środa, 17 sierpnia 2016

Jeśli nie zabijanie (w RPG) to co?

Śmierć postaci w RPG to w większość przypadków kłopot - zarówno dla gracza, jak i dla MG. Dla gracza, to oczywiste - zainwestował swój czas i zaangażowanie w tworzenie i prowadzenie postaci, a teraz wypada z gry. (Uwaga, podaję słowo-klucz: LEWAK). Ale i dla MG - ostatecznie MG również zainwestował czas i zaangażowanie w tworzenie i prowadzenie scenariusza, po to, żeby zaprezentować go graczom i wspólnie się nim bawić (skrajnym przypadkiem jest śmierć całej drużyny, bo de facto scenariusz zostaje urwany w połowie, cała zabawa okazuje się być bezsensowna, w dodatku zmarnowana zostaje ta część scenariusza, która miała zostać zrealizowana po chwili, w której nastąpiła przegrana - oczywiście, część niezaprezentowanych wątków MG będzie mógł "zrecyklować" w czasie innej sesji, ale mimo wszystko, pozostaje niesmak).
Wydaje mi się, że śmierć postaci ma sens tylko w dwóch przypadkach:
1. Gdy gracz sam się o nią prosi przez swoją głupotę. Jeśli uparcie próbuje ukraść królowi koronę z głowy, jeśli mówi do Władcy Ciemności per "Elo, zioom", jeśli samotnie szarżuje na smoka przed którym ostrzegali go zarówno BN-i, jak i reszta drużyny - w takim wypadku, czapa się należy. Za pierwszym/drugim razem może to być forma wylania kubła zimnej wody na głowę gracza, żeby miał świadomość, że nie ma zgody na pajacowanie (no chyba, że taka jest konwencja). Jeśli gracz nie pojmuje aluzji, jest to sposób na wyproszenie go z sesji.
2. Gdy śmierć ma znaczenie fabularne i zamiast hamować rozwój scenariusza, pomaga go rozwinąć. Np. w finałowej walce z Ostatecznym Złem część postaci spokojnie może zginąć - w końcu nie będą potrzebne w przyszłości. Poświęcenie w celu uratowania świata (czy osiągnięcia innego szczytnego... lub plugawego, ale równie ważnego dla postaci graczy celu) nie jest kiepskim zakończeniem. Potem, w "epilogu" MG może opisać "dziedzictwo" poległych. Ich wystawny pogrzeb, założenie zakonu rycerskiego ich imienia, takie rzeczy... a jeśli któraś z postaci weszła, w ekhem, bliższe interakcje z BN-em płci przeciwnej, również narodziny dosłownego dziedzica.
Jednakże, są to wyjątki. Na ogół postaci graczy nie warto uśmiercać, po prostu nie warto. Zdawać by się mogło, nic prostszego. Wystarczy ich nie zabijać. Naginać wyniki rzutów tak, aby zawsze wygrywali. Albo jeśli już przegrywają, niech w ostatniej chwili ratuje ich "kawaleria". Tyle, że takie rozwiązania na dłuższą metę zabijają napięcie. Jeśli walki nie można przegrać, to jaka jest satysfakcja z jej wygrania? Oczywiście, nie każdemu zależy na takiej satysfakcji. W końcu to "roleplaying games". Niektórym zależy bardziej na roleplaying, innym bardziej na game. Jedni chcą zagrać w grę pt "Czy stworzonym przez nas postaciom uda się pokonać smoka" inni pobawić się w tworzenie opowieści "O tym, jak tworzone przez nas postaci pokonują smoka". Jeśli jednak drużyna przyjmuje pierwsze podejście (tudzież podejścia pośrednie), ważną rolę odgrywa mechanika. A mechanika jest o kant pupy potłuc, jeśli stosuje się ją tylko wtedy, gdy wyniki są korzystne.
Co zatem zrobić, aby stawka przegranej była stosunkowo wysoka, ale inna niż śmierć postaci? Do głowy przychodzi mi kilka rozwiązań.

1. Przegrywające postaci umierają, ale ich gracze tworzą nowe postaci. To chyba najpopularniejsze rozwiązanie (zwłaszcza w przypadku D&D). Ale dla mnie jest trochę sztuczne, odrzucam je na starcie, to kolejny sposób na de facto zignorowanie śmierci. "Twój mag 7-poziomu Zenek zginął. Twórz nową postać. Ale żebyś nie odstawał od reszty drużyny, może być 7 poziomu". "Ok, to tworze maga 7 poziomu o imieniu Zdzisiek. Moja nowa postać podchodzi do trupa Zenka i przejmuje jego ekwipunek. Jedziemy dalej". Czasem można to rozwiązać bardziej... finezyjnie. Na przykład, gracz tworzy postać, która jest mentorem dla jakiegoś NPC-a. Gdy mentor ginie, NPC staje się jego następcą, który mści śmierć mistrza i kontynuuje jego dziedzictwa. Uczucie sztuczności jest tu nieco mniejsze, bo gracz niejako od początku prowadził też i postać NPC-a (nawet jeśli w mniej bezpośredni sposób), więc nie spada ona "z księżyca".

2. Utrata ekwipunku. Nie zawsze ma to sens, ale czasem da się wprowadzić. Np. postacie walczą z grupą rozbójników, przegrywają, zbóje zaczynają ich ograbiać... I dopiero wtedy przybywa "kawaleria". Bandyci uciekają, ale zabierają ze sobą tyle złota/drobnych przedmiotów, ile zdążyli poupychać po kieszeniach. Albo MG oznajmia "przewaga wroga jest przytłaczająca, a Zenek jest ciężko ranny, ledwo jest się w stanie ruszać. Jeśli Zenek nie ucieknie, zapewne zginie... Ale przy obecnym obciążeniu nie jest w stanie biec. Musi coś wyrzucić". Albo graczowi udaje się przetrwać "śmiertelny cios", ale jego tarcza/zbroja/miecz którym go sparował pęka. W większości sytuacji, coś da się wymyślić.

3. Śmierć... ale nie gracza. Czasem udaje się stworzyć więź między postacią gracza, a NPC. Co niekoniecznie oznacza "więzi osobistej". Równie dobrze postaci gracza może zależeć np. na wspierających drużynę postaciach z "działu zaopatrzenia". Albo ludności rodzinnej wioski. Albo nawet na osobach niedawno poznanych - dajmy na to, VIP-ie, którego bohaterowie mają ochraniać (i wobec którego zdążyli nabrać sympatii/lojalności). Nie wiem czemu niektórzy ludzie traktują tego typu praktyki, jako "złośliwość MG". Nie jest tak (tzn. nie zawsze jest tak). Gra wymaga wyzwań, wyzwania wymagają dramatycznych wydarzeń, dramatyczne wydarzenia wymagają... no cóż, dramatyzmu. Jeśli gracze kogoś bronią, to znaczy, że ten ktoś jest zagrożony. Jeśli jest zagrożony, znaczy, że może stać mu się krzywda. Realizacja tej krzywdy w razie przegranej nie jest upadlaniem graczy, robieniem im na złość, czy prymitywnym graniem na emocjach, tylko częścią gry.

4. Rany. To jest najprostszy sposób na wyciąganie "nieśmiertelnych konsekwencji" możliwy do użycia w każdej sytuacji i mój faworyt. Zamiast ciosu, który powinien być śmiertelny zgodnie z daną mechaniką, postać odnosi ciężką ranę. Rana wiąże się z określonymi niedogodnościami, jak się łatwo domyślić (rana ręki oznacza brak możliwości używania tej ręki, rana głowy spadek celności i innych aspektów związanych z koncentracją, rana nogi spowolnienie ruchu itd.), a ból powoduje wyłącznie postaci z walki, w której doszło do zranienia. Uszkodzona część ciała może być losowana (chyba, że dana mechanik przewiduje celowanie w konkretne części ciała - wówczas uszkodzona jest ta część, w którą został wycelowany cios). W łagodniejszym wariancie rana jest tymczasowa (np. złamanie ręki), w ostrzejszym - trwała (ucięcie ręki). W pierwszym przypadku rana istnieje do czasu wyleczenia (samoistnego lub przy pomocy medycyny), w drugim - teoretycznie do końca kampanii, ale w zależności od settingu mogą się pojawić środki zaradcze (np. protezy - zwykłe, steampunkowe, magiczne itd.). I znowu - nie jest to pomysł odkrywczy, kilka razy spotkałem się z ta ideą... i często reakcją na nią był komentarz "To jest zły pomysł, to odstrasza graczy od brania udziału w walkach, bo będą się bać, że coś się stanie ich postaci!". Jak wyżej - jeśli założenie jest takie, że w trakcie walki nic nie może stać się postaci, to po co przeprowadzać walkę? Niech gracze sobie wedle woli opiszą, jak to bezproblemowo rozwalają wrogów, a potem jedźmy dalej, nie ma sensu tracić czasu na rzucanie kostkami i udawanie, że wylosowane wyniki mają jakiekolwiek znaczenie. Poza tym, mi osobiście się wydaje, że rany dodają klimatu. Fajnie, gdy bohaterowie zmieniają się w miarę czasu w poznaczonych bliznami weteranów (oczywiście, nie każdemu to pasuje).

To co napiszę na koniec, będzie truizmem, ale wyartykułuję to, żeby nikt się nie czepiał (jakbym miał nadzieję, że ktoś skomentuje tę notkę, hahahaha). Jak wspomniałem wyżej, nie każdemu zależy na tym, żeby walki zawierały element wyzwania. Jego wola, jego gust, szanuję. Ta notka jest przeznaczona dla osób o innym podejściu. Przed grą warto ustalić, jakie podejście preferują gracze i MG, czy wolą, żeby walki były na serio rozgrywane, czy żeby postacie graczy były chronione niezniszczalnym plot armour. Czy może zadowala ich fikcyjne rozwiązanie z "tworzeniem nowych postaci".

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Dwa i pół snu - opowiadanie

Niebieski citroen jechał drogą poprzez pogrążony w mroku nocy las. Jak gdyby ciemność nie była wystarczającym utrudnieniem dla widoczności, to dodatkowo okolicę spowijała gęsta, zawiesista mgła. Pomimo włączenia przeciwmgielnych świateł zasię wzroku ograniczał się do nie więcej jak trzech metrów – reszta świata ginęła za zasłoną, na dobrą sprawę mogłaby w ogóle nie istnieć.
Dlatego też kobieta siedząca za kierownicą jechała powoli i ostrożnie. Całą uwagę skupiała na drodze, tak, aby zawczasu dostrzec każdą ewentualną przeszkodę czy choćby zakręt. Matkę interesował jedynie ten niewielki fragment rzeczywistości, który mogła dojrzeć przez przednią szybę dzięki promieniom świateł. Natomiast jej synek, ulokowany na tylnym siedzeniu, bez przerwy patrzył w bok, gdzie oprócz ściany mgły mógł podziwiać jedynie powykręcane, bezlistne drzewa, widoczne jedynie dzięki temu, że rosły przy samej jezdni. Tak przynajmniej można by uznać.
- Mamo, widzisz ich? – niespodziewanie rozległo się pytanie.
- Kogo? – spytała mimochodem kobieta, nie odwracając wzroku.
- No, te twarze. We mgle, w lesie – powiedział chłopczyk.
Matka niczego nie odrzekła. Mały bawił się w szukanie wymyślonych kształtów we mgle? Może i dobrze. Przynajmniej nie będzie się nudził. W tym tempie dotarcie do domu zabierze im jeszcze co najmniej godzinę, może jeśli dzięki wyobraźni mały czymś się zajmie, zamiast przeszkadzać w prowadzeniu, podróż pójdzie sprawniej.
Niestety, nadzieje matki okazały się płonne. Chłopczyk zmienił nieco pozycję, tym razem przylepiając nos do tylnej szyby, jakby chciał się dokładnie czemuś przyjrzeć, a potem oznajmił:
- Mamo, czy to elfy?
- Jakie znowu elfy, do cho... – kobieta przerwała w ostatniej chwili i westchnęła z irytacją. – Skarbie, przestań. Muszę się skupić na drodze. Opowiesz mi wszystko, jak wrócimy, ale na razie nie gadaj, bo na coś się wpakujemy.
Prośba matki nie wywarła skutku. Dzieciak milczał może przez pięć sekund, po czym oznajmił:
- To chyba nie elfy. Mają spiczaste uszy. Ale są brzydkie. I straszne... Mamo? Możesz jechać szybciej? Szybciej niż one?
- Nie, nie mogę, zwłaszcza, że ciągle mnie rozpraszasz! – krzyknęła matka, w końcu odwracając się w stronę syna. Gdy to zrobiła, jej wzrok padł na tylną szybę, a raczej na to, co było przez nią widać. Natychmiast zapomniała o drodze i kierownicy. Wrzasnęła, jakby ją ze skóry obdzierano.

Zapadła ciemność. I w tym momencie Maciek zorientował się, że to już koniec snu. Szkoda... Czy zawsze muszą się urywać w najstraszniejszym – czyli najfajniejszym – momencie? Trzynastolatek niechętnie otworzył oczy. Poprzez zasłonięte firanki dostrzegł, że już świta. Zerknął na zegarek – było dziesięć po piątej. Paskudnie. Maciek lubił budzić się w środku nocy – na przykład koło pierwszej, czy drugiej. Obudzić się, spojrzeć na zegar, uświadomić sobie, jak wiele błogiego snu jeszcze zostało, nim trzeba będzie wstać – to była czysta przyjemność, zwłaszcza jeśli rankiem nie szło się do szkoły. Ale obudzić się tuż przed porą na wstanie... Nie, tego Maciek nie lubił. Wiedział, że już nie zaśnie, a nawet jeśli zadrzemie, to i tak po chwili się zerwie, kierowany bezsensownym strachem i uczuciem, że przespał „godzinę zero”, nawet jeśli tak naprawdę minie tylko kilka minut od zamknięcia oczu. Zawsze tak było. Naprawdę wnerwiające.
Dziś Maciek wraz z resztą rodziny miał wstać o szóstej. Tak zarządzili rodzice. Zaplanowali dwudniowy wypad na działkę do ciotki Marzeny. Ciotka wraz z mężem i synem mieszkała ponad sto dwadzieścia kilometrów stąd, więc, jak powiedział tata „wyruszymy z rana, żeby nie marnować dnia”. Prawdę mówiąc, Maciek nie miałby nic przeciwko temu, żeby wyjechać dużo później. Nie chodziło tylko o to, że nie miał ochoty być na nogach od szóstej rano w wakacyjny dzień. Po prostu wolałby skrócić czas spędzony na działce do minimum. I tak nie było tam co robić... W dodatku Stefan, syn ciotki, znowu będzie sobie z niego robił cały czas jaja...
Dla poprawy humoru, Maciek zaczął rozmyślać o śnie. Dobry był, krótki, ale miał klimat. Kojarzył mu się trochę z Królem Olch - ale nie tym z "Wiedźmina", tylko oryginalnym, z tego niemieckiego wiersza. Szkoda, że Maciek się obudził, zanim zobaczył, co się czaiło we mgle... A w ogóle to czy w nocy może być mgła? Ona to chyba raczej nad ranem się pojawia... A, chrzanić to! Sny to sny, dlatego właśnie są fajne, że mają mało co wspólnego z rzeczywistością!
Dzięki rozmyślaniom czas szybciej zleciał. Ani się Maciek obejrzał, a drzwi do pokoju uchyliły się i rozległ się głos mamy, nakazujący mu wstać. Chłopak westchnął, a potem wyszedł spod pościeli, ubrał się i ruszył do kuchni. Mama właśnie robiła kanapki Jaśkowi.
- Sam sobie coś zrobisz, dobrze? – rzuciła w stronę starszego syna, kładąc kromkę chleba na talerzu ośmiolatka.
- Jasne, mamo – odpowiedział Maciek.
- Pięknie. To ja się pójdę umyć – oświadczyła kobieta, po czym zniknęła w łazience. Maciek ukroił sobie chleba, a potem zrobił dwie kanapki z serem. Jasiek milczał, przeżuwając jedzenie i machając nogami. Do uszu trzynastolatka dochodził szum wody z łazienki oraz szmer telewizora dochodzący z salonu. Pewnie ojciec coś oglądał. Chłopak szybko zjadł pierwszą kanapkę, a potem z drugą w dłoni ruszył do pokoju. Co prawda mama nie pozwalała mu jeść w salonie... Ale przecież tego nie widziała, prawda? Zresztą, postara się być ostrożny i nie nakruszyć.
Telewizor faktycznie był włączony, ale tata go nie oglądał. Grzebał w szufladzie komody, szukając czegoś.
- Cześć, tata. Czego szukasz?
- Cześć, młody. Mapy drogowej. Pomyślałem, że na wszelki wypadek ją wezmę – odparł ojciec, wciąż kucając i przeglądając papierzyska.
- Pomóc ci? – spytał Maciek, z nadzieją, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”. Nienawidził szukać rzeczy. Przeglądało się to samo miejsce dziesięć razy, a i tak na końcu okazywało się, że to coś leżało tam cały czas, tylko jakimś cudem dziewięć razy to przeoczyłeś.
- Nie, niby jak miałbyś mi pomóc? Na pewno jest gdzieś tu, a we dwóch w tej szufladzie grzebać nie będziemy. Dzięki.
Maciek skrycie odetchnął z ulgą, a potem zaczął wpatrywać się w telewizor. Był włączony na kanał regionalny, gdzie zwykle nadawano jedynie pogodę, wiadomości lokalne czy reklamy miejscowych drobnych przedsiębiorców – czyli, według Maćka, same nudne głupoty. Zresztą, nawet gdyby leciało coś ciekawego, nie miałby przecież czasu, żeby obejrzeć to do końca.
Aktualnie na ekranie widniała spikerka przekazująca wiadomości. Maćka w ogóle nie interesowało, co kobieta ma do powiedzenia (jak to możliwe, że kogoś ciekawią ceny buraków cukrowych?), ale jej twarz przyciągnęła jego wzrok. Nie ze względu na urodę – Maćka niespecjalnie interesowały dziewczyny, a tym bardziej dorosłe kobiety. Poza tym spikerka wcale nie była ładna. Była... No może nie brzydka, ale jakoś tak dziwnie wyglądała. Jakby była chora. Twarz miała wychudzoną, włosy rzadkie, a jej oczy gapiły się bezmyślnie gdzieś w przestrzeń. Zresztą, jej głos też nie porywał – wiadomości przekazywała tak monotonnie, jakby recytowała je z pamięci bez zrozumienia. Co w sumie Maćka nie dziwiło. Jednakże w tej chwili chłopiec zorientował się, że akurat nadszedł ten rzadki przypadek, kiedy w wiadomościach lokalnych podawano jakąś faktycznie ważną informację.
- ...droga powiatowa numer E 9875 zostaje zamknięta. Zalecamy objazd przez Rowy Przyleśne – powiedziała kobieta.
- Co ona gada? – spytał ojciec, wciąż buszując w szufladzie.
- Że będziemy musieli jechać przez Rowy, bo jest objazd – odparł Maciek.
- Ech, to jeszcze wydłuży drogę... Czemu ten objazd? Wypadek? Roboty drogowe?
- Nie powiedziała – oświadczył trzynastolatek, wpychając do ust ostatni kawałek kanapki, a potem ponownie skierował wzrok na ekran, czekając, czy też dziennikarka zdecyduje się uzasadnić konieczność zamknięcia drogi. Ale kobieta milczała. Już nie wpatrywała się w dal. Teraz jej spojrzenie było żywe i czujne. Maćka ogarnęło absurdalne uczucie, jakby spikerka wpatrywała się właśnie w niego. W tej chwili coś zalśniło w obu kącikach oczu dziennikarki. Po chwili po jej policzkach spłynęły dwie krwawe łzy, zostawiając po sobie czerwone smugi. Maciek wrzasnął. Bogu dzięki, że już przełknął, inaczej chyba zakrztusiłby się na śmierć.
- Co jest? – spytał ojciec, zrywając się na równe nogi, z broszurą o żółtych okładkach w dłoni.
Maciek wahał się przez chwilę. Gdyby powiedział, co zobaczył, pewnie by mu się dostało. Rodzice bardzo niechętnie patrzyli na jego zainteresowanie fantasy i horrorami (i tak nie odróżniali jednego od drugiego). Gdyby pomyśleli, że ma od nich jakieś zwidy, na pewno dostałby szlaban.
Poza tym... Tak prawdę mówiąc, to sam nie był pewien, czy mu się to nie przywidziało. Nie mógł sprawdzić, bo wiadomości już się skończyły. W tej chwili na ekranie mężczyzna mieniący się Wujkiem Czesiem reklamował swoje Jaja od Szczęśliwych Kur.
- Nie, nic... Coś mi się przypomniało. Ale nic ważnego – wyjąkał w końcu.
- Aha, no dobrze – odparł ojciec, a potem pomachał trzymaną broszurą. – Mam mapę! Zaraz zerknę na ten objazd...
- Co? Objazd? – spytała mama, wchodząc do salonu. Zdążyła się nie tylko wykąpać, ale i przebrać. – W takim razie musimy się pospieszyć jeśli chcemy dotrzeć do Marzeny przed zmierzchem!
„Przed zmierzchem? Będziemy tam przed południem, nawet gdybyśmy zatrzymywali się na siku w każdym lasku” – pomyślał Maciek.
Mimo wszystko, rodzina popędzana przez matkę zorganizowała się na tyle sprawnie, że w ciągu piętnastu minut wszyscy siedzieli w samochodzie i podążali na spotkanie z ciotką Marzeną i Stefanem. Wkrótce opuścili miasteczko i skierowali się na drogę prowadzącą przez Rowy Przyleśne. Miejscowość o tej nazwie była niewielką rolniczą wioską. Kiedy przejeżdżali przez nią, Maciek przysunął twarz do okna. Lubił patrzeć na pola uprawne. Równe połacie falującego zboża miały w sobie coś uspokajającego... Tym razem też tak było. Przynajmniej z początku. Po chwili Maciek uświadomił sobie coś dziwnego – nie było widać ludzi. Ani w wiosce, ani na polach. Co prawda było dosyć wcześnie, ale chyba mimo wszystko nie na tyle, żeby nie napotkać żadnych przechodniów spieszących do pracy lub do sklepu czy też rolników na polu. Za to pośród łanów zboża wznosiły się strachy na wróble. Całe mnóstwo. Jeden obok drugiego. Niektóre duże, inne dosyć małe, ale wszystkie zbudowane w ten sam sposób – z szeroko ustawionymi „nogami” i „ramionami”, tak, że cała sylwetka tworzyła literę „x”. Widać też było wbite w ziemię paliki podtrzymujące każdego ze strachów. Dziwne... Po co one? Skoro i tak „nogi” musiały być kijami wbitymi w ziemię?... Bo tak było, prawda?
Maćka ogarnęło straszliwe podejrzenie. Gdyby nie to, że strachy stały daleko od drogi, a każdy z nich miał naciśnięty na twarz („Nie na twarz, tam nie ma żadnych twarzy, tylko zwykłe gałgany, nie bądź głupi) słomkowy kapelusz, być może byłby w stanie sprawdzić, czy obrazy podsuwane mu przez umysł są prawdziwe.
- Co tak wszyscy cicho siedzicie? – spytał tata. – Bo jeszcze usnę... Jak nie chcecie rozmawiać, to może trochę muzyki?
- Pewnie, puść coś! – poprosił Maciek. Jakaś wesoła piosenka sprawi, ze droga będzie się mniej dłużyć. I pomoże odegnać głupie myśli... To pewnie przez ten sen. Chyba rodzice mieli rację, za dużo naoglądał się historii o duchach i demonach i teraz mu odbija.
Tata, szybkim ruchem ręki zdjętej z kierownicy, włączył radio. Rozległa się muzyka. Dziwna melodia grana na fletach i jakieś słowa w tle. Dźwięk instrumentów był dużo głośniejszy od śpiewu, więc Maciek musiał wytężyć słuch, żeby zrozumieć słowa. I tak mu się to nie udało – kobiecy głos śpiewał w jakimś obcym języku. Nie po angielsku, tyle trzynastolatek był pewien.
- Co to za śpiewy dzikich ludów? Czy tam jakichś hinduskich sekciarzy? – prychnęła mama. – Weź przełącz.
Prawdę mówiąc, Maciek chętnie wysłuchałby tego utworu do końca. Był jakiś taki... „hipnotyzujący” jak to mówili w filmach i książkach, „wkręcający” jakby to określili jego koledzy z klasy. Jednakże wolał nie protestować. Tata posłusznie wcisnął przycisk, aby zmienić kanał – ale kiedy to zrobił, z radia rozległ się jedynie szum. Tak samo na innych stacjach. Nawet kiedy ojciec postanowił wrócić na pierwszy kanał, okazało się, że radio niczego nie odbiera.
- Albo się popsuło, albo nie ma zasięgu – stwierdził tata z rezygnacją i wyłączył urządzenie.
Co dziwne, pomimo objazdu na drodze nie spotkali zbyt wielu innych samochodów. Aż do teraz. Kilkanaście z nich stało po obu stronach pobocza. Kiedy ojciec podjechał bliżej, okazało się, że miał tu miejsce wypadek. Co prawda żaden z samochodów nie wyglądał na uszkodzony – ani zadrapania – jednakże niewątpliwie byli ranni.
- Nie patrzcie! – krzyknęła mama w kierunku tylnych siedzeń. Jasiek posłusznie zasłonił oczy, ale Maciek nie usłuchał matki. Z chorobliwą fascynacją przyglądał się poszkodowanym i martwym. Ciału mężczyzny, bezwładnie spoczywające za kierownicą, z wielką dziurą o równiutkich, okrągłych brzegach, przechodzącą na wylot przez głowę. Człowiekowi z urwaną nogą, z wystającą z kikuta śnieżnobiała kością, siedzącemu w rowie. Tata zwolnił, żeby nikogo nie potrącić. Kiedy tak się wlekli, tuż przed maską ich auta przeszła dziewczynka, mniej więcej w wieku Jaśka. Zatrzymała się na chwilę, obdarzyła całą rodzinę smętnym spojrzeniem i otworzyła usta. A potem jakby... Rzygnęła krwią. Nie, w sumie nie rzygnęła. Po prostu rozchyliła wargi, a spomiędzy nich buchnął strumień czerwonej cieczy. A potem, jak gdyby nigdy nic, ruszyła dalej.
Tego było już za wiele dla mamy.
- Zatrzymaj się, powinnam im pomóc – zwróciła się do taty. – W końcu jestem pielęgniarką.
- Daj spokój, pogotowie jest na miejscu! – żachnął się ojciec. Faktycznie, pośród samochodów stał ambulans. – To ich robota. Ty masz urlop!
- No nie wiem. Nie wygląda na to, żeby sobie radzili... – mruknęła mama. Właśnie mijali jednego z sanitariuszy. Jedno spojrzenie na niego mogło przekonać, że mama ma rację. Biały fartuch („Czy pogotowie nie nosi takich czerwonych strojów z żółtymi odblaskami? Może tylko w telewizji” – pomyślał Maciek) był poplamiony w wielu miejscach krwią. Zresztą nie tylko fartuch – jego twarz była pokryta krwawiącymi ranami. Jakkolwiek byłoby to dziwne, wyglądało na to, że sami sanitariusze też ulegli wypadkowi.
- Nie, dosyć tego, zatrzymaj się! – rozkazał mama. Determinacja w jej głosie była tak silna, że ojciec bez słowa zjechał na pobocze i zgasił silnik. Kobieta otworzyła drzwi i ruszyła w stronę lekarza.
- Och, jak to dobrze, że się państwo zatrzymali. Już się niepokoiłem, że będę musiał państwa zmusić – rozległ się głos okaleczonego sanitariusza. W tym czasie mama zaczęła szperać w leżącej obok na jezdni lekarskiej torbie, w poszukiwaniu opatrunków i narzędzi.
- Zmusić? – mruknął ojciec. – Tą drogę też zamknęli? Jak pech, to pech.
Jaśka znudziło już zasłanianie sobie oczu, więc odsunął dłonie od twarzy, by się rozejrzeć. Kiedy tylko spojrzał przez okno wrzasnął, a potem ponownie zakrył oczy, tym razem z własnej woli. Maciek postanowił zerknąć w tę samą stronę, żeby sprawdzić, co tak przeraziło jego małego braciszka. Okazało się, że Jasiek spojrzał na ambulans. A raczej na lekarza siedzącego na przednim siedzeniu. Mężczyzna bębnił palcami w kierownicę, a jego spojrzenie było spokojne, wręcz wyluzowane. To znaczy, spojrzenie tego jednego oka, które wciąż miał. Połowa jego twarzy... Trudno to było nazwać twarzą. W pierwszej chwili widok skojarzył się Maćkowi z Harveyem „Dwie Twarze” Dentem, jedną z postaci z Batmana... A potem przyszło mu na myśl inne porównanie. W sklepie mięsnym na wystawie czasem leżały takie kości, które ludzie kupowali żeby wrzucić do zupy, albo dać psu... Były niemal całkiem oskrobane – niemal. Wciąż pozostawała na nich cienka, równa warstewka czerwonego mięsa i białego tłuszczu.
Tak właśnie wyglądała lewa połowa twarzy kierowcy ambulansu. To było... chore. Pomimo straszliwego okaleczenia mężczyzna zachowywał się, jakby nic się nie stało... A sama rana... Wyglądała zbyt równo... Zbyt porządnie, aby mogła być skutkiem wypadku.
No i te samochody... Żaden nie miał nawet zadrapania. Żaden.
Maciek zrozumiał, że prawdopodobnie na tej drodze nie doszło do żadnego wypadku. A mimo to „sanitariusze” – o ile można ich tak nazwać – i tak wiedzieli, że będą się mieli kim „zaopiekować”. Ich dobra przyjaciółka, dziennikarka o krwawiących oczach zadbała o to, że na wiejskiej, mało uczęszczanej drodze tego dnia pojawi się odpowiednia ilość ludzi...
Zrozumiał także, że jego podejrzenia co do strachów na wróble w Rowach były uzasadnione.
Najwyraźniej mama przeglądając torbę lekarską doszła do podobnie paskudnych wniosków. Maciek wolał nie wyobrażać sobie, co tam znalazła. W każdym razie ze wstrętem i strachem wypisanym na twarzy odrzuciła torbę i podbiegła do samochodu. Usiadła na miejscu i krzyknęła „Jedź!”.
- Co się stało? – spytał tata, włączając silnik.
- Później – wymamrotała kobieta. – Po prostu jedź... Jak najdalej od tych... ludzi.
„Oni opanowali nawet telewizję, mamo. Nigdzie przed nimi nie uciekniemy” – pomyślał Maciek.
Na razie wyglądało na to, że nie uciekną przed nimi ani kilometra. Nadaremno tata raz po raz przekręcał kluczyk, silnik nie chciał zapalić.
- Co jest do cholery? – warknął ojciec.
Jeden z piekielnych medyków niespiesznym krokiem podążał w stronę samochodu rodziny. W jego dłoni lśnił skalpel wyciągnięty z odrzuconej przez mamę torby.

Łukasz otworzył oczy, a potem zamrugał kilka razy. Sam już nie wiedział, co naprawdę mu się przed chwilą przyśniło, a co sam sobie dośpiewał leżąc tak na wpół wybudzony. Często mu się to zdarzało – w końcu sen to tak naprawdę zaledwie parę króciutkich nielogicznych scen, a czasem nawet mniej – oderwane od siebie chaotyczne obrazy, czy nawet samo... wrażenie? Dopiero po odpowiedniej obróbce stają się prawdziwą historią. Tak samo było i w tym wypadku... Dwa sny, a jakoś udało się je Łukaszowi połączyć w jedną całość. Nie mógł się doczekać ranka, kiedy będzie mógł przelać je na papier. Może wreszcie uda mu się napisać coś na poziomie drukowalności...
Ale na razie był środek nocy. Najlepsze, co Łukasz mógł zrobić, to ponownie zasnąć – wiedział, że i tak nie zapomni tego, co mu się przyśniło, nie po tym, jak dokładnie obmyślił i rozbudował te historyjki... Czy raczej jedną historyjkę złożoną z dwóch snów.
Jednak nie tak łatwo było zasnąć z tym silnikiem dudniącym za oknem. Do cholery, czemu ten facet nie mógł go wyłączyć? Przecież nie było zimno. Czy takie stanie z pracującym silnikiem nie szkodzi samochodowi?
Łukasz wydał pełne irytacji westchnienie, a potem wstał z łóżka i podszedł do okna. Odrobinę odsłonił firankę, żeby zerknąć na warczącą maszynę.
W świetle rzucanym przez reflektory pojazdu chłopak mógł wyraźnie dostrzec stojący na parkingu samochód, a także jego właściciela. Kierowca opierał się o maskę. Jak gdyby wyczuł, że ktoś go obserwuje, uniósł głowę i spojrzał wprost w okno Łukasza. Chłopak odsunął się od okna, a potem przetarł oczy, żeby usunąć senne mroczki. Niestety, kiedy spojrzał ponownie, okazało się, że to co zobaczył za pierwszym razem nie wynikało z zamroczenia.
W miejscu oczodołów kierowcy ziały dwie dziury wypełnione szkarłatnym światłem.
Upiorny nieznajomy otworzył usta, ukazując dwa rzędy ostrych kłów, a potem uniósł rękę i powoli pokiwał głową, jakby chciał przesłać Łukaszowi pozdrowienie, a może tylko zwrócić jego uwagę.
Chłopak oderwał od niego spojrzenie dopiero wtedy, gdy usłyszał, że ktoś łomocze do jego drzwi.
„To chyba w tej chwili powinienem się obudzić, tym razem naprawdę?” – pomyślał Łukasz.
Ale przebudzenie nie nadchodziło. Nie nadeszło nawet wtedy, gdy drzwi do mieszkania zostały wyważone z taką siłą, że przeleciały przez pokój i wybiły okno. Nie nadeszło także wtedy, gdy przybysze zaczęli ukazywać Łukaszowi cudowne i straszliwe rzeczy, przy których bladł najniezwyklejszy sen.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Przemyślenia po "X-Men Apocalypse" i "Suicide Squad"

 (Tekst jest skierowany raczej do osób, które filmy już obejrzały i chciałyby porównać swoje doznania. Zawiera spoilery, to nie typowa recenzja, tylko analiza pewnych elementów filmów, które mi się podobały/nie podobały, a także poszukiwanie pozytywnego, chrześcijańskiego przesłania. Co dziwne, da się takie przesłanie odnaleźć w "X-Men Apocalypse", a co jeszcze dziwniejsze - również w Suicide Squad. )

Miałem okazję ostatnio obejrzeć dwa filmy superbohaterskie - najnowszy obraz z tego nurtu, tj. "Suicide Squad" oraz też nowy, ale trochę mniej "X-Men Apocalypse". W sumie to przypadek, że "Apocalypse" obejrzałem dwa dni przed "Legionem Samobójców". Pomiędzy tymi filmami jest pewne oczywiste podobieństwo - główny zły. W obu przypadkach mamy do czynienia ze starożytnym hiperpotężnym superzłoczyńcą, który potrafi zmieniać ciała i który wieki temu był czczony jako pogańskie bóstwo, zanim nie został pogrzebany i zapomniany, a który zostaje teraz odkopany i wyzwolony, po czym na skutek rozgoryczenia spowodowanego tym, że nikt go już nie czci, postanawia rozwalić świat, poczynając od instalacji militarnych. Przy czym moim zdaniem, twórcy "Suicide Squad", pomimo pewnych wad ich dzieła, poradzili sobie z tym motywem lepiej.

"Age of Apocalypse" to dla mnie słaby film. Miał być w założeniu "epicki" (a pewnie też liryczny i dramatyczny), a wyszło na poziomie klasy B. Plan En Sabah Nura jest żenujący. Tworzy sobie tych Jeźdźców Apokalipsy... I tyle. Magneto, spoko - jego moce są potężne, a po "ulepszeniu" wręcz hiperpotężne... I w zasadzie na nim zasadza się cały plan Apokalipsy. Pozostali pomagierzy są w zasadzie zbędni. Jeszcze Storm, jak Cię mogę, kontrolowania pogody jest fajne. Ale Angel i Psylocke? Po co komuś, kto potrafi zabić kilkanaście osób mrugnięciem oka (i kto ma za prawą rękę mistrza magnetyzmu potrafiącego rozwalić most na drugim końcu świata) "ochroniarz", który potrafi latać jak ptak i rzucać nożami? Toż zwykły żołnierz z karabinem maszynowym ma większą siłę bojową. I po niego Apokalipsa jechał aż do Berlina? Nie było silniejszych mutantów? Chyba chodziło tylko o image, że fajnie, aby wśród był Jeźdźców Apokalipsy był "Anioł Śmierci". Serio, gdyby Sabah nie był tak nadęty, to patrząc na zmaltretowanego przez X-menów Angela po pełnych pogardy słowach "Słabeusze", powinien westchnąć i dodać "Ale w sumie czego się spodziewałem". Psylocke reprezentuje podobny poziom mocy, a oboje reprezentują identyczny poziom braku charakteru i kwestii dialogowych. Choć to akurat nie jest jakiś wielki zarzut - ostatecznie, przy tak dużej ilości postaci, trzeba się liczyć z tym, że część będzie "statystami".
Jeszcze trochę więcej o Magneto. Motyw "próbowałem żyć jak mugol, ale PO PROSTU SIĘ NIE DA, WIĘC CHRZANIĆ TO, JESTEM SUPERZŁOCZYŃCĄ I NIE BĘDĘ UDAWAŁ, ŻE JEST INACZEJ" jest fajny, ale wykonanie - nie do końca. Śmierć Pani Magnetowej i małej Magnetówny była strasznie kliszowa, a i przemiana Magneto trochę przesadna. "Hej, drodzy koledzy z pracy - policjant niechcący zabił moją żonę i córkę, prawdopodobnie była to konsekwencja tego, że jeden z Was doniósł policji, że jestem ściganym na całym świecie superłoczyńcą... W związku z tym chcę wymordować was wszystkich, jak leci i to wcale nie świadczy o tym, że jestem poj...em, który wyżywa się na niewinnych za swoje nieszczęścia, tylko postacią tragiczną". Nawiasem mówiąc, widać, że twórcy starają się wybielać Magneto tak, żeby wciąż prof. Xavier mógł się z nim kumplować i mówić "jest w tobie dobro". Magneto wyraża chęć wymordowania Bogu ducha winnych hutników, ale ostatecznie zabija ich En Sabah Nur. Magneto unosi cały metal na ziemi (oprócz katany Psylocke) w górę, budowle się rozwalają, ale nie pokazujemy żadnych trupów, a na końcu świat mu wybacza, bo ostatecznie pomógł pokonać swojego szefa.
A właśnie - jak na film pokazujący w zamierzeniu "Apokalipsę" (nawet niedoszłą), to dzieło jest strasznie "kameralne". Główny Zły nie zawraca sobie głowy tworzeniem armii, wystarczy mu czterech pomagierów, z których dwójka to cieniasy (a przynajmniej tak są ukazani w filmie). A przecież w momencie, w którym usunął niemal bezkrwawo cały ziemski arsenał atomowy, mógł bez problemu zaprezentować się jako dobroduszny zbawca ludzkości (zwłaszcza, że dzięki porwaniu Xaviera miał telepatyczną łączność z wszystkimi ludźmi) i porwać za sobą mnóstwo wyznawców. Ale nie, po co, lepiej losowo wytłuc większość populacji, nie zawracając sobie głowy wcześniejszym odsianiem ziarna od plew. Gdyby miał chociaż namiastkę armii, ekipa X-menów by go nie dorwała.
Co prawda, wpadłem na jedno uzasadnienie, mogące jakoś "ratować" kreację pana Apocalypse. Otóż przespał on tysiące lat. Kiedy ostatnio był świadomy, rządził starożytnym królestwem (z definicji dużo słabiej zaludnionym) o niskim poziomie technologii - i do rządzenia czymś takim faktycznie mogły mu wystarczać jego własne supermoce+czwórka kolesi. Teraz znalazł się w zupełnie innym świecie, którego nie ogarnia... Więc próbuje przystosować go do warunków, które zna i w których potrafi się odnaleźć. Dlatego stara się wyeliminować nowoczesną technologię, zamiast użyć i dlatego zamiast próbować zostać władcą sześciu miliardów ludzi, stara się ich wytrzebić do poziomu, który potrafi ogarnąć.

Średnio wypadają też Ci dobrzy. Są dosyć bezbarwni, żadnego nie polubiłem. W dodatku cierpią na syndrom "mam superfajną moc, ale mogę jej użyć tylko wtedy, gdy scenariusz tak mówi". Weźmy takiego Quicksilvera. W tym odcinku jego szybkość jest już megaprzegięta. Do poziomu, w którym pojawia się pytanie "dlaczego nie mógł samemu pobiec do Kairu, nastukać En Sabah Nura i resztę?". W świetle sceny, w której ratuje wszystkich uczniów szkoły Xaviera przez wybuchem i jeszcze znajduje czas na poprawianie im fryzur, to, że dał się ogłuszyć żołnierzom Strykera i pokonać Sabahowi jest absurdalne. Ponadto - nawiązując do powyższych uwag o kameralności filmu - z Apocalypsem walczy kilku X-menów, koniec kropka. Wojska żadnego państwa (w tym Egiptu) nie odgrywają tu żadnej roli, a większość mutantów leży ogłuszona w bazie Strykera. Podobnie jak w niedawnym Civil War, wojna jest tu sprowadzona do bijatyki kilku gości. Tyle, że w Civil War było to dużo łatwiejsze do przełknięcia, bo tam nikt nikogo nie wkręcał, że na naszych oczach ważą się losy ludzkiej cywilizacji.

(Na koniec jeszcze jedno - co się stało z mieszkańcami Kairu? Apocalypse przerobił ich wszystkich na swój pałac? Bo od chwili stworzenia zamku żadnego nie widać na horyzoncie, a już wcześniej było pokazane, że Sabah lubi wtapiać ludzi w ściany... I czemu Storm, która wcześniej opiekowała się kairskimi sierotkami to nie ruszyło, a zaczęła myśleć dopiero, gdy zobaczyła jak jej nowy idol dusi jej starą idolkę?).

W tym zestawieniu znacznie lepiej wypada Legion Samobójców. Paradoksalnie, pomimo tego, że mamy tu mniejszą ilość bohaterów, a zwiastuny nie zapowiadały "epickości", ten film dużo lepiej pokazuje ratowanie świata. Głównym bohaterom towarzyszą zwykli żołnierze (jeśli SEAL-sów można określić jako zwykłych), a ich przeciwnicy są na tyle rozgarnięci, żeby stworzyć sobie armię liczącą więcej niż 4 wojowników. Same postacie są też barwniejsze... choć mogłyby być barwniejsze.
Harley jest psycholką, ale jednak czegoś mi brakowało, trochę zbyt mało odjechana była. Deadshoot - rzuca fajnymi tektstami, ale jest mocno sztampowy. Płatny zabójca, który kocha swoją małą córeczkę i który nie zabija kobiet i dzieci - ile już razy widzieliśmy takie postaci (swoją drogą, jak to jest z tym niezabijaniem kobiet? Przyjął zlecenie na Harley - co prawda w końcu celowo chybił, ale jednak). Z drugiej strony, nie do końca wpasowuje się w kliszę "cyngla o złotym sercu" - nie zabija ludzi, żeby zarobić na leczenie chorej na raka krewnej itd. Wygląda na to, że po prostu lubi tę robotę.
Kapitan Boomerang ma kilka fajnych momentów, ale też jest ich trochę za mało, żeby naprawdę się nakręcić na tę postać. Podobno w wersji niepociętej było go dużo więcej, w tym rozwinięto jego zaloty wobec Katany, z których w kinie ostały się okrawki - głównie dlatego, że uznano, że są zbyt "rasistowskie" (oczywiście, mamy skład złodziei i morderców, ale podrywanie Azjatki to za dużo). Jeszcze stosunkowo ciekawą postacią jest El Diablo - wbrew swojemu pseudonimowi ten członek oddziału przechodzi największą przemianę moralną ze wszystkich i jako jedyny odbywa pełną drogę od złoczyńcy do bohatera (inna sprawa, ze ta droga zaczęła się jeszcze przed akcją filmu... i definitywnie zakończyła śmiercią). Dowódca (i nadzorca) oddziału, płk Rick Flag również ma parę fajnych tekstów. Do pewnego momentu wyglądał na jedynego "nieskazitelnego" członka grupy (nie licząc bezimiennych żołnierzy, o których nic nie wiadomo), ale muszę przyznać, że trochę rozczarował mnie fakt, że przeszedł do porządku dziennego nad tym, jak jego szefowa (swoją drogą, chyba najbardziej zła postać) rozwaliła swoich informatyków, bo wiedzieli za dużo.
Niestety, podzielam zdanie wielu recenzentów. Film był całkiem fajny, bawiłem się na nim dobrze -   ale widać zmarnowany potencjał. Za mało "odjazdu", chemia pomiędzy postaciami jest momentami fajna, ale to jeszcze nie to. Dlatego okrzyk Diablo, w którym nazywa Suicide Squad swoją drugą rodziną, choć piękny, jest nieco przesadny. Mam taką refleksję - kiedy Marvel kręcił swoich Avengersów, miał trochę łatwiej. Większość członków drużyny miała już za sobą filmy solowe, w których ich sylwetka była zaprezentowana. Dlatego pomimo tego, że w Avengersach nie było czasu na znaczne pogłębianie większości postaci i poszczególni bohaterowie w sumie nie mieli aż tak dużo do powiedzenia, większość widzów miała już w głowie ich obraz zaprezentowany przez poprzednie filmy i w ten obraz wpasowywała ich zachowania w czasie "filmu zbiorowego", dzięki czemu odbierała ich jako postaci pogłębione (i tu się należą brawa dla Marvela za konstrukcję jego uniwersum filmowego - dla mnie jest to majstersztyk). Przy Suicide Squad tego zabrakło.
Poza tym - kolejny słaby punkt - Joker. Jedna z najlepszych postaci w uniwersum DC została tu moim zdaniem, spartolona. Oglądając zwiastuny jeszcze się łudziłem, że może na ekranie zobaczę "Agenta Chaosu" porównywalnego z tym z "Mrocznego Rycerza". Ale już stojąc przed salą kinową i widząc makietę Jokera wyglądającego wypisz wymaluj, jak stereotypowy wizerunek amerykańskiego alfonsa (rozchełstany fioletowy płaszcz, mnogość złotych łańcuchów, złocona laska w dłoni), tę nadzieję porzuciłem. Scena w klubie nocnym, gdy próbuje "sprezentować" Harley czarnoskóremu gangsterowi, jest chyba najgorsza w całym filmie. Ani nie ukazuje szalonego poczucia humoru Jokera, ani w sumie nic. Jeśli już musiała być, to można było to zrobić lepiej "Daję Ci w prezencie moją kobietę!" "Nie no Joker, co Ty, nie mogę przyjąć" "Aha, nie podoba Ci się moja panna? Uważasz, ze mam zły gust? Masz coś do niej, masz coś do mnie! BUM, nie żyjesz!".

Oczywiście, ponieważ to blog o określonym profilu ideologicznym, nie może w nim zabraknąć oceny "światopoglądowej".

Jeśli chodzi o Apocalypse, to obawiałem się, że film będzie antyreligijny, bo jeden z twórców w wywiadzie porównał En Sabah Nura do "Boga Sterego Testamentu". Na szczęście, ten tekst nie znalazł się w filmie. Jest kilka balansujących na granicy antyreligijności, ale chyba nie przekraczających granicy.
1. Kiedy Apocalypse wymienia imiona, pod którymi był znany, wśród nich pada "Elohim". W Biblii hebrajskiej jest to jedno z określeń Boga... Tyle, że nie jest to nazwa własna Boga jak JHWH, czy tytuł przynalezny tylko Jemu, tym słowem są określani również bogowie pogańscy, a skoro En Sabah Nur był czcony jako bóstwo, da się to wytłumaczyć.
2. W rozmowie o Jeźdźcach Apokalipsy, ktoś stwierdza, że Apocalypse pewnie ściągnął to z Biblii, na co pada odpowiedź "albo Biblia z niego". No cóż, można potraktować to jako żart, nawet jeśli nie w najlepszym guście. Film nie rozwija tego motywu i nie snuje teorii spiskowych nt powstania Apokalipsy biblijnej. Notabene, przyjęcie, że biblijni Jeźdźcy są wzorowani na tych od Sabaha, było nielogiczne - w końcu w naszym świecie nie było En Sabah Nura ani jego pomagierów, a i tak w Biblii Czterej Jeźdźcy są wspomniani.
3. En Sabah Nur rozbrajając atomowy arsenał krzyczy coś w stylu "Nie macie już broni, możecie sobie stać na wieży Babel i pokrzykiwać, ale nie dosięgnięcie boga!". Cóż, to to by się mogło wpasowywać w "Boga Starego Testamentu" - z drugiej strony, ta postać wyraźnie ma kompleks boga, czy raczej Boga (bo "bogiem" w rozumieniu pogańskim można powiedzieć, że już jest, a sam przyznaje, że chciałby "być wszędzie" - czyli jak Bóg monoteistyczny), więc nic dziwnego, że używa takiej metafory, siebie samego identyfikując z Bogiem.


Z drugiej strony mamy sporo (zwłaszcza jak film hollywoodzki) elementów pozytywnie religijnych. Przede wszystkim Nightcrawler - jego wiara jest mniej eksponowana niż w starej trylogii (ale na plus liczy się, że tym razem nie ma tej głupiej kliszy "katolicyzm to taki trochę masochizm"), ale w pewnym momencie modli się, a owa modlitwa jest całkiem wyeksponowana - zajmuje kilka zdań i wyraźnie jest kierowana do Boga osobowego. Po pokonaniu En Sabah Nura padają też zwroty "wygraliśmy z boża pomocą" i "nasze modlitwy zostały wysłuchane", także spoko.

Co ciekawe, całkiem sporo pozytywnych elementów jest też w Suicide Squad, mimo tego, że nie opowiada on o herosach, ale byłych przestępcach zmuszonych do walki ze złem. Przede wszystkim - zdecydowane potępienie okultyzmu. Enchantress i jej "brata" z chrześcijańskiego punktu widzenia nie da się opisać inaczej jako demonów - i odpowiednio zostali pokazani. Korzystanie przez rząd USA z usług Enchantress było absolutnym błędem, przy pierwszej okazji obróciła się przeciwko im - nie ma sensu paktować z diabłem. Dr June Moone, opętana "nosicielka" Enchantress nie traktuje tego jako fajnej magicznej przygody - wręcz przeciwnie, cały czas jest pokazywana jako udręczona ofiara, która do "współpracy" ze złym duchem została zmuszona, a jej happy end jest możliwy dzięki pozbyciu się tego magicznego pasożyta. Zresztą, wymowne jest, że podczas pierwszej prezentacji mocy Enchantress, jedna kobieta pośród zebranych oficjeli jest wyraźnie przerażona i czyni znak krzyża - gdyby reszta władz USA podzielała jej chrześcijańską postawę, nie doszło by do katastrofy, po której musi sprzątać Suicide Squad. Wspominałem już o El Diablo. Mimo pseudonimu i wizualnego efektu mocy - strzelania płomieniami - jego zdolności nie są efektem praktyk okultystycznych, to raczej wrodzona mutacja. U tego bohatera najwyraźniejsza jest przemiana - i nawet pojawia się w niej wątek religijny, choć niezbyt mocno wyeksponowany. Otóż Diablo, wspomina, że kiedy jeszcze jego żona żyła, modliła się za niego i starał się go nawrócić. We wspomnieniach tego bohatera widzimy niewątpliwie katolicki dom - najwyraźniej rzuca się w oczy wizerunek Matki Boskiej. To zapewne zasługa pani Diablowej. Diablo nie potrafił wyrzec się przemocy i jego agresywność w połączeniu z niepohamowanym korzystaniem z mocy doprowadziła do śmierci żony i dzieci. To odmieniło Diablo, który postanowił się wyrzec przemocy (oczywiście, w trakcie filmu daje się namówić kolegom, żeby znowu zacząć miotać ogniem - ale biorąc pod uwagę, że jak wyżej, moc Diablo nie pochodzi od prawdziwego Diabła, a przeciwnikami drużyny są demoniczni czarownicy i ich ohydny czarci pomiot, nie można mu tego brać za złe). Diablo jako jedyny potrafi przejrzeć mamiące wizje Enchantress i odrzuca jej kłamliwe obietnice - w jego przypadku obietnicę przywrócenia życia jego rodzinie. Stwierdza, że musi żyć z konsekwencjami swoich czynów, nie próbuje ich usprawiedliwiać, ani wypychać z pamięci. Ostatecznie poświęca się, żeby pokonać złowieszczego "brata" Enchantress, chwilę przedtem krzycząc "Nie stracę drugiej rodziny!", tym samym wykonując Jezusowe słowa "Nie ma większej miłości, niż gdy kto oddaje życie za przyjaciół swoich". Diablo jest postacią, co do której mogę zaryzykować stwierdzenie, że poszła do nieba - dużo nagrzeszył, ale przecież Bóg wybacza każdemu grzesznikowi, który na wybaczenie zasługuje. Diablo przerobił poszczególne punkty katolickiego sakramentu pokuty - dokonał rachunku sumienia, czuł żal za grzechy, powziął postanowienie poprawy, a potem dokonał zadośćuczynienia. Co prawda, brakuje tu spowiedzi - ale jak uczy Kościół, w godzinie śmierci, żal doskonały (czyli wtedy, gdy grzesznik żałuje krzywd, które wyrządził z samego obrzydzenia dla zła, a nie ze strachu przed karą) wystarcza do zbawienia, bez odbycia formalne spowiedzi. Wydaje mi się, że Diablo taki żal odczuwał (na pewno nie bał się kary, gdyż sam wcześniej pozwolił się schwytać policji). Jeśli się nie mylę, to jego zbawienie będzie zwycięstwem jego żony zza grobu. Kiedy jego żona żyła i się za niego modliła, Diablo to lekceważył, ale modlitwa, niczym ziarno, czasem ukrywa się głęboko w ziemi, by wykiełkować po długim czasie, tak, że nikt się nie spostrzeże, gdy wreszcie przyniesie owoc. To zabawne, że w tym filmie najlepszym wzorem dla chrześcijanina jest osobnik o imidżu szkieletora i "demonicznym" pseudonimie. Ciekawym przypadkiem jest też Harley Quinn. Jeden z recenzentów określił ją jako "dziwkarską psycholkę" i taki właśnie jest jej wizerunek. Tyle, że w tej postaci kryje się coś więcej. Niewątpliwie szczerze kocha swojego psychopatycznego chłopaka Jokera (nawet jeśli to toksyczna miłość wynikająca z warunkowania torturami) i kiedy wydaje się, że on zginął, jest autentycznie smutna. I jest taka scena, kiedy ta smutna Harley sobie siedzi i rozpacza, a kiedy pojawia się reszta drużyny, natychmiast zaczyna się uśmiechać, żartować i prężyć - w tej scenie wyraźnie widać, że jej zachowanie jest przynajmniej po części pozą. Potem, kiedy Diablo opowiada swoją smutną historię, Harley wybucha i krzyczy coś w rodzaju "Odbiło Ci? Wydawało Ci się, że możesz mieć normalną rodzinę i nic się nie stanie? Tacy jak my się do tego nie nadają!". No i wreszcie - gdy Enchantress ujawnia skryte marzenia Samobójców, okazuje się, że Harley wcale nie marzy o kolejnych szalonych napadach, strzelaninach i orgiach z Jokerem - wręcz przeciwnie, marzy o tym, żeby ona i Joker stali się normalni, wzięli ślub i wychowywali dwójkę dzieci. Jako katolik nie mogę nie pochwalać takich pragnień. I nagle okazuje się, że "dziwkarska psycholka" kryje w sobie tragizm - chciałaby normalnego, dobrego życia, ale jednocześnie jest przekonana, że dla niej to nieosiągalne.
Oczywiście, ten film nie jest chrześcijańską przypowieścią, a bohaterowie nie są świętymi. atmosfera moralnej, ujmijmy to delikatnie, dwuznaczności, jest silna. Ale też tego się spodziewałem i tego oczekiwałem. Nie należę do tych chrześcijan, którzy wychodzą z założenia, że pokazywanie zła, jest złe. Pokazywanie zła, analizowanie go, może stanowić podłoże ciekawej i dobrej historii (o ile autorzy nie ulegają fascynacji tym złem i nie starają się przedstawić go jako dobra). Tym niemniej, ukazanie, że w antybohaterach z Suicide Squad (przynajmniej niektórych) też się tli iskierka dobra, a przynajmniej w jednym przypadku pozwolenie, żeby ta iskierka wybuchnęła płomieniem (dosłownie), z chrześcijańskiego punktu widzenia było miłym akcentem.

Na koniec, ciekawa obserwacja. Otóż, przed premierą Suicide Squad Warner Bros udało się nakręcić wielki hype na ten film, wiele osób było zachwyconych trailerami itd. Ja niespecjalnie, nie oczekiwałem po tym filmie zbyt wiele - raz, że nie czułem żadnej więzi ze stosunkowo mało znanymi postaciami, dwa - nie lubię, jak ktoś się chwali swoim własnym dziełem (czy czymkolwiek), dlatego im głośniejsza i bardziej "przefajnowana" kampania reklamowa, tym mocnie mnie odrzuca od reklamowanego produktu. Zapewne nie poszedłbym do kina, gdyby nie wyciągnęła mnie znajoma osoba, która należał do tych zahypowanych na Suicide Squad. I co się okazało? Że ja bawiłem się o wiele lepiej od niej. Może dlatego właśnie dlatego, że poszedłem na ten film bez większych oczekiwań, więc mogłem się bawić tymi elementami, które wyszły nienajgorzej, zamiast odczuwać rozczarowanie z tego powodu, że końcowy efekt nie dorównał wrażeniom z trailerów.

sobota, 6 sierpnia 2016

Prośba o komentarze

Cześć.
Jak tak sobie patrzę na statystyki, to jednak ktoś tutaj zagląda. Każdy post jest oglądany średnio jakieś 12 razy. Problem w tym, że nie wiem, czy te 12 osób faktycznie przeczytało daną notkę, czy tylko rzuciło okiem na pierwsze zdanie. Dlatego proszę szanownych Gości - dajcie jakiś sygnał, zostawcie jakiś ślad. Nie chodzi o to, że żebrzę o pochwały, krytyka byłaby lepsza niż milczenie. Po prostu nie wiem, czy nie jest tak, że piszę sobie a Muzom i czy moje notki nie trafiają w próżnię. A co za tym idzie, czy w ogóle jest sens dalej pisać. Nie jest to jakiś szantaż emocjonalny "dajcie komentarze, bo przestanę pisać", zwłaszcza, że zdaję sobie sprawę, że nikomu na tym blogu nie zależy na tyle, aby na taki szantaż się złapać ;) Ujmę to tak - ja mam treść swoich notek w głowie i sam dla siebie nie muszę ich zapisywać, bo i po co. Skoro je zapisuję, to dlatego, żeby pokazać je innym (a także zobaczyć ich reakcję). Jeśli jest to próżny trud, to po prostu nie ma większego sensu ciągnięcia dalej tego bloga.
Pozdrawiam

czwartek, 4 sierpnia 2016

"Pan Lodowego Ogrodu" - recenzja prawicowym okiem

 (Uwaga - nie jest to recenzja w powszechnym rozumieniu, a raczej zbiór przemyśleń po przeczytaniu utworu. Mogą pojawić się spoilery. Nie ukrywam, że analiza jest przeprowadzana z punktu widzenia zaciekłego prawaka. Przeczytanie jej może być ciekawym doznaniem także dla osób "z drugiej strony" - wszak zawsze warto poznawać odmienne sposoby myślenia. Przynajmniej ja tak uważam, a Wy, lewicowcy? :).

Niekiedy podnoszą się głosy, że polski pisarze fantastyczni mają poglądy "skrzywione" w prawą stronę (w odróżnieniu od twórców ze Światłego i Postępowego Zachodu). Bogu dzięki, chyba coś w tym jest. Oczywiście, są wyjątki, jak np. Andrzej Sapkowski (nad czym bardzo boleję), czy Witold Jabłoński, ale większość naszych fantastów nie dała się uwieść lewackim herezjom (nawet, jeśli ich prawicowość jest nie do końca ortodoksyjna). Dobrym przykładem jest Jarosław Grzędowicz, a konkretnie czterotomowy cykl jego autorstwa pod tytułem "Pan Lodowego Ogrodu".
Utwór ten ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Vuko Drakkainen, astronauta/komandos/agent specjalny z Ziemi (konkretnie z UE), posiadający korzenie polskie, chorwackie i fińskie. Przybywa na planetę określaną przez Ziemian jako Midgaard, zamieszkaną przez humanoidalnych tubylców żyjących mniej więcej na poziomie średniowiecza... przy czym na owym poziomie utrzymują ich miejscowe ciekawostki - magia i istoty określane jako bogowie. Tu komuś może zazgrzytać - toż to okultyzm i pogaństwo! Spokojnie, istnienie tych fenomenów jest wytłumaczone naukowo (co prawda pod koniec cyklu), zgodnie z zasadą "Odpowiednio rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii" i nie zaprzecza dogmatom Świętej Wiary Katolickiej.
W każdym razie, Vuko przybywa na Midgaard, żeby uratować członków zaginionej ekipy badawczej. Na miejscu okazuje się, że części naukowców nie ma sensu ratować, gdyż umarli i nie żyją, natomiast pozostała czwórka odkryła w sobie Moc i została władcami-magami podporządkowującymi sobie miejscowe ludy.
Drugim bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, następca cesarskiego tronu miejscowego Imperium, który musi uciekać z kraju na skutek przewrotu. Przez baaardzo długi czas oba wątki toczą się w zasadzie niezależnie, obaj protagoniści spotykają się dopiero gdzieś w trzecim-czwartym tomie. Niektórych czytelników może to razić, mnie to nie przeszkadzało (a w porównaniu z taką "Pieśnią Lodu i Ognia" gdzie mamy naraz kilka-kilkanaście wątków i punktów widzenia, prostota aż bije ;)

Prawicowe klimaty widać najbardziej w kreacji przeciwników, to jest "umagicznionych" ziemskich naukowców, którzy de facto reprezentują różne oblicza lewactwa. Pierwszy z nich, Pier van Dyken, jest określany jako "zdeklarowany ateista", a swoich mocy lubi używać do parodiowania cudów Chrystusa (np. tworząc armię zombie krzyczy "Łazarzu, wstań!" itd.). Dowodzi armią znaną jako "Węże", której dosyć prostacka filozofia sprowadza się do "Istnieją tylko Węże i karma dla Węży", co może się kojarzyć z nazizmem (który jest w oczywisty sposób lewacką filozofią - narodowy SOCJALIZM, prawda?).
Druga postać z "głównych bossów", Ulrike Freihoff vel Nahel Ifrija głosi kult miejscowej bogini płodności (i jej dwóch męskich fagasów), który zakłada pogardę dla mężczyzn (lepiej być kobietą, a jeszcze lepiej bezpłciową Oświeconą Istotą), centralne sterowanie gospodarką i całym życiem poddanych (łącznie ze zniszczeniem instytucji rodziny i życiem w kolektywach) oraz regulacje dotyczące rytualnej nieczystości pożywienia (najwyższą cnotą jest wegetarianizm). Czyli taki melanż New Age, feminizmu, LGBT, komunizmu, okraszony lekko radykalnym islamem. Groteskowe połączenie, bez sensu i logiki... Czyli wierny obraz współczesnego lewactwa.
O ile Nahel Ifrija reprezentuje lewactwo wojujące, o tyle ostatnia ze "złych czarodziei" Passionara Callo "Pani Bolesna" symbolizuje lewactwo "politycznie poprawne", "aksamitne". Pani Bolesna wpaja swoim wyznawcom, że wszelkie użycie siły (nawet w obronie własnej) jest złe, ba, nawet silniejsze emocje są złe. Poddani jej niewielkiego królestwa są wprowadzani w magiczny trans, prowadzący aż do utraty osobowości. Oczywiście, nie dotyczy to dzieciarni, która chowana bezstresowo wręcz przeistacza się w potwory.

Ostatni mag to Olaf Fjollsfinn, będący panem tytułowego Lodowego Ogrodu. Jest on sojusznikiem Vuka i w sumie pozytywną postacią. Nie chce nikomu narzucać swojej ideologii, wręcz przeciwnie, przyjmuje uchodźców z różnych narodów i pozwala im żyć po swojemu, pod warunkiem, że przestrzegają stanowionych przez niego praw. Takie multi kulti, tylko działające. Zgrzytem jak dla mnie jest wymyślona przez Olafa religia Drzewa, mająca spajać ludność jego wyspy. Fjollsfinn tworzy iluzję raju i ukazuje ją swoim wyznawcom, żeby mieli motywację do służenia mu. Ja rozumiem, że ani Olaf ani Vuko nie będą ewangelizować Midgaardian, ale świadome tworzenie fałszywej religii trochę mi się nie podoba. Z drugiej strony, religia Drzewa może symbolizować po prostu tak zwaną "religię obywatelską", wiarę w społeczny ład, konstytucję, prawo ponad podziałami, które teoretycznie powinny charakteryzować obywateli współczesnego "demokratycznego państwa prawa". No cóż, mimo wszystko cieszę się, że ta postać nie jest głównym bohaterem, tylko ich sojusznikiem.

A wracając do głównych bohaterów... Czy można uznać ich za wzorzec prawości i prawicowości? Do pewnego stopnia tak.
Ogólne poglądy:
- Vuko jest człowiekiem starej daty. Ma jak najgorszej mniemanie o swoich mocodawcach z Unii Europejskiej, czego nie waha się wyrażać w ostrych słowach. Podoba mu się honor, odwaga i inne cnoty wciąż kultywowane przez wolnych mieszkańców Midgaardu (choć dostrzega również cienie i wady "średniowiecznego" społeczeństwa).
- Filar syn Oszczepnika wierzy w tradycje swojego ludu i cesarstwa, którego miał zostać następcą. Absurd i zbrodniczość haseł głoszonych przez kult Podziemnej Matki na czele którego stoi Ifrija jest dla niego oczywisty.
Tutaj punkt dla obu panów.

Religia:
- Vuko jest raczej wierzący, ale chyba jego wiarę oddaje porzekadło "Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam". To nie jest typ mistyka, raczej twardego wojownika/awanturnika, który generalnie szanuje religię, ale na codzień nie zaprząta sobie nią głowy, działa raczej na zasadzie "Jak trwoga, to do Boga".
- Filar wyznaje miejscowy monoteizm, który nie zaprzecza istnieniu "bogów", ale wychodzi z założenia, że ci bogowie to takie tam duchy natury, a jedynym prawdziwym Bogiem jest Stwórca świata i wszystko, łącznie z "bogami" podlega jemu. Jej prorokiem/mesjaszem jest enigmatyczny "Idący Pod Górę". W sumie fajnie, szkoda tylko, że istnienie tej religii jest zasygnalizowane, nie odgrywa ona większej roli w walce z lewackimi czarownikami.
No cóż... nie jest idealnie, ale jest nieźle. W czasach, gdy twórcy popkultury chętnie wkładają bez powodu w usta swoich bohaterów ateistyczne i antyklerykalne frazesy, ot tak, żeby zaznaczyć, że postacie pozytywne pogardzają ciemnotą i zabobonem, miło jest widzieć, jak autor sygnalizuje, że jego protagoniści wierzą w Boga, nawet jeśli nie jest to wiara szczególnie mocna ani ortodoksyjna... Ponadto, należy pamiętać, że to książka przygodowa, a nie religijna.

Kwestie intymne:
- Vuko puka kosmitkę z Midgaardu, Sylfanę. Nie jest to szczególnie perwersyjne, bo tubylcy są bardzo zbliżeni wyglądem do ludzi (a jak się później okazuje, są z nimi spokrewnieni), a Sylfana jakoś tak całkiem przypadkowo jest jeszcze bardziej ludzka, niż typowa Midgaardka. Pewnym problemem jest natomiast to, że para nie bierze ślubu, nawet w lokalnym obrządku. Cóż, trzeba pamiętać, że przykładanie wagi do czystości przedmałżeńskiej również nie wpisuje się w archetyp "awanturnika". Aczkolwiek warto zaznaczyć, że Vuko nie jest rozpustnikiem i nie korzysta z okazji do spędzenia nocy z żoną lokalnego władyki, czy zakupu seksniewolnicy i można powiedzieć, że ze swoją wybranką tworzy stały związek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wątek romantyczny nie odgrywa pierwszoplanowej roli, a relacja Vuka i Sylfany to bardziej związek towarzyszy broni, zahartowany w boju, który pojawia się "naturalnie" obok właściwych przygód, a nie historia miłosna pełna patetycznych wyznań i opisów bicia serca.
Znowuż - nie jest idealnie, ale ujdzie.
- Jeśli chodzi o Filara, no to tutaj jest trochę mnie różowo. Czy może bardziej? W każdym razie, jeszcze na etapie książęcej edukacji Filar sypia ze swoją powabną i starszą (ale nie starą) nauczycielką. Ot tak, żeby chłopak nabrał "łóżkowego obycia" i w przyszłości nie dał się zmanipulować żadnym uwodzicielkom (ani nie rzucił w wir rozpusty). Później Filar wykorzystuje te "instrumentalne"podejście do kwestii erotycznych, aby zmanipulować kobietę, do której trafił w niewolę. Co prawda to zła kobieta była, ale mimo wszystko pewien posmak moralnej dwuznaczności pozostaje.

Sumując: "Pan Lodowego Ogrodu" moim zdaniem niesie za sobą pozytywne przesłanie. Dobrzy bohaterowie, choć sami niepozbawieni wad, są raczej przyzwoitymi ludźmi, którzy ścierają z jasno określonym złem, stanowiącym ucieleśnienie lewackich herezji. Bolączką wielu nacechowanych światopoglądowo dzieł jest to, że są słabymi książkami/filmami/komiksami - nadętymi, nudnymi, zrobionymi bez polotu i pełnymi sztuczności, które raczej odstręczają do głoszonych w nich idei i stają się pośmiewiskiem dla osób z przeciwnej strony barykady. Uważam, że "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do tej grupy. Nie jest to wybitne dzieło (i dobrze, bo gdyby było, to pewnie trafiłoby w mój niski gust), ale dobrze napisana powieść fantastyczno-przygodowa z ciekawą i dobrze opisaną akcją, gdzie z napięciem czeka się na dalsze losy bohaterów. Osobiście polecam.




środa, 3 sierpnia 2016

Broń biała w modernistycznych światach

 (Nieco przerobiona wersja artykułu, który wcześniej opublikowałem na Polterze).

Załóżmy, że tworzysz współczesny/futurystyczny świat do swojej gry (ewentualnie powieści), ale chciałbyś, żeby odgrywała z nim dużą rolę broń biała, czy też tworzysz mechanikę, która bierze pod uwagę nowoczesną technologię, ale chcesz, żeby znalazło się w niej miejsce na pojedynki na miecze. Z pozoru wydaje się to absurdalne - w XXI wieku (w XX zresztą też) z mieczami biegają głównie aktorzy/członkowie bractw rycerskich i grup rekonstrukcyjnych/idioci. Ok, komandosi mają noże do cichego podrzynania gardeł, ale to taki dodatek. Oczywiście, można machnąć na to ręką i powiedzieć "Głupie to, ale fajne", ale po co, skoro wbrew pozorom da się stworzyć w miarę sensowne wytłumaczenie dla powszechności i przydatności broni białej (to samo dotyczy sztuki walki bez broni).
1. Dostępność
To, że zaawansowana broń palna istnieje, nie znaczy, że w każdym środowisku jest dostępna. Weźmy jakiś system typu "Zwykłym ludziom przydarzają się niezwykłe rzeczy" typu np. "Zew Cthulhu". Zwykły człowiek (przynajmniej w Europie) nie ma dostępu do broni palnej - żadnej. Nawet wiatrówki (o ile coś, co nie używa prochu, to broń palna) posiadają nieliczni. W razie sytuacji konfliktowej taki człowiek może liczyć na własną sprawność fizyczną, albo łatwą do zdobycia broń palną (wiadomo, nie miecz, ale nóż czy pałkę). Co za tym idzie, spokojnie można stworzyć mechanikę, w której walka bronią białą/bez broni będzie odgrywała dużą rolę - może nawet większą niż umiejętności strzeleckie. W takiej sytuacji broń palna może być porównana do artefaktu z settingu fantasy - jak już wejdzie do gry, to da potężnego kopa, ale jej wejście w cale nie jest pewne.
Wariantem jest sytuacja, gdy broń palna jest dostępna, ale nie za bardzo można jej używać. Po co policjant nosi pałkę obok pistoletu, skoro w 90% sytuacji pistolet jest skuteczniejszą bronią od pałki? Ano dlatego, że w 90% sytuacji wymagających użycia siły policjant nie ma prawo użyć pistoletu (jako broni, nie jako wsparcia autorytetu). W efekcie, poza przypadkami należącymi do zbioru wspólnego tych dwóch kategorii, policjant użyje raczej pałki niż pistoletu, albo obezwładni przeciwnika bez użycia broni. W przypadku większości bandytów (przynajmniej w Polsce) zachodzi wariant podstawowy - brak dostępu. Dlatego system o policjantach i złodziejach może się skupiać na walce bez broni palnej.

2. Opancerzenie
Zasada "miecza i tarczy" dotyczy także broni palnej - i hipotetycznie może doprowadzić do sytuacji, w której to miecz zdobędzie przewagę nad bronią palną. Oczywiście, wymaga to pewnego wyjścia poza ramy współczesnej technologii i wejścia choć odrobinę na grunt s-f. Powiedzmy, że jesteśmy w stanie wyprodukować pancerz, który całkowicie broni przed dostępnymi na rynku orężami (przynajmniej dopóki nikt nie wymyśli czegoś lepszego). Oczywiście, chroni on zarówno przed bronią palną, jak i białą... Ale nie jest w stanie ochronić całego ciała, muszą zostać jakieś szpary - otwory oddechowe, wizjery na oczy, przerwy umożliwiające ruszanie kończynami. Te niewielkie słabe punkty to jedyne miejsca pozwalające wyprowadzić skuteczny atak... co utrudnia walkę na odległość i w pewnym stopniu wyrównuje szanse pomiędzy strzelcem a szermierzem.
Inny wariant - tarcze energetyczne. Na początku cyklu "Diuna" walka wręcz jest esencją wojny. Sprawiły to osobiste tarcze energetyczne. Spowalniają one małe, szybko poruszające się obiekty - takie jak pociski. Żołnierza da się ciachnąć mieczem, ale nie da się zastrzelić. Istnieją lasery, ale one też są mało użyteczne. Strzał z lasera pozwala zabić żołnierza bronionego przez tarczę... razem ze wszystkim w promieniu wielu kilometrów, bo zetknięcie się wiązki laserowej z tarczą wywołuje potężną eksplozję. Jeśli ktoś nie jest zamachowcem samobójcą, nie polecam. W późniejszych tomach się to nieco zmienia, bo Bóg Imperator (nie ten Bóg Imperator w Wh40k, tylko inny) wprowadza zakaz używania tarcz.

3. Broń palna nie istnieje i koniec
(W sumie to wariant rozwiązania nr 1).
W cyklu o Amberze autorstwa Zelaznego pojawia się w świat, w którym ziemska broń palna nie działa. Nie działa i już, bo tam obowiązują inne prawa fizyki i proch nie wywołuje potrzebnej eksplozji. Potem zostaje to rozwiązane - bohaterowie opracowują inną mieszanką, która w innym wymiarze działa w podobny sposób jak proch i dzięki temu mogą spokojnie skopiować pozostałą część technologii stojącej za bronią palną. Ale jeśli ktoś chce, może pominąć te "potem". Nie wiem na ile możliwy jest do pomyślenia świat, w którym część naszych praw przyrody zostaje złamana, a jednocześnie w innych aspektach działa on dosyć podobnie do naszego... Ale skoro takiej klasy pisarz jak Zelazny skorzystał z tego rozwiązania, to i nam się powinno upiec.
Z drugiej strony, niemożność stworzenia broni palnej nie powinna petryfikować rozwoju technologii w innych dziedzinach na wieki - a zatem teoretycznie możemy pokazać świat, w którym żołnierze są dowożeni na pole bitwy przez samochody, naparzają się na topory i pałki, a po bitwie relaksują się przed telewizorem.

4. "Specjalny" element
Broń palna istnieje, ale broń biała dotrzymuje jej pola skutecznością... Oczywiście, nie taka zwykła broń wykuwana przez wiejskiego kowala, ale niezwykła. Na przykład miecz wykuty z metalu, który pozwala przebić każdy pancerz. Powiedzmy, że jest artefaktem z dawnych czasów, wykonanym ze stopu, którego nie da się już wytworzyć, bo ta sztuka zaginęła w czasie jakichś lokalnych Mrocznych Wieków. Więc możesz mieć cudowny miecz (o ile go wykopiesz z jakichś ruin) albo konwencjonalny karabin - ale zalet obu technologii nie da się połączyć.

5. Środowisko walki
W jednym z pierwszych koncepcji Star Wars miecze świetlne nie miały być elitarną bronią rycerzy Jedi, tylko standardowym wyposażeniem żołnierzy przebywających na statkach kosmicznych. W czasie walki w takim statku, jej areną są na ogół ciasne korytarze i sale, co umniejsza przewagę zasięgu, a walczący raczej nie chcą uszkodzić ścian oraz komputerów innych delikatnych instrumentów.

Oczywiście, można łączyć poszczególne warianty. Np. system o życiu w bunkrze atomowym, w którym mieszkańcy podzielili się na walczące ze sobą frakcje. Broń palna nie powszechnie dostępna (1), a plątanina korytarzy sprawia, że zasięg broni nie jest aż tak ważny (5).

Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380903132278331&id=380885352280109

Centrum Popkultury przy ul. Hożej 19

Od niedawna (konkretnie od 21 maja 2016 r.) w centrum Warszawy przy ul. Hożej 19 działa obiekt o nazwie Yatta.pl : Centrum Popkultury, powiązany z portalem Yatta.pl . Miejsce to jest przede wszystkim sklepem, w którym można zaopatrzyć się w komiksy, książki, figutki i różne inne gadżety (jak np. szponiastą rękawicę Freddy'ego Krugera). Reprezentacja towarów związanych z szeroko pojętymi japońskimi klimatami (które mnie osobiście niezbyt jarają) jest dosyć duża, ale nie dominująca. Ponadto zauważyłem kilka pudełek z figurkami do Warhammera 40k, aczkolwiek podręczników do RPG nie dostrzegłem.
Ale, ale - w końcu to nie tylko sklep, ale "centrum popkultury". Jak deklarują założyciele "Centrum Popkultury to nie tylko szumna nazwa - to także odpowiedzialność za promowanie kultury komiksowej. W swoich progach, Centrum prowadzić będzie działalność kulturalną, goszcząc twórców, wystawy, pokazy, warsztaty i projekcje". I faktycznie. W tylnej części obiektu znajduje się nieduża salka, gdzie odbywają się spotkania. I znowuż, profil obejmuje zarówno "japońszczyznę" (jak np. zajęcia z japońskiej kaligrafii), jak i bliższe mi klimaty zachodnie. Do tej pory byłem na dyskusji o Civil War Marvela. Wstęp był wolny (i chyba dotyczy to wszystkich organizowanych imprez). Temat obejmował zarówno film, jak i komiksy. Na starcie każdy musiał odpowiedzieć na pytanie "Team Captain czy Team Iron Man?", po czym otrzymywał odpowiednią plakietkę (za darmo i na zawsze). Przyszło koło dwudziestu osób. Teoretycznie sala miała być podzielona po połowie dla każdego "teamu" - ale przewaga kapitanowców była tak duża, że sytuacja zmusiła prowadzącego do rezygnacji z tego pomysłu (pomimo tego, że on sam był za Iron Manem). Atmosfera była przyjemna. Pomimo tego, że część przybyłych wyraźnie należała do kręgu Krewnych i Znajomych prowadzącego, nie dało się odczuć syndromu Towarzystwa Wzajemnej Adoracji - moderator starał się, żeby każdy od czasu do czasu mógł zabrać głos.
Na facebooku Centrum pojawiają się informacje o nowościach wydawniczych i aktualnych spotkaniach: https://www.facebook.com/YattaCentrumPopkultury/
Najbliższe spotkanie pod tytułem "Wirtualny świat MMO" odbędzie się 5 sierpnia 2016 r. o godz. 18:00.

wtorek, 2 sierpnia 2016

"The Unprintable Magenta" - recenzja gry komputerowej

Kontynuuję cykl artykułów wspierających "twórczość bardzo niezależną". Tym razem na warsztat biorę grę komputerową "The Unprintable Magenta". Jest to przygodówka, stworzona przy użyciu programu Adventure Game Studio, w której wcielamy się w tytułowa bohaterką. Na skutek bliżej nieokreślonego wydarzenia stała się ona superbohaterką, której moc sprowadza się do zmieniania dotykanych rzeczy na różowe... Nie tylko w sensie koloru, ale tez stereotypów związanych z ową barwą (w większości przypadków rzeczy stają się bardziej "słodkie"). Jak łatwo się domyślić, gra jest humorystyczna. Znaczna część żartów opiera się na parodiowaniu motywów obecnych w komiksach superbohaterskich (głównie DC i Marvela, ale również bardziej niszowych wydawnictw) i jest dosyć groteskowa (większość dowcipów mnie śmieszyła, ale kilka było trochę zbyt absurdalnych i budziło raczej zaskoczenie "Ale o co w tu w ogóle chodzi").
Choć "Magenta" jest przygodówką, to nie opiera się typowym dla gatunku zbieraniu przedmiotów i używaniu ich w odpowiednich miejscach, ale na odpowiednim ukierunkowywaniu "różowej siły" i dialogach. Dużej ilości dialogów. Są rozbudowane niczym w porządnym cRPG, jest bardzo wiele opcji... trochę szkoda, że gra jest liniowa i aby przejść dalej musimy wybrać Jedynie Słuszną Kombinację Wypowiedzi, a pozostałe kwestie służą raczej celom humorystycznym (przy czym znaczna część z nich prowadzi do przegranej - a każda przegrana jest ukazana za pomocą innej scenki), ale zdaję sobie sprawę, że wprowadzenie kilku ścieżek dołożyłoby twórcy bardzo wiele pracy.
Oprócz tego natkniemy się też na dwie minigierki zręcznościowe. Mnie sprawiły trochę problemów, ale zdaję sobie sprawę z tego, że mam drewniane palce (a w końcu i tak je przeszedłem), więc to niekoniecznie zarzut.
Grafika jest... no cóż, specyficzna. Wygląda na rysowaną w Paincie (i zapewne taka właśnie jest), ale w sumie pasuje do klimatu.
Grę można ściągnąć stąd: http://gamejolt.com/games/the-unprintable-magenta/110958
Wydaje mi się, że warto zerknąć "Magentę", zwłaszcza jeśli lubicie klimaty superhero. Będzie to was kosztować Was mało czasu (jest dosyć krótka, ze dwie godziny?) i zero pieniędzy.
Dodam, że autor - Fitz - wcześniej wykonał inną przygodówkę, "Gray", której bohaterem jest ufoludek, ale w nią nie grałem.

Link do facebooka:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=380901445611833&id=380885352280109