trailerami itd. Ja niespecjalnie, nie oczekiwałem po tym filmie zbyt wiele - raz, że nie czułem żadnej więzi ze stosunkowo mało znanymi postaciami, dwa - nie lubię, jak ktoś się chwali swoim własnym dziełem (czy czymkolwiek), dlatego im głośniejsza i bardziej "przefajnowana" kampania reklamowa, tym mocnie mnie odrzuca od reklamowanego produktu. Zapewne nie poszedłbym do kina, gdyby nie wyciągnęła mnie znajoma osoba, która należał do tych zahypowanych na Suicide Squad. I co się okazało? Że ja bawiłem się o wiele lepiej od niej. Może dlatego właśnie dlatego, że poszedłem na ten film bez większych oczekiwań, więc mogłem się bawić tymi elementami, które wyszły nienajgorzej, zamiast odczuwać rozczarowanie z tego powodu, że końcowy efekt nie dorównał wrażeniom z trailerów.

sobota, 6 sierpnia 2016

Prośba o komentarze

Cześć.
Jak tak sobie patrzę na statystyki, to jednak ktoś tutaj zagląda. Każdy post jest oglądany średnio jakieś 12 razy. Problem w tym, że nie wiem, czy te 12 osób faktycznie przeczytało daną notkę, czy tylko rzuciło okiem na pierwsze zdanie. Dlatego proszę szanownych Gości - dajcie jakiś sygnał, zostawcie jakiś ślad. Nie chodzi o to, że żebrzę o pochwały, krytyka byłaby lepsza niż milczenie. Po prostu nie wiem, czy nie jest tak, że piszę sobie a Muzom i czy moje notki nie trafiają w próżnię. A co za tym idzie, czy w ogóle jest sens dalej pisać. Nie jest to jakiś szantaż emocjonalny "dajcie komentarze, bo przestanę pisać", zwłaszcza, że zdaję sobie sprawę, że nikomu na tym blogu nie zależy na tyle, aby na taki szantaż się złapać ;) Ujmę to tak - ja mam treść swoich notek w głowie i sam dla siebie nie muszę ich zapisywać, bo i po co. Skoro je zapisuję, to dlatego, żeby pokazać je innym (a także zobaczyć ich reakcję). Jeśli jest to próżny trud, to po prostu nie ma większego sensu ciągnięcia dalej tego bloga.
Pozdrawiam

czwartek, 4 sierpnia 2016

"Pan Lodowego Ogrodu" - recenzja prawicowym okiem

 (Uwaga - nie jest to recenzja w powszechnym rozumieniu, a raczej zbiór przemyśleń po przeczytaniu utworu. Mogą pojawić się spoilery. Nie ukrywam, że analiza jest przeprowadzana z punktu widzenia zaciekłego prawaka. Przeczytanie jej może być ciekawym doznaniem także dla osób "z drugiej strony" - wszak zawsze warto poznawać odmienne sposoby myślenia. Przynajmniej ja tak uważam, a Wy, lewicowcy? :).

Niekiedy podnoszą się głosy, że polski pisarze fantastyczni mają poglądy "skrzywione" w prawą stronę (w odróżnieniu od twórców ze Światłego i Postępowego Zachodu). Bogu dzięki, chyba coś w tym jest. Oczywiście, są wyjątki, jak np. Andrzej Sapkowski (nad czym bardzo boleję), czy Witold Jabłoński, ale większość naszych fantastów nie dała się uwieść lewackim herezjom (nawet, jeśli ich prawicowość jest nie do końca ortodoksyjna). Dobrym przykładem jest Jarosław Grzędowicz, a konkretnie czterotomowy cykl jego autorstwa pod tytułem "Pan Lodowego Ogrodu".
Utwór ten ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Vuko Drakkainen, astronauta/komandos/agent specjalny z Ziemi (konkretnie z UE), posiadający korzenie polskie, chorwackie i fińskie. Przybywa na planetę określaną przez Ziemian jako Midgaard, zamieszkaną przez humanoidalnych tubylców żyjących mniej więcej na poziomie średniowiecza... przy czym na owym poziomie utrzymują ich miejscowe ciekawostki - magia i istoty określane jako bogowie. Tu komuś może zazgrzytać - toż to okultyzm i pogaństwo! Spokojnie, istnienie tych fenomenów jest wytłumaczone naukowo (co prawda pod koniec cyklu), zgodnie z zasadą "Odpowiednio rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii" i nie zaprzecza dogmatom Świętej Wiary Katolickiej.
W każdym razie, Vuko przybywa na Midgaard, żeby uratować członków zaginionej ekipy badawczej. Na miejscu okazuje się, że części naukowców nie ma sensu ratować, gdyż umarli i nie żyją, natomiast pozostała czwórka odkryła w sobie Moc i została władcami-magami podporządkowującymi sobie miejscowe ludy.
Drugim bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, następca cesarskiego tronu miejscowego Imperium, który musi uciekać z kraju na skutek przewrotu. Przez baaardzo długi czas oba wątki toczą się w zasadzie niezależnie, obaj protagoniści spotykają się dopiero gdzieś w trzecim-czwartym tomie. Niektórych czytelników może to razić, mnie to nie przeszkadzało (a w porównaniu z taką "Pieśnią Lodu i Ognia" gdzie mamy naraz kilka-kilkanaście wątków i punktów widzenia, prostota aż bije ;)

Prawicowe klimaty widać najbardziej w kreacji przeciwników, to jest "umagicznionych" ziemskich naukowców, którzy de facto reprezentują różne oblicza lewactwa. Pierwszy z nich, Pier van Dyken, jest określany jako "zdeklarowany ateista", a swoich mocy lubi używać do parodiowania cudów Chrystusa (np. tworząc armię zombie krzyczy "Łazarzu, wstań!" itd.). Dowodzi armią znaną jako "Węże", której dosyć prostacka filozofia sprowadza się do "Istnieją tylko Węże i karma dla Węży", co może się kojarzyć z nazizmem (który jest w oczywisty sposób lewacką filozofią - narodowy SOCJALIZM, prawda?).
Druga postać z "głównych bossów", Ulrike Freihoff vel Nahel Ifrija głosi kult miejscowej bogini płodności (i jej dwóch męskich fagasów), który zakłada pogardę dla mężczyzn (lepiej być kobietą, a jeszcze lepiej bezpłciową Oświeconą Istotą), centralne sterowanie gospodarką i całym życiem poddanych (łącznie ze zniszczeniem instytucji rodziny i życiem w kolektywach) oraz regulacje dotyczące rytualnej nieczystości pożywienia (najwyższą cnotą jest wegetarianizm). Czyli taki melanż New Age, feminizmu, LGBT, komunizmu, okraszony lekko radykalnym islamem. Groteskowe połączenie, bez sensu i logiki... Czyli wierny obraz współczesnego lewactwa.
O ile Nahel Ifrija reprezentuje lewactwo wojujące, o tyle ostatnia ze "złych czarodziei" Passionara Callo "Pani Bolesna" symbolizuje lewactwo "politycznie poprawne", "aksamitne". Pani Bolesna wpaja swoim wyznawcom, że wszelkie użycie siły (nawet w obronie własnej) jest złe, ba, nawet silniejsze emocje są złe. Poddani jej niewielkiego królestwa są wprowadzani w magiczny trans, prowadzący aż do utraty osobowości. Oczywiście, nie dotyczy to dzieciarni, która chowana bezstresowo wręcz przeistacza się w potwory.

Ostatni mag to Olaf Fjollsfinn, będący panem tytułowego Lodowego Ogrodu. Jest on sojusznikiem Vuka i w sumie pozytywną postacią. Nie chce nikomu narzucać swojej ideologii, wręcz przeciwnie, przyjmuje uchodźców z różnych narodów i pozwala im żyć po swojemu, pod warunkiem, że przestrzegają stanowionych przez niego praw. Takie multi kulti, tylko działające. Zgrzytem jak dla mnie jest wymyślona przez Olafa religia Drzewa, mająca spajać ludność jego wyspy. Fjollsfinn tworzy iluzję raju i ukazuje ją swoim wyznawcom, żeby mieli motywację do służenia mu. Ja rozumiem, że ani Olaf ani Vuko nie będą ewangelizować Midgaardian, ale świadome tworzenie fałszywej religii trochę mi się nie podoba. Z drugiej strony, religia Drzewa może symbolizować po prostu tak zwaną "religię obywatelską", wiarę w społeczny ład, konstytucję, prawo ponad podziałami, które teoretycznie powinny charakteryzować obywateli współczesnego "demokratycznego państwa prawa". No cóż, mimo wszystko cieszę się, że ta postać nie jest głównym bohaterem, tylko ich sojusznikiem.

A wracając do głównych bohaterów... Czy można uznać ich za wzorzec prawości i prawicowości? Do pewnego stopnia tak.
Ogólne poglądy:
- Vuko jest człowiekiem starej daty. Ma jak najgorszej mniemanie o swoich mocodawcach z Unii Europejskiej, czego nie waha się wyrażać w ostrych słowach. Podoba mu się honor, odwaga i inne cnoty wciąż kultywowane przez wolnych mieszkańców Midgaardu (choć dostrzega również cienie i wady "średniowiecznego" społeczeństwa).
- Filar syn Oszczepnika wierzy w tradycje swojego ludu i cesarstwa, którego miał zostać następcą. Absurd i zbrodniczość haseł głoszonych przez kult Podziemnej Matki na czele którego stoi Ifrija jest dla niego oczywisty.
Tutaj punkt dla obu panów.

Religia:
- Vuko jest raczej wierzący, ale chyba jego wiarę oddaje porzekadło "Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam". To nie jest typ mistyka, raczej twardego wojownika/awanturnika, który generalnie szanuje religię, ale na codzień nie zaprząta sobie nią głowy, działa raczej na zasadzie "Jak trwoga, to do Boga".
- Filar wyznaje miejscowy monoteizm, który nie zaprzecza istnieniu "bogów", ale wychodzi z założenia, że ci bogowie to takie tam duchy natury, a jedynym prawdziwym Bogiem jest Stwórca świata i wszystko, łącznie z "bogami" podlega jemu. Jej prorokiem/mesjaszem jest enigmatyczny "Idący Pod Górę". W sumie fajnie, szkoda tylko, że istnienie tej religii jest zasygnalizowane, nie odgrywa ona większej roli w walce z lewackimi czarownikami.
No cóż... nie jest idealnie, ale jest nieźle. W czasach, gdy twórcy popkultury chętnie wkładają bez powodu w usta swoich bohaterów ateistyczne i antyklerykalne frazesy, ot tak, żeby zaznaczyć, że postacie pozytywne pogardzają ciemnotą i zabobonem, miło jest widzieć, jak autor sygnalizuje, że jego protagoniści wierzą w Boga, nawet jeśli nie jest to wiara szczególnie mocna ani ortodoksyjna... Ponadto, należy pamiętać, że to książka przygodowa, a nie religijna.

Kwestie intymne:
- Vuko puka kosmitkę z Midgaardu, Sylfanę. Nie jest to szczególnie perwersyjne, bo tubylcy są bardzo zbliżeni wyglądem do ludzi (a jak się później okazuje, są z nimi spokrewnieni), a Sylfana jakoś tak całkiem przypadkowo jest jeszcze bardziej ludzka, niż typowa Midgaardka. Pewnym problemem jest natomiast to, że para nie bierze ślubu, nawet w lokalnym obrządku. Cóż, trzeba pamiętać, że przykładanie wagi do czystości przedmałżeńskiej również nie wpisuje się w archetyp "awanturnika". Aczkolwiek warto zaznaczyć, że Vuko nie jest rozpustnikiem i nie korzysta z okazji do spędzenia nocy z żoną lokalnego władyki, czy zakupu seksniewolnicy i można powiedzieć, że ze swoją wybranką tworzy stały związek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wątek romantyczny nie odgrywa pierwszoplanowej roli, a relacja Vuka i Sylfany to bardziej związek towarzyszy broni, zahartowany w boju, który pojawia się "naturalnie" obok właściwych przygód, a nie historia miłosna pełna patetycznych wyznań i opisów bicia serca.
Znowuż - nie jest idealnie, ale ujdzie.
- Jeśli chodzi o Filara, no to tutaj jest trochę mnie różowo. Czy może bardziej? W każdym razie, jeszcze na etapie książęcej edukacji Filar sypia ze swoją powabną i starszą (ale nie starą) nauczycielką. Ot tak, żeby chłopak nabrał "łóżkowego obycia" i w przyszłości nie dał się zmanipulować żadnym uwodzicielkom (ani nie rzucił w wir rozpusty). Później Filar wykorzystuje te "instrumentalne"podejście do kwestii erotycznych, aby zmanipulować kobietę, do której trafił w niewolę. Co prawda to zła kobieta była, ale mimo wszystko pewien posmak moralnej dwuznaczności pozostaje.

Sumując: "Pan Lodowego Ogrodu" moim zdaniem niesie za sobą pozytywne przesłanie. Dobrzy bohaterowie, choć sami niepozbawieni wad, są raczej przyzwoitymi ludźmi, którzy ścierają z jasno określonym złem, stanowiącym ucieleśnienie lewackich herezji. Bolączką wielu nacechowanych światopoglądowo dzieł jest to, że są słabymi książkami/filmami/komiksami - nadętymi, nudnymi, zrobionymi bez polotu i pełnymi sztuczności, które raczej odstręczają do głoszonych w nich idei i stają się pośmiewiskiem dla osób z przeciwnej strony barykady. Uważam, że "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do tej grupy. Nie jest to wybitne dzieło (i dobrze, bo gdyby było, to pewnie trafiłoby w mój niski gust), ale dobrze napisana powieść fantastyczno-przygodowa z ciekawą i dobrze opisaną akcją, gdzie z napięciem czeka się na dalsze losy bohaterów. Osobiście polecam.




środa, 3 sierpnia 2016

Broń biała w modernistycznych światach

 (Nieco przerobiona wersja artykułu, który wcześniej opublikowałem na Polterze).

Załóżmy, że tworzysz współczesny/futurystyczny świat do swojej gry (ewentualnie powieści), ale chciałbyś, żeby odgrywała z nim dużą rolę broń biała, czy też tworzysz mechanikę, która bierze pod uwagę nowoczesną technologię, ale chcesz, żeby znalazło się w niej miejsce na pojedynki na miecze. Z pozoru wydaje się to absurdalne - w XXI wieku (w XX zresztą też) z mieczami biegają głównie aktorzy/członkowie bractw rycerskich i grup rekonstrukcyjnych/idioci. Ok, komandosi mają noże do cichego podrzynania gardeł, ale to taki dodatek. Oczywiście, można machnąć na to ręką i powiedzieć "Głupie to, ale fajne", ale po co, skoro wbrew pozorom da się stworzyć w miarę sensowne wytłumaczenie dla powszechności i przydatności broni białej (to samo dotyczy sztuki walki bez broni).
1. Dostępność
To, że zaawansowana broń palna istnieje, nie znaczy, że w każdym środowisku jest dostępna. Weźmy jakiś system typu "Zwykłym ludziom przydarzają się niezwykłe rzeczy" typu np. "Zew Cthulhu". Zwykły człowiek (przynajmniej w Europie) nie ma dostępu do broni palnej - żadnej. Nawet wiatrówki (o ile coś, co nie używa prochu, to broń palna) posiadają nieliczni. W razie sytuacji konfliktowej taki człowiek może liczyć na własną sprawność fizyczną, albo łatwą do zdobycia broń palną (wiadomo, nie miecz, ale nóż czy pałkę). Co za tym idzie, spokojnie można stworzyć mechanikę, w której walka bronią białą/bez broni będzie odgrywała dużą rolę - może nawet większą niż umiejętności strzeleckie. W takiej sytuacji broń palna może być porównana do artefaktu z settingu fantasy - jak już wejdzie do gry, to da potężnego kopa, ale jej wejście w cale nie jest pewne.
Wariantem jest sytuacja, gdy broń palna jest dostępna, ale nie za bardzo można jej używać. Po co policjant nosi pałkę obok pistoletu, skoro w 90% sytuacji pistolet jest skuteczniejszą bronią od pałki? Ano dlatego, że w 90% sytuacji wymagających użycia siły policjant nie ma prawo użyć pistoletu (jako broni, nie jako wsparcia autorytetu). W efekcie, poza przypadkami należącymi do zbioru wspólnego tych dwóch kategorii, policjant użyje raczej pałki niż pistoletu, albo obezwładni przeciwnika bez użycia broni. W przypadku większości bandytów (przynajmniej w Polsce) zachodzi wariant podstawowy - brak dostępu. Dlatego system o policjantach i złodziejach może się skupiać na walce bez broni palnej.

2. Opancerzenie
Zasada "miecza i tarczy" dotyczy także broni palnej - i hipotetycznie może doprowadzić do sytuacji, w której to miecz zdobędzie przewagę nad bronią palną. Oczywiście, wymaga to pewnego wyjścia poza ramy współczesnej technologii i wejścia choć odrobinę na grunt s-f. Powiedzmy, że jesteśmy w stanie wyprodukować pancerz, który całkowicie broni przed dostępnymi na rynku orężami (przynajmniej dopóki nikt nie wymyśli czegoś lepszego). Oczywiście, chroni on zarówno przed bronią palną, jak i białą... Ale nie jest w stanie ochronić całego ciała, muszą zostać jakieś szpary - otwory oddechowe, wizjery na oczy, przerwy umożliwiające ruszanie kończynami. Te niewielkie słabe punkty to jedyne miejsca pozwalające wyprowadzić skuteczny atak... co utrudnia walkę na odległość i w pewnym stopniu wyrównuje szanse pomiędzy strzelcem a szermierzem.
Inny wariant - tarcze energetyczne. Na początku cyklu "Diuna" walka wręcz jest esencją wojny. Sprawiły to osobiste tarcze energetyczne. Spowalniają one małe, szybko poruszające się obiekty - takie jak pociski. Żołnierza da się ciachnąć mieczem, ale nie da się zastrzelić. Istnieją lasery, ale one też są mało użyteczne. Strzał z lasera pozwala zabić żołnierza bronionego przez tarczę... razem ze wszystkim w promieniu wielu kilometrów, bo zetknięcie się wiązki laserowej z tarczą wywołuje potężną eksplozję. Jeśli ktoś nie jest zamachowcem samobójcą, nie polecam. W późniejszych tomach się to nieco zmienia, bo Bóg Imperator (nie ten Bóg Imperator w Wh40k, tylko inny) wprowadza zakaz używania tarcz.

3. Broń palna nie istnieje i koniec
(W sumie to wariant rozwiązania nr 1).
W cyklu o Amberze autorstwa Zelaznego pojawia się w świat, w którym ziemska broń palna nie działa. Nie działa i już, bo tam obowiązują inne prawa fizyki i proch nie wywołuje potrzebnej eksplozji. Potem zostaje to rozwiązane - bohaterowie opracowują inną mieszanką, która w innym wymiarze działa w podobny sposób jak proch i dzięki temu mogą spokojnie skopiować pozostałą część technologii stojącej za bronią palną. Ale jeśli ktoś chce, może pominąć te "potem". Nie wiem na ile możliwy jest do pomyślenia świat, w którym część naszych praw przyrody zostaje złamana, a jednocześnie w innych aspektach działa on dosyć podobnie do naszego... Ale skoro takiej klasy pisarz jak Zelazny skorzystał z tego rozwiązania, to i nam się powinno upiec.
Z drugiej strony, niemożność stworzenia broni palnej nie powinna petryfikować rozwoju technologii w innych dziedzinach na wieki - a zatem teoretycznie możemy pokazać świat, w którym żołnierze są dowożeni na pole bitwy przez samochody, naparzają się na topory i pałki, a po bitwie relaksują się przed telewizorem.

4. "Specjalny" element
Broń palna istnieje, ale broń biała dotrzymuje jej pola skutecznością... Oczywiście, nie taka zwykła broń wykuwana przez wiejskiego kowala, ale niezwykła. Na przykład miecz wykuty z metalu, który pozwala przebić każdy pancerz. Powiedzmy, że jest artefaktem z dawnych czasów, wykonanym ze stopu, którego nie da się już wytworzyć, bo ta sztuka zaginęła w czasie jakichś lokalnych Mrocznych Wieków. Więc możesz mieć cudowny miecz (o ile go wykopiesz z jakichś ruin) albo konwencjonalny karabin - ale zalet obu technologii nie da się połączyć.

5. Środowisko walki
W jednym z pierwszych koncepcji Star Wars miecze świetlne nie miały być elitarną bronią rycerzy Jedi, tylko standardowym wyposażeniem żołnierzy przebywających na statkach kosmicznych. W czasie walki w takim statku, jej areną są na ogół ciasne korytarze i sale, co umniejsza przewagę zasięgu, a walczący raczej nie chcą uszkodzić ścian oraz komputerów innych delikatnych instrumentów.

Oczywiście, można łączyć poszczególne warianty. Np. system o życiu w bunkrze atomowym, w którym mieszkańcy podzielili się na walczące ze sobą frakcje. Broń palna nie powszechnie dostępna (1), a plątanina korytarzy sprawia, że zasięg broni nie jest aż tak ważny (5).

Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380903132278331&id=380885352280109

Centrum Popkultury przy ul. Hożej 19

Od niedawna (konkretnie od 21 maja 2016 r.) w centrum Warszawy przy ul. Hożej 19 działa obiekt o nazwie Yatta.pl : Centrum Popkultury, powiązany z portalem Yatta.pl . Miejsce to jest przede wszystkim sklepem, w którym można zaopatrzyć się w komiksy, książki, figutki i różne inne gadżety (jak np. szponiastą rękawicę Freddy'ego Krugera). Reprezentacja towarów związanych z szeroko pojętymi japońskimi klimatami (które mnie osobiście niezbyt jarają) jest dosyć duża, ale nie dominująca. Ponadto zauważyłem kilka pudełek z figurkami do Warhammera 40k, aczkolwiek podręczników do RPG nie dostrzegłem.
Ale, ale - w końcu to nie tylko sklep, ale "centrum popkultury". Jak deklarują założyciele "Centrum Popkultury to nie tylko szumna nazwa - to także odpowiedzialność za promowanie kultury komiksowej. W swoich progach, Centrum prowadzić będzie działalność kulturalną, goszcząc twórców, wystawy, pokazy, warsztaty i projekcje". I faktycznie. W tylnej części obiektu znajduje się nieduża salka, gdzie odbywają się spotkania. I znowuż, profil obejmuje zarówno "japońszczyznę" (jak np. zajęcia z japońskiej kaligrafii), jak i bliższe mi klimaty zachodnie. Do tej pory byłem na dyskusji o Civil War Marvela. Wstęp był wolny (i chyba dotyczy to wszystkich organizowanych imprez). Temat obejmował zarówno film, jak i komiksy. Na starcie każdy musiał odpowiedzieć na pytanie "Team Captain czy Team Iron Man?", po czym otrzymywał odpowiednią plakietkę (za darmo i na zawsze). Przyszło koło dwudziestu osób. Teoretycznie sala miała być podzielona po połowie dla każdego "teamu" - ale przewaga kapitanowców była tak duża, że sytuacja zmusiła prowadzącego do rezygnacji z tego pomysłu (pomimo tego, że on sam był za Iron Manem). Atmosfera była przyjemna. Pomimo tego, że część przybyłych wyraźnie należała do kręgu Krewnych i Znajomych prowadzącego, nie dało się odczuć syndromu Towarzystwa Wzajemnej Adoracji - moderator starał się, żeby każdy od czasu do czasu mógł zabrać głos.
Na facebooku Centrum pojawiają się informacje o nowościach wydawniczych i aktualnych spotkaniach: https://www.facebook.com/YattaCentrumPopkultury/
Najbliższe spotkanie pod tytułem "Wirtualny świat MMO" odbędzie się 5 sierpnia 2016 r. o godz. 18:00.

wtorek, 2 sierpnia 2016

"The Unprintable Magenta" - recenzja gry komputerowej

Kontynuuję cykl artykułów wspierających "twórczość bardzo niezależną". Tym razem na warsztat biorę grę komputerową "The Unprintable Magenta". Jest to przygodówka, stworzona przy użyciu programu Adventure Game Studio, w której wcielamy się w tytułowa bohaterką. Na skutek bliżej nieokreślonego wydarzenia stała się ona superbohaterką, której moc sprowadza się do zmieniania dotykanych rzeczy na różowe... Nie tylko w sensie koloru, ale tez stereotypów związanych z ową barwą (w większości przypadków rzeczy stają się bardziej "słodkie"). Jak łatwo się domyślić, gra jest humorystyczna. Znaczna część żartów opiera się na parodiowaniu motywów obecnych w komiksach superbohaterskich (głównie DC i Marvela, ale również bardziej niszowych wydawnictw) i jest dosyć groteskowa (większość dowcipów mnie śmieszyła, ale kilka było trochę zbyt absurdalnych i budziło raczej zaskoczenie "Ale o co w tu w ogóle chodzi").
Choć "Magenta" jest przygodówką, to nie opiera się typowym dla gatunku zbieraniu przedmiotów i używaniu ich w odpowiednich miejscach, ale na odpowiednim ukierunkowywaniu "różowej siły" i dialogach. Dużej ilości dialogów. Są rozbudowane niczym w porządnym cRPG, jest bardzo wiele opcji... trochę szkoda, że gra jest liniowa i aby przejść dalej musimy wybrać Jedynie Słuszną Kombinację Wypowiedzi, a pozostałe kwestie służą raczej celom humorystycznym (przy czym znaczna część z nich prowadzi do przegranej - a każda przegrana jest ukazana za pomocą innej scenki), ale zdaję sobie sprawę, że wprowadzenie kilku ścieżek dołożyłoby twórcy bardzo wiele pracy.
Oprócz tego natkniemy się też na dwie minigierki zręcznościowe. Mnie sprawiły trochę problemów, ale zdaję sobie sprawę z tego, że mam drewniane palce (a w końcu i tak je przeszedłem), więc to niekoniecznie zarzut.
Grafika jest... no cóż, specyficzna. Wygląda na rysowaną w Paincie (i zapewne taka właśnie jest), ale w sumie pasuje do klimatu.
Grę można ściągnąć stąd: http://gamejolt.com/games/the-unprintable-magenta/110958
Wydaje mi się, że warto zerknąć "Magentę", zwłaszcza jeśli lubicie klimaty superhero. Będzie to was kosztować Was mało czasu (jest dosyć krótka, ze dwie godziny?) i zero pieniędzy.
Dodam, że autor - Fitz - wcześniej wykonał inną przygodówkę, "Gray", której bohaterem jest ufoludek, ale w nią nie grałem.

Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380901445611833&id=380885352280109

O neutralności światopoglądowej

Straszliwie nie lubię sformułowania "neutralność światopoglądowa". Tzn. nie lubię samej frazy, nie postawy, którą ona określa... z tego prostego powodu, że taka postawa w naturze nie występuje i wystąpić nie może. Żadne działanie nie jest neutralne światopoglądowo. Dlaczego? Bo skoro podejmuję jakieś działanie, to znaczy, że uważam, że jest ono dobre. A wartościowanie jest domeną właśnie światopoglądu. Nie da się obiektywnie, za pomocą metod używanych przez nauki ścisłe określić, czy coś jest dobre, czy złe, to kwestia subiektywna, irracjonalna. Niektórzy twierdzą inaczej, ale wynika to z braku zrozumienia, np. mówią "Dobre jest, aby społeczność działała w taki, a taki sposób, bo taki sposób funkcjonowania zwiększa szanse przetrwania gatunku". Tyle, że z nauk ścisłych nie wynika wcale, że przetrwanie gatunku jest czymś moralnie dobrym - nauka tylko mówi, co sprzyja temu przetrwaniu, a co nie, ale nie ocenia. Nauka mówi też, że jeśli wypuścisz z ręki piłkę, to ona spadnie na Ziemię, bo zadziała grawitacja - ale nikt nie wysnuwa z tego wniosku, że wypuszczanie piłki z ręki, czy grawitacja, to zjawiska z natury dobre moralnie. Notabene, jest całkiem sporo osób, które uważają, że ludzkość powinna wymrzeć (tzw. antynataliści), gdyż istnienie jest cierpieniem, a przedłużanie istnienia ludzkości, to przedłużanie cierpienia - z punktu widzenia ich światopoglądu zorganizowanie społeczeństwa w taki sposób, aby służyło przedłużeniu gatunku

Dobra, może trochę to niejasno. Weźmy kwestię stanowienia i stosowania prawa, bo jest to dziedzina, w której najczęściej szermuje się tym fantastycznym bytem o nazwie "neutralność światopoglądowa". Prawo niektóre czyny represjonuje, inne nagradza, jeszcze inne (co do zasady, większość) traktuje obojętnie. Wynika to z tego, że osoby je stanowiące dane czyny uznają za złe, dobre lub obojętne (bądź też wiedzą, że ich wyborcy je za takowe uznają. Albo organizacja międzynarodowa, która może odciąć dotacje dla kraju, jeśli ten wprowadzi niesłuszne ustawodawstwo. Tak czy inaczej, zawsze na końcu jest jakaś osoba/grupa osób, której moralna ocena danych czynów ma wpływ na treść prawa). A przecież taka osoba to kwestia światopoglądu! To, że np. uznajemy korupcję za czyn naganny moralnie i ją represjonujemy to kwestia światopoglądu - istniały i istnieją kultury, w których odwdzięczanie się notablom podarkami za korzystne decyzje było/jest czymś oczywistym. To, że w Polsce nie ma kary śmierci, to efekt światopoglądu, zgodnie z którym istnieje coś takiego jak nienaruszalna godność człowieka i prawo do życia, którego nie mogą zanegować nawet zbrodnie popełnione przez tą osobę. To, że mamy w Polsce demokrację parlamentarną wynika z przyjęcia światopoglądu, zgodnie z którym taki ustrój jest czymś dobrym. Ba, samo istnienie państwa jest wyrazem określonego światopoglądu - przecież zgodnie ze światopoglądem anarchistycznym, państwo nie powinno istnieć. Istnienie wojska to gwałt na światopoglądzie pacyfistycznym. Podatek progresywny tłamsi ludzi wyznających światopogląd liberalny, a istnienie własności prywatnej - komunistyczny.
O właśnie, czytając te ostatnie zdanie, ktoś mógłby powiedzieć "no właśnie, na tym polega neutralność światopoglądowa - odrzucamy radykalizmy i wybieramy kompromis, możliwy do zaakceptowania przez wszystkich!". Ale kompromis, czy "złoty środek" to nie to samo, co neutralność. Jeśli w kraju mamy ludzi, którzy chcą wysokich podatków, takich, którzy chcą niskich i takich, którzy gotowi są przyjąć średnie i wprowadzimy średnie podatki, to nie jest to żadna neutralność. Postulaty radykałów z obu stron zostały zignorowane, a triumfuje grupa umiarkowanych. Grupa umiarkowanych dominuje. Grupa umiarkowanych wygrała i narzuciła swój światopogląd reszcie. Prawdziwa neutralnośc polegałaby na tym, że w kraju nie ma ani wysokich podatków, ani średnich, ani niskich... ale nie jest też tak, że nie ma podatków w ogóle, bo to by oznaczało dominację libertarian. Neutralność nie jest wtedy, gdy aborcja jest całkowicie legalna, legalna w niektórych przypadkach, ani w ogóle nielegalna. Neutralność jest wtedy, gdy żadne stanowisko nie jest wspierane - czyli aborcja nie jest ani legalna, ani nielegalna. Jest to niemożliwe... bo neutralność jest niemożliwa.

Dlaczego zatem politycy tak chętnie krzyczą o neutralności światopoglądowej? Ano dlatego, że pod ową "neutralność" podpinają swoje własne poglądy. Ktoś mówi, że w Polsce powinna być legalna aborcja, bo zgodnie z Konstytucją jesteśmy krajem neutralnym światopoglądowo - tym samym przyjmuje założenie, że legalność aborcji to stan domyślny, który dopiero można (ale nie powinno się) zmienić w imię jakiejś ideologii. Tymczasem prawicowiec zakłada, że dla każdego "normalnego" człowieka aborcja jest czymś złym, niezależnie od wyznawanej religii i tylko radykalny lewak chcący narzucić innym swój światopogląd może uważać inaczej. Kiedy ktoś krzyczy, że prawo powinno być takie a takie, bo "neutralnośc światopoglądowa", dokonuje manipulacji, mówi "Po co mamy dyskutować, skoro może być NORMALNIE, to znaczy tak, jak ja uważam za słuszne... Bo to wcale nie jest mój jakiś pogląd, tylko do jest coś obiektywnie słusznego i w ogóle nie ma o czym dyskutować, bo jeśli chcesz wprowadzić jakieś inne rozwiązanie, to chcesz narzucić swoją IDEOLOGIĘ zamiast mojej NORMALNOŚCI". Szczególnie celuje w tym lewica, której na Zachodzie udało się już sprawić, że takie kwestie jak legalność aborcji są uznawane za pozostające poza dyskusją, "oczywiste".

Gwoli wyjaśnienia. Wielu ludzi twierdzi, że legalna aborcja jest "neutralna światopoglądowo", bo przecież ona tylko daje prawo do przeprowadzania aborcji tym, którzy tego chcą, ale nikogo nie zmusza  - jednocześnie Ci sami ludzie gorąco protestują przeciwko "klauzuli sumienia", żądając przymuszania lekarzy do dokonywania aborcji. Co więcej, ci sami ludzie protestują przeciwko finansowaniu Kościoła z budżetu państwa "Bo ja jestem ateistą i nie życzę sobie, żeby moje pieniądze szły na takie rzeczy". Ale kiedy katolicy patrzą, jak z ich podatków finansowane jest w publicznych szpitalach coś, co uważają za morderstwo, to już spoko. Nauczanie religii w szkołach narusza wolnośc ateistów? A ja np. jestem monarchistą i nie podoba mi się, że dzieci są na WOS-ie nauczane, że republika to jedyny słuszny ustrój ZA MOJE PIENIĄDZE ;)

Trzeba sobie wyjaśnić. Władza ZAWSZE polega na narzucaniu siłą jakiego rozwiązania. Inaczej nie byłaby władzą. Gdyby to działało tak, że wszyscy się zbieramy, dyskutujemy i przyjmujemy jakieś rozwiązanie i w każdy z własnej woli godzi się go przestrzegać, nawet jeśli nie z wewnętrznego przekonania o jego słuszności, to dla uszanowania woli większości... To nie byłaby to władza. Weźmy np. kradzież. Jest w Polsce mnóstwo osób, które uważają, że kradzież nie jest sama w sobie czymś nagannym moralnie- zwłaszcza jeśli kradniesz np. z supermarketu "bo właściciel jest bogaty i nie zbiednieje. Inni wierzą w prawo dżungli - nie pilnowałeś się, sam jesteś sobie winny, kijem tego, kto nie pilnuje swego (dla tych samych ludzi z kolei czynem nagannym moralnie jest, jeśli osoba okradziona pójdzie na Policję). I co? Czy oczekujesz, że rząd wyważy swoje stanowisko i przyjmie jakieś "neutralne światopoglądowo" rozwiązanie, które uwzględni poglądy moralne złodziei? Czy raczej, że powie "A my GDZIEŚ mamy to, że uważacie kradzież za nic złego! My uważamy, że jest zła i będziemy ją tępić! Możecie sobie pisać piosenki o tym, że JP na 100% i dobre chłopaki patrzą na świat zza krat, nie obchodzi nas to".

I tak to powinno wyglądać we wszystkich sferach. Niech lewacy mają odwagę przyznać, że w pupie mają zdanie katolików i chcą realizować SWÓJ światopogląd, a poglądy prawicowe uważają za szkodliwy zabobon. Niech prawica z otwarta przyłbicą powie, że socjalizm i LGBT to herezje i oni ich pod uwagę brać nie będą. Niech ten kto rządzi, ma odwagę przyznać, że narzuca swoją wolę (bo na tym polega rządzenie) i zerwie z hipokryzją. To nie oznacza z automatu, że jedynym wyjściem jest walka na śmierć i życie. Wiadomo, że polityka to sztuka kompromisów. Ale niech te kompromisy będą uczciwe "Chcielibyśmy, żeby było 4, ale nie jesteśmy wystarczająco silni, więc ewentualnie zgodzimy się tymczasowo, na to, że było 5", a nie "Będzie 5, bo 5 jest neutralne światopoglądowo, a Ci, którzy chcieli 4 lub 6 to są radykałowie, którzy nie potrafią uszanować neutralności!".

"Oblężenie Wiecznego Miasta" - gra planszowo-karciana

Jest to dwuosobowa gra strategiczna mojego autorstwa, która wykorzystuje system walki "pozycyjno-dwuliniowy", znany m.in. z gier komputerowych z serii Disciples, czy niektórych cRPG - to znaczy, gracze ustawiają swoje postacie w dwóch liniach - z przodu wojownicy, z tyłu łucznicy i magowie, przy czym wojownicy jednego gracza nie mogą atakować strzelców gracza drugiego, dopóki nie wyeliminują jego własnych zbrojnych. Otoczka (100% sztampowa), jest taka, że hordy Ciemności atakują twierdzę "tych dobrych". Gra jest asymetryczna - postaci Obrońcy są silniejsze, ale Obrońca nie może (poza pewnymi wyjątkami) uzupełniać strat, natomiast Napastnik ma prawo wykładać coraz to nowe karty potworów. Ma to oddać klimat obrony wąskiego przejścia przez grupkę bohaterów przeciwko (niemal) nieskończonym hordom wrogów. Ponadto każdy z graczy ma do dyspozycji specjalne karty, które pozwolą mu odmienić losy bitwy. Miasta broni nie tylko oddział herosów, więc Obrońca będzie mógł wydać rozkazy żołnierzom na murach aby ostrzelali wroga z balisty czy skąpali go w gorącym oleju, zaś Napastnik, dzięki mocy Władcy Ciemności użyje złowrogich zaklęć.
Z dotychczasowych testów wynika, że jedna rozgrywka trwa ok. pół godziny.

Link do pobrania:
 http://www.mediafire.com/file/b3crrmz31nbzn6e/Obl%C4%99%C5%BCenie+Wiecznego+Miasta+1.5.pdf

Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380900205611957&id=380885352280109